Logo

Dawny Lwów

/ Dawny Lwów” - wspomnienie o Lwowie początku XX wieku

Lwów pierwszych lat XX w. nie był wielkim miastem. Liczył zaledwie jakieś 150.000 mieszkańców i nie miał brukowanych ulic, lecz słodycz jego rozległych ogrodów, urok dworków podmiejskich, życzliwość mieszkańców, melodyjność piosenki stwarzały atmosferę, której nikt, kto do tego miasta zawitał, nie mógł łatwo zapomnieć.

W takim Lwowie urodziłem się i wychowałem. Moim domem rodzinnym była nie tylko mała kamieniczka jednopiętrowa przy ul. Akademickiej (nr 19), wraz z jej prześlicznym ogrodem, rozciągającym się głęboko aż po ul. Batorego (dwieście szkieletów tureckich wykopano spod wzgórka za altaną przy równaniu terenu pod budowę Izby Przemysłowej !), lecz cała przestrzeń miasta, jak Lwów długi i szeroki. Mając siedem lat znałem już dokładnie każdy zaułek i każdy krzak jego rozległych ogrodów i parków.

Poruszałem się swobodnie czy to po wąwozach i wykrotach Pohulanki, czy też wśród „Dzikich Pól”, za Szkołą Przemysłową przy Żelaznej Wodzie. Zresztą tuż pod domem były na tejże Akademickiej szerokie i dość zaniedbane gąszcza bzów, leszczyny i krzaków jaśminowych, strzeżonych po brzegach przez pachnące akacje i włoskie topole. Nazywano je „plantami”. Wygolono później stare planty, by na ich miejscu zasadzić melancholijnie ostrzyżone drzewka i zamienić porządne trawniki na pretensjonalne klomby. Lecz wtedy jeszcze było inaczej, swobodniej, może nie po wielkomiejsku, lecz po swojemu, a więc – ładniej.

Nie istniały jeszcze ani jedna ani druga kamienice Sprecherowskie. Surowym wyrokiem magistratu nie wolno było budować we Lwowie kamienic wyższych nad dwa piętra. Nie istniał także, pożal się Boże, „reprezentacyjny” budynek Izby Przemysłowej, nie było gwarnych kawiarń przy Fredry, „Szkockiej” czy „Romy”, nie było zresztą także ulic Senatorskiej i Romanowicza. Akademicka urywała się szkarpą za pl. Fredry. Spod tej szkarpy, na ul. Romanowicza, noszącej wtedy mniej historyczne miano Pełtewnej, wypływała szara struga owej sławetnej rzeki, nad którą Lwów zbudowano a którą stary Skarbek chciał uczynić spławną. Wielki fundator dał ówczesnej radzie miejskiej do wyboru: nowy teatr*) albo kanał Bug – Wisła, centrum artystyczne albo centrum handlowe. Rada miejska, bardziej romantycznie nastrojona, wybrała teatr. Więc Pełtew, która była bazą projektu kanałowego, pozostała tylko brudnym spływem, nie zaś częścią nowej komunikacyjnej arterii wodnej. Widocznie z rozpaczy za straconą wielkością roztaczała przedziwne zapachy dokoła miasta, szczególnie wiosną, gdy przybierała zalewając niżej położone przedmieścia, lub latem, gdy zaczynały cuchnąć zwłoki psów i kotów w na pół wyschniętym korycie.

Pełtewna była ulicą jednostronną, jednak nie w nowoczesnym tego słowa znaczeniu; jednostronną, gdyż chodzić po niej można było tylko jedną stroną, lewą, licząc od pl. Fredry w kierunku ul. Zimorowicza. Po prawej ze szkarpy wyrastały kulawe parkany tyłu domków, których front wychodził ongi na Mikołaja. W tych parkanach były furtki, do tych furtek z jednej strony rzeki na drugą prowadziły kładki. Ponieważ magistrat wzbraniał się ponoszenia kosztów i utrzymywania kładek, stawiano je oszczędnościowo. Nieodnawiane, pamiętające chyba czasy Olbrachtowych rycerzy, wszystkie były zmurszałe i arcyniepewne. Ciemności panowały przepastne, jedna zakopcona latarnia stała przy Akademickiej, druga dopiero na rogu Dunikowskiego. Poza tym owa ścieżka po lewej pełna była wybojów w czasie pory suchej, w czasie zaś deszczowej niebezpiecznie śliska, a od rzeki grodziła przechodniów jedynie połamana bariera.

Cały Lwów – jak się rzekło – nie był wówczas brukowany, z wyjątkiem części Karola Ludwika, części Jagiellońskiej, 3 Maja oraz kilku ulic, na których dopiero eksperymentowano tego rodzaju zabiegi. To też nad Akademicką unosiły się stale kłęby wapiennego kurzu, sięgające dachów żółtymi chmurami. W takiej chmurze ujrzałem, w r. 1903 lub 1904, lecący z niebywałą szybkością cień pierwszego samochodu, własność sławnego chirurga lwowskiego Rydygiera.

Mimo tych kurzów, mimo zapachów Pełtwi, mimo prymitywnych jak na dzisiejsze wymagania warunków bytu mieszkańców, dobrze się w tym Lwowie żyło, dobrze jadło, doskonale bawiło, znakomicie i łatwo wydawało pieniądze. Właśnie nafta wytrysła w Borysławiu, i Lwów stał się ośrodkiem iście amerykańskiej inicjatywy, która przynosiła fortuny lub zmiatała je z dnia na dzień. Także bujna pszenica podolska nigdy nie zawodziła, a ziemiaństwo, liczne i zamożne, bardzo buńczuczne, chętnie podtrzymywało tradycję starożytnego przysłowia „zastaw się, lecz postaw się”. Poza tym liczne szkoły średnie -aż dziewięć gimnazjów męskich, czternaście żeńskich, nie licząc szkół prywatnych, burs i fundacji – gromadziły liczne rzesze młodzieży przywożonej do Lwowa z bardzo daleka, bo aż z Rosji, Ukrainy, Podola, Kongresówki czy Litwy. Uboższe rodziny urzędnicze obficie zarabiały, prowadząc t. zw. stancje. Świetny teatr (wczesne czasy Pawlikowskiego) stał się prędko Mekką i Medyną artystów, gdy zaś zbudowano nowy, wspaniały u wylotu Karola Ludwika ku Kazimierzowskiej (na otwarcie wystawiono „Manru” Paderewskiego w obecności autora), cała Małopolska zjeżdżała do Lwowa choćby tylka dla tego teatru. Lwów miał bardzo liczną cyganerię, gdyż pisarze chętnie się tu osiedlali ze względu na doskonałych wydawców.

Lekkomyślna Muza rozporządzała również licznymi przybytkami, przez właścicieli bujnych łanów pszenicy podolskiej obficie zasilanych, w samym mieście i na brzegach miasta, u Zehnguta, w Koloseum Hermanów czy po prostu u Fleischmana, u którego raki były arcysławne (dziewczęta też). Gdy przychodził sezon, – czy to czerwcowy wyścigowy, czy zimowy w karnawale, – pałace arystokracji oświetlały się rzęsiście co wieczora. Lwów mówił wtedy tylko o strojach Betki Potockiej z Łańcuta, o piękności Badeniowej, o szyku Siemieńskich i ich sławnych czwórkach, o Biesiadeckich, którzy mieli bodaj najlepsze wina, o kuchni Krzeczunowiczów, Torosiewiczów czy Theodorowiczów, sławnych z bogactwa i gościnności Ormian polskich, wreszcie o artystach teatru, których łączono w dziwaczne pary z rozmaitymi nazwiskami poza teatrem. Czasem zdarzało się, że ktoś szczególnie wysoką sumę przegrał w baka w kasynie końskim i palnął sobie w łeb, czasem odbyło się jakieś romantyczne morderstwo, lub grasował niepowszedni rzezimieszek w rodzaju Czabana czy Wasińskiego. Te sprawy burzyły spokój przedmieść: zaraz w szranki z walcami wiedeńskimi występowała zwycięsko lwowska podmiejska pieśń balladowa, opisowa, sentymentalna, zawsze nastrojona na sarkastyczną nutę.

/ Wikimedia Commons - File:Lwów- pl.Zbożowy, ul.Pełtewna. Zrujnowana przedmiej

/ Policja Państwowa w woj. lwowskim w latach 1919–1939. https://kuriergalicyjski.com/historia/smaczki-z-archiwum/5875-policja-panstwowa-w-woj-lwowskim-w-latach-1919-1939

Jednak panami Lwowa nie byli ani arystokracja, ani mieszczanie, ani śmieszna austriacka policja z wielkimi półksiężycami na piersi (t. zw. „dziady”), ani p. namiestnik Potocki, ani sejm krajowy, ani senat uniwersytecki, nawet nie słuchacze uniwersytetu czy techniki lwowskiej: panami ulicy lwowskiej i miasta byli „studenci”, uczniowie gimnazjalni. Oni nadawali ton. Oni, w swych pięknych granatowych mundurach, z uprasowanymi na kant spodniami, w olbrzymich kołnierzach, przypominających żywo „vatermördery” (z czasów Imć Masocha, komisarza policji lwowskiej, autora sławnej książki „Dama w futrze”), zalegali wszystkie kąty miasta, ich spory interesowały całe miasto, ich sprawy sercowe były przedmiotem plotek, ich bójki i przygody były na ustach wszystkich. Gdy zaś czerwiec się zbliżał i nadchodził czas matury, przez ulice przewijały się długie sznury młodzieńców, sunących w zakrętasach gęsiego, z kolorowymi bibułami w ręku. Na wszystkich wystawach pojawiały się olbrzymie fotografie zespołów maturalnych, z gronem profesorskim, a knajpy przygotowywały długie stoły, przy których miały się odbywać wielkie uczty, dowodzące, że uczestnicy weszli w grono ludzi dorosłych, poważnych, mających pełne prawo noszenia laski oraz urżnięcia się publicznie, bez zwracania uwagi na humory księdza katechety.

Uczta maturalna kończyła się z tradycji naturalnie wyprawą na Miodową. Co tam się działo, historia nie pisze.

Tymczasem ci, którzy jeszcze nie zostali wyzwoleni tak oficjalnym uznaniem „za dojrzałych do studiów uniwersyteckich”, skazani na pozostawanie nadal „w budzie”, stroili się w nowe mundurki i z mandolinami pod pachą sunęli pod domy swych bohdanek. To też wieczorem, gdy zmierzch osrebrzył dachy kościołów i słał mgły na ulice i parki, gdy gacki zaczynały latać dokoła latarń naftowych, zapalanych długim kwaczem przez „pana dyrechtura od kolei, co do lampy nafty leji”, i wszędzie docierał podniecający zapach jaśminu, gdy już ucichły dźwięki melodii haydnowskiej „retraite” z cytadeli – z głębi rozmaitych zaułków zaczynały dźwięczeć cienko mandoliny i odzywał się śpiew:

Pod balkonnnem
Boskiej donnny
Rycerz konnny
Rozmodlonnny…

Echa leciały na Zniesienie, do Zamarstynowa, na Gródeckie czy na Łyczaków. Tam z małych kawiarenek dobywały się inne, mniej romantyczne głosy, przyśpiewując jednak równie sentymentalnie:

– Prosmym ci bardzo,
Najdroższa powic,
Czy pojidziemy
Dziś do Brzuchowic?
– Nie pojidziemy,
Bojim si wiatru,
Ja do tijatru
Chcem…

Czasem, gdy spotkały się gdzieś w jakimś parku banda studentów z bandą „mulików”, głosy zlewały się w jeden mocno zadzierżysty chór:

Dziś bal u Bombacha,
Więc każdy si stracha,
A będzie tam rejwach i ścisk!
Niejeden z swej gęby
Pogubi swe zęby,
Niejeden dostanie tam w pysk…

/ Bal u Bombacha: piosenka lwowska https://staremelodie.pl/piosenka/3139/Bal_u_Bombacha

Takie zbratanie dwóch sympatyzujących ze sobą sfer kończyły się zawsze wielką bitką z pierwszym napotkanym policjantem, którego zarówno ci i tamci serdecznie nienawidzili. Przy tych zabawach należało tak podkraść się do stojącego policjanta, by wbić mu od tyłu jego „czako” na oczy i uszy. Po dokonanym czynie bohaterskim otaczano ofiarę i śpiewano pieśń bojową:

Stoji dziad na rogu,
A ja dziada bęc!

Lwów był zawsze rozśpiewany, roztańczony i pełen muzyki. Lwów lekkomyślny miał orkiestry damskie; Lwów poważny -filharmonię i koncerty, i to pierwszorzędne. Nie wychylając głowy za granicę przez kilka sezonów zimowych, można było wysłuchać tu i widzieć wszystkie bodaj sławy światowe od Paderewskiego i Hoffmana, Kubelika i Ysaye’a po Yvette Guilbert i Gemmę Bellincioni.

Na koncerty prowadziła mnie moja matka albo ciotka Walentyna Rakowska. Ciotka była doskonałą pianistką, lecz pewnego razu „przegrała się”, była zaś uczennicą Mikulego, a więc pośrednio Chopina. Moja matka natomiast była uczennicą Marka, więc znowu pośrednio Liszta. O matce mówiono że czeka ją wielka przyszłość muzyczna. Pierwszych kroków fortepianowych udzielała matce ciotka, odkrywając najtajniejsze sekrety preludiów i etiud chopinowskich, misteria najczystszych interpretacji, sens i istotę budowy. Dlatego matka stała się z czasem niezrównaną szopenistką. Już traciła władzę w rękach, już palce zniszczone reumatyzmem nie grzmiały w polonezach jak ongi, lecz jeszcze, gdy siadła do klawiatury i uderzyła w pierwsze nuty, słuchaczy przenikał dreszcz, ów dreszcz jedyny, rzadki, dreszcz świadomości, że coś się objawia, co jest wielkie i nie z tej ziemi.

Nie na próżno mawiała do mej matki Wanda Młodnicka z domu Monné narzeczona Grottgera, a matka znanej poetki Maryli Wolskiej: „Geniu, gdybym ciebie miała w moich rękach, świat byś zadziwiła”. Genia jednak nie słuchała, zrezygnowała z kariery artystycznej, wyszła za „Munia” i z zapałem grała dla siebie, dla męża, dla dzieci…

Pamiętam białe palce matki, jej wspaniały profil z czupryną czarnych włosów i oczy ciskające ognie. Słyszę tę nieskończoną gamę tonów we dnie i w nocy przepływającą mocnym prądem przez cały dom. Gdziekolwiek odchodziłem – żegnały mnie cichnące dźwięki pełnych akordów, gdy wracałem – witały mnie, znów chwytając w swe kręgi… Wieczorami wsuwał się cicho do salonu ojciec. Na palcach podchodził do kanapy, wciskał się w nią i słuchał. Siadałem wtedy u nóg ojca, gładził mnie po włosach i po twarzy, zawsze zamyślony i daleki.

Jeżeli by ktoś spytał mnie, co właściwie było istotną treścią mego dzieciństwa, to, wracając do tych chwil błogosławionych, zamknąłbym oczy, by zobaczyć oczami serca długi salon w mroku, dwie świece gorejące na fortepianie, matkę wyprostowaną nad klawiaturą (grała zawsze z pamięci) i usłyszeć pierwsze tony czwartej ballady. Widzę siebie skulonego w kącie na białym kretonem krytym fotelu, snującego nieokreślone a kolorowe sprawy, które przewijały się nie wiadomo dlaczego zawsze na tle księżycowych ponurych krajobrazów.

Pamiętam dobrze, że owe marzenia bynajmniej nie usypiały słodko serca, nie napełniały go pokojem czy ciszą. Były nad wyraz bolesne. Już wtedy przynosiły w swej proroczej treści tragiczne przeczucia przemijalności tego wszystkiego co dziś się szczęściem nazywa a jutro będzie tylko wspomnieniem. Rękami matki, rytmem jej serca, które przecież utkane były tylko z dźwięków Chopina, zaszczepione zostały duszy małego chłopca smutne i ciężkie do zniesienia sprawy. I dlatego ból przeczuć, świadomość goryczy, która przyjdzie, stały się codziennym uczuciem panującym nad całym dzieciństwem.

Wszystko co polubiłem bardzo wcześnie zaczynało się walić. Nie wiem dlaczego mój ojciec nie kupił owej uroczej, biedermeierowskiej kamieniczki pod nr. 19. Więc właściciel, zachęcony dużą ceną, sprzedał ją wraz z przyległym ogrodem Izbie Przemysłowej. Pewnego dnia zjawili się drwale i zaczęli siekierami walić w starę pnie drzew, padały jesiony i lipy. W pierwszej chwili nie rozumiałem co się dzieje, wiedziałem jedynie, że stało się coś co jest bluźnierstwem i niegodziwością. Zacząłem strasznie krzyczeć, potem wpadłem do pokoju ojca, szukając broni, by zastrzelić złych drwali, niszczycieli umiłowanych drzew. Wyrwałem się bonie i wbiegłem do ogrodu, gdzie kopnąłem i uderzyłem pierwszego z brzegu chłopa. Odciągnięto mnie jednak i wyprawiono na ul. Długosza do stryja Aleksandra. Gdy wróciłem po trzech dniach – drzew nie było. Orano grunt.

Niebawem wyprowadziliśmy się z Akademickiej 19, by zamieszkać przy tej samej ulicy, w wielkim ponurym domu, już bez ogrodu, pod nr. 22.

Na dole był sklep kolonialny Bodnara i na czarno-żółte pasy pomalowana trafika „cioci” Frani. W tymże samiuteńkim miejscu w wiele, wiele lat potem błyskały wspaniałe szyby cukierni Zalewskiego.

Wiosną 1905 wybieraliśmy się na kilka dni do wuja Jula na wieś. Wuj Juliusz Dorożyński był proboszczem w Wysocku pod Brodami, gdzie miał bardzo piękny dom, raczej dworek z XVII w., ogród pełen starych drzew, cudownych kwiatów, sad z pasieką i zawsze jakieś zwierzęta: czasem to był żuraw, czasem łaskawy lis, bywały sarny, nawet raz dzik swojsko chowany ze świniami. Na taki wyjazd przygotowywałem się długo i starannie.

Właśnie skończyłem lekcję, siadłem przy oknie i zacząłem rozmyślać, czy aby nie jedziemy do wuja Jula zbyt późno, gdyż już chyba pora chrabąszczów minęła, kiedy wpadła do pokoju służąca Nastka krzycząc, że na pl. Strzeleckim krew się leje i że się biją. Jeszcze nie zdążyłem tej nieprawdopodobnej wiadomości ułożyć w swej niedoświadczonej głowie, gdy nagle rozległ się na ulicy tętent koni i pod naszymi oknami przegalopował szwadron huzarów węgierskich z dobytymi szablami. Pojechali w kierunku pl. Mariackiego.

Teraz z bocznej uliczki wysunęła się szybko grupa ubogo ubranych mężczyzn i kobiet w szalikach, niosąca dziwny sztandar: nie biało-czerwony, lecz koloru cegły. Do tej grupy dołączyło jeszcze kilka innych grupek i wszystkie uformowane w pochód pomaszerowały w kierunku pl. Fredry, śpiewając chórem jakąś pieśń nieznaną a groźną w swej melodii.

Jak spod ziemi wyrosła policja i zagrodziła idącym drogę. Zaczęła się bijatyka. Czerwony sztandar to podnosił się nad głowami tłumu, to opadał. Coraz więcej tłoczyło się ludzi krzyczących, śpiewających, zziajanych, wywijających laskami. Kamienie sypały się gęściej. Ujrzałem błyski krótkich policyjnych szabel. Nagle wszystko się rozwiało, nawet nie zdołałem zauważyć w jaki sposób. Ludzie krzyczący zniknęli, gdy na widowni pojawili się znowu huzarzy na spienionych koniach. Bałem się, a jednak widowisko podobało mi się ogromnie.

– O la Boga – jęczała Nastka w kącie pokoju.
Weszła matka. Kazała Nastce iść do kuchni, mnie odejść od okna. Miała twarz ściągniętą i spojrzenie niemiłe.
– Co to wszystko znaczy, mamo? – zapytałem.
– To jest strajk, dziecko. Biedni ludzie upominają się o chleb…
– Co on śpiewali, mamo?
– Ta pieśń nazywa się „Czerwony sztandar”…
– Dlaczego ich bili ? – pytałem dalej. Matka nic nie odpowiedziała.
– Czy to było powstanie? – nudziłem dalej…
Matka długo nie dawała odpowiedzi, jakby nie słyszała pytania. Po chwili dopiero podniósłszy głowę westchnęła z cicha:
– Może i powstanie, Mieciu… Odeszła. Zaraz potem podbiegłem do okna, by zobaczyć, czy nie ma czegoś nowego. Lecz nic się nie działo. Akademicka była głucha i pusta. Tylko środkiem ulicy trząsł się po bruku wóz chłopski, zaprzężony w jednego konia. Na furze siedział chłop i wywijał batem. Za nim na słomie, zakutana w chusty kuliła się baba z kobiałką w rękach…

„To chyba nie mogło być powstanie!” – myślałem.

Po pewnym czasie w cichym domu przy Akademickiej znów od rana do wieczora zaczął szumieć, kipieć i wybuchać Chopin. Czasem roztaczał obraz wietrzności nocnych spotkań miłosnych, które lada dźwięk dzwonu roztrąca, czasem wyraźnie przestrzegał, że dwór i wieś to przecie dwie odrębne melodie. Zawsze jednak wykazywał, że krótka idylla czystego motywu jest tylko interwałem między długimi zamętami groźnych namiętności, między jednym a drugim starciem rozpętanych żywiołów.

Melodie nie zatrzymywały się na powierzchni ziemi, lecz ją przenikały. Tam w głębi, pod twardą skorupą formowały zalążki nowych form, które rosnąc rozsadzały spokojne niwy. Ziemia zaczynała drżeć pod uderzeniami harmonijnych potęg. Ukazywały się szczeliny, których głębi nie można było wymierzyć rozumem, ani dna ich sięgnąć żadną z materialnych sond. W szczelinach kotłowały się śpiące dotychczas spokojnie duchy poległych męczenników, wodzów, proroków i wielkich reformatorów, żądne powrotu na ziemię. Nad ziemią zaś pojawiały się na niebie komety i słońce zachodziło czerwono.

Lwów dostał nowe oświetlenie godne stolicy, „małego Wiednia”, jak go chętnie nazywano. Wzdłuż Akademickiej i Karola Ludwika (późniejszej Legionów) zawiesił magistrat wielkie lampy łukowe, oświetlające jezdnie i chodniki „a giorno”. Przyjął się zwyczaj, że tam między 5-ą a 6-ą wieczorem wylegał cały szanujący się Lwów. „Na corso”, jak mawiano. W przyjemnie drgającym świetle sunęły tłumy tam i z powrotem od cukierni Zalewskiego po róg Kopernika. Dalej się nie zapuszczano. Nie wypadało chodzić po dolnej Karola Ludwika, a już broń Boże, przekraczać linii tramwajowej na Sykstuskiej. Za tą linią tłoczył się także tłum, może mało elegancki, lecz za to bardzo wesoły i jak zwykle – rozśpiewany. Tu „na Wałach” pod Sobieskim zasiadała Ślepa Mincia, żebraczka niespełna rozumu, kiedyś ponoć żywota wielce lekkomyślnego, upadła piękność miejska. Do r. 1910 sprzedawała „Wiek Nowy” pod pomnikiem Fredry. Potem przeniosła się właśnie tu „na Wały”. Z małym orkiestronem w ręku wygrywała melodie podmiejskie i cieszyła rozmaitych batiarów najpiękniejszą łyczakowską gwarą. Była mistrzynią w przekleństwach, i lepiej było z nią nie zaczynać.

Lwów lubił mieć swoich wariatów, którymi nie szczycił się może, lecz których kochał, gdyż stanowili poniekąd osobliwość tego dziwnego miasta, pilnie dbającego, by każdy obywatel cieszył się życiem i nie był smutny.

Coś taki smutny Stefanku?
Na Łyczakowi ładny park,
Niech wszystko inne trafi szlak,
Ty mnie pociumaj na sianku…

Takie na wszelkie smutki ludek lwowski radził lekarstwa. Wariaci to także ludzie, niech się więc cieszą po swojemu, jak który woli. Tedy po Wałach przechadzał się Durny Jasiu, ze swym nieodłącznym orszakiem wyrostków i dzieci. Otyły, o nieprzytomnym spojrzeniu, ongi bogaty rzeźnik, tułał się szukając rozsypanych urojeń i pogubionych marzeń wśród pachnących bzów i akacji ogrodów miejskich. Latem spał w parkach, lecz mimo że było to srodze zakazane, żaden policjant tknąć go nie śmiał. Zimą błąkał się po Zamarstynowie, Zniesieniu, Gródeckiej czy po Lewandówce. Miał prawo wejść do każdej knajpy. W żadnej nie odmówiono mu kawałka chleba z masłem, gorącej kiełbasy czy szklanki piwa. Może czasem pożartowano i pośmiano się trochę. Gdy zasnął nad stołem zmęczony i najedzony, nie pozwalano go budzić: „Niech śpi, przeszkadza ci to? Ta on wariat; nie widzisz? Durny Jasiu!”…

Między wariatami Lwowa był i Żyd-kabalista, prorokujący chętnie na Kazimierzowskiej, i nauczyciel gimnazjalny, któremu żona uciekła, i mularz, który spadł z rusztowania. Tym mularzem szczególnie zajmowała się frajernia „mulików”, i należał on do osobliwości dzielnicy mularzy – Łyczakowa. Po wojnie, gdy już nie było Durnego Jasia i Żyda-kabalisty, w ich miejsce do szeregu lwowskich wariatów wstąpił „brygadier” komenderujący po niemiecku niewidzialnym wojskom, oraz wyrostek w chałacie, który, błąkając się po Legionów, wodził po przechodniach nieprzytomnym wzrokiem, wydając – przeraźliwe, zwierzęce okrzyki. To byli już smutni wariaci.

Ale wówczas, kiedy lampy łukowe świeciły wesoło, Mincia jeszcze żyła, żył Durny Jasio, elegancki tłum przewalał się po Akademickiej, zupełnie taki jak w „Munchner Illustrierte” uwieczniony przez Stanisława Rejchana seniora. Na rogu koło hotelu Żorża stali grupkami w arcykolorowych „waffenrokach” „uhlankach” czy „attilach” oficerowie garnizonu. Czasem mignął między nimi biały płaszcz generalski. Na drugim rogu pod Bankiem Hipotecznym gromadzili się starsi studenci. Dla młodszej braci studenckiej i dla akademików zarezerwował zwyczaj róg na pl. Fredry, już nieco gorszego gatunku. Jezdnią przepływały powozy prywatne lub nawet własne „fiakry”, rzecz jasna – na gumach. W nich wyjeżdżał na przejażdżki świat złotej młodzieży i teatralny. Czasem z szumem i łoskotem przegnał zaprzężony w dwa arabskie siwki powóz Kurkowskiego, przedsiębiorcy pogrzebowego, o którym wszystko notująca piosenka lwowska mówiła:

Tobi Józku dajem słowa
Że Kurkowski cie pochowa…

Beztroskie rzesze przechadzały się z powagą. Panie, unosząc z lekka ogony swych długich sukien, panowie w wysokich sztywnych kołnierzykach, białych rękawiczkach i „habigach” albo cylindrach. Gdy zbliżały się święta, tłum gęstniał. Przecisnąć się nie było można, wszędzie futra, baranice, niedźwiedzie czapy, panie w salopkach z wielkimi mufkami, otulone w „boa” z piór lub lisów. Na wszystkich skwerach sterczały lasy choinek, wystawy jarzyły się od światła, z kawiarni dochodziły dźwięki muzyki i śmiechy.

Tak w beztrosce i wesołości świat lwowski szedł Akademicką do swej ostatecznej katastrofy.

Rodzice wysłali mnie kiedyś do stryjostwa, bym nie widział ścinania drzew. Czyż można było jednak wysłać mnie do takiego zakątka świata, z którego nie widziałbym rozgromienia mojego domu, mojej rodziny, mojego miasta, mojego kraju? Z którego nie dojrzałbym ideałów w zgliszczach i ruinach, nie zdołałbym usłyszeć jak nawet ta ostatnia świętość -kantylena chopinowska – wypacza, zatraca się, przechodzi w zapomnienie, znieważana nieświadomie przez palce nie znające cudownych jej tajemnic, w taniej żądzy wykazania się techniką? Co było prawdziwe, czyste, wyniosłe swą poezją, minęło bezpowrotnie. Świat patetycznych sonat skończył się nieodwołalnie, by już nigdy nie wrócić.

Pojąłem to dopiero tu w Anglii na wiadomość o śmierci matki. Proste uprzytomnienie sobie prawdy, że nigdy już nie zagra, otworzyło mi oczy na dramatyczną rzeczywistość. To nie było pożegnanie z domem, z rodziną, z dzieciństwem, podlane łezką „na zawsze”, rzucone z melancholią beztroskiej młodości – to był powrót Lota nad dymiące gruzy Sodomy.

Jakże cierpieć musiała czuła pianistka, konając w ciszy okupowanego przez Niemców miasta, w chłodzie piwnicznego otoczenia, zdana na łaskę może dobrych, lecz jakże prostych ludzi. Paraliż odebrał jej możność ruchu. Fortepian, cudowny, robiony na zamówienie koncertowy „Bösendorfer” spaliły bomby niemieckie. Bolszewicy rozdrapali i podarli w strzępy wielką bibliotekę muzyczną, w której był jeszcze tom preludiów chopinowskich, opatrzonych własnoręcznymi uwagami kompozytora, jak je grać należy.

W chwili, gdy konała, nie miała koło siebie nikogo z bliskich. Nikogo nie było, który by czytał jej przy łożu śmierci ukochanego przez nią Asnyka, tak jak czytała córka starej Zarębinie z Goszyc „Króla-Ducha” przy blasku dopalającej się gromnicy…

Ta, co uciekała w głąb mieszkania, zasłaniając kotarami okna, gdy ktoś na trzeciej ulicy niegodnie dotknął fortepianu, wyznawczyni najbardziej wyrafinowanych uczuć, wyrażanych wszelkimi dostępnymi ludziom sposobami, – dźwiękiem, słowem czy kolorem, – gdy już przyszło jej opuszczać piękną ziemię, musiała słuchać nie w doskonałym porządku dogasających akordów finału, lecz twardych, nieokrzesanych słów ludzi mroku…

/ Lwów. Ul. Łyczakowska. https://www.kuriergalicyjski.com/historia/zabytki/2367-ulica-yczakowska

Widocznie nakazane zostało, by odkupiła śmiercią jakieś grzechy. Może swych własnych dzieci? I dlatego może ta, której świat formował się zawsze według reguł wszechogarniającej harmonii, umierała wśród rozkładu wszystkiego co było kiedyś doskonałością, pokojem i pięknem.

Groźne są proroctwa zawarte w chopinowskich akordach.

Za:  Wiadomości/ 29.12. 1946/ Londyn/ Rok1,Nr (38/39)   http://retropress.pl/wiadomosci/dawny-lwow/

By: Agencja Reklamowa BARTEXPO