Dzisiaj jest: 20 Maj 2019        Imieniny: Aleksander, Bernardyn, Bazyli
Warszawa - Obchody  Dnia Ponarskiego

Warszawa - Obchody Dnia Ponarskiego

STOWARZYSZENIE RODZINA PONARSKA ma zaszczyt zaprosić Szanownych Państwa Wszystkich Zainteresowanych na obchody Dnia Ponarskiego, które odbędą się 28.05.2019 r. (wtorek) w Warszawie. Godz. 12.00 - Uroczystości pod Krzyżem - Pomnikiem…

Readmore..

Moje Kresy  -Władysława Żółtaniecka cz.2

Moje Kresy -Władysława Żółtaniecka cz.2

/ Pieniaki 11.06.1939 I. Komunia Św.brata Eugeniusza Tato Karol nie żył, potem zmarł jej dziadek Jan. Było ich pięcioro, pozostało gospodarstwo na którym trzeba było pracować, a w nim ogród,…

Readmore..

DZIAŁANIA 27 WOłYŃSKIEJ  DYWIZJI PIECHOTY AK

DZIAŁANIA 27 WOłYŃSKIEJ DYWIZJI PIECHOTY AK

 WALKI 27 WDP AK NA POLESIU Bój obronny pod Holadynem i przejście do lasów szackich Po stoczeniu boju pod Sokołem oddziały dywizji, które przebiły się z okrążenia w nocy z…

Readmore..

Kampania  mobilna  o  ukraińskim  ludobój-stwie na obywatelach II RP  - Lublin

Kampania mobilna o ukraińskim ludobój-stwie na obywatelach II RP - Lublin

Celem zbiórki jest zebranie funduszy na tygodniową kampanię informującą społeczeństwo o ukraińskim ludobójstwie na Polakach, które miało miejsce na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1947.Historia jest cały czas…

Readmore..

Podziękowanie na obchodach  „Stanisłówka 1944 - 2019”

Podziękowanie na obchodach „Stanisłówka 1944 - 2019”

Polacy – Rodacy – Przyjaciele„Stan zdrowia nie pozwolił mnie uczestniczyć w tej tak wzniosłej uroczystości, ale cały czas byłem, jestem i będę duchem oraz sercem w Stanisłówce - głównej bazie…

Readmore..

„Kaci Wołynia. Najkrwawsi Ludobójcy Polaków”

„Kaci Wołynia. Najkrwawsi Ludobójcy Polaków”

Polacy mają prawo wiedzieć, kto stał za rzezią wołyńską. Kto ją zaplanował, wydawał rozkazy i likwidował polskie skupiska, mordując ich mieszkańców.Ilu Polaków zamordowano w czasie czystki etnicznej na Wołyniu, dokładnie…

Readmore..

Porucznik Czesław Michalski ps. „Bączek” odszedł na ostatnią kwaterę

Porucznik Czesław Michalski ps. „Bączek” odszedł na ostatnią kwaterę

Czesław Michalski pseudonim „Bączek” urodził się 6 lipca 1930 r. w Kowlu. Był najmłodszym z pięciorga dzieci Franciszka Michalskiego i Bronisławy z domu Muszyńskiej. W listopadzie 1943 r., bardzo wielu…

Readmore..

OUN - UPA MORDERCY POLAKÓW MAJĄ  W POLSCE SWOJE POMNIKI

OUN - UPA MORDERCY POLAKÓW MAJĄ W POLSCE SWOJE POMNIKI

Sprawa powstawania pomników upamiętniających „bohaterstwo” oprawców z UPA nurtuje Polaków od dawna. Od niepamiętnych czasów, w miejscach gdzie dochodziło w latach 1939-1947 do rzezi ludności polskiej, dokonanej przez oddziały nacjonalistyczne…

Readmore..

Stanisłówka 1944 - 2019

Stanisłówka 1944 - 2019

Wasyl Sydor, ps. „Szełest” dowódca UPA na terenie Małopolski Wschodniej rozkazuje: „Nieustannie uderzać w Polaków aż do wyniszczenia ich do ostatniego z tych ziem. W niektórych przypadkach wezwać Polaków do…

Readmore..

PRZED WOŁYNIEM BYŁ WRZESIEŃ...  UKRAIŃSCY SOJUSZNICY HITLERA W KAMPANII WRZEŚNIOWEJ 1939 ROKU

PRZED WOŁYNIEM BYŁ WRZESIEŃ... UKRAIŃSCY SOJUSZNICY HITLERA W KAMPANII WRZEŚNIOWEJ 1939 ROKU

 / Zdjęcie frontonu Szkoły Powszechnej w Heniowie, województwo tarnopolskie wykonane w 1933 r. Napis umieszczony na ścianie przez OUN wzywa dzieci, by nie uczyły się w języku polskim, tylko po…

Readmore..

Najwyższe odznaczenia dla trzech wybitnych Polaków

Najwyższe odznaczenia dla trzech wybitnych Polaków

Uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Foto PAP/Rafał Guz Z okazji Narodowego Święta Trzeciego Maja, w 228. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, podczas uroczystości na Zamku Królewskim Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej…

Readmore..

POROSZENKO ZMIAŻDŻONY!  WIATROWYCZ ODEJDZIE?

POROSZENKO ZMIAŻDŻONY! WIATROWYCZ ODEJDZIE?

Ukraina ma nowego prezydenta Wołodymira Zelenskiego, który w drugiej turze wyborów dosłownie zmiażdżył urzędującą głowę państwa Petro Poroszenkę. Z punktu widzenia Polski to dobra zmiana - choćby dlatego, że przegrana…

Readmore..

Placówka AK Brzozdowce

/ Panorama Brzozdowiec, widok  z góry św.Jana

Brzodowce - miejscowość na Kresach, położona na lewobrzeżnym zboczu rzeki Dniestr na wysokości 258 m nad poziomem morza, na styku Opilla oraz kotliny Przedkarpackiej. Do autostrady Lwów - Stryj jest 16 kilometrów. Odległość do Lwowa wynosi 54 km, natomiast do Mikołajowa (centrum administracyjne rejonu mikołajowskiego) - 20 km, do Chodorowa - 16 km, do Żydaczowa - 27 km. Brzozdowce położone w bardzo pięknej i malowniczej okolicy, w niecce otoczonej od zachodu wzniesieniem, na którym w 1953 roku wybudowano nowe miasto, Nowy Rodół, na miejscu dawnej wioski Malechów i od wschodu Górą św. Jana. Od północy na południe Brzozdowce przecina rzeczka Wiśniowczyk, która wpada do Dniestru. Przez Brzozdowce przebiega główna droga Nowy Rozdół - Chodorów (z zachodu na wschód), a następnie w rynku rozgałęzia się na Borynicze. (na północ).

W latach 30-tych w Brzozdowcach powstały liczne organizacje społeczne i stowarzyszenia. Działał Brzozdowiecki Klub Sportowy “Strzelec” z prężną drużyną piłki nożnej o tej samej nazwie, Związek Strzelecki, Związek Rezerwistów, Związek Harcerski. Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, Katolickie Stowarzyszenie Mężów. Katolickie Stowarzyszenie Kobiet, Katolickie Stowarzyszenie u. W marcu 1939 roku przyszło kilka pierwszych powołań do wojska. Wezwani zostali rezerwiści różnych specjalności.

/ Czerwiec 1939. Trybuna honorowa przy domu Towarzystwa Szkoły Ludowej, na niej wicestarosta Biliński. Przed trybuną maszerowały oddziały Strzelczyń i Strzelców oraz oddziały KSMM i KSMŻ. Oddział Strzelczyń prowadziła Antonina Mendochówna

/ Stoją od lewej Stanisław sekretarz gminy, Edward Żugaj komendant posterunku policji, Józef Kłosowski wójt gminy Brzozdowce.

/ Przemarsz oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej.

/ Przemarsz Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej. W poczcie sztandarowym pierwsza od lewej, Kasia Martyniak.

15 sierpnia 1939 w rocznicę “Cudu nad Wisłą” obchodzone było Święto Żołnierza Polskiego, świętował 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich.  Festyn żołnierski odbywał się w pięknej scenerii parku dworskiego nad brzegiem Dniestru.  Następnego dnia o świcie 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich udał się na zachód. Wojna, więc wydała się nieunikniona.
Zaczęli dawać o sobie znać ukraińscy dywersanci. Usiłowali wszcząć jakieś niepokoje w pobliskim Malechowie.
17 września został wysadzony most na Dniestrze w Rozdole.
Podpalono zabudowania gospodarcze sołtysa Rusina Jana Kochana w Stańkowcach, za to, że okazywał życzliwość żołnierzom 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich.
17 września dotarła wiadomość do Brzozdowiec, że do Polski wkroczyli Sowieci. Nitkt nie wiedział w jakim charakterze. Niektórzy sądzili, że idą nam z pomocą. Lwów w tym czasie już był oblężony przez Niemców.
25 września 1939 wjechał do Brzozdowiec samochód patrolowy z kilkoma Niemcami zajechał strony Rozdołu i zatrzymał się wśród tłumu patrzących na tę scenę Polaków, w wielu oczach pojawiły się łzy.
26 września 1939 do Brzozdowiec wkroczyły dość słabe oddziały niemieckie. Równocześnie nadeszły wieści o zbliżaniu się od strony Chodorowa wojsk sowieckich. Na drodze do Chodorowa, na wzgórzu św. Jana wojsko niemieckie ustawiło szlaban z napisem w języku niemieckim – „Linia Demarkacyjna”. Ludzie myśleli, że tam będzie granica. Ale w nocy wojska sowieckie przekroczyły tę linię i posunęły się kilka kilometrów na zachód, zajmując Brzozdowce.  Po kilku godzinach zawróciły jednak za tę linię. W konsekwencji jednak ruszyły ponownie na zachód. 27 września 1939 roku do Brzozdowiec wkroczyła Armia Czerwona. Tuż po zajęciu Brzozdowiec zaczęły się organizować władze sowieckie         

/ Grupa członków KSMM z Brzozdowiec biorąca udział w Zlocie Młodzieży KSMM w Częstochowie w dniach 24-25 września 1938 roku. W środku ks. Stanisław Kozłowski, katecheta i opiekun KSMM. Po jego lewej stronie prezes oddziału KSMM Jan Burlikowski ( w mundurze z krawatem) a następnie Kazimierz Tokarz (bez munduru). W drodze powrotnej członkowie KSMM z Brzozdowiec zwiedzili m. in. Kraków i Wieliczkę. Ks. Kozłowski pochowany jest na cmentarzu w Knurowie koło Gliwic.

 Po zajęciu Brzozdowiec przez Armię Czerwoną, zaczęła się penetracja środowiska przez NKWD. Poszukiwano oficerów polskich i policjantów. NKWD aresztowało podporucznika rezerwy, nauczyciela Stanisława Marciniaka, ślad po nim zaginął. Odnaleziony został na liście ofiar Katynia. Policjanci Bogdan Sienkiewicz i Jan Kubacki zostali aresztowani przez NKWD. Przewiezieni do Chodorowa, gdzie ich sądzono i po procesie wywieziono w głąb Rosji. Świadczyli przeciwko nim brzozdowieccy Żydzi i Rusin. Pozostali policjanci, komendant Edward Żugaj, posterunkowy Józef Dziubek, Jan Kasperow zostali w porę ostrzeżeni i ukrywali się pod zmienionymi nazwiskami. Bronisław Lis wyjechał do Lwowa, tam został aresztowany przez NKWD, dalsze jego losy nie są znane. Nawet inwalida policyjny Hodowany został aresztowany, przeżył łagry i z Armią Andersa przez Bliski Wschód wrócił do Polski.
Społeczeństwo polskie opanował strach i niepewność jutra. Władze sowieckie próbowały organizować zabawy taneczne w Domu Towarzystwa Ludowego, ale były one bojkotowane przez polską młodzież, Ukraińcy też niechętnie uczęszczali na nie. Polacy skupiali się w kościele wokół Cudownego Pana Jezusa Ukrzyżowanego.

/ Wnętrze kościoła brzozdowieckego, ołtarz.

/ Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

W 1941 aresztowano ukrywającego sie policjanta Jana Kasperowa i osadzono w lwowskim więzieniu, krótko przed atakiem hitlerowskich Niemców na ZSRR wraz z dużą grupą więźniów został zamurowany w jednej z cel. Po wycofaniu się straży i NKWD więźniowie z piecyka żelaznego i koca sporządzili taran, którym rozbili mur, co pozwoliło im wydostać się na zewnątrz. Na podwórzu więziennym widzieli wiele trupów zamordowanych współwięźniów. Powrócił do Brzozdowiec, żony i dzieci nie zastał, zostali wywiezieni do Kazachstanu.
29 czerwca 1941 Po wkroczeniu Niemców znaleziono w aktach NKWD w Chodorowie wykaz polskich rodzin, które w lipcu 1941 roku miały być wywiezione w głąb imperium sowieckiego. Obawy okazały się w pełni uzasadnione na, liście znajdowało się 57 nazwisk. Były tam nazwiska działaczy politycznych, społecznych, nauczyciele, zamożni gospodarze oraz „podejrzani politycznie”. Po zmianie okupanta skład posterunku policji stanowili wyłącznie Ukraińcy. Niemcy obiecywali Ukraińcom wstępującym do policji i wojska „Samoistną Ukrainę”.
Bojówki ukraińskich nacjonalistów swoje ataki rozpoczęły wraz z początkiem wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r. Pierwsze zbrojne oddziały powstały na północno-wschodnim Wołyniu oraz Polesiu.

Po zagładzie Żydów, nad Polakami zawisło również niebezpieczeństwo. Ukraińscy nacjonaliści zaczęli podburzać miejscową ludność rusińską do wyrżnięcia Polaków. Początkowo Polacy to bagatelizowali. Nikt nie wierzył, ze sąsiad może iść zabić polskiego sąsiada. Kiedy jednak zaczęły docierać do nas informacje o rzezi na Wołyniu, nikt w Brzozdowcach zagrożenia ze strony Ukraińców nie lekceważył. Cała miejscowość zaczęła przygotowywać się do obrony.
W sierpniu 1942 w Okręgu Lwowskim AK rozpoczęto organizowanie i werbowanie do Armii Krajowej. W Obwodzie Bóbrka zorganizowano pięć rejonów, w tym dwa w położonych na południu Obwodu, w znacznej odległości od Bóbrki (około 25 km) Brzozdowcach i Chodorowie. W Chodorowie mieściła się znana duża cukrownia (jedna z największych w Europie) i większość członków AK rekrutowała się z pracowników tego zakładu.
Inspektorat AK Stryj rozszerza zasięg swojej działalności, na Brzozdowce, Krasną Górę, Hranki Kuty i Nowosielce. Akcja ta będzie występowała pod kryptonimem  „TOPÓR”,  dowódca pseudonim „August”. Baza AK „Topór” – dzięki swojemu położeniu (na styku trzech byłych województw: lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego) w pobliżu dużych masywów leśnych, w jarach Dniestru, stała się prawdziwą oazą zbawienia, nie tylko dla miejscowych chłopów i z innych wiosek, ale również dla Polaków dezerterów z Wermachtu, Żydów oraz dla żołnierzy radzieckich zbiegłych z niewoli hitlerowskiej.
Niektórzy z nich wstępowali a partyzantki.
W ramach szkolenia ludzi i w celach obronnych ludności polskiej na tym terenie, organizowane były z ludzi niewielkie oddziały, których wielka ruchliwość wywoływała u banderowców przeświadczenie, ze te tereny są całkowicie opanowane przez partyzantkę polską. Taka taktyka okazała się bardzo trafna, gdyż banderowcy nie odważyli się napaść na nas większymi siłami, aby nas zniszczyć za jednym uderzeniem.
Zadaniem tych oddziałów było ciągłe utrzymywanie łączności pomiędzy poszczególnymi polskimi enklawami, rozrzuconymi na terenie kilku powiatów. Dzięki swej ruchliwości, oddział ten stwarzał pozory istnienia wielu oddziałów partyzantki polskiej, tym samym wstrzymywał zapędy band UPA od napadania na spokojną ludność polską.  
Ludzie przyjmują tę wiadomość z radością. Nareszcie ktoś z zewnątrz zainteresował się ich losem.
W Brzozdowcach energicznym organizatorem i kapelanem AK był ks. mgr. Stanisław Kozłowski.

/ Ks. Stanisław Kozłowski.

W latach okupacji niemieckiej członkowie Armii Krajowej z Brzozdowiec działali w rejonach Brzozdowiec, Hranek, Laszek i Krasnej Góry pod dowództwem por. Feliksa Bilickiego i jego zastępcy ppor. Stanisława Kordala (obaj brzozowianie). Do AK należało wielu Polaków, zwłaszcza żołnierzy kampanii wrześniowej. Do oddziału należeli: Jan Burlikowski, Śliwak, Kazimierz Tokarz, Władysław Szymański, bracia – Stanisław i Michał Szymańscy, Władysław Guga, Franciszek i Antoni Wiewiórscy, Władysław Kłosowski i jego syn Edmund, Stanisław Berezowski, Paliński, Sroka. Władysław Szymański  pełnił jakąś funkcję, ale dzieci nie były wtajemniczone. Tato ściśle współpracował z ks. Stanisławem Kozłowskim, wspomina pani Helena Grzesiak zd. Szymańska. Główną bazę posiadali na  Krasnej Górze. Niedaleko znajdowała się wieś Mazury, czysto polska. Obecnie nie ma po niej śladu.

/ Zdjęcie satelitarne Brzozdowiec i okolic, w miejscu dawnej czysto polskiej wsi Mazury  zarośla i szczere pole.

/ Mapa okolic Brzozdowiec z trenami operacji odziału AK brzozdowieckiego. I jeszcze widoczna na mapie czysto polska wioska Mazury

Broń kupowano u przyjezdnych żołnierzy Wermachtu, zdemoralizowanych pododdziałów frontowych, którzy mieli sporo broni zdobycznej i nieewidencjonowanej, a także amunicji i ręcznych granatów. Próbowano też produkować broń samodziałową. Dowództwo okręgu wspomogło miejscowy oddział pewną ilością broni przerzuconej na wschód z okręgu warszawskiego.
Broń była też odzyskana od policjantów, którzy zostali aresztowani a broń mieli pozostawioną w swoich domach.
Przed wojną moi rodzice, żeby trochę zarobić, wynajmowali jeden z pokoi. Mieszkał w nim policjant Bogdan Sienkiewicz z żoną. We wrześniu 1939 roku jak wkroczyli sowieci, aresztowali polskich policjantów, a później ich rodziny. Policjant Sienkiewicz zostawił u nas karabin i fuzję myśliwską, broń ukryłem. Było to moje wiano do konspiracji. Zostałem zaprzysiężony i stałem się członkiem obrony.  
Wspomina Pan Stanisław Kawecki.
Odział AK posiadał też radiostację. Miejsce przechowywania radiostacji było u Antonickiego, który mieszkał wśród rodzin polskich przy rzeczce Wiśniowczyk. Obsługiwała ją dziewczyna pochodzenia żydowskiego, ale chodziła do kościoła.
Jak była u nas radiostacja, to ojciec zawsze mi mówił, jak będziesz w szkole i zobaczysz ze wojsko przyjedzie, to czym prędzej biegnij do domu i powiedz mi wszystko. Żebym o tym wiedział. Ktoś przyprowadził do nas panią. Okazało się, ze pani ta była radiotelegrafistką nadawała zawsze w nocy, lub przez całą noc. Rano chodziła do kościoła. Mieszkała u Szymańskich, a u nas tylko nadawała. Pani Czesława Franc zd. Antonicka.

/ Mapa okolic Brzozdowiec i zaznaczona baza AK na Krasnej Górze, obok czysto polska wieś Mazury

Akowcy brzozdowieccy na Błoniach przygotowywali miejsca do rzutów alianckich. Władysław Szymański i bracia Szymańscy Staszek z Michałem, wraz innymi chodzili na Błonia przygotowywać miejsce zrzutów, robili takie kopczyki, pochodnie. Kazimierz Tokarz uczestniczył też w ubezpieczaniu angielskich zrzutów. Często u Szymańskich w domu odbywały się różne spotkania, często na te zebrania przychodził ks. Stanisław Kozłowski.
Początkowo były to potyczki hitlerowcami: wysadzanie mostów kolejowych na linii Stanisławów-Lwów między Boryniczami a Czarnym Ostrowem.
Komenda Armii Krajowej we Lwowie skierowała ponad 30-stu dobrze uzbrojonych (także w broń maszynową) swoich żołnierzy do Brzozdowiec. Byli zakwaterowani ściśle tajnie, przeważnie w Brzozdowcach - Błoniach, tam gdzie było największe skupisko Ukraińców. Pamiętam, że u nas kwaterowało kilku, a mieszkaliśmy właśnie na Błoniach. Wspaniali młodzi ludzie – otrzymali w naszym domu zakwaterowanie i wyżywienie. W dzień często widziałam ich jak odsypiali po nocnych patrolach i wypadach na różne akcje odwetowe, wracając rano zmęczeni, wybrudzeni. Szczególnie jednego zapamiętałam, bo był bardzo ładnym młodzieńcem. Leżąc czy śpiąc miał zawsze złożone ręce na piersiach. Mój tato mówił: oj on chyba długo nie będzie żył, bo tak ręce składa. Wspomina pani Stanisława Czyżewska zd. Guga.
W czasie jednego przerzutu takiego oddziału manewrowego, z Krasnej Góry koło Brzozdowiec do naszej bazy, po drodze oddział natknął się w nocy na grupę banderowców w gajówce. Ponieważ gajówka ta znajdowała się w sąsiedztwie naszej bazy, dowódca oddziału „Tancerka” zdawał sobie sprawę, że ci banderowcy dokonali napadu na rodzinę Ordona. Po zdjęciu wartowników i okrążeniu gajówki zlikwidował wszystkich nie spodziewających zaskoczenia, zanim ci zdążyli chwycić za broń. Za wymordowania rodziny Ordona nie szukaliśmy zemsty na spokojnej ludności ukraińskiej.
Pewnego razu czasie powrotu z pościgu za banderowcami, spotkaliśmy w lesie nieuzbrojonego starszego chłopa ukraińskiego. Niemcy i Ślązacy chcieli go zlikwidować. Nie dopuściliśmy jednak do tego. Żołnierze Wermachtu nie mogli zrozumieć naszego postępowania.    
Latem, czerwiec – lipiec 1943 w Brzozdowcach zatrzymało się około 30 żołnierzy niemieckich, wieczorem mieli jechać do Rozdołu, tak się złożyło, że zostali dłużej, na noc w Brzozdowcach. Działacze AK „ugościli” dowódcę i nocowali w Brzozdowcach. Banda ukraińska zaczęła podchodzić od strony Chodorowa, czujki ustawione na górze Świętego Jana, podały wiadomość, że na koniach zbliża się banda. Wszczęto alarm, dzwon kościelny bił umówionym rytmem „na raz, jedno uderzenie”. Mieszkający dalej od kościoła pochowali się w swoich schronach, kryjówkach, część była już zgromadzona na noc w kościele. Banderowcy zbliżali się coraz bliżej. Wtedy Niemcy postawili karabin maszynowy na schodach domu kultury, tam był sklepik Berezowskiego. Była tam prosta linia na górę św. Jana. Zaczęli strzelać seriami z karabinu, i banderowcy przestraszyli się, uciekli. Był już taki okres, że Niemcy bali się Ukraińców.

/ Z tego miejsca banderowcy próbowali zaatakować Brzozdowce, z góry św. Jana (zdjęcie przedwojenne,)

Z tego miejsca Niemcy strzelali seriami z karabinu do zbliżających się banderowców z widocznej Góry św. Jana.
Pamiętam doskonale tę noc. Byłam z mamą w kościele, gdy zaczęła się strzelanina, wszyscy padliśmy na kolana przed Cudownym Obrazem prosząc Boga o ratunek. Czekaliśmy z ogromnym strachem i niepokojem pewni, że za chwilę wtargną banderowcy i wszystkich nas wymordują. Po dłuższym czasie ku naszemu zdumnieniu do kościoła weszli Niemcy. Przeszli środkiem przez cały kościół i zobaczyli jak na betonie ściśnięci jak śledzie w beczce leżą dzieci, kobiety i starcy. Czy chociaż któregoś z nich sumienie drgnęło? Tajemnicą poliszynela było to, że Niemcy tak dają - sprzedają broń Ukraińcom jak i Polakom, żeby się prędzej wykrwawili. Wszak Rzesza chyliła się już ku upadkowi. Wspomiana Pani Stanisława Czyżewska zd. Guga.
Przez krótki okres (2-3 miesiące) w Brzozdowcach stacjonowały dwie kompanie Wermachtu, wycofane z frontu na odpoczynek i uzupełnienie braków. Niemcy zajęli dwa budynki szkoły, część plebanii i pozostali rozlokowani na kwaterach w prywatnych domach. Wtedy mieszkańcy Brzozdowiec nocowali we własnych domach. Wróg okazał się sprzymierzeńcem ludności cywilnej. Żaden banderowiec nie odważył sie dać znać o sobie. Dwóch schwytanych banderowców z bronią żołnierze niemieccy rozstrzelali.

/ Dom Kultury Towarzystwa Szkoły Ludowej. Z tego miejsca Niemcy strzelali seriami z karabinu do zbliżających się banderowców z widocznej Góry św. Jana.

W tym okresie w Brzozdowcach w dzień można było swobodnie poruszać się, nie było żadnego zagrożenia. Natomiast na obrzeżach, samotne przebywanie było niewskazane, szczególnie dla kobiet i dzieci.
W listopadzie 1943 roku w Laszkach koło Brzozdowiec, banderowcy zamordowali gajowego w lesie, w nocy przyszli do jego domu i zamordowali żonę i córkę oraz 3 pracowników leśnych. Leśniczówkę spalili. Łącznie zamordowali 6 Polaków.
Od jesieni 1943 kościół w Brzozdowcach zamieniony został na twierdzę. Na noc cały kościół od parteru, przez chór aż po strych, zmieniał się w sypialnię polskich rodzin z Brzozdowiec i okolicy. Chroniły się w nim kobiety z dziećmi i osoby starsze. Wnętrze świątyni wypełniały rozłożone sienniki i legowiska, które rano trzeba było zwijać, żeby świątynia mogła spełniać swą zwykłą funkcję.

/ Na tej posadce rozłożone były sienniki i legowiska jak również na chórze i strychu.

 Chłopcy od 14 roku życia pełnili dyżury na wieżyczce kościoła. Ich zadaniem była obserwacja terenu wokół Brzozowiec, czy nie widać sygnałów od ustawionych czujek. Posterunki-czujki rozstawione były z dala od kościoła, skąd mogło przyjść zagrożenie.

/ Wieżyczka na kościele brzozdowieckim z której prowadzone były obserwacje terenu wokół Brzozdowiec

W szkole koło kościoła nocowały dziewczyny (też w tym samym wieku, co chłopcy), których zadaniem miała być ewentualna pomoc medyczna, sanitariuszki.

/ Jeden z dwóch budynków szkoły podstawowej w Brzozdowcach. Pierwszy od strony kościoła. W wieżyczce dzwonek zwołujący dzieci na naukę.

/ Ks. Stanisław Kozłowski z uczniami brzozdowieckimi.

W nocy mężczyźni czuwali uzbrojeni na posterunkach wokół muru otaczającego kościół. Mur był bardzo okazały, miał 2 metry wysokości, grubość przy podstawie 1metr, a przy wierzchołku 0,7 metra. Stanowił na tyle skuteczną obronę, że banderowcy nie odważyli się jej zaatakować.

/ Okazały wysoki mur wokół kościoła.

Rozsyłane pogłoski o posiadaniu dużej ilości broni, też miały swoje znaczenie. Niektórzy nocowali też w swoich domach, ale były to domy murowane z cegły. Dachy kryte dachówką, posiadały piwnice. Okna były zabarykadowane. Starsze osoby z dziećmi szły do kościoła, a pozostali dorośli domownicy i sąsiedzi zostawali w domach.
W najgorszej sytuacji byli mieszkańcy, którzy mieszkali z dala od kościoła, od centrum Brzozdowiec, na obrzeżach. Tam bardzo często grasowały bandy, które rabowały, przeważnie żywność, nie gardzili też innymi artykułami. Jeżeli zauważyli zbijających się banderowców, lub dotarła wiadomość o zbliżaniu grupy to uciekali z domów. Chowali się, gdzie się dało, w polu, (w zbożu, kartoflisku, kukurydzy), w zabudowaniach było niebezpiecznie, bali się pożarów. Uciekały przeważnie młode osoby, starsi zostawali w domach, licząc, ze zostawią ich w spokoju.
 Moja mama Katarzyna Śliwak zd. Żukowska często wspomina historię mojego dziadka, który nie chciał iść na noc do kościoła, schował sie w piecu chlebowym. I akurat w tej nocy przyszli banderowcy do jego domu, słyszał wszystko, o czym rozmawiali. Na następny dzień już pierwszy szedł na noc do kościoła. Ludność z Hranek pod wieczór zostawiała wszystko w domu, dom był otwarty, nieraz i na stole zostawiali kolację i wyruszali do kościoła w Brzozdowcach. Banderowcy jak przyszli do tego domu to zabrali, co im było potrzebne, zjedli. I poszli sobie, każdy był zadowolony, że wyrządzili żadnych szkód, a najważniejsze, że nie spalili domu. Tak opowiada Wiesława Cemka.
Starsza  generacja chłopów ukraińskich, która często od pokoleń powiązana była więzami rodzinnymi Polakami, w wielu wypadkach dawała dowody życzliwego ustosunkowania się do ludności polskiej.
W dzień, aż do zmierzchu było w Brzozdowcach w obrębie zabudowań bezpiecznie. Kto jednak odważył się na wyjście poza miejscowość, ten sporo ryzykował. Ukraińcy czatowali na takich, zwłaszcza na leśnych trenach i mordowali.
Dwóch moich krewnych, którzy poszli po drzewo do lasu już nie wróciło. Wszelki ślad po nich zaginął. Nikt nie miał wątpliwości, co się z nimi stało. Spoczywają pewnie w jakieś jamie, na której wyrósł las, jak na tysiącach innych ofiar ukraińskiego ludobójstwa, niemających swego grobu. Pani Helena Kostur.
Mój brat Edmund Kłosowski został złapany przez banderowców na moście na Dniestrze, z trudem uszedł z życiem. Uciekł im skacząc w nurt rzeki. Ukraińcy strzelali za nim na oślep, ale nie trafili. Edmund jak wydostał się z Dniestru, to najpierw do zmierzchu przesiedział w zaroślach nad rzeką, i pod osłoną nocy wrócił do domu. Długi czas się ukrywał, bał się, że Ukraińcy będą go szukać, a tutejsi wskażą miejsce jego pobytu.
Mniej szczęścia miała kuzynka mojego szwagra, która z koleżankami Ukrainkami poszła rodziny do drugiej wsi. Pochodziła ona z mieszanej rodziny polsko-ukraińskiej, których sporo było w Brzozdowcach. Ona akurat wybierała się z koleżankami do ukraińskiej strony swojej rodziny. Ukraińskie koleżanki doradzały jej, żeby może nie szła z nimi, tylko została w domu. Ale ona twierdziła, że chce odwiedzić ciocię i wujka, że nic jej nikt nie zrobi. Jak przechodziła z koleżankami przez las, Ukraińcy ją zatrzymali i jeden z nich powiedział: -Ty Polka!- ona zaprzeczyła, ale na niewiele to się zdało. Ukrainki, które z nią szły, zaczęły ja bronić, nic to nie dało. Prawdopodobnie był wśród nich jakiś Ukrainiec, który ją znał, bo zaraz przyłożył jej nóż do gardła i zaprowadzili ja do lasu. Tam oczywiście zarżnęli. Wspomina p. Jadwiga Abramowicz.   
Pamiętam „napad”, było to zimą 1943/44. W obawie przed Ukraińcami zamieszkała u nas polska rodzina z Laszek nazwiskiem Kania, małżeństwo z dwójką dorastających dzieci, Krysia i Leon. W tym czasie prawie wszystkie rodziny z Laszek, Krasnej Góry przeniosły się do Brzozdowiec. Mężczyźni nocą pełnili wartę – pilnowali, a osoby starsze i dzieci spały w domach, ale ciągle w ubraniu, żeby w każdej chwili być gotowym do ucieczki. Była właśnie sobota i nasze mamy mówią, „ach ciągle śpimy w ubraniach, chyba nic się nie będzie działo wykąpmy dziewczynki”. Ja spałam w jednym łóżku z Krysią. Po kąpieli zaledwie błogo snęłyśmy, gdy nagle z tego pierwszego snu zrywają nas, bo alarm. Banderowcy idą. Ten alarm wyglądał jak „sądny dzień”. Dzwony przy kościele dzwonią, przy każdym domu były urządzenia dzwonnicze, najczęściej zawieszone lemiesze, w które uderzano łomem. Syreny jakieś wyją. Mamy naprędce ubierają nas i w ciemna noc zimową idziemy skryć się do naszej piwnicy. Umieszczona była pod stodołą obok szopy. Żeby wejść do piwnicy należało dosłownie na leżąco wśliznąć się, ponieważ tato wejście przykrył stertą słomy. Nasi sąsiedzi – Struk również schronili się razem z nami. Mój tato i brat Michał (16-letni) pozostali na zewnątrz w celu ewentualnej obrony. Strach paniczny nie do opisania. Trzęsiemy się, modlimy się, a dziewczęce zęby dzwonią. Słyszymy kroki na zewnątrz i nie wiemy czy to jeszcze nasi, czy już banderowcy. Mieliśmy bardzo ostrego psa, który strasznie ujadał. Siedzimy w ciemności, żeby nie zdradzić miejsca pobytu. Czas dłuży się w nieskończoność. Może po godzinie, czy dwóch słyszymy głos taty, że możemy wychodzić. Banderowcy cofnęli się. Właściwie na dobrą sprawę to nasze schronienie w piwnicy nic by nie dało, bo wystarczyło podpalić słomę o podusilibyśmy się jak nic. Od tej pory wszystkie noce spędzaliśmy w kościele. Wspomina pani Stanisława Czyżewska zd. Guga.
Było to chyba w lutym, nie było dużo śniegu tylko lekko przyprószona ziemia, było biało. Nagle w nocy słychać alarm, dzwon w kościele zaczął bić, Berezowski „Kazyło” wyszedł na miasto, koło domu Tokarza, tam gdzie była knajpa. I krzyczał w niebogłosy: bandyci gdzie jesteście, napadajcie, wychodźcie, mordercy. Taki krzyk był olbrzymi, dzwon dzwonił, alarm. No i wszyscy, kto tylko mógł chwycił za broń, widły cokolwiek miał pod ręką miał się stawić przy kościele, tak jak było ustalone, żeby bronić rodziny, które będą chroniły się w kościele. Wtedy my w kościele się nie chowaliśmy, każdy był w domu, więc chciał bronić swoje domostwa. Panika był wielka, ja z siostrą, moja ciocia z dwójką dzieci uciekaliśmy do miasta z ulicy Borynieckiej. Schowaliśmy się w jednym z domów w mieście, bo nie wiedzieliśmy gdzie dalej iść. Tam nas przytrzymali do rana, jak świtało wróciliśmy do domu. I to taki był alarm, próbny alarm, czy dziki alarm, czy gdzieś, kto co zauważył. Ale to nie było, żeby banderowcy próbowali z skądś iść, atakować, napadać.
Później zaczęto rozmawiać czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony to dobrze, bo może ten alarm trochę przestraszył Ukraińców. Z drugiej, że wszyscy Polacy zerwani zostali na „równe nogi” nie wiedząc, co się dzieje. Byli zdezorientowani, bo co innego jak szliśmy na noc do kościoła, tam nocowaliśmy, kościół był obstawiany przez mężczyzn, młodzież, starszych chłopców, że w razie ataku będą bronić. A w tym przypadku wszyscy pozostali w domach, bo nic się nie działo. Tak zapamiętał to zdarzenie pan Ludwik Wiewiórki.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 roku, zaczęło działać NKWD. Sytuacja Brzozdowiec była dużo gorsza niż podczas okupacji hitlerowskiej, ponieważ w istniejących warunkach nie była możliwa żadna skuteczna obrona przed siłami banderowców. Sowieci sprzyjali Ukraińcom. Stosunek Sowietów do formacji Armii Krajowej od początku był nieprzyjazny, a właściwie wrogi.
Wraz z nadejściem frontu większość partyzantów odeszła z Brzozdowiec. Pewnie trudny spotkał ich los tak jak wszystkich Akowców, chociaż walczyli i  życie oddawali za Polskę. NKWD Przystąpiło do akcji. Rozpoczęły się poszukiwania członków Armii Krajowej. Za przynależność do AK aresztowano ogółem  12 osób. Między innymi ppor. rezerwy zastępcę komendanta AK Brzozdowce Stanisława Kordala.  Został aresztowany i zesłany do Workuty. Pracował przy wyrębie lasów a zimą przydzielony był do odśnieżania  zasypanych torów. Został zwolniony w 1956 roku.
NKWD wkraczając do Brzozdowiec miało już wykaz mężczyzn w wieku poborowym. W założeniu każdy Polak miał trafić do nowopowstałej armii polskiej, a Ukraińcy mieli być wcieleni do Armii Czerwonej. W razie odmowy całej rodzinie poborowego groziła zsyłka na Sybir. Został wystosowany apel, wywieszono plakaty, żeby wstępować do wojska. Bardzo dużo mężczyzn, Polaków zgłosiło się to wezwanie i zapisywało się do wojska. Panowała wielka radość, że idą do polskiego wojska, śpiewano różne piosenki. Wśród nich między innymi: Franciszek Kot, Michał Ciura, Władysław Kłosowski, Stanisław Szymański, Karol Szymański, Józef Suchorowski.                                                                                                 

W międzyczasie powołano w Brzozdowcach milicję „istriebitielnyj odział”, czyli odział porządkowy. Zadaniem oddziału była wyłącznie obrona, przed napadami nacjonalistów ukraińskich i pełnienie służby wartowniczej. Odziały te podlegały NKWD. Członkowie oddziału samoobrony nie mieli mundurów, chodzili w cywilnych ubraniach, w tym, co udało się zdobyć, nawet w spodniach od niemieckiego munduru. Nosili tylko biało-czerwoną opaskę i posiadali broń.  Do milicji powołani zostali ci, którzy nie mogli iść do wojska ze względów rodzinnych, bo nie chcieli zostawić rodziny, nie chcieli gospodarstwa zostawić, pozostawić miejsc pracy.

Do „strybków” (tak nazywano ich spolszczając nazwę) zostali wcieleni: Michał Szymański, Gustaw Ślusarz, Stanisław Kłosowski, Edward Hodowany, Jan Śliwak, Stanisław Kawecki, Stanisław Guga.

Nie wszyscy chcieli iść do wojska, a i służba w milicji po kierownictwem NKWD im nie odpowiadała, to ukrywali się. NKWD mając wykazy mężczyzn dobrze wiedziało, gdzie, kto mieszka i kto się nie zgłosił do wojska szukali ich, urządzali obławy.

Pozostałych, których podejrzewano o przynależność do AK, a nie poszli do wojska, maskowano, starano się tłumaczyć, że to są „swoi”, ”strybek”, wcielano do milicji. Tak było ze Leopoldem Śliwakiem (Poldkiem) i Antonim Berezowskim.  Pewnego razu Ruscy wykryli pozostałości akowców na Krasnej Górze, z oddziału „Tancerki”. Zauważeni akowcy zaczęli uciekać. Jeden z nich brzozowianin, a pozostali obcy. Sowieci gonili ich około 3 km, akowcy wpadli do dużego zagajnika. Ruscy zaczęli okrążać zagajnik coraz ciaśniej, kazali im się poddać, akowcy nie już mieli wyjścia. Stanęli razem, jeden z nich wyjął granat i zawołali za Wolną Polskę, za Ojczyznę. Odbezpieczył granat i wszyscy zginęli. Ruscy jeszcze długo pilnowali tego miejsca, czekali, kto przyjdzie ich pochować. Dość długo tam leżeli z tydzień, później Ruscy odeszli. Polacy z Krasnej Góry upewniwszy się, że nic im nie grozi, nikt ich nie obserwuje, pochowali akowców w miejscu gdzie zginęli.                                                                                         
 „Strybki” uczestniczyli też w różnych akcjach, obławach na Ukraińców. Ukraińcy mieli obowiązek zgłaszać się do wojska i iść na front. W lasach za Hrankami ukrywało się dużo Ukraińców, którzy byli w bandach i nie chcieli iść do wojska. Z Chodorowa przyjechało 3 oficerów NKWD, wzięli strybków (milicję), podwody (furmanki) i pojechali na Hranki - Kuty. Powiedzieli rodzinom, żeby ukrywający się w lasach zgłosili się do wojska, jak się zgłoszą to nic nie będziemy robili. A jak się nie zgłoszą, to ich rodziny zostaną wywiezieni do Chodorowa a następnie na Sybir.  Żeby nie było, komu banderowców utrzymywać w lesie. Nikt z ukrywających się w lesie nie zgłosił się. Załadowano rodziny na furmanki i podczas wyjazdu furmanek z rodzinami z lasu wyszli Ukraińcy i zaczęli odbijać swoje rodziny. Była silna walka, Polacy byli dobrze uzbrojeni, wyszli z potyczek cało. Edek Hodowany miał postrzeloną rękę 3 razy po skórze. „Strypki” z Brzozdowiec jeździli też za Chodorów na wsie, w których było dużo banderowców, którzy dokonywali napadów. Wywieźli całe rodziny do Chodorowa, a następnie rodziny te zostały wywiezione na Sybir, to była metoda żeby Ukraińcy zgłaszali się do wojska. Taka była polityka ruskich. 

Długo ciągnęła się o nich („strybkach”, milicji) opinia, jako zdrajców, sowiecka milicja itp. Członkowie samoobrony odwoływali się, żeby ich też uznać, jako żołnierzy. Dopiero w latach 90-tych oficjalnie minister obrony przyznał im odznaczenia i stopnie wojskowe. Gustaw Ślusarz i Michał Szymański zostali awansowani na pod. porucznika.   

W październiku 1944 roku przed Wszystkimi Świętymi w okolicach Brzozdowiec kwaterowała i operowała grupa polsko-sowieckiej partyzantki, Komendantem był Polak, Mikołaj Kunicki pseudonim „Mucha”, ubrany w biały kożuszek na białym koniu.  Oddział międzynarodowej partyzantki, który przeczesywał lasy. Był to bardzo liczny oddział, liczył tak około 80 do 100 osób różnej narodowości. Byli tam Polacy, Rosjanie, Niemiec, Węgrzy, Cygan.
W jakiś sposób dowiedzieli się, natrafili czy wiedzieli, że w lasach za Hrankami ukrywa się banda UPA. Wysłano w nocy grupę rozpoznawczą do wsi Hranki – Kuty, która nawiązała kontakt z łącznikami banderowców.
Rozpoznała dobrze rozmieszczenie UPA, a przede wszystkim znała hasło i odzew, jakimi posługiwali się w tym czasie banderowcy. Przywitali się „sława ukrainie”, mówią, że idą od strony Lwowa i chcą się przyłączyć do Ukraińców, żeby połączyć siły i razem napadać na Polaków. Upowcy byli przekonani, że wyrządzają przysługę bratniej organizacji. Dostarczyli oni tyle żywności oddziałowi partyzanckiemu, że nie był w stanie jej zużyć. Partyzanci mówią do banderowców niech pokażą, jaką mają broń, czym dysponują. Pokazali im schrony, w których mieszkali, magazyny żywności i broni. No to teraz zrobimy zbiórkę i policzymy ilu was jest. I wtedy partyzanci wszystkich aresztowali. Zabrali broń i przewieźli do Brzozdowiec. Wszystkich aresztowanych trzymano w zabudowaniach dworskich Fundacji St. Hr. Skarbka w  gorzelni. Jeden z aresztowanych nazwiskiem „Bryndzak”, widocznie poczuwający się do większej winy popełnił samobójstwo podciął sobie gardło, tak dogorywał i zmarł. W dniu 31.X.1944 r. wszyscy dowódcy i łącznicy zostali aresztowani, między innymi łącznik UPA, który pracował od 1925 roku. Aresztowanych w liczbie 47 ludzi skierowano do powiatu Chodorów. Wśród tych aresztowanych było 2 kuzynów mojej mamy, Piotr i Władysław Trochym, matka ich była Polką. Wspomina pani Helena Grzesiak zd. Szymańska.                                                                     
Po tej akcji partyzanci zakwaterowali się, część na Hrankach a pozostali na ulicy Borynieckiej. 1 listopada w dzień Wszystkich Świętych przyszedł do Szymańskich Cygan i jeszcze 3 innych, przyniósł duży kawał słoniny i mówi jak macie kartofle to proszę pokroić i tak usmażyć razem ze słoniną będzie jedzenie. Pani Katarzyna Szymańska smażyła im i tak rozmawiali, jakbyśmy tak dzień później przyszli to Ukraińcy by was wszystkich pozostałych Polaków na cmentarzu wymordowali w uroczystość Wszystkich Świętych.
Dowódca oddziału partyzanckiego Mikołaj Kunicki złożył wizytę proboszczowi parafii Brzozdowce Michałowi Kasprukowi, który opowiedział mu o zorganizowanej obronie Brzozdowiec. Opowiedział też o historii Cudownego Obrazu Pana Jezusa Ukrzyżowanego i wiarę oraz nadzieję jaką w nim pokładają mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy. Odsłonił Cudowny Obraz, przed którym Kunicki chwilę się modlił.
Mikołaj Kunicki „Mucha” pisze w swoim pamiętniku m.in.
„Oddział Partyzancki im. Stalina. Wieś Hranki – Kuty 2.X.1944r. Rozkaz. Zgodnie z rozkazem generała majora Saburowa oddział przybył do rejonu rozpoznania /wzg.392/. Wysłano w nocy grupę rozpoznawczą do wsi Hranki – Kuty, która nawiązała kontakt z łącznikami banderowców, dostarczyli oni tyle żywności oddziałowi partyzanckiemu, że nie był w stanie jej zużyć. W dniu 31.X.1944 r. wszyscy dowódcy i łącznicy zostali aresztowani, między innymi łącznik UPA, który pracował od 1925 roku. Aresztowanych w liczbie 47 ludzi skierowano do powiatu Chodorów.    

Dowódca  Oddziału Partyzanckiego.
Wyczerpała się bateria w radiostacji (w Brzozdowcach nie było elektryczności), radiotelegrafistka postanowiła zawieść baterię do Lwowa. Ale z tego Lwowa już nie wróciła.             
W maju 1945 roku Ukraińcy zaczęli wypisywać na murach „Hej żywe radziecka Ukraina”. Polacy odcięci od źródeł informacji nie wiedzieli, jaki dalszy los ich spotka. Władysław Szymański postanowił, że przyniesie radiostację do siebie do domu i może w jakiś sposób uda się wysłuchać jakiś informacji.
Pani Czesława Fran zd. Antonicka opowiada:
Ktoś przyszedł i tą radiostację zabrał od nas. Jak ojciec zobaczył, że nie ma tam radiostacji. Miejsce zasypał gruzem i zapomnieliśmy o tym.    
Ojciec nie pracował już we Lwowie, pracował tutaj na miejscu w Brzozdowcach w majątku. Pracował w polu przy burakach.
Po jakimś czasie 15 maja 1945 roku przyjechali do nas żołnierze NKWD razem z radiotelegrafistką. A ona jak zeszła z auta to skierowała się prosto schowka pod schodami. Ale tam nie było już radiostacji. Żołnierze pytają się gdzie jest ojciec. Powiedziałam, że ojca nie ma, jest na polu. Powiedzieli, że mam pojechać i pokazać im gdzie jest ojciec. Załadowali mnie na ten samochód, był duży, otwarty i pojechaliśmy. Przywieźli ojca, zabrali go do domu, ani go nie bili, ani nic nie robili.
W między czasie radiotelegrafistka dogadywała się z żołnierzami, że jak tutaj nie ma radiostacji to ona wie gdzie jest.
Ojca zabrali, powiedzieli żeby nic się nie martwił, złożysz tylko zeznanie, do niczego nie przymuszali.
Codziennie w godzinach kiedy przyjeżdżał pociąg wyglądaliśmy przy furtce czy ojciec nie wraca, powinien być. Nie ma ojca, nie ma ojca, ciągle go nie było.  
Później ciocia pojechał do Lwowa dowiedzieć się co z ojcem. Dowiedziała się jest we Lwowie, nawet z daleka widziała go, ale nie rozmawiała.
Przez jakiś czas co tydzień posyłaliśmy ojcu paczki, później ciocia pojechała ponownie dowiedzieć się co z ojcem. Okazało się, że jego tam nie ma, niewiadomo gdzie.
Mama z ciocia rozpoczęły poszukiwania jego, dopiero po jakimś okresie dowiedziały się, że była rozprawa i ojciec dostał 10 lat Sybiru. Na rozprawie nikt nie był, wywieźli go niewiadomo gdzie. Zmarł w 1952 roku, kara kończyła się w 1954 roku.
Tak wspomina pani Helena Grzesiak zd. Szymańska:
15 maja 1945 przyszli do nas żołnierze rozbiegli się po gospodarstwie robiąc rewizję. Niczego nie znaleźli. Pobili mojego tatę i jeszcze na koniec został uderzony kolbą w głowę, że zemdlał. Wtedy moja mama Katarzyna pokazała, miejsce gdzie schowana jest radiostacja. Naprzeciwko po drugiej stronie ulicy, stryszku nad chlewkiem. Obaj zostali aresztowani.
Długo rodziny nie wiedziały, gdzie się znajdują. Rodziny jeździły do Stryja, woziły paczki, a oni w tym czasie byli we Lwowie. Dostał wyrok  25 lat Sybiru. Przebywał w Irkucku, pracował, jako zdun. 1953 rok po śmierci Stalina, na mocy amnestii mój tato Władysław Szymański odzyskał wolność, ale nie mógł wrócić. Raz, że nie wiedział gdzie w Brzozowcach nie było nikogo. Po drugie był bardzo schorowany psychicznie, miał zaburzenia psychiczne po przebytych zdarzeniach. Wykończony fizycznie, częściowo sparaliżowany, miał dół w głowie.
Dopiero 1956 roku Władysław Szymański  wrócił do Polski. Przywiozła go kobieta Polka, która też była zesłana na Sybir. I w październiku 1957 roku zmarł.

Pomimo tak skutecznej samoobrony w Brzozdowcach, banderowcy zamordowali: Berezowskiego (25-27 lat), wracał z pociągu z Borynicz do domu. Jaśka z Podhorzec, dopadli go koledzy ukraińscy i utopili w Dniestrze. Napotkanego żołnierza w polskim mundurze, który szedł z dziewczyną zostali zabici na ul. Borynieckiej.            
Gdy w 1945 roku Polacy wiedzieli, ze będą musieli wyjechać, zaczęli robić świniobicia i przygotowywać zapasy. Zaczęły się wtedy nocne napady banderowców na Polaków i rekwirowanie pozyskanego mięsa. Przychodzili i zabierali. Widocznie ktoś musiał banderowcom o tym donieść, w którym domu było świniobicie. Wspomina Pan Edward Burlikowski.
Do Brzozdowiec zaczęto sprowadzać Ludność z Bieszczad i dokwaterowywać  do Polskich rodzin. Sytuacja stawała się nieznośna. Ukraińcy zaczęli się coraz bardziej panoszyć.
Już nie było żadnej obrony polskiej ludności, tym bardziej, że sowieci sprzyjali Ukraińcom.
I nadszedł smutny moment, że trzeba było opuścić Brzozdowce.
16 października 1945 rok godzina 6 rano, jesienny pochmurny dzień. W kościele brzozdowieckim zgromadziła się niewielka grupa parafian. Olbrzymia grupa koczowała już na stacji w Chodorowie. Czekali na załadowanie pociągu. W kościele rozpoczęła się ostatnia Msza Święta, mszę odprawiał ks. Michał Kaspruk. Już od początku głos mu się łamał, a wśród parafian nie było takiej osoby, żeby nie miała łez w oczach. Po nabożeństwie, parafianie nie odeszli, oczekując na moment najbardziej smutny i wymowny. Zgaszenia wiecznej lampki, wtedy cichy płacz przerodził się szloch. W kilkusetletniej brzozdowieckiej parafii przestała płonąć wieczna lampka. Po tej ostatniej mszy, ludzie obchodzili kościół w milczącej „procesji”, całując mury kościelne i progi oraz zabierając na pamiątkę okruchy ścian umiłowanej świątyni. Zdjęto z ołtarza Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego.  Naczynia, szaty liturgiczne, chorągwie pomogli zabrać parafianie. Cudowny Obraz Pana Jezusa postanowiono zabrać ze sobą. „Niech Cudowny Pan Jezus poprowadzi nas do nieznanego celu. Wszak to największy skarb, jaki wieziemy ze sobą”. Tak mówili i dodawali i „jeszcze Relikwie Krzyża Świętego”. Pod taką opieką szczęśliwie dotrzemy do nieznanego celu. Figurki, feretrony, klucze od kościoła otrzymał proboszcz greko-katolickiej cerkwi ks. Hapij. Wielki dzwon przekazano cerkwi. Zapakowane rzeczy zawieziono na stację do Chodorowa.

19 października 1945 roku rusza transport ze stacji kolejowej z Chodorowa. Tułaczy Bóg wraz ze swymi Wyznawcami musi wyjechać w nieznane.

/ Stacja kolejowa Golczewo foto przedwojenne.

I tak w nieludzkich warunkach, bydlęcych wagonach dotarli do Golczewa (dalej nie było torów) Wigilię 24 grudnia 1945.
 Następnie furmankami do Trzebieszewa. Tak zakończył się los mieszkańców Brzozdowiec.
Tutaj na nowej ziemi zaczynali wszystko od nowa, trwając do dzisiaj przy swoim Skarbie Cudownym Obrazie Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej przywiezionym z Brzozdowiec.
Grupa członków KSMM z Brzozdowiec biorąca udział w Zlocie Młodzieży KSMM w Częstochowie w dniach 24-25 września 1938 roku. W środku ks. Stanisław Kozłowski, katecheta i opiekun KSMM. Po jego lewej stronie prezes oddziału KSMM Jan Burlikowski ( w mundurze z krawatem) a następnie Kazimierz Tokarz (bez munduru). W drodze powrotnej członkowie KSMM z Brzozdowiec zwiedzili m. in. Kraków i Wieliczkę. Ks. Kozłowski pochowany jest na cmentarzu w Knurowie koło Gliwic.
Ks. mgr. Stanisław Kozłowski urodził się 04.05.1913 roku w Busku, powiat Kamionka Strumiłowa, w okolicach Lwowa. Święcenia kapłańskie przyjął 26.06.1938 roku  z rąk arcybiskupa Bolesława Twardowskiego.  Po święceniach został skierowany do parafii pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Brzozdowcach, gdzie pełnił funkcję wikariusza i katechety.
Ksiądz Stanisław Kozłowski był młodym księdzem, pełen młodzieńczej werwy, cieszący się powszechną sympatią, a zwłaszcza u młodzieży. Był opiekunem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Razem z brzozdowieckimi druhami z tego stowarzyszenia wziął udział w ogólnopolskim zlocie męskich stowarzyszeń katolickich, który odbył się w Częstochowie w dniach 24-25. września 1938 roku. W drodze powrotnej druhowie, razem ze swoim opiekunem zwiedzili Kraków z Wawelem i Wieliczkę. We Lwowie wstąpili do parafii pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, gdzie posługę pełnił poprzedni wikariusz brzozdowiecki ks. Jan Gustkowicz.
W okresie okupacji, gdy nasiliło się zagrożenie ze strony nacjonalistów ukraińskich i ludność polska chroniła się na noc w kościele, ks. Kozłowski był każdej nocy razem z ludźmi w kościele. Ks. Kozłowski był kapelanem miejscowego oddziału Armii Krajowej, spośród którego rekrutowali się członkowie brzozdowieckiej samoobrony przed bandami Ukraińskiej Powstańczej Armii. W czerwcu 1944 roku, gdy wojska alianckie utworzyły front we Francji, patriotyczni mieszkańcy Brzozdowiec zamówili mszę św. w intencji powodzenia tego frontu, którą odprawił ks. Stanisław Kozłowski. W dniu 16.10.1945 roku, gdy odprawiana była ostatnia przed wyjazdem na zachód msza św. przez proboszcza ks. kanonika Michała Kaspruka, ks. Kozłowskiego już nie było, gdyż zagrożony aresztowaniem usunął się przezornie z Brzozdowiec.
 Po wojnie 1945 ks. Stanisław Kozłowski  przybył do kościoła filialnego w Krzyżowej koło Żywca.
Jesienią 1945 r. Ignacy Baran odszedł, a na jego miejsce zajął  ksiądz Stanisław Kozłowski (1913-1956), pracujący wcześniej jako wikariusz w Brzozdowcach w archidiecezji lwowskiej. Dzięki swojemu szlachetnemu charakterowi i głębokiej religijności, szybko zdobył sobie ogromny autorytet wśród wiernych. Na kartach „Kroniki budowy kościoła w Korbielowie” wspominano go następująco: był to kapłan, który prawdziwie pojmował pracę duszpasterską, nie szczędząc swych sił i zdolności w służbie bożej. dochodził do najdalszych osiedli, by nieść pomoc duchową, a często i materialną, gdzie widział jej potrzebę. był prawdziwym opiekunem biednych. mieszkając w Krzyżowej, obsługiwał i nasz kościół, więc poznał rywalizację dwóch wsi i starał się godzić antagonizmy. urządzał wspólne nabożeństwa z procesjami, w których obie wsie brały udział. […] gorliwie zajmował się dziećmi szkolnymi i nauką religii, uroczyście też urządzał pierwszą komunię św. dla dzieci. Ustawicznie pouczał małych i dorosłych, jak zachowywać się kulturalnie, jak współżyć zgodnie z sobą.

W 1948 r. ksiądz Kozłowski wszczął starania o przeniesienie na inną parafię. Zanim to jednak zdążyło nastąpić, został aresztowany przez UB 31.03.1948 roku  „ za schronienie działaczy dawnej podziemnej organizacji” i kontakty z antykomunistycznym podziemiem zbrojnym (Narodowe Siły Zbrojne). Przetrzymywany był w więzieniu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie na Montelupich.   

/ Na Wzgórzach Stryjskich we Lwowie, wrzesień 1938 rok, pierwszy z lewej Jan Burlikowski prezes Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w Brzozdowcach, obok ks. Stanisław Kozłowski. Druhowie wracali ze zlotu w Czestochowie.

Dnia 29.07.1948 został przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie skazany na 5 lat więzienia i utratę praw publicznych na 5 lat. Od 13.09.1948 przebywał w więzieniu w Rawiczu. Po odbyciu kary, w kwietniu 1953 roku usiłował wrócić do Krzyżowej. Tam już rezydował proboszcz erygowanej w 1948 roku parafii. Przyjął go do siebie do pracy w parafii pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego w Knurowie koło Gliwic, ks. Jan Tejchman, który przed wojną był proboszczem w Magierowie, w dekanacie Żółkiew (Kresy). Ks. Jan Tejchman, m. in. w związku z przyjęciem do siebie zwolnionego z więzienia kapłana, spotkał się z szykanami ze strony miejscowych władz państwowych i Urzędu Bezpieczeństwa. Ówczesny wikariusz kapitulny diecezji katowickiej, ks. Jan Piskorz, nie poparł proboszcza, lecz na życzenie władz politycznych usunął go 15.11.1954 z parafii, oficjalnie przenosząc na emeryturę. Jednocześnie gościnną parafię musiał opuścić ks. Stanisław Kozłowski. Ordynariat Administracji Apostolskiej w Opolu mianował ks. Kozłowskiego kapelanem sióstr de Notre Dame w Zawadzkiem, w których domu mieszkał aż do śmierci. Zmarł w dniu 31.10.1956 roku w wyniku tragicznego wypadku, któremu uległ pod kołami pociągu w drodze z posługą duszpasterską.  Z inicjatywy parafian z Knurowa,  gdzie pracował tylko około jednego roku, spoczął na cmentarzu parafialnym w Knurowie.

/ Miejsce pochówku ks. prof. Stanisława Kozłowskiego w Knurowie. fot. Stanisław Burlikowski, 07.09.2016.


Stanisław Horyń 25.11.2018