Dzisiaj jest: 1 Grudzień 2020        Imieniny: Natalia, Blanka, Eligiusz
KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA GRUDZIEŃ1945 oraz ROK 1945

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA GRUDZIEŃ1945 oraz ROK 1945

1 grudnia 1945 roku: We wsi Hrebenne pow. Tomaszów Lubelski upowcy w lesie zamordowali Michała Humennego. Jego zwłoki znaleziono po 3 dniach ze śladami ran kłutych zadanych bagnetami i z…

Readmore..

Grudniowy  numer KSI (12/2020) wydany

Grudniowy numer KSI (12/2020) wydany

W grudniowej gazecie m.in: Odeszli na Wieczną wartę str...2 i 3Mój kresowy, dziecięcy patriotyzm str... 8Podsumowanie 100. rocznicy „Cud(ów)u nad Wisłą” z pandemią w tle (teraz i wtedy)... str. 12Obowiązek…

Readmore..

Konsulat RP w Łucku wstrzymuje rejestrację na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka

Konsulat RP w Łucku wstrzymuje rejestrację na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka

Konsulat Generalny RP w Łucku informuje, że od 23 listopada do odwołania zostaje wstrzymana rejestracja na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka (pierwsza karta).Zgłoszenia, które wpłyną od 23 listopada do…

Readmore..

Polacy z Kazachstanu  wracają do Ojczyzny

Polacy z Kazachstanu wracają do Ojczyzny

Jak podał " Serwis Rzeczypospolitej Polskiej " (https://www.gov.pl/web/mswia/repatrianci-z-kazachstanu-przylecieli-do-polski ) W piątek 27 listopada br. do Polski przybyła grupa 168 repatriantów z Kazachstanu. Specjalny lot zorganizowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych we współpracy…

Readmore..

Po powrocie z Krzemieńca

Po powrocie z Krzemieńca

/ Kościół Jezuitów pw. śś. Ignacego Loyoli i Stanisława Kostki oraz Liceum Krzemienieckie, w tle Góra Bony z ruinami zamku; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe (domena publiczna) „Kędy wóz twój, bracie,…

Readmore..

Zuzanna Ginczanka  poetka z Wołynia

Zuzanna Ginczanka poetka z Wołynia

/ Zuzanna Ginczanka, fotografia z lat 30‑tych. Domena publiczna Zuzanna Ginczanka (właściwie Sara Polina Gincburg) uważana za jedną z najzdolniejszych poetek dwudziestolecia międzywojennego, urodziła się w Kijowie w 1917r. Jej…

Readmore..

UWAGA!!! Targi książki historycznej

UWAGA!!! Targi książki historycznej "listopad 2020"

TARGI KSIĄŻKI HISTORYCZNEJ ONLINE 26-29 LISTOPADA https://replika.eu/tytul/wirtulane_targi_ksiazki/ Targi książki historycznej, które na przełomie listopada i grudnia odbywały się w Warszawie były zawsze dużym wydarzeniem kulturalnym. Niestety w tym roku wirus…

Readmore..

Rozwój kultury naukowej i artystycznej ściśle uzależniony jest od stanu i rozwoju nauki i sztuki czystej

Rozwój kultury naukowej i artystycznej ściśle uzależniony jest od stanu i rozwoju nauki i sztuki czystej

Jakub Moroz - moderator panelu dyskusyjnego „Kultura, głupcze” podczas Kongresu Polska Wielki Projekt - wyjaśnił, iż tytuł panelu kryptonimuje po pierwsze, wagę spraw kulturalnych w życiu państwowym, w życiu narodowym,…

Readmore..

Ewa Dzieduszycka, „Podróżniczka”. Wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku

Ewa Dzieduszycka, „Podróżniczka”. Wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku

„Podróżniczka” to wspomnienia Ewy z Koziebrodzkich hrabiny Dzieduszyckiej, które przeleżały w szufladzie we Wrocławiu ponad pół wieku, nim wreszcie wypłynęły na światło dzienne. Autorka tej książki urodziła się w 1878…

Readmore..

20 listopada 1918 r. w Ustrzykach Dolnych

20 listopada 1918 r. w Ustrzykach Dolnych

/ Stanisław Maczek – Wikipedia, wolna encyklopedia Listopad 1918 r. był początkiem budowy niepodległej Polski i początkiem walki o jej wschodnie granice. Rozpoczęta w listopadzie 1918 r. ukraińsko- polska wojna…

Readmore..

„Kojdanowska Niepodległa Republika”.  Historia zapomniana

„Kojdanowska Niepodległa Republika”. Historia zapomniana

/ Dom Ludowy w Dzierżyńsku w 1932 r. Żródło wikipedia - domena publiczna W roku setnej rocznicy zwycięstwa w "Bitwie warszawskiej " warto wspomnieć o faktach nie tylko mało znanych,…

Readmore..

WIELCY LWOWIANIE  - MAURYCY ALLERHAND, LESZEK ALLERHAND

WIELCY LWOWIANIE - MAURYCY ALLERHAND, LESZEK ALLERHAND

Maurycy Mojżesz Allerhand (ur. 28 czerwca 1868 r. w Rzeszowie, zm. w sierpniu1942 r. we Lwowie) – polski prawnik, cywilista, adwokat, profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Pochodził z zamożnej żydowskiej…

Readmore..

Wspomnienia Mikołaja Zubika cz. IV (ostatnia) - niemiecka niewola i powrót do Polski.

/ źródło zdjęcia: Mikołaj Zubik

O świcie 13 października odzyskałem przytomność w niemieckim okopie. Leżałem na kawałku papy, czułem się bardzo zmęczony, w uszach mi dzwoniło, a w prawej nodze poniżej kolana, prowizorycznie przez kogoś obandażowanej, czułem dotkliwy ból. Niemcy nie zwracali na mnie uwagi, jedni obserwowali front, inni dyskutowali lub jedli spokojnie śniadanie. Usiadłszy zacząłem szukać w pamięci odpowiedzi na pytanie, jak się tu znalazłem. Szukając w kieszeniach papierosów, po nieładzie panującym w moich rzeczach poznałem, że byłem uprzednio dokładnie obszukany. Znalazłszy papierosa wziąłem go do ust i ssałem niezapalonego, ponieważ nie miałem zapałek. Jakiś Niemiec rzucił w moją stronę pudełko, podziękowałem skinieniem głowy.

Ciągle myślałem o jednym – co było przyczyną, że znalazłem się w niewoli? Doszedłem do wniosku, że albo rzucono w moją stronę granaty, albo wybuch miny pozbawił mnie przytomności. Po pewnym czasie jeden z „fryców” podszedł do mnie i po ruchach zrozumiałem, że mam iść za nim. Niemiec ruszył przodem, a ja kuśtykając, opierając się na kiju, za nim. Okopem dotarliśmy do rozległej, otoczonej pagórkami doliny. Znalazłem się wśród sporej grupy naszych rannych Kościuszkowców.

W południe ruszyliśmy w kilkugodzinną drogę. Zatrzymano nas dopiero w jakiejś wsi, w której znajdował się w jednej z chałup niemiecki sztab. W chałupie widzieliśmy kilku oficerów, telefony oraz przewody. Zapisano nasze dane personalne. Niektórzy z oficerów posługiwali się czystą polszczyzną, a i język rosyjski był im nie obcy. Wyczekując na rejestrację w kartotekach, byliśmy świadkami tragicznej walki powietrznej. Zza wzgórza wyleciały dwa samoloty nieprzyjaciela, zaraz za nimi jeden radziecki jednomotorowy samolot, który serią z karabinu zapalił jedną maszynę wroga. Taki sam los spotkał wkrótce drugą. Wtem artyleria przeciwlotnicza wzięła w krzyżowy ogień „nasz” samolot. Lotnik zdążył wyskoczyć na spadochronie, a maszyna runęła na ziemię. Pilota Niemcy przywieźli w przyczepie motocyklowej, był ranny. Kiedy spisano dane, kilku żołnierzy zabrało nas i dalej w drogę. Na nocleg zamknęli nas do jakiejś stodoły, gdzie poprzednio stały konie. Po kilkunastu dniach powędrowaliśmy do Orszy. Idąc ulicą usłyszeliśmy przypadkową rozmowę kilku mężczyzn, uprzedzali nas oni abyśmy nie wstępowali w szeregi Własowa. Nazwisko to było nam obce. Jak się okazało, uprzedzali nas radzieccy partyzanci. W Orszy rannych i chorych na malarię umieszczono w szpitalu. Noce były niespokojne, ciągle słychać było strzelaninę. Personel szpitala składający się z miejscowej ludności informował nas o sytuacji na froncie, a także o tym, że wielkie zgrupowania partyzantów radzieckich nocami napadają na wroga i stąd ta strzelanina.

Po kilku tygodniach przerzucono nas dalej na zachód w lasy. Tu w jednym z obozów trzymano nas jeszcze kilka tygodni. Tu również w nocy karabiny maszynowe nie dawały spać, to partyzanci radzieccy nękali wroga. W leśnym obozie byliśmy odcięci od świata, nie wiedzieliśmy co się dzieje na frontach, chociaż domyślaliśmy się, że Niemcy są nadal w odwrocie. Po jakimś czasie załadowano nas do wagonów i wysłano do Rzeszy. Pociąg w obawie, aby nie odbili nas partyzanci, miał wzmocnioną straż. Przed wyjazdem wydano nam racje chleba i wody, a następnie zaplombowano wagony. Dojechaliśmy do miejscowości Altengrabow w województwie Magdeburg – „stalag XI a”. Tu skierowano nas do podobozu znajdującego się w polu poza miastem. W podobozie Groslibarsk, otoczonym ze wszystkich stron drutem kolczastym jeńcy przechodzili kwarantannę. Obóz urządzony był typowo: kilka baraków pilnowało w dzień i noc w swoich czterech „wyszkach” kilku Niemców. W jednym narożniku obozu w ogrodzonym baraku mieściła się komendantura, kuchnia i magazyn.

Jeńcy byli różnych narodowości: Polacy, Rosjanie, Holendrzy, Francuzi, Belgowie. Groslibarsk był postrachem jeńców i my także zapamiętaliśmy swój krótki pobyt w tym obozie. Tutaj przez trzy dni nie otrzymywaliśmy ani grama chleba, tu zginęło dwóch naszych towarzyszy, którzy wybrali się po ziemniaki do kopców, tu dosięgła ich kula gorliwego wachmana. Po trzech dniach przyjechali ci, którym führer obiecał folwarki na Ukrainie, jeden kapitan i dwóch poruczników. Żeby inspekcja wypadła „ładniej”, wachmani ganiali nas po placu od wschodu do zachodu słońca. Rolę tłumacza powierzono jednemu z naszych, nazwiskiem Klesza, który uczył nas co znaczy „achtung” to jest – baczność itd. Ponieważ byłem chory skierowano mnie do szpitala w „stalagu XI a” Altengrabow. Dyrektorem szpitala był dr Włodzimierz Przybylski, jeniec z wojny w 1939 r. Cieszył się on wśród nas opinia bardzo dobrego chirurga i szanowanego oficera. Wśród chorych i rannych byli przedstawiciele różnych narodowości. Wkrótce po moim przybyciu do szpitala, zostałem poddany operacji, którą robił dr Przybylski.

Życie w szpitalu było bardzo monotonne. Jedynym urozmaiceniem były codzienne wiadomości z frontu, tłumaczone na kilka języków i zdobywane przez naszego rodaka, przy pomocy starannie ukrytej radiostacji. Każda dobra wiadomość lotem błyskawicy roznosiła się po obozie. Mimo solidarności Polacy często zarzucali Aliantom, że ci nie otwierają drugiego frontu. Na znak żałoby z tego powodu jeden z naszych towarzyszy, były leśniczy Kolęda, postanowił się nie golić do chwili rozwinięcia drugiego frontu na zachodzie Europy. Doczekaliśmy się: wiosną 1944 roku Alianci organizowali naloty na Berlin, Hanower i inne miasta. Niemcy w obozie byli poważnie zaniepokojeni. Sam obóz nie był bombardowany. Amerykanie wiedzieli,, ze jest to obóz jeniecki, przypominały o tym również ogromne czerwone krzyże na dachach baraków szpitalnych.

W drugiej połowie 1944 r. rozmawiając z Andrzejem o gorliwości komendanta – zwanego szpiclem, Andrzej powiedział mi, że wkrótce zapłacimy mu za wszystko. Wszyscy, którzy przeszli przez szpital w Altengrabow, znali go. W obozie zawarłem wiele znajomości, ze szczególnym sentymentem wspominam Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Był to wspaniały człowiek i kolega, skromny i spokojny. Interesowała go nasza Dywizja, życie, nastroje żołnierzy. Na pytanie, gdzie pójdzie po wojnie, Konstanty odpowiedział mi: Ojczyznę cenię ponad wszystko i bez względu na to, jaki ustrój będzie u nas po wojnie, ja wrócę do ukochanej Warszawy. Czekaliśmy końca wojny, wiedzieliśmy że to już kwestia miesięcy. Aby czas szybciej mijał graliśmy z Francuzami w siatkówkę i piłkę nożną. Mieliśmy również teatr, w którym sami graliśmy. Wśród nas był znakomity francuski komik – Fernandel. Sam jego wygląd, spojrzenie, uśmiech rozśmieszał. Oto jedna scena z przedstawienia granego w baraku-teatrze. Aktorami byli sami mężczyźni znakomicie ucharakteryzowani na kobiety. Podczas tego przedstawienia nie obeszło się bez pana Gałczyńskiego. Recytował on wtedy swój wiersz pt. „Dwie flagi”. W pierwszych dniach sierpnia dotarła do obozu wiadomość o Powstaniu Warszawskim. Niemcy byli coraz bardziej zaniepokojeni. Oni również rozumieli, że koniec III Rzeszy jest już bliski. Jeńcy odnosili się z pogardą do tracących pewność siebie ciemięzców. Byli zdezorientowani, nie wiedzieli co się dzieje. Informacji starali się zaciągać u jeńców.

Na terenie szpitala spośród lekarzy wyróżniał się dentysta Andrzej, nazywany przez nas Andriuszą. Był on z pochodzenia Rosjaninem, należał do partii. Najbliższym jego przyjacielem był pewien Jugosłowianin. Dziwiło mnie to, że człowiek ten ilekroć pojawiał się u nas w szpitalu zmieniał „maskę” – raz był z brodą, raz bez, raz kulał raz nie itp. Spytałem o to Andriuszę. Odpowiedział mi historię swego przyjaciela. Jak się okazało ów Jugosłowianin, inżynier, był partyzantem. Wpadł w ręce „fryców”, którzy skierowali go do obozu karnego, gdzie miał czekać na wyrok. Udało mu się stamtąd zbiec i znalazł u nas schronienie. W pierwszej połowie października do szpitala przywieziono niewielką grupę rannych powstańców z powstania Warszawskiego. Przywieźli oni ze sobą wiele ciekawych wiadomości o wprost niewyobrażalnych wyczynach walczących powstańców. Szczególnie zainteresowała nas historia zamachu na kata Warszawy Kutscherę. Wiadomości te napawały nas – Polaków dumą. Niemców tymczasem nękały naloty Aliantów i akcje sabotażowe komunistów i partyzantów. Pamiętam jedną wielką akcję. W pobliżu Altengrabowa znajdowały się ogromne składy broni i amunicji, które jeńcy radzieccy w 1945 r. wysadzili w powietrze. W wyniku eksplozji w wielu domach, w promieniu 5 kilometrów, wypadły okna. W styczniu 1945 r. zaistniała konieczność ponownej operacji mojej nogi. Był to skutek nieodpowiednich warunków życia w obozie. Operację metodą „Beka” (tak nazywali tę metodę leczenia lekarze) przeprowadził dr Przybylski i nieznany mi lekarz przywieziony z powstania. Znowu na dłuższy czas zostałem przykuty do łóżka.

Któregoś majowego dnia 1945 r. usłyszałem radosne okrzyki. Podniosłem się z łóżka i o laskach wyszedłem przed barak. Oto co zobaczyłem: tłumy jeńców biegły w stronę komendantury, inni już stamtąd wracali niosąc pełne kieszenie i czapki czekolad, papierosów mówiąc, że wojna skończona. Jak się potem okazało dwa amerykańskie dżipy podjechały do bram obozu i zrzuciły nam swój ładunek żywności i papierosów. Oficer amerykański, jak wynikało z relacji naocznych świadków, zapewniał że wojna wkrótce się skończy. W obozie zapanowało radosne podniecenie. Ale Niemcy w ciągu dwóch najbliższych dni nadal pełnili warty na wszystkich punktach. Na trzeci dzień od strony miasta, w godzinach przedpołudniowych, na drodze pojawiła się karawana piętnastu sanitarek amerykańskich i kilka innych samochodów. Na czele kolumny jechał starszy oficer. Kiedy samochody zbliżyły się do obozu, z jednego wysiadł oficer i czystą niemczyzną rozkazał strażnikowi otworzyć bramy. Strażnik wykonał rozkaz bez słowa. Kolumna ruszyła do baraków jeńców amerykańskich. Ciężko rannych i chorych załadowano na samochody, które odjechały w kierunku Łaby. Czwartego dnia rano, z miasta gdzie znajdował się obóz jeńców radzieckich, dotarły do nas radosne okrzyki „Ura! Ura!” Dotarły tam czołgi radzieckie, łamiąc ogrodzenie wjechały na teren obozu. Obóz był wyzwolony. Radosne okrzyki długo nie milkły. U nas mimo otwartej bramy Volksturm pełnił służbę normalnie, jak gdyby nic nie zaszło. Komendanta obozu – nazywanego przez nas Szpiclem – od kilku dni nie było widać. Dowiedzieliśmy się, że nawiał do domu, a mieszkał w odległości 18 km od obozu. Andrzej z Jugosłowianinem postanowili odwiedzić go. Andrzej przed podróżą powiedział do przyjaciela: no wiesz druhu, musimy złożyć kondolencje Szpiclowi jeszcze dzisiaj, żeby czasem gdzieś się nam nie zapodział. Powsiadali na rowery i pojechali.

W tych radosnych dniach przeżyłem jedno bardzo nieprzyjemne zdarzenie. Naprzeciw obozu, w pięknej willi mieszkała rodzina niemieckiego oficera, żona, zamężna córka i jej dwuletnie dziecko. Kiedy kobiety zrozumiały, że Niemcy wojnę przegrali, postanowiły odebrać sobie życie. Zażyły truciznę dostarczoną im przez lekarza, matka dała truciznę również dziecku. Maleństwo dostało widocznie za małą dawkę, bo na drugi dzień, kiedy jeńcy weszli do domu zobaczyli płaczące, głodne, zamroczone dziecko. Tej nocy piechota radziecka dotarła do naszego obozu. Ogromna radość panowała w nim. Swoją szczególną wdzięczność okazywali Polacy, którzy szósty rok poniewierali się po obozach hitlerowskich. Następnego dnia sprowadzono nas do wyposażonego radzieckiego szpitala polowego. Rannych i chorych lekarze otoczyli troskliwą opieką. Poprawiło się wyżywienie. Brukiew, która przedtem dominowała w naszym jadłospisie, zniknęła zupełnie. 20 maja 1945 r. opuściliśmy Altengrabow. Samochodami, my chorzy i ranni pod opieką dr Przybylskiego szeroką autostradą wracaliśmy do Ojczyzny, do Polski!!!

Po drodze powtarzał się taki obrazek: ludzie rowerami, ręcznymi wózkami, pieszo, wszyscy z flagami narodowymi szli do domu, do Polski, Francji, Holandii itd. Szli w swoim kierunku. Po kilku dniach pobytu jeszcze w jednej, nieznanej mi, miejscowości wsiedliśmy do pociągów i jechaliśmy dalej w kierunku Słubic. W grupie rannych tylko ja byłem z 1 Dywizji, pozostali to jeńcy z 1939 r., powstańcy warszawscy: Stefan Wąsążniak, Henryk Konarzewski i inni.       Do Poznania dotarliśmy 30 maja 1945 roku. Dr Przybylski umieścił nas w szpitalu Przemienienia Pańskiego. Szpital o którym mowa, był uszkodzony przez działania wojenne. Cały szczyt budynku od strony południowej był rozbity. Kiedy słońce oświetlało przez tę ogromną dziurę korytarz szpitala, wiedzieliśmy, że to już pora obiadowa. Społeczeństwo Poznania rozumiejąc potrzeby szpitala w czynie społecznym uporządkowało jego teren i oddało do użytku. Siostra przełożona zaopatrywała szpital w warzywa przewożone codziennie z ogrodu za miastem, na małym osiołku będącym do jej dyspozycji.

Chyba w połowie czerwca St. Mikołajczyk wraz ze swymi zwolennikami zorganizował na Placu Wolności wiec. Ja również „miałem zaszczyt” uczestniczyć w tym wiecu. Między wierszami jego przemówienia „pachniało” sanacją. Za jego ideały już wtedy nie miałem zamiaru oddać swej poniewierki, walki, kalectwa. W szpitalu poznałem pana Goleńczaka. Ojciec jego wyjechał na Ziemie Odzyskane i osiedlił się w Pomorsku. Goleńczak zaproponował, abyśmy po opuszczeniu szpitala pojechali na Zachód. 15 lipca 1945 r. wypisano mnie ze szpitala i za aprobatą „Puru” wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane, nie szukając większego szczęścia – bo samo przeżycie straszliwej wojny już nim było.

źródło zdjęcia: Mikołaj Zubik

Pierwsi osadnicy, którzy zaczęli przybywać w te strony byli to ludzie z Centralnej Polski, przeważnie najemnicy rolni, służba folwarczna i tzw. wówczas biedota wiejska, która niczego nie mogła się dorobić w latach międzywojennych za rządów sanacji. W nieco późniejszym okresie zaczęli napływać osadnicy zza Bugu i Sanu, oraz osadnicy wojskowi. W związku z napływem osadników zaczęły się wyłaniać różne palące potrzeby gospodarczo-społeczne, oświaty i kultury. I tak – wieś Pomorsko rozbudowana na prawym brzegu Odry, a połowa ziemi uprawnej znajduje się po lewej stronie rzeki. Tubylcy korzystali z promu, którym to dojazd był do pól, a także do Zielonej Góry. Prom ten wycofujący się front wojsk niemieckich podminował i zatopił go przy prawym brzegu.

Po naszej interwencji w powiecie aby uruchomić prom otrzymaliśmy odpowiedź negatywną, ze względu na brak funduszy. Jak widać z powyższego – życie, a też czas zmuszają społeczeństwo do działania, jak mówi stare przysłowie: „Wilka nogi karmią”. W tej sytuacji postanowiłem porozmawiać z Ridlem, czy nie udałoby się sposobem gospodarczym uruchomić promu, lecz w możliwość tego sam nie wierzyłem, gdyż był to kolos, na którym mieściło się 12 wozów konnych. Na moją propozycję Ridel odpowiedział, że należy prom szczegółowo oglądnąć, by stwierdzić jakie są uszkodzenia i dopiero wówczas będzie można podjąć decyzję. W umówionym dniu, a było to wiosną 1947 roku, wybraliśmy się nad Odrę do promu, celem stwierdzenia uszkodzeń. Okazało się, że w lewej burcie, jednej z dwóch wielkich rozmiarów łodzi na których był umocowany pomost, znajduje się dziura wielkości ok. 80×80 cm, którą wyrwał materiał wybuchowy. Ridel nie mówiąc do mnie ani słowa, zaczął rozmyślać w jaki sposób da się tę robotę wykonać. A ja, gorliwy społecznik, w myślach prosiłem wszystkich świętych, ażeby on zechciał wziąć się za tą pracę. Zdawałem sobie sprawę, że nakazem nie da się nic zrobić. W końcu pytam go: No i co majster, powiedz swe zdanie. Jeśli uda ci się wykonać tą pracę, postaram się w miarę mej możliwości ciebie wynagrodzić.

Panie sołtysie, mówi po namyśle Ridel, nie będzie wielkiego problemu z naprawą tego promu, ale to potrwa kilka tygodni, gdyż obowiązkowo trzeba będzie zrywać część pomostu, a tym samym zrobić dostęp do dalszych czynności – i tu zaczął opowiadać, w jaki sposób ma zamiar podnieść prom z dna rzeki. A mianowicie: przygotuję odpowiednią łatę na wyrwaną dziurę, naboruję potrzebną ilość dziur do uszczelnienia, dam odpowiednią uszczelkę, następnie skręcę śrubami i w ten sposób zlikwiduję otwór. Następnie wyczerpie się wodę z łodzi i w ten sposób wydostanie się prom na powierzchnię wody. Następnego dnia Ridel zebrał potrzebne mu narzędzia na wózek ręczny i pojechał nad Odrę do promu, gdzie czekała wielotygodniowa praca. Po kilku tygodniach żmudnej pracy w wodzie, mule i błocie, nie tylko Ridla, ale też i społeczeństwa, udało się uruchomić prom, a tym samym oddać zaodrzańskie mady osadnikom do zagospodarowania.

Jesienią 1947 roku przyszło zarządzenie z powiatu, że w najbliższych dniach nastąpi końcowe wysiedlanie ludności niemieckiej. Ceniąc Ridla po wykonanych pracach, nakłaniałem go, ażeby pozostał w Pomorsku, lecz on nie zgodził się, tłumacząc się przy tym, że my jesteśmy Niemcami i nigdy nie będziemy mile widziani w środowisku polskim, gdyż Polacy przez Niemców dużo krzywdy przeżyli w tej wojnie. Dwa dni po tym zebrano Niemców przy szosie sulechowskiej, pożegnałem się ostatni raz z Arturem Ridlem. Skierowano ich na stację kolejową. Gospodyni swej i jej rodzicom dałem furmankę na drogę do dworca.

Po paru dniach moja była gospodyni Elżbieta Fic wraca do mnie, pokazując mi pismo od odnośnych władz, że ona pozostała legalnie. W 1948 roku przyszła na świat córeczka, którą nazwaliśmy Marylka. A więc moja pomoc domowa awansowała na żonę. Żona okazała się nie tylko dobrą, wzorową gospodynią, tak w domu, jak i gospodarstwie, a także dobrą matką. Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to żona do tańca i do różańca. Zajmując się pracą społeczną, powodowało to, że odbijało się to ujemnie na moim 3 ha gospodarstwie ogrodniczym i siłą rzeczy musiałem ograniczyć się do prac społecznych. Żona wiele czasu poświęcała córeczce, a pracy przy warzywach co niemiara. Dodać należy, że w tych latach rynek zielonogórski zawalony był warzywami z Pomorska. W 1953 roku przyszła na świat druga nasza córeczka – Danusia, która bardzo ciężko chorowała na żołądek, a leczenie jej kosztowało wiele czasu i pieniędzy. Leczył ją okrzyczany wówczas lekarz chorób dziecięcych pan Kromek w Zielonej Górze. W tych latach nie porzucała mnie myśl, jak również chęć do prac społecznych. Jak to mówi stare przysłowie „wilka ciągnie do lasu” i tak było właśnie ze mną. Organizuję więc we wsi Kółko Dramatyczne, wystawiamy sztuki: „Doskonała Kucharka”, „Panna Rekrutem”, „Kasa Chorych”, a w latach późniejszych tę piękną sztukę „Karpaccy Górale”, która grana była przez nas i w sąsiednich wsiach.

W latach tych okazało się, że istniejąca szkoła w Pomorsku jest za mała i nie zdaje już egzaminu, a tu obok w rozległym parku niszczeje niezagospodarowany pałac. W latach 20-tych rezydował tu, jak mi wiadomo, Graf von Schmettow, a z powodu hojnego życia bankrutuje, ziemie jego zajmuje bank we Wrocławiu. Zamek o którym mowa władze hitlerowskie przeznaczyły na dokształcającą się szkołę rolniczą. Na jednym z zebrań wiejskich pojawiła się myśl, ażeby szkołę przenieść do zamku. By tego dokonać, jak okazało się w dyskusji z ojcami powiatu i województwa, wieś musi pokryć część kosztów tej adaptacji. Powołano komitet przebudowy i dostosowania zamku do wymogów szkoły. Nie obyło się i tu beze mnie. Na ten cel wieś świadczyła w gotówce i w robociźnie ponad 500 tys. zł, a pozostałą część kosztów ogólnie wziętych wzięły na siebie władze odgórne. Po oddaniu szkoły do użytku, wyposażonej w centralne ogrzewanie, bieżącą wodę, łazienki, prysznice, ubikacje. W późniejszym terminie wybudowano tu piękny basen kąpielowy, co też nie obeszło się bez wkładu mych wielu dni prac społecznych.

W 1958 roku podjąłem agitację wśród mieszkańców naszej wsi w sprawie budowy Domu Ludowego. A przy tym wysondować, czy należy liczyć na dobrą wolę społeczeństwa – okazało się że jest wielu chętnych. W 1959 roku zawiązujemy Komitet Budowy Domu Ludowego, a zebrami powierzają mi przewodniczenie temu komitetowi. Zaczyna się wiele trudnych spraw do załatwienia m.in. załatwienie placu na którym miał powstać Dom Ludowy, a który to zajęty był przez GS bezprawnie. Po drugie gromadzenie materiałów niezbędnych do budowy, oraz środków płatniczych. Trwało to blisko dwa lata. W tym okresie trzeba było przenieść magazyny Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” na przeznaczoną na ten cel posesję, gdzie nie było nic przygotowane. Zamówiono dokumentację (kosztorys), którą wykonał architekt pan Nowicki z Sulechowa. Załatwianie formalności w Nadleśnictwie na wycięcie kilku dziesiątek metrów drewna na tarcicę – te prace były wykonywane ręcznie, wywózka drewna z lasu, dostarczenie do tartaku w Sulechowie. Wszystko to wykonywane było społecznie. Kiedy prace nie były jeszcze daleko zaawansowane, zwróciłem się z prośbą do wojewody zielonogórskiego pana Lębasa, celem wsparcia naszych zamierzeń. Wojewoda obiecał daleko idącą pomoc po znalezieniu wykonawcy, a był nim niejaki pan Chwalisz z Gronowa w województwie poznańskim. Wiosną 1961 roku podpisałem umowę na budowę i 1.06.1961 przystąpiono do budowy domu ludowego. Gdy pokonaliśmy wszelkie trudności organizacyjne i przystąpiono do pracy, poczęły się wyłaniać osoby, które w sposób brutalny dążyły do tego, ażeby urwać co się da na własną korzyść. Trudno było sobie z nimi poradzić i w końcu dopiero prokurator ze Świebodzina pouczył psu braci co wolno, a czego nie należy czynić. Takie postępowanie niektórych wyraźnie zniechęciło mnie do pracy społecznej w przyszłości. Jednakże, mimo wszelkich trudności, budowę Domu Ludowego w Pomorsku doprowadzono do końca. Dnia 4.11.1962 roku nastąpiło uroczyste otwarcie tejże pięknej placówki kulturalno-oświatowej, na którą zaproszono wielu gości poza miejscowych, na której bawiono się hucznie do późnych godzin nocnych. Na otwarciu tym była obecna też pani redaktor Zatrybówna. W „Gazecie Lubuskiej” obszernie opisywała przebieg tych uroczystości oraz wygląd wnętrza oświetlonego kinkietami. Miłe są to wspomnienia i dla mnie, i dla mieszkańców naszej miejscowości. Za całokształt mojej pracy z okazji Święta Odrodzenia Polski otrzymałem dnia 22 lipca 1962 roku podziękowanie z nagrodą pieniężną od Ministerstwa Kultury i Sztuki. Uroczystość ta miała miejsce w klubie „Skryba” przy WRN w Zielonej Górze. Nie wszystkie swoje prace społeczne tu opisałem, gdyż o wielu pracach zapomniałem.

Kiedyś pojawiła się na polach stonka ziemniaczana. Gmina Nietkowice do której należała wieś Pomorsko, znała mnie jako oddolnego społecznika, więc mianują mnie na przodownika ochrony roślin. W związku z tym dwa razy w tygodniu należało lustrować pola ziemniaczane. Tę funkcję pełniłem ok. 5 lat. Przez dłuższy czas pełniłem funkcję prezesa Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, oraz pracowałem kilka lat w komitecie Rodzicielskim. Kiedyś zwróciłem uwagę na to, że na wieży kościelnej jest nieczynny zegar, o którym opowiadano mi, że jak wybijał godziny, to cała wieś słyszała. Zapragnąłem, ażeby ten zegar został uruchomiony, co tez mi się udało. Żona cały czas mi mówiła, że głupi lubi pracę społeczną, a ona lubi jego. Społeczeństwo Pomorska składało się z ludzi zebranych ze wszystkich stron Polski, Białorusi i Ukrainy. Ażeby temu zbiorowisku unaocznić, że jesteśmy jedną rodziną, organizowałem wspólne zabawy połączone ze wspólną wieczerzą.

W 1962 roku udało mi się umieścić starszą córkę w liceum Pedagogicznym w Sulechowie. Po skończeniu nauki podjęła pracę jako pedagog, ucząc dzieci m.in. w szkole podstawowej w Brodach. Wkrótce potem wychodzi za mąż za chłopaka, który ukończył szkołę oficerską we Wrocławiu, a po latach dobił się stopnia podpułkownika, z czego jestem dumny. Młodsza nasza pociecha, Danusia, nie pozostała w tyle od siostry Marysi. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego poszła na studia do Zielonej Góry na filologię języka rosyjskiego. Po dwóch latach zachorowała, przeszła operację, oraz zamążpójście. Ukończyła dwuletnie studia bibliotekarskie i pracuje w w swoim zawodzie we wsi, gdzie przyszła na świat. Mąż jej, Stanisław Ziobrowski, jest magistrem muzyki i pracuje w tutejszej szkole. Żyjemy sobie w zgodzie, a ja z babcią (żoną) cieszymy się czwórką wnuków. Starszej córki syn Artur uczy się obecnie w szkole średniej, młodszy Maciek kończy 7 klasę. Daniel młodszej córki Danusi chodzi do szkoły podstawowej, a najmłodsza wnuczka Anulka ma obecnie 3 latka – rzekła kiedyś do mnie ty dziadku jesteś głuchy jak pień. Dziś są to wspomnienia, które mówią same za siebie. Dzisiaj nie spotyka się wielu ludzi oddanych tak pracy społecznej

Pomorsko, wrzesień 1985

Bezlitośni

Nie błąkajcie po bezdrożach

z bezdroży i brat brata

zaprowadzi was w imieniu prawa

przed oblicze kata.

Litości biedni nie żądają

Bo wy jej nie macie.

Chleba, soli – też nie proszą,

Wiedzą, że nie dacie.

Oni żądają żebyście pokoju

Wy im nie burzyli.

Żyć w pokoju mają prawo

I w nim będą żyli.

Bez krwi sierot i wdów

Bez rozpaczy znoju

W szczęśliwym gronie rodzinnym

I w ojczystym zdroju.

Nie radzimy chodzić drogami

Z których to brat brata

Zaprowadzi do Norymbergii

Przed oblicze kata.

Mikołaj. Zubik

Pomorsko 3.12.1978

KONIEC

Od redakcji: p/w materiał pochodzi ze strony: http://sycowice.eu./ , prowadzonej przez pana Cezarego Wocha i udostępniony dzięki jego uprzejmości. Na tej stronie znajdujemy informację, że autor p/w  wspomnień zmarł w 1990 roku. 25 lat po śmierci, jego córka Maryla Żurawik udostępniła zapiski i zdjęcia swojego ojca, który będąc na emeryturze od końca lat 70-tych ubiegłego wieku spisywał swoje wspomnienia. Przekazując zapiski powiedziała: Ojciec na pewno nie miałby nic przeciwko, żeby opublikować jego wspomnienia a nawet byłby zadowolony, że jego wspomnienia ktoś chce czytać.