Dzisiaj jest: 15 Kwiecień 2021        Imieniny: Olimpia, Anastazja, Bazyli - Wielkanoc
Czy to może być prawdą?

Czy to może być prawdą?

Poniżej prezentujemy tekst który pojawił się 20 lutego 2020 r. na : https://m.facebook.com/robert.skubelwaligora. Faktem jest, że od lat zagadką pozostaje; jak zginął i gdzie spoczywa żołnierz 27 WDP AK ps.…

Readmore..

Nie daliśmy się odciąć od korzeni

Nie daliśmy się odciąć od korzeni

Odebrany z Wydawnictwa i do kupienia album LUBOML I OKOLICE NA WOŁYNIU W STAREJ FOTOGRAFII - 444 str. 1500 fotografii z historycznymi opisami POLECAM Z DED I AUTOGRAFEM/ POCZTĄ proszę…

Readmore..

Kresowe rzeki –  żywioł i melancholia cz.3 Anna Małgorzata Budzińska

Kresowe rzeki – żywioł i melancholia cz.3 Anna Małgorzata Budzińska

/ Rzeka litewska–obraz Elżbiety Żak Wyobraźmy sobie, że stoimy nad brzegiem rzeki. Fale pluszczą niezmiennie, woda się przetacza, tafla wody zmienia kolory- raz błyszczy w słonku, raz wydaje się ponurą…

Readmore..

PROFESOR EUGENIUSZ ROMER (1871 - 1954)

PROFESOR EUGENIUSZ ROMER (1871 - 1954)

Eugeniusz Romer urodził się 3 lutego 1871 roku we Lwowie. Zarówno ojciec jak i matka pochodzili ze starych rodzin szlacheckich. Rodzina ojca, gęsto rozsiana na Pod­karpaciu aż po Sanockie, była…

Readmore..

Moje wspomnienia (Strzałkowce pow. borszczowski w woj. tarnopolskim)

Moje wspomnienia (Strzałkowce pow. borszczowski w woj. tarnopolskim)

Słowo wstępne Nie wiem i, nie mogę wyjaśnić, dlaczego przyszła mi myśl, aby opisać swoją rodzinną wieś oraz zwyczaje i tradycje, jakie w niej panowały. Bardzo żałuję, że późno przeczytałem…

Readmore..

Kwietniowe dni 1944 r. w

Kwietniowe dni 1944 r. w "Krwawej Łunie"

W Wielki Piątek nasi urządzili wielkie lanie Niemcom wypuszczającym się z Włodzimierza na rabunek do opuszczonych przez ludność wiosek w rejonie Werby. Jeszcze przed świtem "Wichert" poprowadził drużynę ochotników z…

Readmore..

Szlakiem Krzyży Wołyńskich - Sarny cmentarz katolicki

Szlakiem Krzyży Wołyńskich - Sarny cmentarz katolicki

SARNY Cmentarz Katolicki, pow. Sarneński ,woj. Wołyńskie Miasto Sarny zostało założone w carskiej Rosji w 1885 r., na skrzyżowaniu głównych linii kolejowych, biegnących z austro–węgierskiego Lwowa do rosyjskiego Wilna oraz…

Readmore..

Leonardo da Vinci  z Galicji, Polski Edison

Leonardo da Vinci z Galicji, Polski Edison

Stanisław Jachowicz, żyjący w pierwszej połowie XIX wieku wybitny poeta, pedagog, działacz społeczny wymyślił popularną do dziś frazę: " Cudze chwalicie, swego nie znacie". Używamy jej wówczas, gdy chcemy podkreślić,…

Readmore..

List otwarty do Panów Prezydentów Polski i Ukrainy

List otwarty do Panów Prezydentów Polski i Ukrainy

Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Zamość, 5 marca 2021 Pomordowanych na Wołyniu w Zamościu Ul. Bazyliańska 3 22-400 Zamość List otwarty Do Panów Prezydentów Polski i Ukrainy oraz do funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa…

Readmore..

Wielkanoc na Kresach Rzeczypospolitej Polskiej

Wielkanoc na Kresach Rzeczypospolitej Polskiej

Święta Wielkanocne na Kresach to olbrzymie bogactwo zwyczajów i tradycji. Katolicy mieszkali wśród chrześcijan obrządku wschodniego gdzie wspólna Wielkanoc wypadała raz na cztery lata. Wzajemna znajomość i szacunek obrzędów były…

Readmore..

KALENDARIUM  LUDOBÓJSTWA.  Kwiecień 1946 rok.

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA. Kwiecień 1946 rok.

2 kwietnia: We wsi Chorobrów pow. Sokal Ukraińcy zamordowali 1 Polaka, sołtysa. We wsi Krzywcza pow. Przemyśl w zasadzce UPA zabiła 18 żołnierzy WP, w tym 4 oficerów. 4 kwietnia:…

Readmore..

Kwietniowy numer KSI (04/2021) wydany

Kwietniowy numer KSI (04/2021) wydany

W kwietniowej gazecie m.in.: Okrutne i perfidne tortury Urzędu Bezpieczeństwa (UB) na Zamku Lubelskim 1944-45......str. 8 Wielkanoc na Kresach Rzeczypospolitej Polskiej.....str. 10 NIEWIRKÓW Kościół św. Trójcy...str. 15 Anarchia Syrnyka w…

Readmore..

Wyspa azaljowa

W końcu maja w poleskich lasach zaczynały dziać się cuda. Wtedy do mego studenckiego pokoju w Warszawie wpadała depesza: „Azalje kwitną, przyjeżdżaj”.
Nauka szła w kąt. Uczyć się można wszędzie i zawsze, a to dzieje się tylko raz do roku przez kilkanaście dni, i tylko w tym jednym, zapadłym kącie. Dzika azalja leśna – azalea pontica – rośnie jedynie na Kaukazie i w Azji Mniejszej, bliżej morza Czarnego; w środkowej zaś Europie porasta płat wołyńskiego Polesia, zwany przez botaników „wyspą azaljową”. Już o kilkadziesiąt kroków od lasu wiaterek przynosi falę ostrego aromatu. Pod marną zieloną olszą i srebrną osiczyną błyska złocisty, wysoki dywan poszycia. Podjeżdżam bliżej. W lesie stoi czad, duszący, słodki, ostry, podobny do woni tuberozy. Polany spienione złotemi krzakami, pnie owinięte złotą siecią, trawy zbryzgane złotem.

Złoto jest dwojakie: jasne, płowe, koloru cytryny, i ciemne, ogniste, koloru pomarańczy. Krzaki małe, rozpełzłe, rozczochrane, albo duże, spiętrzone na dwa metry. Kwiat kielichowaty, podłużny, bardzo wątły, łatwo sypiący się z gałęzi. Same gałązki czepliwe, drapieżne, niesforne, dla natarczywego chwytania za odzież zwane brzydko przez Poleszuków: „draposztany”.
Człowiek stoi i patrzy, doszczętnie osłupiały; trudno uwierzyć, że tak kilometrami ściele się to morze barwy i woni, o którem mało kto wie na świecie i które tak gwałtownie zalewa co wiosnę te szare lasy, nizinne, podmokłe, mchowe, niebogate, na dziesiątki tysięcy hektarów rozwleczone. Zresztą, trzeba trochę wierzyć, bo nie wszystko można sprawdzić. Azalja nie puszcza człowieka wgłąb lasu; trzeba jeździć tylko wyrąbanemi od lat drogami, albo chodzić siecią ścieżek, wyciętych w drapieżnej zieleni i zuchwałem złocie wiosennem; zresztą, po godzinnej wędrówce można nie wyjść żywo: ta woń jest jak czad; odurza głowę i wali z nóg. Jadę więc drogą leśną, powoli, noga za nogą. Patrzę, wącham i zapamiętuję. (Czyż wiedzieć mogłam, że na tyle lat?). Za chwilę koń zbuntuje się i zacznie szarpać uzdą. Duszno mu, ostra woń drażni nozdrza. Trzeba wyjechać na skraj i dać zwierzętom pooddychać. Zwierzętom – bo jest i pies. Po lasach wędrowaliśmy zwykle we troje. Koń i pies były dokładnie jednakowej maści: białej, w wielkie kasztanowe łaty. Koń, zwany po polesku „raby”, czyli, jakby się na Mazowszu powiedziało, „srokacz”, był mi wyraźnie nieżyczliwy. Uparciuch, fantasta i domator, niechętnie dawał się wyciągać na głupie i niepotrzebne włóczęgi. Szedł z łaski i ział pogardą. Z mojej strony przeważała irytacja – był za wysoki i niewygodny pod siodło – oraz daremna chęć osiągnięcia posłuchu. Tak, wyznaję, miał nade mną przewagę i zawsze robił to co sam chciał. Jeśli spacer mu nie odpowiadał, bestja zaczynał iść trzęsącego truchta i żadne baty nie mogły skłonić go do uległości i kłusa. Walczyłam z nim „o każdą piędź ziemi”, ale spacer przestawał być spacerem, wobec czego nieraz odstawiałam djabła do stajni, rezygnowałam z pięknego garnituru zwierząt i zapadałam w lasy z łaciatym psem. To już było zupełnie co innego. Z psem łączyła mnie gorąca i szczęśliwa miłość, pełna wzajemnego zachwytu i ciągłej łakomej chęci wspólnego raczenia się dobrami życia. Ogromny, młody, łaciaty Maj miał maść saint-bernarda po ojcu i lekki, bezbrzuszy kształt kundla po matce. Pióropusz ogona, wesoły, polotny, ochoczy, służył mu do wyrażania entuzjazmu i wszelkiej radosnej gotowości. Jeśli pies na wyraźny rozkaz zostawał czasem w domu, witał mnie zdaleka, stojąc na płocie czterema łapami i zanosząc się szczęśliwym jazgotem.
Jakim sposobem potrafił ustać na górnej poprzeczce sztachet, nie wiem. Widocznie utrzymywała go miłość, jak coś tam utrzymuje lunatyka na gzymsie kamienicy. W każdym razie wyrażenie „jak pies na płocie” ma dla mnie sens odrębny. Mój pies bywał na płocie szczęśliwy. „Chodź, odprowadzisz mnie na bobry, księżyc jest w pełni” – mówię którejś lipcowej nocy. Dobrze. Koło jedenastej księżyc stoi wysoko, ogród cały w rosie i w białych gwiazdach tytoni. Do bobrowych siedlisk jest dwa kilometry od końca ogrodu. Idziemy coraz ciszej, coraz ostrożniej. Już. Skraj lasu, to bagno, moczar, jeziorko w rozmiękłych brzegach, a może szeroka, rozpełzła, prawie nieruchoma rzeczułka, poprzerastana kępami kwaśnej trawy i pokreślona zwaliskami pni. Drzewa te zostały spiłowane zębami bobrów i głaciutko utoczone na śliczny stożek. Pójdą na podwaliny bobrowych domków. Trzy kępy są szczególnie duże, rozsiadłe na pniach, nastroszone stosem chrustu – trzy siwe garby na czarnej wodzie. To domki stare, zamieszkałe. Włażę na najniższy konar rosochatej gruszy, stojącej pod lasem. Stąd będzie widać bobry, jeśli wyjdą. Księżyc świeci tak jasno, że możnaby szpilki zbierać. „Maj, – powiadam, – idź sobie teraz, bo nie wyjdą”. Patrzy z wyrzutem. „Musisz. Poczekaj na mostku”. Odchodzi bez szmeru. Wiem, że będzie czekał na mostku. Siedzę na konarze godzinę, prawie dwie. Świat jest czarnosrebrny. Nocny wiatr leciutko dygoce w liściach. Nagle, jeden stożek nawodny zmienia kształt. Mały, długi, ciemny zwierz siada „na dachu” swego domku i gapi się w księżyc. Ja gapię się również. Po półgodzinie oboje mamy dość: bóbr znika bezszelestnie, ja zeskakuję z gruszy i unoszę do domu rzadką a cenną zdobycz: podpatrzenie bobra. Poleszuki stróżują czasem całemi tygodniami nadaremno; coprawda, ich zamiary są mniej bezinteresowne niż moje. Za bobrowemi moczarami ciągnie się sarni zwierzyniec: osiemdziesiąt hektarów liściastego lasu, ogrodzonego płotem. Tam najbujniej rosną azalje, tam też można podpatrzeć życie sarn. Porządku w zwierzyńcu pilnuje stary Czech. Ma przeszło siedemdziesiątkę, ale twarz młodą, różową i ładną. Mieszka w chacie w głębi lasu od lat trzydziestu, ma ślepawą żonę, dokarmia sarny i zbiera rogi, gubione przez kozły. Ma też zwyczaj wychodzenia przed chatę i – jak Wojski na rogu – trąbienia na własnem gardle. Zawołanie jest zawsze jednakowe, czemuś takie: „Hodi – naaa!”. Słysząc to, sarny i kozły sypią się zewsząd. W lecie wolniej i raniej licznie, w zimie całe stado, pięćdziesiąt sześć sztuk, zjawia się galopem na polankę przed chatą. W lecie sarny są rude, w zimie całe jednolicie bure. Śliczny, czarny, prawie kwadratowy, wzruszający ogonek leży grzecznie i zawsze jednakowo na białym, puszystym zadku. W lecie Czech rozdawał marchew, w zimie siano. Sarny, widywane „towarzysko”, w krochmalonym fartuszku cywilizacji, nie smakowały mi jednakże. Którejś więc nocy majowej, już o pół do drugiej zapadliśmy z psem w krzaki zwierzyńca, niedaleko sarniego wodopoju. Leżymy i czekamy na świt. Zwolna szarzeje niebo, toną gwiazdy. Kolo trzeciej rumieni się wstążka horyzontu między pniami olch, nad wałem azalij, już lekko świecącym w szarości. Budzą się czyjeś ćwierkania. Liście drżą porannym dreszczem. Potem widać morze mgieł nad bagniskiem. Po kolana w mgle stoi gaik puszystej brzeziny, trzęsąc zielone krople majowych liści. Nad lasem pali się płomienista zorza. Mgła zniża białe kłęby i rozkłada je miękko wśród krągłych górek mchu, spiętrzonych na moczarze. Pół do czwartej. „Maj, leżeć!”.
Z brzeziny wynurza się zwolna żywy, rudy, futrzany sznur i miękko, cicho, po mchowych sprężynach, w kłębach mgły, sunie ku strumieniowi. „Maj, leżeć!”. Pierwszy idzie kozioł, ogląda się czujnie – i zezwala. Za nim sarny – osiem sztuk. Idą tanecznie, naiwnie, pełne ufności, skoro prowadzi on. Piją. Rudy wieniec w białej mgle, na cierpkiej zieleni moczaru. W oddali czerwony płat zorzy i żółta taśma azalij. Czy można uwierzyć, że taki obraz dziurawią ludzie wystrzałem? Mój Kodak trzasnął. Sarny spłoszyły się, zerwały, ale zupełna potem cisza przekonała je swoim spokojem. Miasteczko Emilczyn, z którego robiliśmy z Majem wypady leśne, miasteczko, że tak powiem, prywatne, stanowiło ośrodek majątku, większego niż średnie księstewko niemieckie i objeżdżanego mozolnie co pewien czas przez właściciela, poczciwego schyłkowca, który nie liczył wypitych kieliszków, ani posiadanych folwarków, nie znał granic pijaństwa, ani swoich włości. Znał natomiast – swoje konie. Czasem chodziłam je oglądać. Wszystkie były zapewne piękne i cenne, ale tylko do jednego biło mi serce. Ogromny, stary, śnieżno-biały ogier stał w osobnym boksie na końcu stajni. Pienista grzywa sięgała mu nóg. Pod każdą z cienkich pęcin wyrastał buńczuk białego włosia i spływał na kopyta. Spod obłoka grzywy spoglądały wielkie, mądre, smoliste oczy, głębokie jak noc, lśniące jak gwiazdy. Czarny aksamit nozdrzy byłby zapewne niezrównanie miękki, gdyby ktokolwiek ośmielił się go pogłaskać. Koń starych legend, koń ze świata, którego niema, sam jeden przetrwał tu, na wyspie azaljowej, pośród niegodnych ludzi. Widok tego zwierzęcia był tak patetyczny, że zabarwiał mi się zawsze rytmem Wyspiańskiego: „Błąkasz się, królu krwawy, i ku mnie wiedziesz konia”… Patrzałam długo, wzruszona zachwytem, i nigdy nie pozwoliłam sobie na żadną niewczesną poufałość. Pana azaljowych włości zmiotła wojna, zmełła rewolucja. Ale czy zawahał się wzniesiony cios, kiedy zza chmurnej grzywy spojrzał przeciągle koń legendy, niewinny duch średniowiecza? Białemu ogierowi nie narzucano już żadnych rozkazów. Otaczano go wygodami i szacunkiem. Przyjmował wszystko z powagą – stał i przekwitał. Po wschodniej stronie miasteczka, przeciwnej niż azaljowe lasy, ciągnęła się puszcza brzozowa, poszyta tylko wysoką trawą i bogatym, różnorakim kwiatem: w maju jaskrem, w czerwcu storczykiem, w lipcu dzwonkami. Grzybów nie zbierało się w tej brzezinie na koszyki, tylko odrazu zajeżdżało się wozem. Ale kwiaty i grzyby to nie rarytas. Puszcza brzozowa kryła inny dziw: głazy narzutowe.

Było ich z piętnaście w promieniu kilkuset kroków. Największy miał cztery metry wysokości i chyba z dziesięć długości. Głazy nie były rodzime, bo kamieni lub skał w okolicy ani poświeć. Same torfowiska i piachy, czasem ubogi szczerk. Na szosę do Zwiahla sprowadzano kamienie zdaleka. Azalje, bobry i owe głazy – były to ciekawostki Emilczyna, na których oglądanie zjeżdżali się ludzie z bliskiego Kijowa i z dalekiej Warszawy. Dwa krzaki azalij, pomarańczowy i cytrynowy, zamieszkały nawet przed samą wojną w warszawskim ogrodzie botanicznym, wykopane i przewiezione przez krajoznawców (pp. Wisznickiego i Kulwiecia). Rokrocznie chodzę oglądać suchotnicze kwitnienie tych krzaków – tyle tylko zostało w Polsce z Emilczyna. Jeszcze mniej zostało w życiu z mego psa. A zresztą – może więcej. Zostało coś co nazwaćby można „złamanem sercem”. Potrafię jeszcze szanować i lubić psy – ale c’est tout. Jest ostatni dzień wakacyj. Wyjeżdżam do Warszawy. Pies chodzi od kuferka do mnie i spowrotem; obwąchuje i rozumie. Bronzowe oczy są pełne miłości i rozpaczy. „Odprowadzisz do kolejki” – mówię na pociechę, ale sama wiem, jak słaba to pociecha. Do wąskotorówki jechało się kwadrans końmi, aby za miasteczko. Na skraju wrzosowego zagajnika stoi już pusty, czerwony wagonik i prycha zabawkowa lokomotywka. To prywatna linja Emilczyna dla zwozu drzewa. Wagonik osobowy raczy przewieźć mnie uprzejmie. Linja idzie osiem kilometrów lasem i w głębi lasu dosięga drugiej, szerokotorowej również prywatnej, która biegnie 54 km lasami Emilczyna aż do małej stacyjki załadowczej, leżącej opodal Sarn, na magistrali Warszawa – Kijów. Więc pies odprowadza mnie do wąskotorówki. Jeden długi uścisk – już maszynista rusza. Jechać prędzej! Nie widzieć bronzowych oczu! Co to? Pies goni. Zdyszana lokomotywka biegnie co sił sosnowym zagajnikiem, pusty wagonik ciska mną, niczem piłką. Wychodzę na tylny pomost i patrzę, jak biały, puszysty kształt pędzi pomiędzy szynami. „Uważaj! Wracaj!!”. Nie słucha. Wagonik przyśpiesza, pies gna. Migają sosenki, suną liljowe smugi wrzosu. Wagonik przyśpiesza -pies staje. Jeszcze nie wierzy własnym oczom, jeszcze ufa. Chwila – i zamykają go ściany sosen, duszą liljowe pasy wrzosowiska. W jedenaście miesięcy później wybuchła wojna i oddzieliła mnie od Polesia. Doniesiono mi tylko krótko, że pies zdechł z tęsknoty. Ale owego dnia – któż mógł to przewidzieć? – urzekła mnie jazda przez lasy. Już widać szeroki tor i budkę dróżnika. Stąd pojedziemy drezyną. Czterech ludzi kręci koło. Siedzę na ławeczce bezczynnie, śmigam po szynach i wstydzę się swojej roli próżniaka. Ale nie mam rady – tak już jest (a raczej było) w tym kraju, Po chwili zapominam o wszystkiem. Puszcza! W ostępach grabowych jest latem zupełnie ciemno, zimno i nago. Teraz graby pożółkły, rozesłały sobie na sianie jasny dywanik liści i wpuściły w gąszcz trochę światła. Partje dębowe są bogate, jakgdyby przyciężkie i dojrzałe w soczystych barwach, rudych i czerwonych. Na polankach wystrzelają tłumy kwitnących, amarantowych świec. Mietlice, kostrzewy i stokłosy – trawy nazwane najśliczniejszemi z polskich słów – kwitną po raz drugi rumiano, srebrzyście i płowo. Biały i żółty miodnik rzuca się kiśćmi z nasypu. Skabjozy chwieją liljowe poduszeczki. Małe dzwonki uchowały się jeszcze po rowach. Przy każdej budce dróżnika miga zwiędłe, rude kartoflisko, wspaniały tłum słonecznikowych twarzy i poetyczna czerwień nawisłej jarzębiny. Ludzie zatrzymują drezynę na mostku, schodzą do strumienia i piją wodę. Schodzę z nimi: to ostatnia okazja narwania niezapominajek i mięty. Od tego mostku las, jak okiem sięgnąć, stoi w wodzie. Na skraju karłowate sosenki i kępy mchu, powleczone zieloną nicią z nanizanemi koralami: tak rośnie żórawina. Już zachód. Czerwone słońce rozpala moczary, budzi żaby i nasyca las zapachem wieczoru. Pachnie wilgoć i urodzaj jesieni. Nic nie dzieli go od wiosny mego serca. Wieczór jest cierpki, przejmujący, wonny – jak młodość. Puszcza jest bogata, rozległa, pełna dźwięków i obietnic – jak przyszłość. Może skrzypi drezyna, może płyną kilometry i godziny. Nie wiem o tem. Nagle wyskakują sągi drew, sągi drew aż do widnokręgu. Ciemnawo. Coraz ciemniej. Zdaleka błyskają żółte światełka stacyjne, wetknięte w czarność lasu. Zielony i czerwony znak semaforu. Za chwilę pociąg gwizdnie rozdzierająco, żałośnie jak puszczyk, wbiegnie na azaljową wyspę, zasyczy gorącem żelazem w rosie leśnej – i pójdzie w świat.
Od redakcji: p/w archiwalny tekst pochodzi z czasopisma: 

  „Wiadomości Literackie” /12.08.1934/ Warszawa  Rok 11, Nr 33 (560) http://retropress.pl/wiadomosci-literackie/wyspa-azaljowa/