Dzisiaj jest: 6 Luty 2023        Imieniny: Dorota, Bohdan, Ksenia
Rocznice Powstania  Styczniowego w II RP

Rocznice Powstania Styczniowego w II RP

II Rzeczpospolita otoczyła weteranów powstania styczniowego, można powiedzieć, fantastyczną opieką. Sześć domów opieki: prócz Warszawy i Krakowa – Lwów, Wilno, Włocławek. Emerytury wojskowe i honorowe stopnie oficerskie, surduty mundurowe z…

Readmore..

Mają prawo korzystania z pomocy całego narodu polskiego

Mają prawo korzystania z pomocy całego narodu polskiego

/ Artur Grottger, „Pochód na Sybir”Foto: Wikimedia Commons/domena publiczna. Powstanie zabajkalskie. Ostatni zryw powstańców styczniowych P. Henryk Olszewski z Warszawy, bawiąc w r. 1914 w Słonimiu w gubernji grodzieńskiej u…

Readmore..

Ukraińskie  kłamstwa i obietnice

Ukraińskie kłamstwa i obietnice

Stepan Łenkawśkyj jest autorem „Dekalogu nacjonalisty ukraińskiego” opublikowanego w 1929 roku. Jego znajomość była obowiązkowa dla członków OUN i UPA, jego przykazaniami kierowali się wszyscy nacjonaliści ukraińscy i można wnioskować,…

Readmore..

Zmiany w ordynacji wyborczej?

Zmiany w ordynacji wyborczej?

Kilka lat temu pojawił się pomysł aby Polacy mieszkający za granicą mieli własne okręgi wyborcze i wybierali w nich „swoich” posłów. Pomysł niemądry bo niby jak wyglądałyby te okręgi, ilu…

Readmore..

Kalendarz ludobójstwa:  LUTY /1943-1944-1945

Kalendarz ludobójstwa: LUTY /1943-1944-1945

Na przełomie stycznia i lutego - 1943 roku: W kol. Adamówka gmina Berezne pow. Kostopol Ukraińcy wymordowali 6-osobową rodzinę polską: małżeństwo Chmielewskich, ich córkę z mężem i 2 dzieci. -…

Readmore..

Bitwa pod Ochmatowem 29 stycznia – 1 lutego 1655

Bitwa pod Ochmatowem 29 stycznia – 1 lutego 1655

Bitwa pod Ochmatowem została stoczona jeszcze przed wtargnięciem wroga w głąb Korony, a pobity i zmuszony do ucieczki nieprzyjaciel nie zdołał zrabować ziem ruskich. Zazwyczaj armia koronna ścigała Tatarów dopiero,…

Readmore..

Lutowy numer KSI (02/2023) wydany

Lutowy numer KSI (02/2023) wydany

W lutowej gazecie m.in. Dziadek był porąbany na części…Ks. Marian Podolski to rodowity Wołynianin. Urodził się 16 września 1940 w Klesowie (pow. Sarny). Gdy nastąpiło apogeum ukraińskich zbrodni ...strona 6Sto…

Readmore..

WYKLĘCI XIX wieku

WYKLĘCI XIX wieku

/ „Scena z powstania styczniowego” – mal. Zygmunt Ajdukiewicz Przez las przemykała uzbrojona grupka, w cywilnych ubraniach, pod wyraźnym dowództwem żołnierza skrywającego mundur pod burką kaukaską. Dwójka z belgijskimi sztucerami…

Readmore..

Wołyńskie historie. Ludwik Tchórz.

Wołyńskie historie. Ludwik Tchórz.

W Stefanówce żył m.in. Ludwik Tchórz, syn Franciszka i Rozalii (z domu Kicka) oraz Eugeniusz Tchórz, syn Ludwika Tchórza (urodzonego 2 lutego 1901 roku) i Józefy Tchórz (urodzonej 10 maja…

Readmore..

Szlakiem krzyży wołyńskich - OŻGOWO KOLONIA

Szlakiem krzyży wołyńskich - OŻGOWO KOLONIA

Przed samą wojną w Ożgowym, poświęcono plac pod budowę kościoła, kolonia szybko się rozwijała. Liczono również na ogromne złoża bazaltu, zalegające tuż pod powierzchnią ziemi, na wzór Janowej Doliny. Polska…

Readmore..

Powstanie Styczniowe 1863  -trzeba pójść krok dalej

Powstanie Styczniowe 1863 -trzeba pójść krok dalej

/ PS - Bóg Ojciec Stań się - mal Wyspiański - Wikipedia Niniejszy artykuł został przygotowany przez największy w Polsce katalog wiedzy o Powstańcach Styczniowych. Zespół pracujący społecznie przy powstawaniu…

Readmore..

160. rocznica wybuchu  Powstania Styczniowego

160. rocznica wybuchu Powstania Styczniowego

/ Bój, grafika Artura Grottgera z cyklu Lithuania „Powstanie Styczniowe 1863-1864”. W 2023 roku obchodzimy 160. rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego, największego i najdłużej trwającego powstania narodowowyzwoleńczego skierowanego przeciwko rosyjskiemu zaborcy,…

Readmore..

Trauma świadków ludobójstwa na Kresach.

Jak rokrocznie, także w 2022 roku w dniu wybuchu powstania warszawskiego 1 sierpnia w całym kraju miały zostać włączone syreny alarmowe, aby uczcić koleją jego rocznicę. Ale włodarze niektórych miast zdecydowali, że nie zrobią tego „z troski o traumę ukraińskich uciekinierów„ którym takie alarmy mogły kojarzyć się z przeżyciami na Ukrainie. Tymi miastami rządzili przedstawiciele totalnej schizofrenicznej opozycji i był to akt polityczny skierowany przeciwko rządom PiS. W swej hipokryzji nie wzięli pod uwagę, że miał być to wyraz hołdu dla bohaterstwa i poświęcenia powstańców oraz ludności cywilnej, a także maleńki symbol pamięci dla ich traumatycznych przeżyć, bez porównania większych, niż już bezpiecznie żyjących w Polsce ukraińskich uchodźców. Tym bardziej, że informacja o włączeniu syren z podaniem powodu była powszechnie znana także ukraińskim uciekinierom.

Przy tym nikt nie wspomniał nawet, że w brutalnym tłumieniu powstania wzięły udział jednostki ukraińskie kolaborujące z niemieckimi faszystami i one dokonały najokrutniejszych zbrodni na ludności cywilnej Warszawy. Dotychczas nawet w III RP żaden instytut naukowy nie zajął się traumą Polaków z okresy drugiej wony światowej, jakby nie dotknęły ich dymy krematoriów obozów koncentracyjnych, terror niemieckiego  i sowieckiego okupanta, zsyłki na Sybir, ludobójstwo na Kresach oraz późniejszy okres stalinizmu i stanu wojennego. Jakże inaczej postępują naukowcy żydowscy. Badania nad traumą Holokaustu udowodniły jej destrukcyjny wpływ nie tylko na drugie, ale także na trzecie pokolenie. Szansą na zatrzymanie transmisji traumy na kolejne pokolenia są specjalistyczne programy terapeutyczne. Czy w Polsce ktokolwiek słyszał o takich badaniach oraz programach terapeutycznych?     

Nikt nie zajął się traumą ocalałych świadków ukraińskiego ludobójstwa dokonanego na ludności Polskiej na Kresach. A przewija się ona w setkach relacji.          

Edmund Działoszyński, PUŹNICKA BALLADA (fragment).

Hen daleko tam na wschodzie
biała brzoza się schyliła
Wiatr żałośnie tam zawodzi,.
gdzie zbiorowa jest mogiła.

Nikt tam świeczki nie zaświeci,
ani kwiatów nie przyniesie
Tylko wiatr czasem przyleci
i zaszumi w głuchym lesie.

Dziś to są pourazowe -
makabryczne przypomnienia,
o których już nie ma mowy
wśród młodego pokolenia.

Zaczęło się we wrześniu 1939 roku. W nocy z 17 na 18 września m.in. we wsi Sławentyn pow. Podhajce Ukraińcy dokonali rzezi ludności polskiej. „Mama już nie żyje... A gdzie ja miałam uciekać? Jak? Ale wstałam i tak się trzęsę, i nic nie wiem – gdzie ja jestem, co ja jestem? A to dzieciątko trzyma mnie za rękę, a takie ono pobite. Oczy wybite, tak jej oczy wypływały – prababci łamie się głos. – Moja córeczka... A to dzieciątko biedne położyło się, tak się męczyło, takie siniutkie i pobite, i tak stękało, biedne jeszcze żyło i męczyło się. Ja byłam jeszcze nieprzytomna. Cała we krwi, jak straszydło wyglądałam – płacze prababcia. W nocy wzięłam już nieżywą córeczkę i przytuliłam. /.../ „– Co ja przeszłam? Czemu żyję? – pyta prababcia. – To tylko Pan Bóg jeden wie. Zawsze się modliłam. A wujek był tam, w Sławentynie, i pisał, że Ukraińcy się pobudowali na naszym. Jedna tylko czereśnia została po nas. Ale to im nie ujdzie na sucho, bo tak być nie może, tak być nie może...” – kończy.

W sierpniu 2010 r. odwiedziłam Sławentyn. Trudno było odnaleźć wioskę z opowieści prababci. Po bytności Polaków nie ma tam śladu. Z pomocą mieszkańców udało mi się zlokalizować miejsce, gdzie kiedyś stała polska kapliczka, obok której prababcia pochowała swoją córeczkę. Po kapliczce został tylko fragment fundamentu. Miejscowi twierdzili, że to Rosjanie w czasie wojny ją zniszczyli. I w tym właśnie miejscu zapaliłam znicze dla trzyletniej Janinki, córeczki prababci; pierwsze znicze, które kiedykolwiek zapalono w miejscu jej pochówku. Obok fundamentu polskiej kapliczki ujrzałam ogrodzony niskim płotem kopiec i ukraińską kapliczkę. Stały tam dwie nowe płyty pomnikowe, a przed nimi kwiaty. Były to pomniki na cześć odwagi i bohaterstwa bojówkarzy OUN i UPA z wypisanymi nazwiskami „bohaterów ze Sławentyna”... Prababcia wzruszyła się i strasznie mi dziękowała, gdy opowiedziałam, że zapaliłam znicze w miejscu pochówku jej córeczki. Jednakże nie miałam serca powiedzieć, że dosłownie obok grobu Janinki stoi kopiec i pomnik sławiący bohaterstwo jej oprawców”.  (Rąbali nas jak kury na klocu... Wspomnienia Anny Kozieł spisała i zredagowała Magdalena Kolatowska http://ioh.pl/artykuly/pokaz/rbali-nas-jak-kury-na-klocu,1127/)

„Moja rodzina ocalała, ale moja mama tej jednej nocy zupełnie osiwiała. Janowa Dolina. Ilekroć wspomnę tę nazwę, widzę oślepiającą jasność, potworny huk, trzask ognia, słyszę krzyk i jęki palonych żywcem ludzi oraz wrzaski w języku ukraińskim. Do dnia dzisiejszego każdy Wielki Piątek poświęcam pamięci pomordowanych i mimo że minęło już tyle lat zawsze w tym dniu, same płyną mi z oczu łzy.” (Janina Pietrasiewicz-Chudy: Rzeź wołyńska: Krwawa zbrodnia UPA w Janowej Dolinie. "Dzieci nabijano na pale"; w: http://www.polskatimes.pl/artykul/4327171,rzez-wolynska-krwawa-zbrodnia-upa-w-janowej-dolinie-dzieci-nabijano-na-pale,id,t.html  20 września 2016 ) 

W nocy z 29 na 30 kwietnia 1943 roku w futorze Kotiaczyn pow. Krzemieniec, relacjonuje Beata Antkowiak: „Wiem jedno, moja mama do końca swego życia budziła się w środku nocy nie z płaczem, ale ze skowytem. Widziała i zapamiętała Ukraińców, rezunów, którzy wyrzynali jej bratanków i bratanice, jej siostrzeńców i siostrzenice. Dobrze zapamiętała te okrutne czasy. Dobrze zapamiętała sąsiadów, którzy przyszli ich  wyrżnąć.” (https://www.facebook.com/wolynpamietam/posts/httpwwwwolynovhorg/305271286255437/ ).

9 maja 1943 ucieczka ze wsi Balarka: “Idąc w kierunku Huty Stefańskiej aby szukać schronienia przechodziliśmy obok jeszcze dymiących się zgliszczy zagrody stryja, który postanowił pozostać, widziałem zwęglone jego ciało na popiołach chaty. Zakłuty bagnetami przez Ukraińców, spłonął wraz z chatą. Świadkami jego śmierci byli synowie, którzy uciekli w ostatniej chwili niezauważeni przez okno z tyłu domu na bagna. Wędrując dalej skrajem wioski usłyszeliśmy z jedynej ocalałej od ognia chaty wołanie konającej kobiety. Chata była niska i przez okno bez trudu było widać pod łóżkiem leżącą w kałuży krwi kobietę pokłutą nożami. Umierając prosiła o pomoc. To była Janka Horoszkiewicz - nasza krewna. Schroniła się pod łóżko bo bała się że wrócą i będą ją dalej torturować. Zmarła na drugi dzień po przewiezieniu do szpitala w Rafałówce, przed śmiercią zdążyła opowiedzieć przebieg wydarzeń. Czułem, się niedobrze, miałem dość podobnych widoków, byłem słaby, wyczerpany, niezdolny do dalszej drogi, wymiotowałem. Tym brutalnym i okrutnym napadem ukraińscy barbarzyńcy zmusili mnie do oglądania tak okrutnych scen. Miałem wtedy pięć lat, a pamiętam tak wiele brutalnych i krwawych epizodów, które prześladują mnie do dzisiaj we wspomnieniach i śnią się po nocach. Zdarza się, że krzyczę we śnie budząc przerażoną rodzinę”. (Edward Horoszkiewicz; w: http://wolyn.org/index.php/informacje/1062-atak-rozpoczal-sie-w-druga-niedziele-maja-1943-r ).

Zagaje pow. Horochów, gdzie 12 lipca 1943 roku Ukraińcy wymordowali 260 Polaków. Joanna Narowska (wnuczka):Pomimo ogromnej tęsknoty za Zagajami, po latach, kiedy po wiosce nie został najmniejszy nawet ślad, Babcia nie chciała tam jechać, bała się okrutnych wspomnień.”  (Zbyszek Beling: Rzeź wołyńska. Zagaje – historia prawdziwa; w: http://www.piastowskakorona.pl/news.php?readmore=602 , 16 grudzień  2013).

Jakimże wstrząsem dla 11-letniej Basi Targowskiej z osady Armatniów (pow. Łuck) był widok Adama Mrozickiego upieczonego przez banderowców w gorącym żużlu smolarni przy nadleśnictwie Johanów. Obraz ten prześladuje ją do dziś. Tak jak i doprowadza obecnie starszą panią do panicznego nastroju pewien szczególny kolor nieba i szczekające psy, przypominając dzień napadu na Polaków w sąsiednich koloniach latem 1943 r. (Ewa Siemaszko: Piekło polskich dzieci; w: „Historia Uważam Rze”, nr 1/2012 http://www.historia.uwazamrze.pl/artykul/858290.html ).

Roman Witkowski: „W Horochowie słyszałem, jak Hałas opowiadał o losie swojej rodziny. Historia ta bardzo nami wstrząsnęła, bo wiedzieliśmy, że Hałasowa była w ciąży. Dowiedzieliśmy się, że w czasie ucieczki urodziła dziecko gdzieś w polu i oboje zaraz zostali zamordowani przez Ukraińców. Hałas uciekał ze starszą córką (w wieku mojego brata Januszka), ale, ponieważ gonił go Ukrainiec, wiedział, że nie zdoła uciec, więc odrzucił dziecko gdzieś w bok i sam się uratował. Później, po wojnie, nie mógł sobie tego darować i jak mówił, przez całe życie słyszał głos córeczki: „Tatusiu, nie zostawiaj mnie!” (16 lipca mord w Kupowalcach ; w: KSI nr 7 z 2013 r.)

„O. Kazimierz Prończuk z Kątów k/ Lubomla, 4 km od jagiłłowego kościoła z 1412 r. gdzie był ochrzczony. Urodzony 17.04.1932 r. W domu było ich dziesięcioro. 31.08.1943 r. UPA wraz Ukraińcami z sąsiednich chutorów - wymordowali i spalili Kąty. Wymordowano ponad 300 osób w tym rodzinę Prończuków. Kazimierz jedenastoletni chłopiec wraz z ojcem i bratem, zbijali w Lubomlu trumny - swoim najbliższym, a po dwóch dniach od mordu - pojechali po umęczone zwłoki matki rodzeństwa. Zapamiętany widok był okropny - pobitych siekierami matkę z małymi dziećmi - posadzono opartą o gruszę na ławce i pokładziono na jej kolana zwłoki pobitych dzieci. Ukraińcy szydzili - że to pomnik Matki Polki! Wszystko to i sceny mordu widział ukryty w pobliżu domu. Pochowali w skrzyniach, na lubomelskim cmentarzu od drogi. Ojciec tak przeżył, tą gehennę, ze w kilka tygodni dostał paraliżu nóg a potem, jesienią 1943 r. zmarł w Lubomlu z tęsknoty za utraconą rodziną.” (Krzysztof Kołtun: Wspomnienie o Ojcu Redemptoryście Kazimierzu Prończuku; w:  http://www.rymacze.pl/a29.html). 

„Po tym, jak bandyci odeszli, Polacy zaczęli chodzić i zbierać trupy z pola i ktoś z Ukraińców powiedział, że w czworaku jest dużo zabitych, weszli i zobaczyli tyle zabitych, a przy piersi moja kuzynka Jadzia z Budek Kołodeskich trzyma dziecko i ta dziewczynka ssała pierś, a matka nie żyła już. Była chyba jeszcze przytomna kiedy trzymała dziecko ręką, a ono ssało pierś nieżywej matki i tylko tego aniołka sztylet nie sięgnął. Zostało tylko jedno malutkie dziecko. Jakaż to boleść dziadkom nad tym dzieckiem. Przywieźli ją do Łucka i babcia wychowywała sierotkę i płakała całe życie, aż w końcu zmarła na raka. Leży w Pasłęku na cmentarzu, bo tam mieszkała po wojnie.”  (Wspomnienia Józefy Wolf z domu Zawilskiej; Zakopane, 1982 r.; w: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/aleksandrowka-jozefa_wolf.html)

 Wieś Doszno, o której piszę, oddalona jest od Kowla o 27 km i sąsiaduje z gminną wsią Datyń i kolonią Wilimcze.

„Nie mogłam płakać nawet po miesiącu, kiedy byliśmy już w Zabłoci u u męża siostry, który pracował w folwarku. Zachorowałam. Przyszedł niemiecki lekarz, który dość dobrze mówił po polsku. Kiedy mnie zbadał, rozpytał o nasze przeżycia. Nagle znienacka uderzył mnie w twarz coś krzycząc po niemiecku. Rozpłakałam się. Zaczął mnie uspokajać i powiedział, że teraz wrócę szybko do zdrowia. Powiedział, że tak mnie było trzeba leczyć. Płakałam kilka dni.

W 47 rocznicę tragedii, w dniu 28 sierpnia 1990 r. matka moja otrzymała z Ukrainy oficjalne zaproszenie na uroczystości odsłonięcia pomników na grobach pomordowanych Polaków. Pojechałam i ja, żeby zaopiekować się matką. Położono pięć tablic z białego marmuru, a złotymi literami wpisano nazwiska pomordowanych. Były prasa i radio. W trakcie prowadzonego z moją mamą wywiadu, matka, stojąc nad jeziorem na przeciwko dawnego swego domu rodzinnego, po którym nic nie ocalało, po półgodzinnym opowiadaniu redaktorowi c swoich przeżyciach, raptem straciła pamięć. Nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią dzieje, dostała dreszczy, nie poznawała nikogo. Byłam przerażona. Moja mama przez całe życie miała niemal fotograficzną pamięć, nigdy mimo 73 lat nie zdarzyło jej się czegokolwiek zapomnieć. W tej właśnie chwili zrozumiałem dlaczego żyjący świadkowie tamtych wydarzeń z wielkimi oporami wracali do tamtych tragicznych dni. W swoim pamiętniku matka niejednokrotnie zaznacza: „ dziś kończę, bo mimo tabletki uspokajającej nie mogę pisać dalej…”

W trakcie tych uroczystości przemawiał starszy mężczyzna z Wilimcza. Nie zdziwiło mnie potępienie przez niego morderców. Czekałam, aż wystąpi ktoś z Datynia. Nie było nikogo. Zaczęłam rozmawiać z młodzieżą która kręciła się obok. Odpowiadali niechętnie, z ociąganiem się. Jak się okazało większość z nich była właśnie z Datynia. Prowokowałam do rozmowy. W końcu wyrwało się kilku potępiając owego „starszego pana z Wilimcza” za to, że ich zdaniem obraża ich godło – Tryzuba. Po rozmowie z tymi chłopcami, zrobiło mi się zimno. Tak więc nadal bezustannie szukam odpowiedzi na dręczące wciąż i prześladujące mnie pytanie, postawione na początku tych wspomnień – DLACZEGO?” (DLACZEGO? Wspomina Mirosława Bacławska, 3 LUTEGO 2019

http://dziennik.artystyczny-margines.pl/dlaczego-wspomina-miroslawa-baclawska/ )

Opowiada Halina Zalewska (z domu Niedziela), która jako ośmioletnie dziecko przeżyła rzeź wołyńską. “Nasi dziadkowie, czyli rodzice mojego ojca, mieszkali na wsi Łukówka, niedaleko Kowla, a my w kolonii o tej samej nazwie. Dzieliły nas tylko tory kolejowe. /.../ Widok był straszliwy. Sąsiadka miała obcięty język, wydłubane oczy, była naga i przecięta od góry do samego dołu. Jej dzieci – dziewczyna i chłopak, którzy mieli po ok. 17 i 18 lat – również mieli odcięte języki, wydłubane oczy i cali byli pocięci. Natomiast małe, dziesięciomiesięczne dziecko było nożem przybite do ściany i tak zmarło. Jego główka i rączki zwisały do dołu, a po ścianie leciała krew, była już taka zastygła. Do dzisiaj to pamiętam i nigdy nie zapomnę tego widoku. Kolejnych sąsiadów nie było w domu, ponieważ gdzieś wyjechali, ale pozostały ich dwie córki. Obie były zmasakrowane i całe porozcinane. Do trzeciego domu już nie poszłam, strasznie płakałam i krzyczałam, aż pewien Niemiec powiedział mojemu ojcu, żeby mi nie pozwolił dalej tego oglądać. Jednak to co zobaczyłam, było straszne. Na własne oczy widziałam pomordowanych i zmasakrowanych sąsiadów.” (Te obrazy zostały w mojej pamięci na zawsze. Rzeź wołyńska widziana oczami dziecka. Rozmawiał Wojtek Maślanka , 11.07.2020  http://dziennik.com/featured/te-obrazy-zostaly-w-mojej-pamieci-na-zawsze )

Opowiada Pan Krzysztof Kapitaniuk. Borki (kolonia Kapitaniuki), powiat Luboml. W sierpniu 1943r. w Koloni Kapitaniuki w wyniku napadu zamordowani zostali: bracia: Władysław, Tadeusz; matka: Michalina Kapitaniuk zd. Bagniuk. Stefan ranny został w głowę, stracił przytomność. Wyglądał na martwego. Spadł do piwnicy, lub został przywalony martwymi ciałami swoich braci i matki. Wg. opisu pani Kołtun udała się ona około południa do domu Kapitaniuków, dziwiąc się, że nie ma ruchu w obejściu. Użyła słów (jak sobie przypominała): „Kapitaniuki pospały się”. Kiedy weszła do domu, znalazła pokłute zwłoki. Zszokowana podniosła alarm. Zbiegła się znaczna część mieszkańców wioski. Przy wynoszeniu ciał pomordowanych z pomieszczeń domowych, Stefan się poruszył i wówczas udzielono mu pomocy. Zawieziony został do szpitala w Lubomlu. Później przebywał u rodziny o nazwisku Szynkaruk w miejscowości Nowy Jagodzin. Przez cały ten czas przechodząc bardzo trudną rehabilitację. O tyle trudną ze podwójną fizyczną i psychiczną. Syn Krzysztof o sprawie dowiedział się dopiero po wielu latach, od wydarzenia. Trauma związana z przeżyciami tamtej nocy była nie do przełamania dla Pana Stefana (ojca Krzysztofa) przez dziesięciolecia. Zapewne podświadoma pamięć męki i śmierci najbliższych która tkwi w umyśle Pana Stefana – uniemożliwia mu całościowy powrót do tamtego strasznego momentu. Luki w pamięci są na tyle duże, że Pan Stefan nie umie powiedzieć, dlaczego nie było ojca w gospodarstwie w czasie napadu na matkę i dzieci. Dlaczego nie pamięta jego obecności podczas okupacji. Jest to przykład skrytego działania grupy nacjonalistów ukraińskich. Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy, ukazujący jak bardzo bliscy mogli być to ludzie. Pan Stefan opowiadał synowi jak w latach 70-tych będąc zaproszony na wesele do znajomych rodziny, którzy mieszkali na terenie Polski podczas zabawy spotkał Ukraińca starszego wiekiem, który będąc już zdrowo podpity rzucił dziwne i niesamowite zdanie: „A ty to, dostałeś w głowę i leżałeś cały we krwi, tam w piwnicy” Zdanie wyrwane z kontekstu bez podania daty wydarzenia, bez najmniejszych oznak o jakie wydarzenie chodzi, zdanie zrozumiałe jedynie dla sprawcy i ofiary. Na ile bezkarny musiał czuć się ten człowiek, aby móc je wygłosić? I jak wiele nowego strachu i obaw przyniosło to wyznanie ofierze? A może o to właśnie chodziło?  (http://bezprzesady.com/tmkizk-im-juliusza-slowackiego-w-poznaniu/relacje )

To była ogromna willa, w niezniszczonej części Żoliborza (w czasie okupacji był to kwartał zamieszkały przez Niemców), tak wielka, ze w jednej z jej części zamieszkał przysłany przez kwaterunek repatriant z Wołynia. Początkowo ze względu na to, ze był burkliwy i mówił ze śpiewnym akcentem, wołali: E! Ukrainiec, chono tu! Gadali, popijali, a Wołyniak milczał. Kiedyś jednak „pękł” i wyrzucając z siebie słowa, jak gorące kamienie, zaczął opowiadać o takich samych kamieniach wyjmowanych z paleniska w jego wiejskiej kuchni przez rezunów i „karmieniu” nimi związanych wieśniaków, a on z rodzina byli ukryci nieopodal, w jakiej przemyślnej komyszy, przetrwali ta masakrę, jako jedyni, zatykając dzieciom usta. Potem tułali się zszokowani po lesie i na szczęście trafili na oddział AK, który chyba szedł ze spóźnioną odsieczą. Po wojnie Wołyniak pracował w Pekaesie na Żytniej razem z Dziadkiem. On był kierowcą, dziadek konduktorem. Kiedyś zimowa pora na wąskiej drodze koło Radzymina ich Autobus wpadł poślizg i zderzył się czołowo z wojskowym Zisem. Dziadek przeżył, Wołyniak nie i tak zginał świadek strasznej zbrodni popełnionej przez nacjonalistów ukraińskich na polskich wieśniakach..Dziadek był w okupację w AK, a mimo to nie opowiedział, jak go ubek katował w jakiejś placówce we Włochach pod Warszawa, opowiedział mi historie Wołyniaka. Swoją historię niechętnie opowiedział, jak był już nad grobem. Razem dawno już leżą na Bródnowskim Cmentarzu. (B63 Observator;  2009-01-26 22:54 ; Gazeta.pl )

Nowosielce, ks. pułkownik dr Roman Daca (23 II 1905 — 18 IX 1994):  W nocy 28/29 września 1943 r. służący za plebanię stary dwór w Nowosielcach otoczyła zgraja banderowców, by wykonać wydany przez UPA wyrok. Matka proboszcza Helena Dacowa miała na tyle przytomny umysł, że zdążyła ostrzec syna i ukryć go w specjalnej skrytce pod podłogą plebanii. Wybierający się do snu ks. Roman nie zdążył się nawet ubrać, gdy na całą noc wylądował w zimnej i brudnej dziurze pod podłogą. Oto jak sam wspomina te pełne grozy godziny: „Co przeżyłem w tym schronie-grobie (mówię grobie, bo takiej był niemal wielkości, może trochę płytszy), to jedynie Bóg wie! Wszystko, co się działo na zewnątrz, nade mną, działo się w moim mózgu i sercu. Pod ciężarem kilkudziesięciu stóp ludzkich wieko schronu coraz bardziej i szczelniej zaciskało się nad tą moją kryjówką-grobem. Nie mogłem się ruszyć, leżąc w śmierdzącej mazi pleśni, grzybni i wilgoci ściekającej ze starych, grubych murów plebanii, która do tego wszystkiego, od początku wojny 1939 r. była systematycznie dewastowana i niszczona (…) miałem wrażenie, że zamiast podłogi z desek jest rozciągnięta nade mną skóra jak na bębnie, co działało jak najczulsza membrana, dlatego każdy krok, każdy stuk, głos, słowo, każde wprost drgnienie dudniło, huczało i drgało zwielokrotnione, ogłuszając i rozrywając mózg i serce.”  Spod podłogi pomógł wydostać się księdzu mieszkający na plebanii Ukrainiec, Fedio Kostyszyn, którego banderowcy o mały włos nie zakatowali na śmierć, gdy nie chciał wydać miejsca kryjówki „lackiego księdza”. on to pierwszy pojawił się w zdewastowanych pomieszczeniach i z największym trudem odnalazł i podważył wieko skrytki. Z wnętrza wyłonił się, skostniały z zimna, pokryty błotnistą mazią, proboszcz i od razu zapytał o matkę. W odpowiedzi usłyszał mrożące krew w żyłach słowa: „Jejmość zabyły, Starzewską takoż!” Jak oszalały miotał się ks. Roman po nieprawdopodobnie zdewastowanej plebanii. Półnagi, pokryty pancerzem błota, usiłował wśród gruzu, szkła, połamanych sprzętów i rozrzuconego w nieładzie dobytku odnaleźć zwłoki matki. Odnalazł je wreszcie; nieludzko zbezczeszczone, pokryte zakrzepłą skorupą rozlanych przetworów, rozsypanej mąki, pierza z pościeli i kawałków szkła. Zanim uciekł z miejsca kaźni, zdążył jeszcze ucałować zakrwawione czoło rodzicielki i nakreślić znak krzyża nad zwłokami gospodyni Anieli Starzewskiej. „Ale tak naprawdę nie uciekłem z tej plebanii w Nowosielcach nigdy! - wspominał. - Jestem tam ciągle! Jest już przeszło 40 lat po tym jak stamtąd „uciekłem”, a ja tam zawsze jestem dzień i noc, bo uciec z tego miejsca nie potrafię.” Uciekł tak jak stał, ubłocony i zakrwawiony, okryty strzępem łachmanu. (Piotr Śliwiński; w:   http://tygodniksalwatorski.icm.com.pl/modules.php op=modload&name=News&file=article&sid=509 )

Wacław Brzozowski z Siedliska koło Huty Stepańskiej, opowiadał mi przed śmiercią, jak straszna stawała się myśl o nadchodzącej Wigilii. Kiedy był w wojsku w 1950 r. na przysięgę tylko do niego nikt nie przyjechał. Wszyscy żołnierze otrzymywali paczki od rodzin, a jemu nie miał, kto wysłać. Przynosili mu koledzy z litości przysmaki, dzielili się z nim, a jemu rozpacz ściskała gardło. Zamordowani rodzice, dwóch braci i szwagier w nocnych marach stali i przyglądali się, jak on ucieka. Czekali na niego, a on ciągle uciekał. Nie było dnia, ani godziny, żeby nie był myślami z nimi.

Z wszystkich opowieści Wigilijnych najbardziej wzruszającą była historia Barbary Wołoszyn z domu Dębowiecka. Opowiedziała o niej córka Maria po mężu Dąbrowska z Kluczborka ur. w 1927 r. Aby ocalić od zapomnienia streszczę ją możliwie krótko: Przy stole wigilijnym Barbara Wołoszyn zostawiała zawsze trzy puste krzesła, dla zamordowanych, męża i dwóch synów. Po Wieczerzy, wychodziła pod jakimś pretekstem, czyniła tak, co roku. Dzieci z wnukami przyjeżdżające do matki, zajęte gościną i rozmowami, były przekonane, że chodzi do stajni, jak nakazywał zwyczaj dać zwierzętom opłatek. Jednego razu długo nie wracała. Aż zaciekawione dzieci poszły, za mamą, ciekawe – „Co mama tyle czasu tam robi”. Ich oczom ukazała się prawda. Leżała na klepisku w stodole i zachodząc się płaczem przytulała okrwawioną kurtkę zamordowanego w Derażnym, dziewiętnastoletniego syna Pawła. Dla niej wojna nigdy się nie skończyła. Jej łzy to tylko kropla w morzu łez, które wsiąkły w tamtą ziemię. /.../  Całe jej życie było tylko płaczem i skargą do Boga. Umarła w piękny, ciepły, majowy dzień 1979 r. Jej ciało w trumnie otuliła siedmiokrotnie przedziurawiona, okrwawiona kurtka syna Pawła. (Wołyńska opowieść wigilijna Janusza Horoszkiewicza; w: http://isakowicz.pl/wolynska-opowiesc-wigilijna-janusza-horoszkiewicza/

Janina Stopyra-Gawrońska ze wsi Łopuszna pow. Bóbrka: „Po naszym domu jest tylko puste miejsce, na którym klękam z płaczem. Tyle długich lat było to dla mnie miejsce upragnione, widziane w snach, kojarzące się z ciepłem, miłością i bezpieczeństwem - póki żyli rodzice. Jedyna radość to fakt, że moja ówczesna dziecięca pamięć pozostała, że trwa do dziś. Ten sam krajobraz, jak żywy, tylko las gęściejszy, wyższy, minęło bowiem pół wieku; i rzeczka jakby węższa, mniej wody. Ale jestem u siebie i to jest ważne. Oglądam się za siebie. Kiedyś tam, na wzniesieniach, stały domy moich chrzestnych - Skibów, dalej całej rodziny ze strony ojca - Stopyrów, Busztów; dziś pusty horyzont, zaorane pola, wycięte drzewa owocowe. Jedziemy dalej. Wiozą mnie do Tołszczowa, gdzie w bestialski sposób zostali zamordowani przez bandy ukraińskie moi rodzice. Rozmawiamy na ten temat, kto dokonywał tych ohydnych mordów. Zdania są podzielone. Młode pokolenie Ukraińców twierdzi, że to sowieckie NKWD przy pomocy ukraińskich nacjonalistów. To Niemcy i Sowieci podsycali antagonizmy polsko-ukraińskie, bo było im na rękę poróżnić maksymalnie te dwa narody. Jaka jest prawda? Myślę, że prędzej czy później historia oceni to właściwie. Tuż przy szosie stały niegdyś budynki tej bandyckiej leśniczówki. Teraz jest puste miejsce, rośnie na nim wysoka do pasa trawa, w której bieli się mnóstwo margerytek. Pozostały jeszcze drzewa owocowe, okalające niegdyś budynki leśniczówki. Z prawej strony wisi w zaroślach piwniczny strop, osnuty pajęczynami. To tam w dole męczono, gwałcono, rżnięto na kawałki ludzi, a ich szczątki wrzucano do głębokiej studni, która jest dzisiaj zasypana. Ciarki chodzą mi po plecach, łzy płyną bez przerwy, oślepiając mnie zupełnie. Wchodzimy głębiej do gęstego liściastego lasu, ciemnego, wilgotnego mimo upału, przejmującego grozą. Idę na sztywnych nogach, z zaciśniętym gardłem, czuję, że ciało mi lodowacieje. Spotkana tu staruszka potwierdza: tak, to tu zginęli Piotr i Milka. Widzę oczyma wyobraźni mojego biednego Tatę, przywiązanego do drzewa, jak obcinają mu różne części ciała, wydłubują oczy, podczas gdy serce jeszcze bije - co myślał, kiedy tracił swoje młode życie? Odpowiedzialność za nas, pozostawionych w domu, musiała mu okropnie doskwierać, gorzej niż zadawany mu ból fizyczny. On nas przecież tak kochał. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa, coś wewnątrz we mnie wyło. Padłam na ziemię z modlitwą, wierząc, że ona im się przyda.” Janina Stopyra-Gawrońska pisze:„Gdy analizuję moje życie od tych tragicznych zajść w 1943 roku, jestem przekonana o jałowości swej egzystencji, o zubożeniu psychicznym wskutek niezaspokojonej potrzeby miłości rodzicielskiej i braku poczucia bezpieczeństwa. Czyż można być szczęśliwym, jeżeli nie czuło się na swojej dziecięcej głowie matczynej ręki, opieki i troski ojca czy dziadków? Jeżeli zostało się rzuconym na pastwę losu? A los ten sprawił, że dziś, po wielu latach zmagania się z nim, czuję niedosyt we wszystkim, czego dokonałam, żal, że coś mnie ominęło, że zostałam odarta z czegoś najcenniejszego - miłości, która jest ponoć darem Bożym. Jeśli tak jest, to czemu Bóg tak niesprawiedliwie tę miłość dzieli? Dlaczego nie każdemu jest dane cieszyć się miłością rodzicielska, być pieszczonym i zapewnianym o uczuciu, którego się łaknie jak powietrza i słońca? To są straty, których przez całe życie nie można zrekompensować. Ten ciężar tkwi w piersiach i uporczywie nęka, nie można się tego wyzbyć, zawsze powraca i sprawia, że każda radość jest połowiczna. Ten brak dzieciństwa sprawił, że tkwią we mnie ogromne pokłady opowieści ze zwykłego, szarego i utrudzonego życia. Myślę że jeżeli odnotuję, co przeżyłam, co czułam, czego doświadczyłam dorastając z trudem w głodzie i chłodzie, będę choć częściowo usatysfakcjonowana. Moje życie było niezwykle barwne w znaczeniu pejoratywnym - nie skąpiło mi rozczarowań i niepowodzeń. Chciałabym, żeby się o tym dowiedzieli choćby członkowie mojej rodziny, wychowani niemalże w cieplarnianych warunkach.” (Janina Stopyra-Gawrońska, fragment książki "Bez dzieciństwa", Warszawa, 1997). Janina Stopyra-Gawrońska urodziła się w 1937 roku w Łopusznie koło Lwowa. Wywodzi się z tzw. "mezaliansu" - ojca Polaka i matki Ukrainki. W 1943 roku rodzice jej zostają zamordowani przez tamtejsze ugrupowania nacjonalistyczne, pozostawiając 6-cio letnią autorkę i jej 2,5 rocznego brata.

„W mojej rodzinie było nas siedem osób: rodzice, siostra i czterech braci. Mieszkaliśmy na osiedlu Grabowce we wsi Piłatkowce. Tego tragicznego zimowego wieczoru niebo było pełne gwiazd, a ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu. /.../ Tymczasem obok, w moim mieszkaniu, rozgrywał się dramat mojej rodziny. Słyszałem rozpaczliwe głosy i jęki torturowanego ojca, którego oprawcy wyprowadzili potem na podwórze i tam zamordowali. Po ich odejściu, nad ranem odnalazłem na podwórzu zwłoki mego ojca. Leżał w pobliżu pnia służącego do rąbania drewna i miał poderżnięte gardło. Swoją matkę znalazłem w mieszkaniu. Miała ślady kilku uderzeń młotkiem lub czymś podobnym w głowę, a na gardle ranę kłutą bagnetem na wylot. Siostra Helena otrzymała głęboki cios siekierą w głowę, tak że morderca pozostawił w niej siekierę. Najmłodszy z braci Edzio – lat 2, leżał cały we krwi z roztrzaskaną główką i wbitym nożem w piersi. Obok leżał, również cały we krwi, 16-letni brat Bronek. To jego głos, błagający o litość, słyszałem najdłużej. Kiedy go oglądałem, sprawiał wrażenie bryły zmasakrowanego mięsa, nogi i ręce miał połamane. To nad nim mordercy znęcali się najdłużej. Do dziś, gdy wspomnę sobie ten tragiczny zimowy wieczór, wydaje mi się, że słyszę jęki matki, ojca i brata Bronka. Wtedy robi mi się na przemian gorąco i zimno. Wówczas, ukryty w szczelinach budynku, pragnąłem za wszelką cenę przeżyć. Siedziałem tam jak sparaliżowany, bezsilny świadek wobec okrutnej śmierci moich najbliższych..”  (Lucyna Kulińska: Do dziś słyszę ich jęki. Relacja Michała Wojszczyna. Rzeczpospolita 10-07-2008). 

Kąkolniki powiat Rohatyn, w województwie stanisławowskim, mówi  Michalina Puszkarska: „Z chwilą wybuchu II wojny światowej miałam 15 lat. /.../  Rodzice postanowili, że wraz z trójką dzieci przeniosą się do krewnych do Stanisławowa. Ojciec odwiózł nas tam w lutym 1944 roku, a sam wraz z bratem pomimo protestów Matki, wrócił jeszcze po jakieś rzeczy do Kąkolewnik. Tam obaj zostali schwytani przez Ukraińców i wraz z kilkoma innymi osobami zamordowani w pobliskim lesie. Serce do dzisiaj mi się kraje, kiedy wyobrażam sobie mojego nieszczęsnego Ojca i drogiego mi brata w godzinę ich śmierci! Jak oni na siebie patrzyli, co myśleli, jak w myślach żegnali się ze sobą, z nami, z dotychczasowym życiem i ze światem! Te dramatyczne sceny towarzyszyły mi przez wiele lat w koszmarnych snach i dlatego chciałam stamtąd UCIEC JAK NAJDALEJ!” (UCIEC JAK NAJDALEJ; w: http://sycowice.net/index.php/2009/04/25/michalina-puszkarska/

Kol. Julianka należąca do wsi Toporów pow. Kamionka Strumilowska.  Tragedia rodzinna rozegrała się w marcu 1944 r. Ojciec pani Stanisławy szedł wraz z synem Janem oraz kolegą Maciejem do sąsiada nazwiskiem Olech, aby przenocować w piwnicy w obawie przez banderowcami. Na drodze zaraz przy rodzinnym domu złapał ich ukraiński patrol konny. „Myśmy z mamą i rodzeństwem stały w bramie domu i wszystko widziały. Najpierw ojcu banderowcy zrobili rewizję, a ściągnięty płaszcz rzucili na mojego brata. Potem przyłożyli mu do głowy pistolety i zabili jego, a potem Macieja. Obaj padli na miejscu, jeden na drogę, a drugi na pobliskie pole. Brat zaczął uciekać w kierunku domu i krzyczeć przeraźliwie, że ojciec zabity. Nasza mama w popłochu zabrała nas wszystkich i schowała do lochu zrobionego przez ojca na podwórku. Jak chowaliśmy się, to w ostatniej chwili jeden z bandytów zobaczył mamę wchodzącą do kryjówki. UPA podpaliła wszystkie zabudowania: dom, stajnię, budynki gospodarcze i stodołę. Bydło zrabowali. Na klapie do lochu leżały suche łęciny po ziemniakach, które zaczęły się tlić, a dym powoli wdzierał się do środka kryjówki. Dławił nas, ale matka dopiero pod wieczór wyprowadziła nas półprzytomnych i położyła w dole po kopcowanych ziemniakach przykrywając płaszczem zamordowanego ojca. Zrobiony przez ojca loch nie miał drugiego wyjścia, ale za to był wyposażony w siennik, łóżko, poduszkę i pierzynę. Wszystko się spaliło. Iskry strzelały wszędzie, a łuna była widoczna z daleka”. Na drugi dzień Maria Chrzan owinęła zwłoki swojego męża prześcieradłem i zakopała na podwórku obok domu. Po kilku dniach banderowcy wykopali ciało Mikołaja Chrzana i wywieźli do lasu „żeby Polak nie śmierdział na ich ziemi”. Nocą w lesie dzikie zwierzęta rozszarpały jego zwłoki. Po wojnie nigdy nie była w swojej rodzinnej miejscowości na Kresach. „Jak słyszę ukraińską mowę, to jakby mi ktoś nóż wbijał w serce, bardzo przeżywam tę straszną tragedię. Mój kuzyn z Tarnowskich Gór był w Wicyniu (obecnie Smerekivka), ale szybko Ukraińcy dali mu do zrozumienia, że jest nieproszonym gościem”. (Stanisława Bernacka – tragiczne dzieciństwo; w:  Kresowy Serwis Informacyjny nr 6/2012)

Opowiada pani Józefa Bryg: „Strach. Towarzyszył mi przez całe życie. Jeszcze wiele lat po wojnie, za każdym razem gdy wchodziłam do mieszkania, zaglądałam ostrożnie pod wannę. Sprawdzałam czy przypadkiem ktoś się tam nie schował i nie będzie próbował mnie skrzywdzić. Bałam się własnego cienia. Niepokój właściwie mnie nie opuszczał. To jest właśnie piętno Wołynia i Galicji Wschodniej. Piętno ocalałych. Kiedy wracam dziś do tamtych strasznych dni – przede wszystkim przypomina mi się strach. Wszechobecny, paraliżujący, ściskający za gardło. Ciążący w trzewiach niczym kamień. Niepozwalający spać, jeść, myśleć. Żyć. /.../ Trudno nawet opisać jaki to miało wpływ na ludzką psychikę. Na nasze nerwy. Wystarczy powiedzieć, że nocami bałam się nawet wyjść do sławojki na siusiu. Bo tam też mógł przecież czaić się morderca z siekierą i nożem. To był strach połączony z wyczekiwaniem. Wyczekiwaniem na co? Na śmierć. /.../ Do nas schodziły się zaś sąsiadki z dziećmi i razem nocowaliśmy w piwnicy. Bo piwnicę mieliśmy największą w całej okolicy. Miała pełno zakamarków i winkli. Wejście było dobrze zakamuflowane w podłodze. Na nim jeszcze, dla niepoznaki, tata stawiał beczki i słomieniaki z grochem, zbożem czy mąką. Niestety mama chorowała na serce. Zamknięta w ciemnej, dusznej piwnicy mdlała. Trzeba było wtedy czym prędzej otwierać klapę, a to nie było proste, bo przecież stały na niej ciężary. Przy okazji wszystko wysypywało się z beczek. Wyciągaliśmy więc mamę i ją cuciliśmy. Była to mordęga, która powtarzała się co noc. Od tamtej pory mam klaustrofobię./.../

Leżałam nieruchomo udając trupa. Spod ciała mamy wystawała mi jedna noga. Bałam się zmienić pozycję, bo wydawało mi się, że banderowcy zapamiętali jak leżę. Jeżeli zobaczą, że coś się zmieniło – zorientują się, że żyję i mnie zamordują. Cały czas w duchu się modliłam. Odmawiałam „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko” i „Aniele Boży stróżu mój…”. Bo tylko tyle umiałam. Jak kończyłam jedno, zaczynałam drugie. I tak na okrągło.  Ile to mogło trwać – nie wiem. W końcu banderowcy sobie poszli pozostawiając za sobą łąkę usłaną ciałami rozstrzelanych ludzi. Po kilku godzinach odważyłam się wyjrzeć z kryjówki. Mimo, że był już wieczór, było jasno jak za dnia. To Palikrowy stały w ogniu. Na tle szalejących płomieni widać było uwijające się czarne postacie, skakały niczym malutkie chochliki. To Ukraińcy plądrowali wieś.  Stanęłam na nogi i zaczęłam szarpać mamę za rękę i krzyczeć:  - Mamusiu, wstawaj! Musimy iść, uciekać! Wstawaj. Do mojej świadomości nie dochodziło to, że mama nie żyje. Potem dowiedziałam się, że dostała postrzał prosto w głowę, w potylicę. Ręce miała rozłożone jak na krzyżu. Pewnie w ostatniej chwili życia chciała mnie uchronić przed nadlatującą kulą. Nagle spostrzegłam, że w kierunku pastwiska idzie dwóch mężczyzn. Pewnie usłyszeli, jak krzyczałam. Szybciutko z powrotem wczołgałam się pod mamę - starałam się odtworzyć pozycję, w której wcześniej leżałam. I zamarłam. Dwaj banderowcy zaczęli strzelać do rannych. Widocznie nie tylko ja przeżyłam masakrę. W końcu stanęli nade mną. Byłam przerażona. Serce waliło mi jak oszalałe. Bałam się poruszyć, drgnąć, oddychać. Zacisnęłam mocno powieki, czekając na huk pocisku. Czekając na śmierć. Jeden z banderowców powiedział, patrząc na mnie: - Szkoda naboju. Ona już i tak nie żyje. I na potwierdzenie tego, kopnął mnie mocno w wystającą nogę. Ja się nie poruszyłam, a nogę spuściłam bezwładnie. To utwierdziło upowców w przekonaniu, że jestem martwa. Poszli dalej. Odetchnęłam z ulgą… Będę żyć.
Do dziś nie wiem skąd w małym dziecku znalazło się tyle rozumu. Długo tak leżałam bez ruchu. Bałam się, że mordercy znowu wrócą. W końcu usłyszałam ciche wołanie: - Józiu, Józiu! Czy ty żyjesz? Józiu! - to była panna Róża, nasza sąsiadka. Musiała widocznie usłyszeć jak wcześniej wołałam mamę. Ona też przeżyła, choć była poważnie ranna w plecy. Odezwałam się do niej. Chciałam wstać, ale nie mogłam. Ciało miałam zesztywniałe z zimna. Jakoś się jednak wygrzebałam i zaczęłam raczkować, czołgać się, po sztywniejących trupach. Patrzyły na mnie szeroko otwartymi, martwymi oczami. Na ich twarzach zastygło przedśmiertelne przerażenie. Dom bez mamy i taty był dziwny, pusty. Obcy. Od tej pory byliśmy zdani tylko na siebie. Wszystko stało się tak raptownie! Z dnia na dzień zostaliśmy sierotami, z dnia na dzień nasz poukładany świat rozsypał się w drzazgi. Teraz najważniejsze były dwie sprawy: ocalenie przed ukraińskimi nacjonalistami. I uniknięcie śmierci głodowej. Byliśmy bowiem potwornie głodni. /.../ Banderowców więcej już nie spotkaliśmy. Przyszli za to Sowieci. Pewnego dnia, bez gadania, jak to oni, zabrali mnie i brata. Zapakowali nas na ciężarowy samochód i pojechali dalej. Okazało się, że wyłapują wszystkie włóczące się po okolicy dzieci, które straciły rodziców. Wieźli nas dzień i noc. Hen, daleko, nie wiem gdzie. Po dotarciu do docelowej miejscowości zostaliśmy rozdzieleni. Mnie oddali do jednego domu, a brata do innego. To była dla mnie prawdziwa tragedia.  Po tym wszystkim, przez co przeszłam, odebrano mi najbliższą osobę. Jedynego członka rodziny, który został mi na świecie. /.../ To dziwne. Ale rozmawiając z panią o tych wszystkich sprawach, o ludobójstwie, o mojej utraconej rodzinie - pierwszy raz nie płaczę. Do tej pory nie mogłam o tym mówić spokojnie. Bez emocji. Mimo, że przecież minęło już tyle lat… to wszystko we mnie siedzi, tkwi. Jest jak nigdy nie gojąca się rana. Nic w życiu nie zostało mi oszczędzone.  Czy mam o to wszystko pretensje do Boga? Czy zwątpiłam w Jego istnienie? Na początku tak. Na początku nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wytłumaczyć, zrozumieć. Dlaczego akurat oni? Dlaczego akurat ja? Dlaczego to na nas spadły takie straszliwe nieszczęścia? Jak Bóg mógł na to wszystko pozwolić? Z wiekiem przyszła jednak pokora i zrozumienie. Nie, nie mam pretensji do Boga. To bowiem nie Bóg zadał mi te wszystkie cierpienia. Zadali mi je ludzie.” (Anna Herbich: Ocalała z pola śmierci; fragment książki „Dziewczyny z Wołynia”).

7 lutego 1945 roku część rodzin ucieka ze wsi Puźniki do miasta Buchacz. „Kilkunastoletni Stanisław Baraniecki zapamiętał: Droga do Buczacza biegła przez Barysz. (…) W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”. (Maciej Dancewicz: „Zagłada Puźnik”; w: „Rzeczpospolita” z  10 lipca 2008 r.).

Tadeusz Sobieszczak, partyzant AK, zagrożony aresztowaniem w sierpniu 1944 roku zgłosił się do wojska polskiego.  Po dwóch tygodniach pobytu na Majdanku zabrano go do ruskiej armii: pierwoj inżynieryjnyj batalion, pierwaja parkowa rota. Został kierowcą i budował most na Sanie pod Przemyślem. Budował krótko, bo niebawem zdezerterował z trójką kolegów do oddziału AK „Groźnego” - 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich. Zimą 1944/1945 r. partyzanci ochraniali polskie wioski, na które napadały oddziały UPA. „Takich mordów nigdy dotąd nie widziałem – mówi Sobieszczak. - Śnią mi się do dzisiaj – dodaje. W wiejskiej chałupie, w łóżku, znajdowało się ciało kobiety z obciętymi piersiami, obok ciała kołyska z niemowlęciem, a w miejscu głowy – krwawa miazga. Gospodarz leżał w bieliźnie na podwórku, w głowie miał jedenaście gwoździ.” (Marek Jerzman: „Zostało  nas czterech”;w: „Gazeta Polska” z 20.08.2014).

„Długo zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak niewielu Polaków wie o tamtych wydarzeniach? Dlaczego gdy mówię o dalekim krewnym zamordowanym w Katyniu, wszyscy słuchają uważnie, a gdy wspominam ukraińskie rzezie, prawie nikogo to nie obchodzi? Dlaczego jeden nieboszczyk waży więcej niż sześciu? To mnie zawsze doprowadzało do furii. Można za to winić kłamstwa komunizmu (ale pamięć o Katyniu też była za komunistów zakazana), można winić politykę polskich władz po 1989 r., które dążyły do pojednania, nie domagając się jednocześnie zbyt energicznie prawdy od Ukraińców. Jednak moim zdaniem dominujące znaczenie miało coś innego – sam kształt tej zbrodni. Celem Rosjan w Katyniu było pozbawienie Polaków warstwy przywódczej. Wywózki z Kresów Wschodnich po 17 września służyły temu samemu. Rosjanie zdziesiątkowali polskie elity, Ukraińcy wybrali innego przeciwnika. Bo byli słabsi w miastach niż Polacy, bo ich elity były mniej liczne od polskich i dlatego tak bali się odwetu. Z kolei w zbrojnym starciu z AK nie mieli żadnych szans. Ludzie na wsiach byli znacznie łatwiejszym celem. Jeśli coś wyróżnia te mordy, to wyjątkowe okrucieństwo. Środowiska kresowe zawsze to akcentowało, licząc, że w ten sposób przebiją się do opinii publicznej. Ale to nie poskutkowało. Dlaczego? Wielki lewicowy historyk Eric Hobsbawm powiedział: „Chciałem, aby w moich książkach przemówili ludzie bez głosu, którym ze względu na pochodzenie społeczne, brak wykształcenia, nigdy nie oddawano głosu”. Ofiary rzezi w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu są w porównaniu z ofiarami Katynia właśnie takimi „ludźmi bez głosu” – a nie kwiatem narodu, który bez końca opłakujemy. My po prostu nie potrafimy o nich mówić” (Maciej Nowicki: Jaka pamięć? Jaki wstyd?; za: https://www.newsweek.pl/swiat/jaka-pamiec-jaki-wstyd/0ycz73f ; 20.09.2018 ) 

***

Od autora opracowania:

Po wojnie w mojej podlubelskiej kolonii sąsiadami było kilka rodzin, tzw.  „repatriantów zza Buga”. Zasiedlili oni gospodarstwa po kolonistach niemieckich, których Hitler pod koniec sierpnia 1940 roku przesiedlił w okolice Poznania, skąd wypędził Polaków, a kilku z nich osiadło na gospodarstwach po kolonistach. W 1945 roku wrócili oni do swoich siedzib w Poznańskie, a w ich miejsce zasiedlono rodziny wypędzonych Kresowian. Urodziłem się już po wojnie, ale pamiętam rodziny Twardowskich, Dyków i Koprowskich, bliskich sąsiadów, oraz Kijowskich i Majewskich, dalej mieszkały jeszcze jakieś inne rodziny. Cała ocalała rodzina Twardowskich, gdyż ostrzegł ich sąsiad Ukrainiec i zdążyli uciec do pobliskiego Kowla oraz chyba Koprowskich w samoobronie Przebraża. Sam Koprowski był świetnym jeźdźcem i działał w zwiadzie samoobrony, niski o krępej budowie ciała.  Znalazł wspólny język z moim ojcem, który podobno był dobrym woltyżerem służąc w wojsku w Równem. Z Kijowskich ocalała matka z dwójką małych synów, starszych ode mnie o kilka lat, których znałem osobiście, zwłaszcza Wiesława, na którego mówiliśmy Wiesiura. Ich ojciec podczas napadu został zarżnięty nożami, podobno bronił się, tak jak syn Dyka, który został porąbany siekierami. Ocaleli członkowie rodziny niewiele mówili o tych zbrodniach, suche fakty. Byłem dzieckiem i co pamiętam, to to, że ich relacje przekraczały możliwość mojej percepcji, były jakby baśniowym horrorem, czymś, co nie mogło wydarzyć się naprawdę. Gdy dorastałem, prawie wszyscy oni przeprowadzili się w inne okolice, głównie do Lublina. Polska Ludowa nie interesowała się ich losem, ciężko pracowali jako rolnicy. Nikt też nie spisał ich relacji i tego nie zrobi, gdyż zanieśli swój ból już do Boga. Do dzisiaj pozostały resztki dwóch domów, postawionych jeszcze przez kolonistów niemieckich, Twardowskich i Dyków. Po gospodarstwie Koprowskich nie ma już śladu. 

Stanisław Żurek