Logo

Moje Kresy. Weronika Antoniewicz. Cz.4

/ Jubileusz 80-lecia Weroniki Antoniewicz w 2014 roku

Po ogłoszeniu 9 maja 1945 roku zakończenia wojny, mama razem z rodzinami u nas mieszkającymi postanowiła, że opuszczamy ojcowiznę w Łosiaczu i wyjeżdżamy na Zachód. 

Ze Skały wyjechało już parę transportów ludzi z Łosiacza i kilkunastu innych miejscowości powiatu borszczowskiego, ponad 2 tysiące ludzi. 180 Polaków z Łosiacza nie wyjechało postanowili, że mimo wszystko pozostają. Decyzję o wyjeździe podjął także ksiądz kanonik Kazimierz Holicki, proboszcz naszej parafii od 1912 roku. „Jeśli ty płaczesz, ja mam płakać za tobą” – słowa te wypowiedział w maju 1945 roku ksiądz Kazimierz do jednej z parafianek, która płakała, że proboszcz ich zostawia i wyjeżdża.

Płakało wielu ludzi, nikt nie będzie miał nam już mszy świętej odprawić. Pomimo, że był już spakowany i z niecierpliwością czekał na swój transport w Skale Podolskiej – postanowił pozostać, aby posługiwać wiernym, tym którzy nie wyjechali. Ci co tam pozostali z urzędu zostali obywatelami Związku Sowieckiego. Po naszym wyjeździe ludzie z całej okolicy zjeżdżali do Łosiacza, do polskiego kościoła. Inne kościoły opustoszały, bo wierni wyjechali i razem z nimi obsługujący parafie księża.

Przez trzy dni koczowaliśmy na dworcu w Skale zanim wyruszyliśmy w drogę. Nawet tutaj banderowcy próbowali napaść na nas, obronili nas żołnierze IB (Istriebitielnyj Batalion). Parę tygodni jechaliśmy na Zachód w odkrytych wagonach tzw. lorach. Brakowało porządku, panował totalny bałagan organizacyjny, transportem kierowała bowiem sowiecka obsługa. Jak stanęliśmy na jakiejś podrzędnej stacji to zwykle staliśmy tam dwa, trzy dni. Pociąg niekiedy zatrzymywał się w szczerym polu wtedy ludzie zeskakiwali kosząc trawę dla bydła i koni. Prawie u celu, na stacji pod Głogówkiem, na jednym z takich postojów starszej kobiecie koło wagonu ucięło rękę. Poszła wydoić krowę do innego wagonu i gdy pod nim przechodziła, nieoczekiwanie skład pociągu ruszył i nieszczęście gotowe. Odważna staruszka wstawiła tę rękę za pazuchę, doszła do swego wagonu i zemdlała. Zobaczyli to ludzie z innych wagonów, ogólna panika i posądzenie miejscowych Niemców o bandycki napad. Nie pojedziemy dalej - wykrzykiwali, ludzie postanowili wysiąść, dlaczego ? Jak pojedziemy dalej wszystkich nas wymordują, nie zdążyli banderowcy, zrobią to Niemcy. Tak trafiliśmy do Friedersdorfu, obecne Biedrzychowice koło Głogówka. Mieszkaliśmy w tej miejscowości ponad jeden rok, tutaj odnalazł nas tato. Ojciec szukając nas przyszedł do wsi, po drodze spotkał jakieś człowieka ubranego na wskroś tak jak chodzili ubrani ludzie w sąsiadującej z Łosiaczem wsi Cygany. Na Kresach każda wieś charakterystycznie ubierała się, co uwidaczniało się zwykle na jarmarkach w Borszczowie i Czortkowie, zwłaszcza na corocznych kościelnych odpustach w różnych parafiach. Zapytał krajana o nas. Gość odparł, że jest tu wielu ludzi z Łosiacza, lecz osobiście nikogo nie zna, przyprowadził jednak ojca do naszego tymczasowego domu. Tato ubrany w wojskowy mundur, całkowicie zmienił swe oblicze, nawet go nie poznałam. Mieszkaliśmy przez rok w jednym domu razem z miejscowymi Niemcami, przyjaźniąc się z nimi po pokonaniu nieufności gospodyni w stosunku do przyjezdnych Polaków. Co jakiś czas z UNRY otrzymywaliśmy paczki żywnościowe, dni mijały. Jednakże któregoś dnia we wsi pojawiła się władza, człowiek z Urzędu Repatriacyjnego z Nysy. Gość przyjechał z poleceniem, by wszyscy przyjezdni opuścili Biedrzychowice i zamieszkali w jednej ze wsi pod Otmuchowem. Po krótkim zebraniu przedstawicieli, odpowiedź była negatywna, bo ludziom podobały się Biedrzychowice. Poza tym twierdzili, że niebawem miejscowi Niemcy wyjadą i pozostawią puste gospodarstwa. Niestety stało się zgoła inaczej. W dniu 30 czerwca 1946 roku komunistyczne władze Polski zorganizowały referendum ludowe. Karta zawierała trzy zupełnie nie kontrowersyjne pytania na które należało odpowiedzieć tak lub nie; czy jesteś za zniesieniem senatu, czy jesteś za utrwaleniem reform społeczno – gospodarczych, czy chcesz utrwalenia granicy zachodniej Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej?

Komunistyczne partie bloku demokratycznego wzywały, by głosować „3 x Tak”. Po ogłoszeniu wyników referendum miejscowi Niemcy przyjęli polskie obywatelstwo i pozostali w Polsce, nam przyszło szukać nowych gospodarstw w innych wioskach. Delegacje chłopów rozjechały się po najbliższym terenie w poszukiwaniu wolnych domów, tak trafili m.in. do Kolnicy, Grodkowa, Starowic, Przylesia Dolnego, Młodoszowic, Wierzbnika. Kto znalazł coś wolnego od razu przenosił się na swoje i tak w 1947 roku trafiliśmy do Wierzbnika. Dziesięć lat później w czerwcu 1957 roku wyszłam za mąż za Mariana Antoniewicza, lekarza pracującego w ośrodku zdrowia w naszej wsi. Rodzina męża w całości wywieziona była na Syberię. Cudem z niej powrócili i zamieszkali we wsi Garwół koło Wołowa.

/ Grodkovia w Borszczowie

Ojca męża pochowano w okolicach Bydgoszczy, gdzie zmarł podczas transportu repatriacyjnego. Niebawem przyszło na świat troje naszych dzieci: Teresa (zmarła w 1969 roku), Marek i Jacek. Jestem niezmiernie szczęśliwa widząc dwójkę swoich wnuków i dwie wnuczki – Anię, Asię, Kamila i Michała. Wspomnieniami wracam do lat swojego dzieciństwa, do ukochanego Łosiacza. Ksiądz Kazimierz Holicki mimo ogromnych trudności czynionych przez władzę sowiecką, pracował w Łosiaczu aż do śmierci. Zmarł 16 grudnia 1953 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po jego śmierci do naszego kościoła zjeżdżali odprawiać msze święte księża z pobliskiego Borszczowa.

Ci którzy pozostali przy życiu, było ich niewiele tylko ponad 100 parafian, troszczyli się o kościół we własnym zakresie. Opłacali władzom bardzo wysoki podatek za świątynię i „sami bez księdza modlili się”. Prawdopodobnie to modlenie nie podobało się jednemu z Ukraińców – mężowi Polki, który nie mógł znieść tego, że jego żona chodzi modlić się do katolickiego kościoła zamiast jak inne wiejskie kobiety do cerkwi. Rękami pijanych miejscowych osobników doprowadził do zniszczenia kościoła, którzy wrzucili koktaile Mołotowa do wnętrza kościoła. Spaleniu uległ ołtarz i wyposażenie kościoła. Wówczas władza sowiecka zamknęła kościół orzekając, że świątynia jest „awaryjna” i zamieniono ją w magazyn maszyn rolniczych. Katolicy zmuszeni więc byli jeździć do kościoła w Borszczowie lub do parafii grekokatolickich w Łanowcach i Kolędzianach, gdzie chrzczono dzieci i zawierano śluby. Na fali „Pomarańczowej Rewolucji” na Ukrainie ludzie z Łosiacza zaczęli pisać listy do kijowskich władz z prośbą o oddanie katolickiego kościoła jej prawowitym właścicielom. Sporo czasu zajęło księdzu Józefowi Czarniakowi, odnalezienie odpowiednich dokumentów poświadczających prawo parafii do utraconego przed laty majątku. Po wielu perturbacjach i  życzliwości niektórych urzędników, parafia odzyskała cześć majątku, niebawem po eksmisji nieproszonego gościa odzyskano całość. W 1990 roku kościół w Łosiaczu został oddany wiernym i otwarty wiosną tegoż roku. Z tej okazji do Łosiacza po raz pierwszy z pielgrzymką pojechali dawni mieszkańcy i potomkowie ich rodzin. Wspomnieniom nie było końca. Kościół wymagał jednak dalszego remontu.

Rozpoczęliśmy zbiórkę datków na dalszą renowację kościoła na naszym terenie wśród wiernych naszej obecnej parafii i w innych gdzie mieszkają potomkowie łosiaczan. Zebrane kwoty pieniężne zawoziliśmy do Łosiacza podczas kolejnych grupowych wyjazdów. Cieszyliśmy się, widząc  jak nasza świątynia odzyskiwała blask, dbał o to ksiądz Józef Czarniak. Obok kościoła powtórnie wkopano krzyż misyjny i ustawiono piękną figurę Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej. Przed wojną figura ta zdobiła plac przed Domem Ludowym w środku wsi. Po wojnie, gdy wszystko co polskie było przez sowiecką władzę niszczone, figurkę zdjęli z postumentu i schowali w bezpiecznym miejscu pozostali przy życiu miejscowi Polacy. Wiedzieli, że wcześniej czy później nastaną w Łosiaczu takie czasy, że figurę bez obaw o zniszczenie, będzie można wyciągnąć z ukrycia.

Obecnie figurka zdobi wybrukowany dziedziniec pomiędzy plebanią, a kościołem. Zresztą nie było obecnie dla niej innego dostojniejszego miejsca, bowiem Dom Polski (Ludowy) z biegiem lat także uległ dewastacji.

Obecny miejscowy proboszcz ciekawie wkomponował tę figurkę w otoczenie kościoła, ustawiając ją w symbolicznym sercu dając jedną połowę dla tych co przed laty wyjechali, drugą tym co na zawsze pozostali. Ksiądz opowiada, że tu taka tradycja, gdy ukraińska Młoda Para przejeżdża obok naszego kościoła, wstępuje do niego, pomodli się i jedzie dalej do swojej cerkwi. Liczne wyjazdy do Łosiacza i Borszczowa wzmogły potrzebę nawiązania oficjalnych kontaktów z tamtejszymi władzami. Dzięki mojemu synowi Markowi, burmistrzowi Grodkowa, umowa o nawiązaniu takich kontaktów została podpisana.

/ Podpisanie umowy partnerskiej przez burmistrza Grodkowa Marka Antoniewicza

W 2008 roku w Borszczowie przebywała delegacja z Gminy Grodków. W piątek 13 czerwca, nastąpiło podpisanie aktu partnerstwa. Ze strony Grodkowa swój podpis złożył burmistrz Grodkowa Marek Antoniewicz, a ze strony Borszczowa – mer Iwan Baszniak. Wydarzeniu temu nadano bardzo uroczysty charakter. Główne uroczystości odbyły się w szkole muzycznej. Uroczyste złożenie podpisów pod dokumentem nastąpiło w obecności Radnych Rady Miejskiej w Borszczowie oraz mieszkańców. Stronę polską reprezentowali ponadto przewodniczący Rady Miejskiej Pan Karol Grzybowski, zastępca przewodniczącego Komisji Przestrzegania Prawa, Ochrony Środowiska i Rolnictwa Pan Dariusz Gajewski oraz Sekretarz gminy Andrzej Romian. Gośćmi honorowymi uroczystości byli również przedstawiciele miasta partnerskiego z Beckum, na czele z Przewodniczącym Stowarzyszenia Współpracy pomiędzy miastami Grodków - Beckum Panem Erwinem Saudlau. Uroczystość podpisania umowy uświetnił swoim występem chór Grodkovia pod dyrekcją Pani Marzeny Rosińskiej. Następnie zagrał i zaśpiewał ludowy zespół z Borszczowa. Uroczystość zakończyła się wspólnym wykonaniem pieśni ”Hej Sokoły”. Są już jej wymierne efekty, jeździmy tam i do nas przyjeżdżają nowi ludzie, utrzymują kontakty indywidualne i między rodzinami.

W tworzeniu nowych partnerskich kontaktów nie przeszkadza nam nawet ekspansja prorosyjskich separatystów na wschodzie Ukrainy. Więzi naszej dawnej parafii z rodakami na pięknej ziemi grodkowskiej jeszcze bardziej mogą się pogłębiać poprzez wymianę młodzieży, dzięki kontaktom nawiązanym przez samorządy Borszczowa i Grodkowa. Minęło tyle lat od naszego wyjazdu z Łosiacza na Ziemie Zachodnie, warto będzie powtórnie zagościć na gościnnej ukraińskiej ziemi.                                                                                                                     

/ Podziękowanie dla Weroniki Antoniewicz

Wspomnień wysłuchał: Eugeniusz Szewczuk

  Osoby pragnące dowiedzieć  się czegoś więcej o życiu na Kresach, nabyć moją książkę pt. „Moje Kresy” ze słowem wstępnym prof. St. Niciei, proszone są o kontakt ze mną tel. 607 565 427 lub e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.                                                                                                                                            

Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.