Logo

Anarchia Syrnyka w Trykutniku bieszczadzkim. cz.6

/ Modest Ripećkyj, szef SB OUN w Bieszczadach i szczątki ludzi spalonych żywcem przez SB OUN w październiku 1946 w Polchowej).

Pod koniec listopada 1945 roku utworzone zostały strażnice WOP w Jasielu, Woli Michowej, Łupkowie i w Radoszycach. Często w drewnianych, krytych słomą, starych chałupach  i w ziemiankach. Na początku grudnia odeszła z Cisnej samodzielna grupa operacyjna ze Słupska.

/ Wzmocniona czotą Wasyla Stupki „Taraska” i bojówkami SB OUN – nadrejonową Jurija Stelmy „Szuhaja” i rejonową N.N. „Bukowego”. Wspólną akcję BSB z sotnią UPA koordynował osobiście nadrejonowy referent SB OUN Modest Ripećkyj „Horysław”

/ Modest Ripećkyj u kresu życia redaguje Litopysy UPA.

/ Uczestnik mordu w Cisnej, Fedir (Teodor) Stołycia, członek bojówki SB OUN "Bukowego",

3 grudnia we wsi  Huzele UPA zamordowała Józefa Germaka. Nocą z 11 na 12 grudnia UPA zaatakowała posterunek MO w Cisnej, który zlokalizowany został na wzgórzu Betlejemka (Kamionka), opuszczonym przez wojsko. G. Motyka twierdzi, że ataku dokonała czota „Taraska” z sotni „Myrona”. S. Myśliński oraz J. Jastrzębski twierdzą, że napad miał miejsce o świcie 15 grudnia. Artur Bata natomiast podaje... obydwie daty. W książce Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA (Rzeszów 1984) cytuje wspomnienia komendanta posterunku Edwarda Martingera: „15 grudnia rano mieliśmy jechać, razem z Michałem Iwanickim, na odprawę do Leska. Nocowaliśmy więc we własnych domach. Wstałem, gdy było jeszcze ciemno. Zbudził mnie jakiś ruch we wsi.” W książce Bieszczady w ogniu (Rzeszów 1987) fragment ten brzmi: „11 grudnia miałem jechać, wraz z Michałem Iwanickim, do Leska. Spałem tej nocy w domu, co się wtedy zdarzało nieczęsto. Wstałem wcześnie, około wpół do piątej  i nie czekając na podwodę, która miała zajechać pod dom, wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem w stronę posterunku, odległego o jakieś 400 metrów. Nagle  w  ciemnościach coś się  poruszyło,  zobaczyłem między domami jakieś sylwetki, usłyszałem przytłumione głosy. Ostrożnie podszedłem bliżej i z przerażeniem stwierdziłem że banderowcy okopują się i urządzają stanowiska cekaemów, zwrócone w kierunku Kamionki. Następne momenty decydowały o wszystkim  –  jeśli mnie rozpoznają, zginę i ja i cała załoga. Nasunąłem czapkę na czoło i przeszedłem spokojnie między krzątającymi się bandytami. Któryś oddał mi honory. Następnie zacząłem się czołgać. Cały czas myślałem, kiedy zaatakują i śpieszyłem się tak, że zdzierałem skórę na łokciach i kolanach. Wreszcie szczęśliwie dotarłem na posterunek – milicjanci jeszcze spali. Zarządziłem alarm, wydałem rozkaz przeniesienia broni i amunicji na Kamionkę. Robiliśmy to wszystko w gorączkowym pośpiechu. Upłynęło zaledwie 10 minut od zajęcia stanowisk obronnych i oto na posterunek i umocnienia Kamionki spadła lawina ognia cekaemów i erkaemów. Po tym przygotowaniu około stu striłciw rzuciło się do ataku. Zażarta bitwa trwała do godziny 7.30....” Zginął milicjant Michał Iwanicki, który nocował w domu we wsi, oraz  8 upowców, a  20 z nich zostało rannych. Na posterunku żaden milicjant nie został nawet ranny. Po walce nie znaleziono żadnego zabitego upowca. Po pewnym czasie ujęty jeden z napastników wyjawił, że idącym do ataku przywiązywano do pasów linki. Kiedy któryś zginął lub został ciężko ranny, wyciągano go za linkę spod ognia, z miejsc, gdzie nikt by się nie przedostał (A. Bata). Po walce upowcy udali się w kierunku Połoniny Wetlińskiej, w rejon Suchych Rzek, gdzie znajdował się wówczas obóz „Bira”.

Na s. 282 – 283 J. Syrnyk cytuje relację milicjanta Antoniego Stankiewicza, który po przeczytaniu książki Stanisława Myślińskiego „Strzały pod Cisną” (Warszawa 1978) ma wiele zastrzeżeń „co do wiarygodności faktów opisywanych przez autora” - i zaczyna „wspomnienia od 15 grudnia 1945 roku, tj. od pierwszego napadu na posterunek milicji w Cisnej przez oddziały UPA”. Powiela więc nieprawdziwą datę napadu i nie wnosi nic nowego do przebiegu wydarzeń. Następny atak UPA na Cisnę miał miejsce 11 stycznia 1946 roku i można mieć wątpliwości, czy w składanych po latach relacjach uczestników wydarzeń nie ma pomieszania pewnych faktów.  

„Dnia 17.XII.1945 r. banda UPA w gr. Mchawa pow. Lesko, napadła na patrol żołnierzy WP, z których dwóch zabiła na miejscu a jeden żołnierz został ciężko ranny.” (E. Prus, s. 273). J. Syrnyk podaje na s. 283 – 284, że potyczka była 16 lub 17 grudnia, natomiast 17 grudnia WP dokonała pacyfikacji wsi paląc od 31 do 41 domów i zabijając sześć lub siedem osób, w tym prawdopodobnie dwie narodowości polskiej, a z wykazu wynika, że były to kobiety. „Z ognia uratowała się Rozalia Wiwsianyk.” Dokument w j. ukraińskim. Nie wiadomo, dlaczego wymieniona została jako uratowana z ognia jedna osoba i jak zginęło wymienionych w tym dokumencie sześć osób.  

„Dnia 19.XII.1945 r. o godz. 11.oo banda UPA dokonała napadu na przejeżdżających żołnierzy WP na trasie Lesko – Hoczew. W wyniku napadu dwóch żołnierzy zostało zabitych i dwóch rannych. (E. Prus, s. 273 oraz J.  Syrnyk, s. 283) ). 20 grudnia między Łukawicą a Załużem miejscowa bojówka SB-OUN uprowadziła dwóch milicjantów, których rozstrzelała. (Syrnyk, s. 284). 23 grudnia w Woli Michowej zabity został „przez nieznanych sprawców” Fedor Feś. Nieco wcześniej zabity tu został Wasyl Feś i Piotr Feś. (J. Syrnyk, s. 285).  

W książce „W kręgu Łun w Bieszczadach Grzegorz Motyka na s. 69 pisze: „Gdy 19 grudnia [1945 r.] WP wzięło do niewoli „Derkacza” (NN) w Zahutyniu, partyzanci „Chrina” uprowadzili kilkunastu Polaków z żądaniem wymiany jeńców. Gdy do niej nie doszło, przekazano Polaków SB, co zapewne oznaczało wyrok śmierci”. Jako źródło podaje „Litopys”, t. 33, s. 232 – 233.

24 grudnia we wsi Olchowa UPA zamordowała 2 Polaków: Karola Boczniaka i NN.

W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia lub tuż po z aresztu w Lesku zbiegło trzech zatrzymanych wcześniej członków UPA. J. Syrnyk pisze: „Zachodzi w tym miejscu pytanie, czy – a w zasadzie kto pomógł aresztowanym w ucieczce. Nie mniej istotne wydaje się również pytanie jak „zmotywowano” tych, którzy umożliwili banderowcom ucieczkę, czy dokonano przekupstwa, czy zastosowano szantaż, a może odwołano się do znajomości, koligacji rodzinnych?” (Syrnyk, s. 285). W nocy z 30 na 31 grudnia 1945 roku w zasadzce między Manastercem a Załużem rój „W” zabił pięciu żołnierzy WP, w tym dwóch oficerów. „Żołnierzy tych kilka dni później pochowano w Lesku. W trakcie pogrzebu ksiądz rzymskokatolicki zaapelował o współpracę a nie zemstę, bo tylko to może być drogą do pokoju.” (Syrnyk, s.286) W tym czasie w Nowosielcach „działania podjęła UPA. W ich wyniku śmierć poniosło ok. dwudziestu cywilnych mieszkańców (być może część z nich była repatriantami z bardziej na wschód położonych rejonów dawnego województwa lwowskiego” (Syrnyk s. 286)

Istnieją dwie relacje ukraińskie odnośnie zdobycia przez UPA posterunku milicji w Wołkowyi. J. Syrnyk na s. 286 – 287 twierdzi, że 31 grudnia dokonał tego oddział UPA pod dowództwem Romana Hrobelskiego „Brodycza”, posterunek zdobyto bez walki i nikt nie zginął. Cytuje zeznanie „Brodycza” złożone 2XI 1948 roku z którego wynika, że komendant posterunku MO już wcześniej kilkakrotnie spotkał się referentem SB Chytrym” o pseudonimie „Udarnik”. Spotkali także tego dnia i w jednym z domów w Wołkowyi „gdzie dłuższy czas rozmawiali na różne tematy. Komendant częstował wódką. Potem wszyscy wyszli z mieszkania, a poszli na placówkę MO. W międzyczasie komendant  dał rozkaz MO, ażeby nie strzelali i ściągnął wszystkie posterunki ubezpieczające placówkę. Na placówce porozmawiał z wszystkimi członkami MO sam ”Udarnik” i referent do spraw politycznych „Taras”, później wszystkich zwolniono zabierając tylko broń i spalono placówkę.” Syrnyk stwierdza, że przekaz „Brodycza „diametralnie różni się on od sprawozdań formalnych, które ci sami ludzie pisali do swoich zwierzchników”. Tych „sprawozdań formalnych” jednak nie cytuje.

Grzegorz Motyka w książce „Tak było w Bieszczadach”  (Warszawa 1999) na s. 304 pisze: „Nocą 1/2 stycznia 1946 r. rozbrojono posterunek MO, spalono budynek zarządu gminnego i szkołę w Wołkowyi” W przypisie podaje źródło: CA MSW, X6 k. 50 – 68, oraz dodaje: „Według J. Dmytryka upowcy schwytali komendanta posterunku, po czym, prowadząc go pod lufą, weszli z nim na posterunek i rozbroili załogę oraz miejscową samoobronę. Część milicjantów wypuszczono, wybranych zlikwidowano. (I. Dmytryk, W lisach Łemkiwszczyny, „Suczasnia”, Monachium  1977, s. 173)”. Motyka przytacza także wersję „Brodycza”, natomiast Syrnyk o wersji Dmytryka nie wspomina. Po procesie przed sądem WSR Rzeszów Hrobelski został rozstrzelany 8 II 1949, IPN umieścił go w Indeksie  REPRESJONOWANYCH W PRL Z POWODÓW POLITYCZNYCH. „Brodycz” z wiadomych względów unikał przyznawania się do zbrodni na Polakach, co mu i tak nie pomogło, Dmytryk mógł, gdyż uciekł z Polski, aczkolwiek zbrodnie te motywuje banderowskimi kłamstwami. Ma jednak wielu uczniów, swoich rodaków, w tym praktycznie wszystkich historyków działających w Polsce.   

W wielu przypadkach nie udało się określić dokładnej daty morderstw dokonanych przez Ukraińców. W 1945 roku dotyczy to zbrodni dokonanych w kilkunastu miejscowościach: we wsi Czaszyn 3 osoby, we wsi Kołonice miejscowi Ukraińcy zamordowali 6 mieszkających tu Polaków, we wsi Polana UPA wymordowała 14 Polaków, we wsi Radziejowa banderowcy po torturach przywiązali do konia i ciągnęli po ziemi a następnie zamordowali Polaka (sołtysa wsi, NN), we wsi Cisowiec 5-osobową rodzinę polską, w Roztokach Dolnych 2 Polaków We wsi Sukowate 2 starszych Polaków nie opuściło wsi i zaginęło bez wieści. We wsi Wola Matiaszowa bez wieści zaginęły 2 polskie rodziny mieszkające tutaj w 1944 roku, liczące 7 osób. We wsi Wola Michowa  UPA zamordowała Polaka Tadeusza Kruczka ( lat 21), w Smolniku nad Osławą 3 Polaków, starsze osoby, które nie opuściły wsi. We wsi Solinka zaginęło bez wieści 2 Polaków, osoby starsze, a we wsi Stężnica  6 starszych Polaków,  którzy nie opuścili wsi. W Zawozie UPA zamordowała Polaka Grzegorza Markuca (Na Rubieży, nr 29). Z. Konieczny podaje, że milicjant Grzegorz Markuc zginął w Zawozie 30.04.1946 r. W 1945 roku w Woli Matiaszowej UPA powiesiła sołtysa Ukraińca „za wysługiwanie się władzom” oraz w Zatwarnicy zastrzeliła Ukraińca Seredę za udzielanie pomocy ukrywającym się Polakom.  We wsi Berechy Górne pow. Lesko zamordowany został gajowy Andrij Buchwak. Pochodził ze znanej z rodziny kamieniarzy, która osiadła tu w II poł. XIX w. Z pochodzenia Rusin. Do wybuchu wojny pracował w lasach majątku Serwatowskich ze Lwowa. Lojalny wobec Polaków. Przepadł bez wieści. Domniemana działalność UPA. Rodzina opuściła te strony. (https://www.krosno.lasy.gov.pl/documents/149008/33416974/z.+III+Martyrologium+le%C5%9Bnik%C3%B3w+Podkarpacia+1938-49.pdf/)

W przeciwieństwie do władz polskich banderowscy przywódcy zatroszczyli się o dokumentowanie ofiar ukraińskich poniesionych z rąk Polaków. W dniu 22.12.1945 r. Jarosław Staruch napisał instrukcję nakazującą „spisywać wszystkie akty polskiego i bolszewickiego terroru przeciwko Ukraińcom”, fakty, daty, nazwiska, miejscowości, „do akcji załączyć całą ukraińską inteligencję”. (IPN Rz 072/1 t. 229, k. 27-28.)

„Za zdradę narodu ukraińskiego” UPA w okresie lipiec – grudzień 1945 roku zamordowała 49 swoich rodaków z ludności cywilnej, w tym 14 we wsi  Szczawne oraz 20 w Rabem i Huczwicach, natomiast w całym 1945 roku    około 70 Ukraińców. Na początku 1946 roku, jak podaje Siekierka na s. 406, bojówka SB-OUN zabiła 14 Łemków za odmowę zgłoszenia się do UPA, co Syrnyk kwituje,że relacja „wydaje się mało wiarygodna”, gdyż UPA stosowała tylko indywidualne „narzędzia celowane” uznając daną osobę „za zdrajcę”. Nie podaje jednak „listy zdrad”, a była ona szeroka – od ostrzeżenia sąsiada Polaka przed napadem, udzielenie mu schronienia czy innej pomocy, jakakolwiek krytyka UPA, posiadanie polskiego małżonka, po”donos” do władz polskich, czyli poinformowanie o planowanym napadzie na ludność polską. 

W 1945 roku w Bieszczadach z rąk UPA zginęło ponad 300 osób polskiej ludności cywilnej oraz 35 milicjantów i 20 żołnierzy WP, łącznie 355 Polaków. Straty ukraińskie w roku 1945 wynosiły 25 członków UPA poległych w walce z milicjantami, ale te dane mogą być niepełne. Nie znane są też straty UPA poniesione w potyczkach z Wojskiem Polskim, w tym podczas atakowania garnizonów. Wydają się one być jednak  niewielkie.

Z rąk polskich prawdopodobnie nie zginęła ani jedna osoba ukraińskiej ludności cywilnej.

Z listu starosty powiatowego w Lesku Tadeusza Pawłusiewicza  do wojewody rzeszowskiego z 2 stycznia 1946 r. dotyczącego dowódcy 36 pułku 8 dywizji Wojska Polskiego, płk. Nikołaja Kiryluka – Ukraińca, wyłania się obraz krwawego watażki, którego zapewne NKWD zainstalowało w polskim wojsku – pisze Andrzej Potocki w książce Bieszczadzkie losy. Starosta zarzucał Kirylukowi dokonywanie licznych aresztowań, wręcz łapanek, niewinnych ludzi w celu wymuszenia okupu, oraz liczne kradzieże, branie podwód bez uzasadnienia, gwałcenie kobiet, które kazał sobie przyprowadzać na kwaterę. Oskarżył go też o prowokowanie upowców do ataków na żołnierzy i ludność polską (G. Motyka). Skąd żołnierze polscy znali język ukraiński? W lipcu 1944 roku w WP służyło 1171 żołnierzy i 234 oficerów narodowości ukraińskiej. „Ostatnio w czasie spalenia gromady Mchawa w gminie Baligród – za zabicie dwóch żołnierzy polskich przez banderowców – spalono 40 gospodarstw ukraińskich. Ale za co spalono przy tym 14 gospodarstw polskich i zabito pięciu Polaków, skoro Polacy byli zupełnie niewinni i stale przez banderowców prześladowani?” (A. Potocki: Bieszczadzkie losy).

Na początku 1946 roku we wsi Solinka SB-OUN zamordowała 14 Łemków i spaliła ich zabudowania, za to, że odmówili zgłoszenia się jako poborowi do UPA. W Żubraczem za nie zgłoszenie się mężczyzn do UPA wymordowała 3 rodziny ukraińskie (10 osób). W Wołkowyi 4 Ukraińców przecięła piłami na pół a w Rajskiem wymordowała 2 rodziny ukraińskie (8 osób) pod zarzutem współpracy z Wojskiem Polskim. 

Gromada Wołkowyja stanowi ośrodek w 90 procentach polski. Ludność przerażona ostatnimi wypadkami jest bez żadnego zabezpieczenia. Ogarnia ją panika przed bandami. Zamierza uciekać, a bandy jej nie wypuszczają grożąc śmiercią. Zamierzają ją trzymać jako zakładników na wypadek wysiedlania ludności ukraińskiej z sąsiednich gromad” (A. Potocki: Bieszczadzkie losy).

Liczba członków UPA w WO (Wojskowym Okręgu – przypis S.Ż.) „San” wynosiła ok. 1600 w końcu 1946 r.” (J. Sztendera: Badania nad dziejami UPA w PRL – podaję za: A.L. Sowa). W Bieszczadach strażnice Wojsk Ochrony Pogranicza utworzone  jesienią 1945 roku liczyły po 30 – 50 żołnierzy. Strażnice umieszczano często w zwykłych chatach krytych słomą. Wopistom brakowało żywności, mundurów, obuwia, a nawet amunicji. Trudności te pogłębiły się wraz z nadejściem zimy (G. Motyka). Do marca 1946 roku  UPA i WOP  wzajemnie unikały walk. Dowództwo WOP przyjęło zasadę, że zaprowadzanie porządku w terenie należy do zadań Milicji Obywatelskiej, natomiast wojsko strzeże granicy. Jednakże strzeżenie granicy także nie było skuteczne, oddziały UPA przekraczały ją bez żadnych przeszkód. Do lata 1946 roku jedyną zaporą były wojska NKWD. 

Nocą z 1 na 2 stycznia UPA rozbroiła posterunek MO w Wołkowyi, spaliła budynek gminy i szkołę, część milicjantów rozstrzelano (J. Dmytryk, podaję za G. Motyką).

4 stycznia 1946 r. między Olszanicą a Ropienką uprowadzony został „najpewniej przez bojówkę SB-OUN” prezes gminnego komitetu PPS Karol Jun i następnie zamordowany. (Syrnyk, s. 295) 5 stycznia sotnia „Bira” uszkodziła most w Huzelach i zabiła 2 wartowników. W walce o Birczę 7 stycznia 1946 r. wśród poległych byli w większości młodzi mężczyźni, m. in.: niespełna 17-letni Roman Hawrylak z Rabego i niewiele starsi od niego: Michał Kormyło z Caryńskiego, Wasyl Woźniak z Lutowisk i Teodor Maniw ze Skorodnego. Pchnięto ich na pierwszą linię. Szli pod lufy karabinów zamroczeni alkoholem... (A. Potocki). 11 stycznia w Hoczwi UPA zabiła 5 osób, spaliła urząd gminy, szkołę, pocztę i most. 11 stycznia sotnia „Chrina” spaliła wysiedlone i zajęte przez polskich repatriantów wsie Lipowiec i Królik Wołoski oraz część Królika Polskiego. Polskie straty oceniono na siedmiu zabitych – pisze Grzegorz Motyka. Nie wyjaśnia jednak, co to były za „polskie straty”? Walki tam nie toczono, ludność była cywilna. Co innego, gdy dotyczy to ludności ukraińskiej – wówczas „straty” są  „zbrodnią”. „Oddziały WP dopuściły się w styczniu 1946 r. wielu zbrodni” -  i podaje 5 przykładów, gdzie w 4 przypadkach zginęło po kilka osób, oraz Zawadke Morochowską. 24 stycznia jeden z batalionów 34 pułku zamordował w Wisłoku Górnym siedem osób i spalił 36 chat. Osoby te zostały rozstrzelane za posiadanie broni. W Zawadce Morochowskiej miała miejsce pacyfikacja, w jej wyniku wymordowano ponad 50 osób. Ukraińcy już wówczas wykorzystali ten fakt do celów propagandowych w Ameryce, obecnie czynią to także w Polsce. W tej wsi często kwaterowała sotnia  „Chrina”. Ona też przepędziła stąd wojsko polskie. Niektórzy świadkowie twierdzą, że „dzieła” WP dokończyła SB-OUN-UPA, gdyż nie represjonowani przez WP Ukraińcy  byli podejrzewani o współpracę.

11 stycznia UPA zaatakowała Cisnę.  Zdaniem G. Motyki była to sotnia „Myrona”. „Najpierw zajęto wioskę; podpalono w niej szkołę, urząd gminy, kilka zabudowań, być może zabito parę osób, na które już wcześniej wydano wyroki (podkreślenie – S.Ż.). Potem dopiero przystąpiono do szturmu na posterunek” (G. Motyka).

  1. Myśliński twierdzi, że Cisnę zaatakował kureń „Rena”. Spalił szkołę, urząd gminy, dwór oraz 8 gospodarstw polskich. Żywcem spłonęła 4-osobowa rodzina Macieszków: matka oraz jej dzieci - 19-letnia Ania, 16-letnia Jadzia i 10-letni Zbyszek. Od wybuchu wrzuconego do domu granatu zginęła rodzina Jędrzejczaków: matka i troje dzieci, najstarsze liczyło 12 lat. Nieobecność mężczyzn wskazywałaby, że byli oni albo na posterunku milicji wśród obrońców (straż wiejska), lub powołani zostali do wojska. Zginęli trzej złapani przedwojenni granatowi policjanci: Holik, Ochniarz i Hosz. Zawlekli ich teraz pod płonące dworskie zabudowania. Tam, w blasku pożaru, przystąpiono do wymierzania sprawiedliwości: ostrymi nożami ścinano nieszczęsnym skórę z karku i rąk, ucięto języki, uszy, narządy płciowe... Żona Holika musiała przypatrywać się temu, dopóki sama nie podzieliła losu męża. Bestialsko okaleczone ciała wrzucono w końcu w ogień (S. Myśliński: Strzały pod Cisną). Zginęło także kilku członków straży wiejskiej, zamienionej potem na ORMO. Posterunek ostrzegł Ukrainiec Hryćko Panasiuk. Jego brata „strzelcy „Hrynia” powiesili na drucie kolczastym na oczach żony i dzieci. Podobnie zginął sołtys wsi Buk, Paweł Owsianik, który w Cisnej schronił się przed UPA. Posterunku broniło 9 milicjantów (Myśliński podaje, że 10-ciu), oraz 15 członków straży wiejskiej. W obronie dużą rolę odegrały umiejscowione wcześniej na przedpolu miny, które teraz za pomocą rozciągniętych drutów obrońcy detonowali. „Na oczach załogi posterunku rabowano dobytek, mordowano ludzi. Niektórzy mieszkańcy uciekli do lasu, część usiłowała przedostać się do Baligrodu. /.../ Po przeszło dziesięciu godzinach walki, bandyci zabrawszy 27 zabitych i rannych, ustąpili od oblężenia i wycofali się w lasy” (A. Bata: Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA).
  2. Bilska zamieściła wspomnienia jednego z milicjantów (zapewne Krzysztofa Duciaka, byłego partyzanta o pseudonimie „Grisza” z oddziału Kunickiego). Podaje on mylną datę napadu (luty), oraz wymienia nazwiska dwóch członków warty cywilnej, którzy ostrzegli posterunek o napadzie. Byli to Ukraińcy Łower i Kozińczuk. Kozińczuk zginął, natomiast Łower ocalał, gdyż ukrył się w wychodku w fekaliach. Gdy potem szedł do domu, wszystkie psy wyjąc uciekały mu z drogi (M. Bilska). Twierdzi też, że po południu wrócił z Baligrodu komendant Martinger z częścią patrolu. Zadecydował o ewakuacji posterunku do Baligrodu. „Szliśmy gęsiego, lasami, zachowując tylko łączność wzrokową” (M. Bilska). Zapewne Duciak szedł na ubezpieczeniu, gdyż inni autorzy twierdzą, że milicjanci mieli co najmniej jedną podwodę. J. Łysakowski w książce „Gorące wzgórze” pisze, że w Cisnej zginął jeden Ukrainiec ze straży wiejskiej oraz jeden milicjant, który przebywał w swoim domu w Majdanie - zabił go siostrzeniec należący do UPA. Komendant Martinger wezwał sołtysa wsi Cisna i przekazał mu informacje do dowództwa UPA o tym, że „milicjanci opuszczają posterunek, w którym nie będzie założonych żadnych min i innych pułapek – oraz, że w Cisnej i w okolicy zostają rodziny milicjantów. /.../ jeśli naszym rodzinom włos z głowy spadnie, jeśli im zrobią jakąś krzywdę, jeśli nawet kogoś uderzą, albo ograbią, to wtedy my spalimy wszystkie chałupy w Cisnej i nie tylko w Cisnej, ale w Majdanie, w Żubraczym, w Dołżycy.” Istnieją różnice w opisie napadu na Cisnę 11 stycznia 1946 r. wśród autorów relacji, ale dotyczą one szczegółów przebiegu wydarzeń.

Około północy sotnie „Bira” i „Brodycza” wraz z oddziałami samoobrony przegrupowały się do rejonu Cisnej. Na pogrążoną we śnie osadę posypały się granaty. Zapłonęły zabudowania, składy drzewa i magazyny żywnościowe. Ogień obejmował coraz to nowe budynki. Słychać było przeraźliwy ryk palącego się żywcem bydła, nawoływania ludzi. Mieszkańcy biegali wokół, usiłując ocalić coś z dobytku. Żandarmeria  „Rena” rozprawiała się z Polakami i Ukraińcami, których uznano za wrogów Samostijnej Ukrainy. Ich imienne listy sporządzono już wcześniej. Wyciągano ludzi z pościeli i mordowano pojedynczo lub całymi rodzinami. Ginęli od kul lub toporów. (H. Dominiczak: Żołnierze granicznych dróg). S. Myśliński podaje, że ewakuację zarządził zastępca komendanta plutonowy Faliszewski. Polecił on sprowadzić kilka sań, na które załadowano akta i broń. Po minięciu Jabłonek, naprzeciw Kołonic, zostali ostrzelani przez konną grupę z sotni „Stacha”. Bluznęli więc w odpowiedzi krótkimi seriami z kilku erkaemów.  Rozważali wysłanie gońca do Baligrodu z prośbą o pomoc, ale zrezygnowali oceniając, że jest to posyłanie na pewną śmierć.

Tymczasem w książce A. Baty Bieszczady w ogniu znajduje się fragment wspomnień Edwarda Martingera: „Po odparciu ataku, zwróciłem się, za pośrednictwem gońca, do jednostki wojskowej w Baligrodzie z prośba o udzielenie nam pomocy. Dowódca nie mógł nam pomóc, szczupłe siły, jakimi dysponował, wystarczały zaledwie na ochronę Baligrodu. Tego dnia wieczorem spakowaliśmy wszystkie akta, broń i amunicję, jaka nam jeszcze została, wszystko to załadowaliśmy na podwody i cała załoga posterunku wycofała się do Baligrodu.”

Jest pewne, że Martingera nie było w Cisnej ani 11 stycznia, podczas ataku UPA, jak też następnego dnia, podczas ewakuacji. 

  1. Jastrzębski pisze: „Spadli na wieś 11 stycznia wieczorem. Kilkuset striłciw „Bira” i „Hrynia” pod dowództwem samego „Rena”. Najpierw zabrali się za wieś, spalili szkołę, dwór, gminę, potem polskie gospodarstwa. Zaczęła się rzeź ludzi: kobiety, dzieci, starcy ginęli mordowani w bestialski sposób. Ich jęki i radosne wrzaski oprawców dochodziły do nas, a my nic nie mogliśmy zrobić” („Strzelał każdy dom i każde drzewo”). Potwierdza, że decyzję o ewakuacji podjął zastępca Faliszewski. „Przed posterunkiem stanęły podwody ściągnięte z okolicy od tych Ukraińców, którzy nie byli nam przychylni. /.../ Sanki i konie Polaków spłonęły poprzedniej nocy, niekiedy z ich właścicielami. /.../ Do Baligrodu dotarliśmy niemal bez przeszkód. Tylko raz, za Jabłonkami, ostrzelał nas jakiś banderowski oddział (wczoraj dowiedzieliśmy się, że była to sotnia „Stacha”). Odpowiedzieliśmy im ogniem z pepesz i korzystając z zamieszania, zdołaliśmy zbiec.”
    „CISNĘ w nocy z 11/12.01.1946 atakowała sotnia UPA Wołodymyra Hoszki „Myrona”, wzmocniona czotą Wasyla Stupki „Taraska” i bojówkami SB OUN – nadrejonową Jurija Stelmy „Szuhaja” i rejonową N.N. „Bukowego”. Wspólną akcję BSB z sotnią UPA koordynował osobiście nadrejonowy referent SB OUN w nadrejojnie „Beskyd” Modest Ripećkyj „Horysław”. To jemu i jego bojówkarzom należy się cała „chwała” za:
    spalenie żywcem czteroosobowej rodziny Macieszków, matki, 19-letniej Ani, 16-letniej Jadzi oraz 10-letniego Zbyszka; zamordowanie przez wrzucenie granatu rodziny Jędrzejczaków, matka i trójki dzieci, z których najstarsze miało 10 lat; zmasakrowanie nożami i wrzucenie w płomienie konających ale jeszcze żywych trzech przedwojennych policjantów; zamordowanie żony jednego z tych trzech policjantów; zamordowanie jednego z milicjantów MO (był akurat w domu, poza posterunkiem).

    Modest Ripećkyj (Модест Ріпецький) uciekł w 1947 r. do Niemiec. Tam, oprócz kontynuowania zbrodniczej działalności w SB OUN, obronił pracę doktorską „Wpływ hydrolizatów organicznych na tolerancję promieni rentgenowskich u szczurów”. Pracował jako lekarz w USA, miał synów Andrija i Jurija. Zainicjował i do końca życia redagował ocenzurowane z prawdy o zbrodniach Litopysy UPA. Zmarł 28.06.2004. Spalone żywcem dzieci i porżnięci nożami policjanci obciążają jego sumienie. Ponieważ nigdy nie wyraził skruchy, nie wyznał prawdy, i jego potomkowie są dumni z dokonań „bohatera” - z pewnością otrzymał swoją nagrodę - w piekle. Uczestnik mordu w Cisnej, Fedir (Teodor) Stołycia, członek bojówki SB OUN „Bukowego”, zmarł w Polsce, za swoje zbrodnie odsiedział tylko kilka lat więzienia, ponieważ ukrył swoją przynależność do SB OUN. To on osobiście podpalał domy, w których płonęły żywcem kobiety i dzieci. (TWARZE LUDOBÓJCÓW Z CISNEJ.

https://www.facebook.com/StowarzyszenieUOZUN/posts/2534607663529332?__tn__=K-R ) 

„Wieści z terenu za styczeń 1946. Sotnia Myrona zrobiła akcję w Cisnej,w której brali również udział BSB nadrejonu i II rejonu. Zadaniem akcji było zniszczyć MO i spalić wszystkie budynki urzędowe. BSB miały zabrać wszystkie dokumenty z MO, aresztować kilku milicjantów i ludzi podejrzanych o współpracę z NKWD i MO, którzy ukrywali się pod bokiem MO. Z przyczyn, że sotnia MO nie zdobyła, bo ta była silnie okopana w bunkry, z których ostrzeliwali się, BSB swoje zadanie wykonała tylko częściowo: zlikwidowała Kozinczaka Jurka z Buka, który ukrywał się w Cisnej, zabrała mu karabin, spaliła 5 budynków urzędowych, zabrała dwa rowery, przeprowadziła rewizję u podejrzanego o donosicielstwo – Jacyniaka Mykoły, gdzie znalazła 2 karabiny (podejrzanego w chacie nie było) i aresztowała podejrzaną o współpracę z NKWD. Sotnia straciła w akcji jednego zabitego i dwóch rannych. Akcja trwała od 23:00 do 2:00 w nocy. […] W nocy z 13/14.I. BSB w liczbie 6 plus jeden wziąwszy ze sobą jedną czotę sotni Myrona popaliła w Cisnej resztę budynków urzędowych, które jeszcze pozostały, jak również posterunek MO. BSB spaliła wtedy 7 budynków i aresztowała poszukiwanego przy pierwszej akcji Jaceniuka Mykołę.” (IPN BU 1554/61, k. 21-25. Maszynopis w języku ukraińskim. Nadrejon „Beskyd” Referat SB).

Tych relacji J. Syrnyk nie wymienia, chociaż chyba je zna. 

W Cisnej w nocy z 11 na 12 stycznia zginęło co najmniej  12 osób polskiej ludności cywilnej (wymienione imiennie!), 1 milicjant (w Majdanie) oraz 2 Ukraińców (jeden ze straży wiejskiej i sołtys wsi Buk). 

  1. Syrnyk na s. 296 podaje relację Edwarda Mrtingera, w której stwierdził on, że atak został odparty „bez żadnych strat w załodze posterunku jak też w cywilnej ludności”. Ponieważ nie było go w Cisnej podczas ataku nie mógł widzieć ofiar ludności cywilnej.

12 stycznia do Baligrodu wrócił z czterodniowego rajdu oddział wojska. „Porucznik Gruszewski relacjonował: Razem z kompanią KBW porucznika Suchockiego przeczesaliśmy rejony wsi Mchawa, Kalnica, Serednie Wielkie, Czaszyn, Kulaszne. Zapuściliśmy się nawet pod Turżańsk i Prełuki. Niestety... nie spotkaliśmy banderowców, choć ich ślady są wszędzie” (H. Dominiczak). A. Bata pisze: w nocy z 11 na 12 stycznia bandyci zniszczyli kilkanaście mostów kolejowych na trasie Zagórz  –  Łupków oraz wycięli ponad 200 słupów telegraficznych (Bieszczady w ogniu). Dywersja UPA odbywała się więc „pod nosem” maszerującego wojska.

12 stycznia do Baligrodu dotarli milicjanci z Cisnej. „Ogłoszono alarm. Okazało się jednak, że na odbicie Cisnej można posłać niespełna stu żołnierzy z grup porucznika Chruszczyka i porucznika Wierzbiana. /.../ Żołnierze minęli Bystre i, po przejechaniu mostu na Hoczewce, znaleźli się w Łubnem. Wieś ta, położona w dolinie, była na wpół spalona i słabo zaludniona. /.../ Żołnierze dotarli do Jabłonki. I ta wieś była na wpół spalona i zupełnie wyludniona. Za Jabłonkami zostali zaatakowani przez przeważające siły sotni „Stacha” i „Hrynia”  Wojsko wycofało się do Baligrodu. Przez dwa dni z rzędu banderowcy czekali na wzgórzach pod Jabłonką. Spodziewali się odwetu i marszu żołnierzy na Cisną. Ściągnęli tutaj nawet kilka oddziałów samoobrony. Wojsko jednak nie nadchodziło. Banderowcy zablokowali tę drogę w głąb Bieszczadów. Kurinny „Ren” triumfował. Jeszcze w tym samym dniu zjechał ze swym sztabem do Cisnej. W kilka dni później, na wzgórzu Kamionka, ustawiono w czworobok sotnie. Odbywała się uroczystość przyłączenia Cisnej do Wełykoj Samostinnoj Ukrainy”. H. Dominiczak zamieszcza opis tej uroczystości. Trudno ocenić, na ile prawdziwy. Faktem jest, że od Baligrodu na wschód zapanowała władza OUN-UPA.

O tym, że żołnierzy i milicjantów uratował wówczas przed klęską szczęśliwy zbieg okoliczności, że jadący na saniach cekaem z obsługą nie zdążył jeszcze zjechać ze wzgórza i w momencie ataku UPA rozpoczął ostrzał banderowców – pisze S. Myśliński. To szeregowcy Walawko i Rytuba, którzy przepuścili plutony, by swobodnie zjechać na dół na sankach, słysząc strzały upowców, zajęli natychmiast stanowiska ogniowe. W najbardziej dramatycznej chwili pociągnęli długą serią po bandytach.  Twierdzi on, że w sumie walka żołnierzy była zwycięska, ale wobec strat dwóch zabitych i kilku rannych oraz wyczerpania się amunicji, postanowiono wrócić do Baligrodu. 

  1. Łysakowski, w swojej książce pisanej także w formie pamiętnika jednego z milicjantów, stwierdza: „W sześć tygodni później wróciliśmy do Cisnej. Z wojskiem. Tym razem bez boju. Nikt nie bronił Jabłońskiej Góry. Wróciliśmy na zgliszcza posterunku. Spalono jeszcze kilka innych budynków. Ale żadnego z naszych, rodzinnych! I nikogo z naszych nie ruszono! Przychodzili, czasem grozili, kazali robić dla siebie wełniane skarpety, zabrali trochę żywności, ale zostawili ludzi przy życiu.

Odmienny obraz znajduje się u S. Myślińskiego: „Około dwóch tygodni trwała „władza” upowskich sotni „Rena” w Cisnej. Ciężkie to były dni dla całej okolicznej ludności. W pełne grozy opowieści tych, co przeżyli, trudno dziś wprost uwierzyć. W końcu stycznia wspólną akcją jednostki 8 dywizji piechoty i przemyskiego oddziału Wojsk Ochrony Pogranicza – przy aktywnym współudziale terenowej Milicji Obywatelskiej – zlikwidowano „władzę” UPA w tej miejscowości.” 

Milicjant z Cisnej, Gustaw Marszałek, w książce M. Bilskiej wspomina: „Dopiero w 6 tygodni potem wróciliśmy do Cisnej. Szliśmy z 3 stron. Od Wołkowyi prowadził milicjant Wołoski, obecnie oficer MO. Od strony Żubraczego milicjant Stankiewicz, do dziś pracownik MO. A od strony Baligrodu, lasami – ja. Szliśmy nocą. W Cisnej nie zastaliśmy już upowców. Przez 6 tygodni pobytu nasze rodziny musiały ich karmić i ubierać. Nikogo jednak nie zabili z Polaków.” 

Z kolei G. Motyka podaje: „Na początku lutego 1946 r. 8 DP, wspólnie z WOP, przeprowadziła zakrojoną na szeroką skalę operację przeciwko UPA w tzw. wyrostku ciśnieńskim (obszar na wschód od Cisnej). „Przeczesano” tereny dotąd całkowicie kontrolowane przez upowców. Ukraińskie sotnie, nie przyjmując walki, wycofały się w inne rejony Bieszczadów, ewentualnie przeszły na Słowację. Przekraczanie granicy nie sprawiało im żadnych problemów – według świadectwa jednego z członków sotni „Chrina” banderowcy z czechosłowacką strażą graniczną zachowywali całkiem poprawne, jeśli nie wręcz przyjacielskie stosunki. W wyniku tej akcji WP odzyskało Cisnę. Przystąpiono wkrótce do odbudowy dróg, mostów oraz linii telefonicznych na odcinku Lesko – Baligród – Cisna. Zdecydowano się też na rozwinięcie dwóch strażnic WOP na wschód od Cisnej. Na ich miejsce wybrano Wetlinę i Berehy Górne.”

Wojsko Polskie do Cisnej zapewne weszło w ostatnich dniach stycznia, natomiast milicjanci wrócili tutaj pod koniec lutego. Wcześniej wzięli udział w wyprawie do Chocenia i Seredniego Wielkiego. H. Dominiczak podaje, że akcja ta spowodowana była informacjami zawartymi w przechwyconych tajnych dokumentach UPA, jakie przenosił kurier ujęty przez wojsko na Górze Markowskiej pod Baligrodem. Ujawnił on też, że w Seredniem Wielkim przebywa ze swoim sztabem kurenny „Ren”. Wnioskowano, że przygotowuje on atak na Baligród. Na akcję przeciwko niemu 19 stycznia wyszły dwie kompanie żołnierzy, kompania wopistów i pluton milicjantów. Dowódcą mianowany został kapitan Polkiewicz.

Inną wersję podaje A. Bata (Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA), zamieszczając wspomnienia milicjanta z Cisnej, Krzysztofa Duciaka: „Jeszcze w czasie pobytu w Baligrodzie nadeszła informacja, że w dniu święta Jordan (gr-kat. Trzech Króli), w Seredniem Wielkim ma się odbyć ślub jednego z członków UPA. Łatwo było przewidzieć, że na weselu nie braknie jego kolegów z lasu. Dowódca garnizonu wyznaczył do akcji około stu żołnierzy oraz naszą załogę.”

  1. Bilska zamieściła wspomnienia milicjanta biorącego udział w tej akcji. Twierdzi on, że była to „wyprawa po prowiant”. „Otóż któregoś dnia dowódca stacjonującej w Baligrodzie jednostki Wojska Polskiego, podpułkownik Kamiński wydal rozkaz, aby 100-osobowy oddział żołnierzy wraz z milicją zarekwirował potrzebną żywność. Na dowódcę oddziału wyznaczony został stary frontowiec – Rosjanin o nazwisku Smirnow czy coś takiego. Nazwiska dobrze nie przypominam sobie, natomiast doskonale pamiętam, że umiał wprost fenomenalnie kląć. Prócz tego kapitana było jeszcze dwóch oficerów Polaków, z których jednym był porucznik Gąsiak. Nas, milicjantów, pod dowództwem Faliszewskiego Władysława, wyruszyło chyba dziesięciu. Wybraliśmy dwie ukraińskie wsie Choceń i Serednie Wielkie, leżące niedaleko siebie. /.../ Podczas przygotowań prawdopodobnie popełniliśmy błąd, który nas w efekcie drogo kosztował. Wzięliśmy na dzień przed wyruszeniem 4 furmanki od miejscowych ludzi, którzy nie omieszkali poinformować o tym swoich pobratymców z UPA.
  2. Motyka podaje, że 80-osobowym oddziałem WOP dowodził kpt. Pilwiński. Zdumiewa lekkomyślność, wręcz głupota dowódców i żołnierzy. „Uderzyła nas dziwna cisza, brak jakichkolwiek oznak życia. Nie było widać nigdzie ludzi, kury, gęsi, kaczki znajdowały się w kojcach, wystawionych daleko od domów, mimo mrozu z obór wyprowadzono bydło i owce. Wyglądało to tak, jakby mieszkańcy spodziewali się rychłej walki. Ten spokój powinien był wzmóc naszą czujność, tymczasem spowodował jej osłabienie. Żołnierze zaczęli schodzić z posterunków, pozostawiając na wzgórzach tylko nielicznych kolegów, zarekwirowano kilka sztuk bydła, przywiązano je do wozów” (A. Bata: Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA).  Wtedy nastąpił atak UPA. Polacy podają straty od  8-miu  (A. Bata) do 18 osób (M. Bilska: 16 żołnierzy, jeden oficer i 1 milicjant z Cisnej, Jan Sikora – który do końca osłaniał odwrót wojska i swoich kolegów). Źródła ukraińskie podają, że zabitych zostało 30 Polaków. Wziętych do niewoli 25 żołnierzy z por. Gąsiakiem banderowcy wypuścili, gdy ppłk Kamiński zagroził, że w innym wypadku zniesie z powierzchni ziemi Choceń i Serednie Wielkie (A. Bata: Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA; M. Bilska: Ognie nad Solinką).

Po dwóch dniach żołnierze z dowódcą powrócili do Baligrodu. W niewoli byli bici i przesłuchiwani. G. Motyka opierając się na kronice napisanej przez „Chrina”, stwierdza: „Kilku żołnierzy zostało wziętych do niewoli. Po krótkim śledztwie, rozbrojeniu, zabraniu mundurów i związaniu im rąk... słomą, puszczono wolno” (S. Chrin /S. Stebelskyj/, Zimoju w bunkri: Spohady – chronika 1947 – 1948, „Do zbroi”, Monachium 1950). 

Podobno bitwa w Seredniem Wielkim zapobiegła atakowi UPA na Baligród.

W Woli Michowej jest placówka WOP-u. Po prowiant wopiści przyjeżdżają do Cisnej. Nie mniej, niż  w dziesięciu  i  z kimś  z dowództwa,  bo droga między obydwiema miejscowościami jest – ze względu na grasujące bandy – trudna do przebycia i już niejeden bochenek chleba został zroszony żołnierską krwią (J. Jastrzębski). Jednym z dowódców banderowskich w okolicy Maniowa był Musyk, podczas okupacji niemieckiej policjant na posterunku policji ukraińskiej w Cisnej. 

26 stycznia we wsi Łukowe upowcy zabili 2 żołnierzy WP i 1 kolejarza. Pod koniec stycznia niemal wszystkie posterunki meldowały o szeroko zakrojonej akcji UPA, mającej na celu sparaliżowanie komunikacji. Palono i burzono mosty drogowe.

Po atakach UPA i zabójstwach żołnierzy WP, dokonały one akcji odwetowych we wsiach Karlików, Zawadka Morochowska i Wisłok Dolny. Wsie te leżały w powiecie sanockim, ale J. Syrnyk informację zamieszcza w „trójkącie bieszczadzkim” czyli w powiecie leskim, gdyż leżą blisko od Seredniego Wielkiego (5, 11 i 17 km w linii prostej” (s. 301). Na s. 302 J. Syrnyk stwierdza: „Moim zdaniem, masakra mieszkańców Zawadki Morochowskiej doprowadziła, choć nie od razu, do do całkowitej destabilizacji sytuacji w Bieszczadach”.

Wcześniejsze masowe morderstwa banderowskie na ludności polskiej destabilizacji nie spowodowały? Czyżby zapewniały stabilizację, gdyż od Cisnej aż do granicy polsko-sowieckiej Polaków już w żadnej miejscowości nie było? Pełną stabilizację w Bieszczadach zapewniły więc dopiero przesiedlenia. 

„Polityczny raport za czas od 29.04. - 25.05.45.[Rejonu I]. [...] Ze względu na to, że cała cywilna polska ludność zabrała się całkowicie z terenu tego rejonu, [rejonu I] nie można mówić o jej stosunku do Ukraińców. […] 26.05.1945. „Sjanowyj”. (IPN Rz 072/1, t. 15, k. 283-285.)  „Raport za czas 1.01.46 – 30.06.46. [ Z rejonu I]. […] 5/ Odcinek polski – ze względu na to, że na raportowanym terenie nie ma ludności polskiej, sprawa nie jest aktualna. […] Postój, 10.07.46, „Kosar”. (IPN Rz 072/1 t. 5, k. 254–256.)

Według spisu powszechnego przeprowadzonego w 1921 roku terytorium Bieszczadów, określane w raportach OUN jako rejon I nadrejonu „Beskyd”, zamieszkiwało ponad 3200 Polaków. W roku 1944 wszyscy oni „zniknęli”. Nigdy się nie dowiemy, ilu osobom udało się uratować ucieczką...

Wielu Polaków ginęło w tym czasie w Bieszczadach bezimiennie. Janusz. Jastrzębski zamieszcza wyznanie banderowca, który w Smolniku piłą przeciął ojca milicjanta z Cisnej.  Morderca nosił pseudonim „Pursok”.

2 lutego we wsi Łukowe UPA uprowadziła i zamordowała 3 milicjantów. E. Prus podaje datę uprowadzenia i mordu  2/3 stycznia, dodaje też, że „zrabowano znajdującą się broń na posterunku MO (E. Prus, s. 274). Natomiast 2 lutego poległ milicjant Szczepan Podsobiański. W Stańkowej w potyczce z UPA zginęło trzech żołnierzy WP. 8 lutego we wsi Wańkowa UPA zamordowała robotnika naftowego Jana Kaczmarka. 10 lutego we wsi Dołżyca zabite zostały 2 osoby, a  15 lutego 1 osoba.

14 lutego przeprowadzony został w Polsce spis powszechny ludności. Nie odbył się on w gminach bieszczadzkich: Stuposiany, Zatwarnica, Tarnawa Niżna, Wołkowyja, Cisna, Baligród i Łukowe ( pow. Lesko) oraz w gminie Wojtkowa (pow. Przemyśl). 

21 lutego w Berezce w potyczce z UPA zginęło kilkunastu żołnierzy a jeden dostał się do niewoli (Syrnyk, s. 308, nie pisze o jego dalszym losie.) Nocą z 27 na 28 lutego we wsi Uherce Mineralne UPA dokonała napadu na polskie gospodarstwa, spaliła 4 budynki, zginęło 5 Polaków – osób cywilnych. 

W lutym utworzone zostały strażnice WOP w Cisnej, Wetlinie i Berehach Górnych.  Warunki zakwaterowania w Berehach Górnych były złe. Stare, sięgające gontami ziemi chaty świeciły oczodołami wybitych okien i powyrywanych z futrynami drzwi. „Mniej kłopotów miał w Wetlinie podporucznik Kaczkowski. Na wyniosłym wzgórzu nie opodal siedemnastowiecznej cerkwi górującej nad tą okolicą, znajdował się okazały murowany budynek” (H. Dominiczak). Był to dom popa i w nim zakwaterowało wojsko.

2 marca w okolicach Komańczy UPA zabiła milicjanta Pawła Piotrowskiego. 5 marca UPA napadła na stację kolejową Szczawne, zamordowała 2 kolejarzy i 3 milicjantów oraz spaliła 134 zagrody, natomiast we wsi Postołów w zasadzce w lesie zginęło 2 żołnierzy WP. 5 marca zostały spalone trzy majątki w gromadach: Brelików, Serednica i Wańkowa. Podpaleń dokonali banderowcy w sile 50 osób, uzbrojonych w automaty.  

10 marca UPA ostrzelała pociąg osobowy koło Komańczy zabijając 5 osób. 5 marca w Ustrzykach Górnych poległ 1 żołnierz WP, a 14 marca poległo 2 żołnierzy. W połowie marca, wobec zagrożenia ze strony UPA, braku żywności i amunicji, przeciętego połączenia telefonicznego, załoga strażnicy przeniosła się do Wetliny.

12 marca we wsi Leszczowate uprowadzony został przez  SB OUN poborca podatkowy Stanisław Stefanow  i zamordowany 18 marca. 

Od stycznia w Bieszczadach przebywał dowódca WO „San”, kpt. „Orest”  (Myrosław Onyszkewycz). Dowództwo OUN-UPA podjęło decyzję o opanowaniu „Zakerzoni” i... oczekiwaniu na trzecią wojnę światową. Przeprowadził on wizytacje sotni oraz przygotowany został plan likwidacji placówek WOP i posterunków MO.

20 marca podczas ewakuacji placówki WOP w Jasielu (Beskid Niski) nastąpił atak: sotni „Chrina”, „Didyka” i „Myrona” (wg G. Motyki); sotni „Bira”, „Hrynia” i ”Myrona” (wg A. Baty), sotni „Bira” i „Brodycza” z kurenia „Rena” oraz „Kryłacza” i „Hromenki”  z kurenia „Bajdy” (wg H. Dominiczaka) -   „połączonych sotni  „Rena” i „Bajdy” (wg Myślińskiego); sotni „Hrynia”, „Bira” i „Myrona” (wg J. Jastrzebskiego). Żołnierzy było 99-ciu, banderowców około 500-set. Dwóch żołnierzy zginęło (!), 3 uciekło do Czechosłowacji, 94 dostało się do niewoli. Oficerowie z dowódcą (por. Gierasik) oraz 4 milicjanci zostali uprowadzeni do lasu i tam rozstrzelani (11 osób). Następnego dnia według sporządzonej listy rozstrzelanych zostało dalszych 36 żołnierzy, których zwłoki zostały później (tj. 18 czerwca 1946 r.) odnalezione – dzięki szeregowemu Pawłowi Sudnikowi, który jako jedyny zdołał zbiec z miejsca kaźni i potem go odnaleźć. Około 20 żołnierzy wypuszczono. Resztę (26 żołnierzy) wymordowano w innym miejscu, którego nie odnaleziono. Z 94 żołnierzy ocalało 21, czyli zamordowanych zostało  73 żołnierzy. Ale w publikacjach pojawia się liczba 60-ciu zamordowanych. 13 ofiar „rozpłynęło się” gdzieś historykom i publicystom. Dane podaję za G. Motyką. J. Syrnyk na s. 312 podaje: „20 marca w rejonie Jasiela w powiecie sanockim (obecnie nieistniejąca wieś w powiecie krośnieńskim) ok. 120 żołnierzy polskich wpadło w zasadzkę zorganizowaną przez UPA. Część zginęła w walce, część została zamordowana w ramach „egzekucji”. Z pewnością przeżyło zaledwie 19 żołnierzy.”  

Zdaniem H. Dominiczaka sotenny „Hryń” („Chrin”) osobiście skatował i zastrzelił dowódcę por. Giernatowskiego. W książce A. Baty Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA, znajduje się kserokopia dokumentu „Opis wypadku” z dnia 28.11.1946 roku.  Komendant Wojewódzki MO w Rzeszowie, ppłk Orłowski pisze m. in.:  W dniu 18.6.1946 r. odnaleziono grób 60-ciu pomordowanych żołnierzy między którymi znajdowały się zwłoki zaginionych w dniu 26.III. 46 r. milicjantów Posterunku M.O. Komańcza.  Z imienia i nazwiska wymienia on 5-ciu milicjantów.

20 marca sotnie „Stacha” i „Brodycza” zaatakowały strażnicę WOP w Łupkowie i tamtejszy posterunek kolejowy MO. Upowcy zamordowali 5 Polaków, cywili.  21 marca w Smolniku poległ żołnierz Kazimierz Kozłowski. Tego dnia mjr Frołow polecił dowódcy strażnicy w Komańczy, ppor. Handlerowi, aby przeniósł załogę do Radoszyc, po czym łączność została przerwana. Rozkaz wykonany został tego samego dnia. Upowcy spalili opuszczoną placówkę i zabili we wsi 3 osoby polskiej ludności cywilnej.

W nocy z 21 na 22 marca w Komańczy w pożarze domu zginęły kierownik szkoły Ludwika Drozd i jej siostra nauczycielka Maria Kułak (W. Wesołkin: „W dorzeczu Osławy. Część VII”; w: „Bieszczad” nr 212/2016). 

22 marca dowódca strażnicy WOP w Woli Michowej, chor. Zając, nie czekając na rozkaz ewakuował załogę  do Łupkowa. Następnego dnia, po naradzie dowódców w Radoszycach, skoncentrowano wszystkie załogi strażnic w Łupkowie, łącznie 113 ludzi pod dowództwem por. Trzęsikowskiego. 22 marca UPA dokonała ataku na Wolę Michową, gdzie zginęło dwóch milicjantów, a 20 żołnierzy z 37 pp z Sanoka zaginęło bez wieści. 

Dnia 23.III.1946 r. banda UPA dokonała napadu na gr. Liszna pow. Lesko, gdzie zrabowała całe mienie mieszkańców, pobiła sołtysa i uprowadziła 6-ciu mężczyzn do lasu, których dalszy los nie jest znany (E. Prus, e. 277). 23 marca strażnica w Wetlinie podjęła próbę odblokowania placówki. Pluton żołnierzy został zaatakowany po przejściu ok. 2 km, pod Smerekiem. Dwóch żołnierzy zostało zabitych (z opisu walki zamieszczonej przez H. Dominiczaka w książce „Żołnierze granicznych dróg” wynika, że trzech), oraz dwóch lub trzech uprowadzonych i następnie zamordowanych, trzech było rannych. Żołnierze wycofali się do Wetliny. Nocą z 23 na 24 marca wopiści z Wetliny wysłali łącznika do najbliższej strażnicy sowieckiej w Dwerniku. Był nim miejscowy Ukrainiec. Banderowcy zamordowali mu żonę, bo była Polką, oraz syna za to, że ukrywał się przed poborem do sotni. Strażnicę atakowały sotnie „Bira”  i „Brodycza”, wspomagane przez oddziały samoobrony „Sołokija” i „Bohuna”. Sotnia „Brodycza” użyła w walce moździerzy. W krytycznym momencie walki, 25 marca, z pomocą dotarły pododdziały 34 pp oraz grupa wopistów. W Wetlinie powitano ich jak wybawców. Załogę strażnicy wycofano do Cisnej. Okazało się, że łącznik dotarł do placówki sowieckiej, która drogą radiową przekazała meldunek stronie polskiej w Lesku. Nieco inną wersję na s. 312 podaje J. Syrnyk. 23 marca na drodze Kalnica – Strubowiska w zasadzkę UPA wpadło 5 żołnierzy WOP, dwóch zostało rannych, żołnierzy rozbrojono, m.in. zabrano karabin PPSz. „Dowódca strażnicy WOP z Wetliny zażądał zwrotu karabinu dodając w wysłanym do oddziału UPA piśmie, że nie chce „bratniej wojny”. „Brodycz” w odpowiedzi  na pismo urządził następnego dnia kolejną zasadzkę, w której zginęli tym razem dwaj żołnierze WOP (Józef Bałchanowicz i Czesław Łatyszonek). Strażnica WOP w Wetlinie została 25 marca 1946 r. ewakuowana do Baligrodu.”

Nocą z 23 na 24 marca UPA dokonała napadu na stację kolejową w Komańczy, Spaliła budynki stacji, komisariat straży granicznej, posterunek MO, 3 polskie domy mieszkalne i kilkanaście wagonów kolejowych. Podczas napadu zginęło 8 Polaków, w tym por. Gierasik z WOP i dwie kobiety  (Siekierka, s. 946). 

25 marca o godzinie czwartej rano nastąpił atak UPA na Polaków zgromadzonych w Łupkowie (wopiści, milicjanci, ludność cywilna). G. Motyka powołując się na J. Dmytryka podaje, że ataku dokonała sotnia „Didyka”, wzmocniona bojówką SB i grupą „Jasena” z SKW, która po pierwszych strzałach opuściła stanowiska i uciekła. Atak został odparty, ale obrońcom kończyła się amunicja. Poproszeni o „pożyczkę” Czesi stwierdzili, że nie mają odpowiednich zapasów, ale w zamian zaproponowali ewakuację Polaków przez granicę na swoją stronę. Wobec beznadziejnej sytuacji dowództwo polskie zgodziło się. 26 marca z terenu Czechosłowacji wjechał pociąg pancerny oraz wagony towarowe. Tym transportem kolejowym Polacy ewakuowali się przez granicę do Czechosłowacji.

Tymczasem na odsiecz placówkom WOP 25 marca z Sanoka ruszyło zgrupowanie liczące około 160 żołnierzy pod dowództwem majora Frołowa. Całkowity brak rozpoznania lokalizacji i sił UPA doprowadziły do narzucenia Polakom walki w odkrytym terenie pod wsią Kożuszne. Atakował kureń „Rena” liczący około 500 upowców. Poległo 60 żołnierzy, 100 wydostało się z okrążenia w małych, rozbitych grupkach (A. Bata: Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA). Przed całkowitą zagładą uratowała Polaków rozszalała burza śnieżna, osłaniająca ucieczkę małymi grypami. Major Frołow z kapitanem Kozyrą oraz około 50 żołnierzami przebili się w kierunku Komańczy. Kpt. Kozyra relacjonował potem: „Kiedy weszliśmy na pasmo wzniesień około 2 km od Łupkowa, ujrzeliśmy płonącą strażnicę. Wysłani zwiadowcy stwierdzili, że w dniach 25 i 26 marca załoga strażnicy biła się z banderowcami i pod wieczór przeszła granicę czechosłowacką.” Grupa Frołowa podążyła jej śladem przechodząc na teren Czechosłowacji. 

Gerhard od opisu likwidacji strażnic WOP zaczyna swoją powieść Łuny w Bieszczadach. Pisze on: „Dowódca kompanii kapitan Wieczorek dotarł do Komańczy. Z pięciu placówek, jakie minął po drodze, zostały tylko dopalające się zgliszcza. Wszędzie widział na wpół zwęglone trupy ludzi z obsady. Zabrał trzech żołnierzy z placówki w Mokrem. Ocaleli, bo w chwili natarcia bandytów znajdowali się na patrolu. Znalazł też ciężko rannego strzelca Karasińskiego z placówki w Komańczy. Bandyci wzięli go do niewoli, potwornie okaleczyli i pozostawili na miejscu. Rannym zaopiekowała się rodzina Kuźminów z Komańczy. Żołnierz został wykastrowany przez „powstańców UPA” Ukraińska rodzina Kuźminów za pomoc udzieloną polskiemu żołnierzowi została potem prze tych „powstańców” zamordowana. 

Książkę Gerharda  krytykuje cała „poprawność polityczna”. Przedstawiony w niej obraz nie pasuje do prowadzonej obecnie rehabilitacji „powstańców”, „partyzantów”, bądź „żołnierzy” UPA. Pisałem o tym w recenzji książki  G. Motyki  Tak było w Bieszczadach, stwierdzając m.in.: Mam jednak wrażenie, że bliższy prawdy jest Gerhard, chociaż jest to tylko powieść w stylu „Ogniem i mieczem”. Jakże inaczej wyglądałyby stosunki polsko-ukraińskie gdyby na Wołyniu w ramach usuwania Polaków spłonęły tylko ich domy, a oni zostaliby wysiedleni. Jak to było w Bieszczadach. 

Gdy następnego dnia, z dwoma batalionami, na miejsce walki przybył dowódca 34 pp ppłk Pluta - oczom jego ukazał się przerażający widok: wieś Kożuszne w zgliszczach, na ziemi popiół, krew i ciała poległych ponad 40 żołnierzy. Niektórzy z nich mieli rozbite siekierami głowy, odrąbane ręce i nogi, a nawet wydłubane bagnetami oczy (S. Myśliwski, A. Bata). G. Motyka podaje, że na polu bitwy znaleziono dziesięć ciał żołnierzy zamordowanych przez UPA.  Ale byli to żołnierze „zamordowani przez UPA”, a nie polegli w walce!

Następnie G. Motyka zamieszcza sielankowy obraz Świąt Wielkanocnych, jakie spędził „Chrin” („nasz łemkowski chrzan” – bo „chrin” znaczy po ukraińsku „chrzan”) w Myczkowcach. Tymczasem Artur Bata pisze: „Hryń” był człowiekiem wyjątkowo brutalnym, alkoholikiem, bali się go panicznie wszyscy podwładni (Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA). „Hryń” to kiedyś schwytanym żołnierzom ręką genitalia wyrywał, żeby pokazać, że jest silniejszy od „Sokoła” – opowiadał zaopatrzeniowiec „Rena” schwytany w Żubraczem przez milicjantów z Cisnej  (J. Jastrzębski).

  1. Gerhard twierdzi, że „Hryń” był przed wojną fornalem w majątku pana Czerwińskiego pod Tarnopolem. Dużo pił, wyróżniał się szczególnym okrucieństwem. W czasie jednej z bójek zabił siekierą ojczyma. Był to rok 1938, w więzieniu zetknął się z nacjonalistami ukraińskimi. Po wkroczeniu Niemców zarąbał siekierą pana Czerwińskiego, wstąpił do policji ukraińskiej i uczestniczył w pogromach Żydów. Miał bezwładną lewą rękę, po przypadkowym postrzeleniu przez swojego podkomendnego podczas jakiejś akcji na Zamojszczyźnie. We wsi Mików, położonej obok kwatery „Hrynia” na Chryszczatej, przebywała jego żona Maria Lewicka z kilkumiesięcznym (lato 1946 r.) synem Jej ojciec był adwokatem i działaczem Ukraińskiej Narodowej Demokracji. Potem wyjechała razem z synem i ślad po niej zaginął. Tadeusz Petrowcz w książce Od Czarnohory do Białowieży (Lublin 1986) pisze, że prawdopodobnie spotkał ją w 1947 roku w Złockiem. Nazywała się Maria Kamińska, przebywała razem ze swoim małym synkiem w rodzinie Połypczuków związanej z ruchem nacjonalistów ukraińskich w Krynicy. Autor opisuje dziwne zachowanie się tych ludzi i ich tajemnicze zniknięcie przed operacją „Wisła”.

26 marca w Szczawnem UPA uprowadziła i zamordowała Romana Ilnickiego, lat 23. 30 marca w okolicy wsi Serednie Wielkie sotnie „Chrina”, „Bira” i „Myrona” stoczyły walkę z oddziałem WP tracąc 7 zabitych. Ciężkie straty ponieśli także Polacy. W marcu w Bystrem k. Baligrodu UPA zamordowała 3 Polaków, mieszkańców wsi.

Na s. 314 – 315 J. Syrnyk pisze: „Gdy wojsko zarekwirowało bydło kilku ukraińskim mieszkańcom Stańkowej, pod prośbą o ich zwrot podpisało się ok. 80 Polaków. „Wszystkie prośby  osobiście doręczyłem dowódcy pułku Komarowi (Moskal)” - zeznawał przed śledczymi SB-OUN Piotr Hołubowski. Co ciekawe – niektórym rodzinom bydło rzeczywiście zwrócono.”  Natomiast na s. 316 podaje: „W trakcie jednej z akcji prowadzonych na północy powiatu leskiego na początku stycznia 1946 r. złapany został przez przypadek członek OUN, który niedawno przybył z Niemiec. Gdy już byli poza wsią – czytamy w ukraińskim sprawozdaniu – konspirator zaproponował  żołnierzowi 20 dolarów i złoty pierścionek. Żołnierz po zabraniu wspomnianych rzeczy dał konspiratorowi szansę na ucieczkę”. Dalej Syrnyk pisze: „Rozpracowywano duchownych rzymskokatolickich, chociaż – jak stwierdzono w jednym z dokumentów – nie posiadano w ich otoczeniu żadnej agentury: /.../ ponieważ ludność tutejszego powiatu jest bardzo wierząca i religijna, po drugie w powiecie leskim nie ma wiele /sic!/ księży”. 

Do tego obrazu „anarchii” w powiecie leskim należy dodać uwarunkowania koleżeńskie. „Według Ołeksy Konopodśkyja znajomymi z czasów szkolnych mieli być m.in. Stepan Stebelski „Chrin”i dowódca „batalionu śmierci” kpt. Michalski. „Ja jego śmierci nie chcę – miał według Konopadśkyja mówić Michalski – bo i ja chcę żyć, ale przez niego mi nie dają spokoju. Przekażcie mu, niech się przeniesie na trochę inne tereny, bo ja nie mam odpoczynku”. (przypis na s. 317 oparty na źródle ukraińskim). 

Tymczasem postawa banderowców był bezlitosna. Na s. 318 J. Syrnyk pisze: „Mimo niebezpieczeństwa grożącego ze strony banderowców, traktujących „przeniesienie metryki” w kategoriach narodowej zdrady, do tego rodzaju zdarzeń dochodziło bez przerwy. O tym, że zagrożenie ze strony banderowców było realne, świadczyć może wiele przypadków. Jeden z nich miał miejsce właśnie wiosną 1946 r. (w nocy z 29 na 30 marca) w miejscowości Zwierzyń, gdzie został zabity przez UPA Michał Safat, Ukrainiec, „który zmienił narodowość”. Sądząc po treści powstałego w latach 60. XX w. dokumentu kościelnego, na terenie powiatu leskiego mogło dojść w połowie lat 40. XX w. do konwersji kilkuset rodzin.” 

„Władze polskie przypisały banderowcom kilka przypadków uprowadzeń, m.in. mieszkańca Bóbrki, Michała Kozdrowskiego, Michała Muszyńskiego z Olchowej (jego rodzinę obrabowano) i Stanisława Lorenza z Nowosiółek” (Syrnyk, s. 319) W przypisie podał: „ Kozdrowski nie był przypadkową ofiarą, lecz dawnym milicjantem. Aresztowany przez bojówkę SB-OUN 3 kwietnia 1946 r.” 

5 kwietnia WP dokonało rewizji na plebani greckokatolickiej w Komańczy. Znaleziono 4 ukrywających się banderowców oraz kilka sztuk broni. Żołnierze rozstrzelali banderowców, proboszcza greckokatolickiego Iłariona Węgrzynowicza oraz jego dorosłego syna. 9 kwietnia, przed północą, znaczne siły upowców z kurenia „Rena”  zaatakowały załogę strażnicy 37 komendy WOP w Cisnej. Po dwóch godzinach walki nadeszła pomoc z Baligrodu. Sotnie „Hrynia”, „Bira” i „Stacha” wycofały się do lasów, zabrawszy swoich zabitych i rannych.  Wobec częstych ataków sotni  upowskich na tę miejscowość, dowódca 8 dywizji piechoty, w drugiej połowie kwietnia, przydzielił załodze 37 komendy WOP dwa czołgi T-34. Miały one wspierać działania żołnierzy w walkach z UPA. 17 kwietnia na trasie Baligród – Cisna w zasadzce zginął żołnierz WP.

Wiosna  1946 r. ponownie  zaznaczyła się pasmem sukcesów UPA w Bieszczadach. W tym okresie sotnie UPA rozbiły wszystkie przygraniczne polskie placówki WOP. Zniszczono stację Łupków i zablokowano tunel kolejowy. 26 kwietnia 1946 r. w rejonie Smolnika, w walce z UPA poważne straty poniosły oddziały WP. Do niewoli dostało się 150 polskich żołnierzy. Część z nich zwolniono, resztę rozstrzelano w ramach represji za wyjątkowo okrutnie przeprowadzoną przez siły WP pacyfikację Zawadki Morochowskiej (A.L. Sowa). Trzeba więc zapytać, czy w ramach represji „żołnierze UPA” mogli mordować wziętych do niewoli jeńców?

Jednak większość autorów walkę pod Smolnikiem datuje na marzec 1947 roku.  

26 kwietnia we wsi Ropienka banderowcy uprowadzili Teodora Kociubę. Został on przesłuchany przez referenta SB-OUN „Arkadija” i chociaż zaprzeczył podejrzeniom o donos do władz został zamordowany.

28 kwietnia oddział UPA wyszedł z lasów Chryszczatej, podkradł się pod samą wieś Smolnik, gdzie zatrzymał się 1 i 2 batalion 34 po. W czasie zwijania obozu przez żołnierzy, banderowcy zaatakowali. Siły UPA liczyły 150 – 200 ludzi. Żołnierze nie dali się zaskoczyć. Zginęło 13 banderowców. Straty polskie wynosiły 4 ciężko rannych, w tym jeden oficer, oraz 3 lekko rannych. G. Motyka powołując się na źródła ukraińskie twierdzi, że atakowała sotnia „Didyka”, którą dowodził wówczas „Korp”. Za tę porażkę „Ren” mianował nowego sotennego, którym został Roman Hrobelski „Brodycz”. 30 kwietnia ma miejsce kolejny nieskuteczny atak UPA na placówkę WOP w Cisnej. W kwietniu we wsi Rzepedź pow. Sanok upowcy zamordowali 2 Polaków: sołtysa Andrzeja Sopinkę i Józefa Turzańskiego, lat 55, rolnika. 

1 maja przeniesiono do Wołkowyi załogi czterech strażnic, zgrupowane dotąd w Olszanicy, gdzie w walce z UPA poległ milicjant Kazimierz Borek, natomiast w gminie Komańcza UPA spaliła 50 gospodarstw. 2 maja sotnia „Chrina” w okolicach wsi Huczwice zaatakowała pododdział WP i zdobyła działo 76 mm. O jego utracie pisze J. Gerhard, umiejscawiając akcję  w Dołżycy, pod górą Ryczywół, przy skrzyżowaniu drogi na Buk i Terkę. Popsuł się samochód ciągnący działo i przesuwający się za kolumną wojska oddział UPA skorzystał z okazji. Zginęło 6 żołnierzy, 2 zostali uprowadzeni do lasu. W meldunku ukraińskim straty polskie oceniono na 37 zabitych. Działo ciągnęły konie bocznymi drogami zboczem Łopiennika, Durnej i Berda. Żołnierze ruszyli w pościg. Na zboczach Berda żołnierze lewego skrzydła tyraliery odkryli trupa mężczyzny. Trup był zupełnie nagi. Głowę miał prawie odrąbaną od tułowia, ręce związane drutem na plecach, genitalia wycięte. Był to bombardier Łucki.  Działo trafiło do obozu „Chrina” na Chryszczatą. Upowcy zgubili jednak zamek i stało ono bezużyteczne. 3 maja we wsi Wola Michowa UPA ostrzelała posterunek MO i zamordowała 10 Polaków, mieszkańców wsi. 4 maja na trasie Baligród – Wołkowyja zostali uprowadzeni przez UPA Józef Staręga i Tadeusz Kuflewski z WOP.  W nocy z 5 na 6 maja w ataku UPA na Olszanicę poległo wg Siekierki 11 żołnierzy WP oraz 9 osób cywilnych, wg Syrnyka 2 żołnierzy WP i jedna osoba cywilna. „W nocy z dnia 6 - 7.V.1946 r. o godz. 23.oo banda UPA dokonała napadu na odcinek kolejowy między Olszanicą a Ustianową pow. Lesko, ostrzeliwując stację kolejową w Olszanicy i mosty, w wyniku obrony tych obiektów przez oddział WP zabitych zostało dwóch żołnierzy” (Prus, s. 280). W Hoczwi zamordowany został przez bojówkę SB-OUN Antoni Herbetko. 11 maja we wsi Hoczew banderowcy zamordowali 5 Polaków i spalili 4 domy. W przypisie 596, na s. 325 J. Syrnyk stwierdza: „Informacja ta wydaje się mało prawdopodobna”  I zapewne  po raz kolejny Autorowi „wydaje się”. „11 maja UPA zaatakowała w rejonie wsi Kołonice żołnierzy wysiedlających mieszkańców Żubraczego.” (Syrnyk, s. 323, w przypisie podaje za  źródłem ukraińskim, że zginęło 3 żołnierzy). Tego dnia koło Kalnicy na minach założonych przez UPA wyleciały w powietrze dwie furmanki z cywilną ludnością ukraińską. 12 lub 13 maja w rejonie Wołkowyi pododdział z sotni „Myrona” pod dowództwem „Taraski” zaatakował kolumnę wojskową, w wyniku czego zginął prawdopodobnie jeden z żołnierzy. (Syrnyk, s. 323, a w przypisie stwierdza, że źródło ukraińskie podaje, że zginęło 19 żołnierzy, w tym 2 majorów i 2 poruczników). 13 maja we wsi Habkowce UPA zamordowała 19 osób jadących samochodem Komisji Przesiedleńczej, w tym 3 Łemków. Na Rubieży nr 23 podaje, że zabito 10 osób.

„13 maja zginęła z rąk żołnierzy piętnastoletnia dziewczyna, mieszkanka Wańkowej” (s. 325  - 326, źródło: Litopys UPA, t 34.) Informacja mało wiarygodna, nie podano nawet nazwiska dziewczyny, aby jej nie zweryfikować? Nie ma wzmianki o okolicznościach zabójstwa. 14 maja w Zawoi  powieszono publicznie kalekę Jurka Owełkę  z ostrzeżeniem,  że  los  ten  czeka wszystkich,  którzy nie wyjadą  –  podaje G. Motyka. Jednak wieś ta była wysiedlana dopiero za rok?! Informację tę powtarza Syrnyk na s. 325 powołując się na J. Pisulińskiego, ale pomija o zbojkotowaniu wysiedlenia. Oparta jest ona o relacje Ukraińców wysiedlonych do ZSRR, podane w źródle ukraińskim. Tymczasem w pracy S. Krycińskiego  Bieszczady. Słownik historyczno-krajoznawczy  (część 2: Gmina Cisna) nie ma o tym wzmianki, a na pewno taki fakt odnotowałby. Wieś wysiedlona została dopiero pod koniec kwietnia 1947 roku, ostrzeżenie z rocznym wyprzedzeniem jest nonsensem. Wieś ta zasiedlona została na przełomie XVIII i XIX wieku przez Polaków. Nie mieli oni kościoła i chodząc do cerkwi posługiwali się już tylko miejscową gwarą ruską. W czasie wysiedleń potraktowani zostali jako Ukraińcy i musieli opuścić swoją wieś.

„15 maja oddział „Myrona” miał zaatakować żołnierzy, którzy uprzednio dokonali pacyfikacji Wetliny, paląc tu 46 domostw. Do potyczki doszło w okolicy wsi Dołżyca.” (Syrnyk, s. 323) Nie ma wzmianki o ofiarach.

„W dniu 18 maja konwój w sile plutonu WP, ochraniający kolumnę przesiedlanej ludności ukraińskiej do ZSRR ze wsi Krywe, Przysłup i Kalenica (Kalnica – S.Ż.) został napadnięty pod Jabłonką (Jabłonkami – S.Ż.) przez sotnię „Hrynia”. Zginęło 4 żołnierzy, dwóch zostało ciężko rannych. Do niewoli dostało się następnych 4 żołnierzy, których upowcy zamordowali w pobliskim lesie”  (S. Myśliński). G. Motyka pisze: „Zaatakowanym natychmiast pospieszyli z pomocą pozostali żołnierze eskorty (liczby ich niestety nie znamy). Po krótkiej wymianie strzałów Ukraińcy wycofali się do lasu, porywając jeńców (zostali oni najprawdopodobniej zamordowani)”. W czasie walki, korzystając z zamieszania, część eskortowanej ludności zbiegła w lasy. „Tego samego dnia inny pododdział UPA (nr 502) zaatakował żołnierzy w rejonie wsi Tyskowa” (Syrnyk, s. 324 – w przypisie podaje, że dane ukraińskie mówiły o 1 lub nawet 18 zabitych żołnierzach). „Z kolei pododdziały sotni U-3 zaatakowały żołnierzy przeprowadzających akcję w Berezce. Zniszczone zostało auto wojskowe, być może zginął jeden z żołnierzy”. (Syrnyk, s. 324)

„W nocy z 18 na 19 maja doszło do napadu na żołnierzy ochraniających most w Manastercu. W trakcie wycofywania się partyzanci UPA mieli spalić aż około 100 gospodarstw w tej wsi. Raport milicyjny nie doniósł o ofiarach.” (s. 324, natomiast w przypisie Syrnyk podaje: „W odniesieniu do całego roku 1946 r. miało tu zginąć 12 Polaków. Informacja mało wiarygodna Siekierka et al, op. cit. , s. 393.” Gdyż dotyczy zamordowanych osób cywilnych? „20 maja doszło do napadu UPA na jednostkę wojskową w Wetlinie. W czasie walki spłonęło kilkanaście zabudowań. Tego samego dnia doszło również do potyczki  między UPA i wojskiem oraz milicją w Dołżycy. Dwóch żołnierzy zostało rannych.”  (Syrnyk, s. 324) „24 maja doszło do potyczki oddziału UPA (U-3) z żołnierzami wysiedlającymi ludność w Bereźnicy Niżnej. Kilku żołnierzy mogło zginąć, z pewnością siedmiu zostało rannych” (s. 326; w przypisach Syrnyk podaje, że źródło polskie mówi o śmierci siedmiu żołnierz, a ukraińskie nawet dziesięciu żołnierzy; dlaczego te dane są  tylko w przypisie?). 

W nocy z 26 na 27 maja zamordowany został przez bojówkę SB-OUN sołtys wsi Zahoczewie Dymitr Winnicki vel Wiśniewski. „30 maja doszło do napadu na polskich mieszkańców wsi Żubracze, w trakcie którego uprowadzony został były milicjant Wilhelm Woźnica”. (Syrnyk, s. 326; dopiero w przypisie jest informacja, że figuruje on w wykazie funkcjonariuszy MO i SB poległych w walce z bandami UPA.) W maju we wsi Wetlina zamordowali 1 Polkę, żonę Ukraińca, oraz ich syna.

 1 czerwca MO z Cisnej oraz WP na górze Łopiennik złapali 1 banderowca oraz znaleźli 3 cekaemy, 2 erkaemy, granaty, miny i amunicję. W dniu następnym odkryli magazyn broni UPA, a w nim: 1 erkaem, 3 cekaemy, 3 karabiny, 1 automat, 3 maszyny do pisania, księgi metrykalne oraz 120 książeczek wojskowych pomordowanych żołnierzy. Na s. 328 Syrnyk podaje „8 czerwca w zasadzce pod Dołżycą miało zginąć szesnastu żołnierzy. Dane te są mało wiarygodnie /.../, ukraińskie źródła zazwyczaj znacznie zawyżały straty przeciwnika. Polskie zresztą postępowały podobnie”. I tych danych zapewne już nie da się w pełni zweryfikować. Na tejże stronie Syrnyk pisze: „10 czerwca żołnierz Wojska Polskiego z nieustalonych przyczyn zastrzelił N.N. mężczyznę czekającego na stacji kolejowej na wysiedlenie. Być może ofiarą był Iwan Sycz z Wetliny, który nie chciał oddać żołnierzowi krowy.”  Natomiast w przypisach podaje: „Incydent ten opisują mieszkańcy Wetliny wysiedleni do ZSRR”  i opis znajduje się w artykule ukraińskim zamieszonym na portalu internetowym miasta Turka. Następnie pisze: „Sprawa śmierci Iwana Sycza nie jest do końca jasna. Istnieje zapisek sporządzony przez powiatowego komendanta MO, z którego mogłoby wynikać, że sprawcami śmierci Sycza byli banderowcy. W innym dokumencie /.../ w czasie ataku UPA na stację Lesko-Łukawica , na której stały transporty ludności zginęło zginęły trzy osoby (dwie kobiety i mężczyzna)”. Dlaczego raport polski Syrnyk zamieszcza tylko w przypisach? 

11 czerwca w okolicach Kalnicy koło Cisnej na minę najechały dwa wozy z ludnością cywilną i trzema żołnierzami, w wyniku czego wszyscy ponieśli śmierć. Litopys UPA, tom 33, podaje datę 14 czerwca oraz liczbę 40 ofiar śmiertelnych i 20 osób rannych (Syrnyk, s.328). „Według raportów UPA tego samego dnia doszło do podobnego zdarzenia w rejonie wsi Przysłup w pow. sanockim, choć tutaj akurat ofiarami mieli być wyłącznie wojskowi.” (Syrnyk, s. 328 – 329). „12 czerwca w okolicach Zawadki-Trzciańca miała miejsce potyczka oddziału UPA U-6 z spec-oddziałem (grupą manewrową) Wojska Polskiego (dowodzoną prawdopodobnie przez Mikołaja Dachowa). Według danych ukraińskiego podziemia, zapewne znacznie zawyżonych, w jej wyniku zginąć miało aż siedemnastu żołnierzy. Bardziej wiarygodnie brzmi natomiast informacja o stratach własnych – siedem osób.” (Syrnyk, s. 329) 13 czerwca banderowcy uprowadzili Władysława Olijarczyka; jego los pozostaje nieznany. (s. 329 – 330; Syrnyk nie podał miejscowości). 16 czerwca we wsi Mchawa UPA zamordowała Katarzynę Kochan, lat 42. 19 czerwca w rejonie wsi Kiełczawa w potyczce z UPA zginął żołnierz WP. (Syrnyk, s. 329). 20 czerwca w Lesku Ukraińcy zamordowali 3 Polaków. 20 czerwca w Roztokach Dolnych zgiął żołnierz WP, który powracał z wiecu agitacyjnego w Baligrodzie w związku z tzw. referendum ludowym wyznaczonym na 30 czerwca 1946 r. (Syrnyk, s. 330)

We wsi Tarnawa Wyżna pow. Turka (Bieszczady) w I połowie 1946 roku został zamordowany przez UPA Wasyl Niemiec leśniczy lasów dworskich majątku Witolda Kostyrkiewicza w Tarnawie Wyżnej. Z pochodzenia Ukrainiec, lojalny wobec właściciela majątku dr Witolda Kostyrkiewicza (Kosturkiewicza ?), który prowadził biuro notarialne w Samborze. Nastawiony przyjaźnie do Polaków. Mieszkał na uboczu wsi na tzw. Czerteżu.   (https://www.krosno.lasy.gov.pl/documents/149008/33416974/z.+III+Martyrologium+le%C5%9Bnik%C3%B3w+Podkarpacia+1938-49.pdf)    

Na s. 332 Syrnyk pisze: „Ani na chwilę nie zaprzestano prowadzonego przez cywilną siatkę OUN i podporządkowane jej bojówki poboru czy wręcz niekiedy rekwirowania żywności. Powodowało to nierzadko wrogie reakcje ze strony ludności.” /.../ „Wiosną i latem 1946 r. trwało także uzupełnianie stanów osobowych oddziałów UPA. Odbywało się to  w tym czasie najczęściej na drodze przymusowego poboru.”  

A przecież od zakończenia wojny w Europie minął już ponad rok.

Hasło „Zbrodnia w Terce” w Wikipedii: „Jedną z głównych przyczyn nasilenia wzajemnych uprzedzeń między ukraińskimi i polskimi współmieszkańcami Terki była działalność miejscowych księży greckokatolickich (ks. Josefa Kecuna i Lwa Salwyckiego) polegająca na podjudzaniu i nawoływaniu do wrogości wobec Polaków. W drugiej połowie lipca 1944 na terenie Bieszczad ukazały się obwieszczenia ukraińskich nacjonalistów wzywających Polaków do opuszczenia wiosek w ciągu jednego dnia, bez możliwości zabrania dobytku, za niewykonanie tego nakazu zgodnie z treścią obwieszczenia groziła śmierć.. W związku z niestosowaniem się do powyższych gróźb, nacjonaliści ukraińscy dokonali m.in. mordu 42 Polaków mieszkańców Baligrodu. Planowano także wymordować polskich mieszkańców Terki /…/ 4 lipca 1946 roku bojówki OUN uprowadziły 5 mieszkańców Terki; jednego Polaka i 4 Ukraińców (którzy zmienili wyznanie na rzymskokatolickie). Pośrednio w wyniku powyższego zdarzenia, kapitan Lucjan Zubert (zastępca dowódcy do spraw liniowych 36 Komendy) 6 lipca wydał rozkaz wzięcia zakładników. Tego samego dnia wieczorem przystąpiono to wykonywania rozkazu, według ustaleń UPA zebrano 43 zakładników, z których co najmniej ¼ uciekła w drodze do miejsca docelowego, którym była Wołkowyja. Dzięki wstawiennictwu cywilnych Polaków uwolniono kolejnych kilka osób. Nazajutrz wystosowano ultimatum z żądaniem wypuszczenia osób uprowadzonych przez bojówki ukraińskie, w zamian za puszczenie wolno przetrzymywanych ukraińskich mieszkańców Terki. Tego samego dnia wieczorem (7 lipca) bandy ukraińskie przyprowadziły dwóch zakładników (Polaka i jednego z Ukraińców) do Terki i powiesili na przydrożnym drzewie, uprzednio rozbijając im głowy kolbami. Następnego dnia, po otrzymaniu wiadomości o zamordowaniu dwóch osób, podjęto decyzję o rozstrzelaniu zakładników. Akcją kierował osobiście kap. Lucjan Zubert. 8 lipca zakładnicy zostali doprowadzeni ponownie do Terki (podczas marszu udało się zbiec jednej osobie) i zapędzeni do drewnianego domu. Tutaj uwolniono kolejnych 5 osób, a 3 mężczyzn zabrano na cmentarz do kopania grobu dla powieszonych przez SB OUN, poza tym z chaty zbiegł jeden chłopiec Wasyl Soniak, który przeżył masakrę a potem jego zeznania zostały spisane i porównane z zeznaniami żołnierzy WOP z Wołkowyi. W chacie pozostało 20 osób (nie licząc chłopca, któremu udało się uciec): przede wszystkim kobiety i dzieci. Bestialstwa tego dokonało bezpośrednio 2 żołnierzy pochodzących z Kresów Wschodnich, którzy podobno mieli się zgłosić do wykonania tego zadania na ochotników, ponieważ ich bliscy zostali zamordowani przez podziemie ukraińskie. Pozostali żołnierze pilnowali otoczenia budynku. Morderstwa dokonano na tych cywilach ukraińskich przy użyciu pistoletu maszynowego i obrzuceniu wnętrza budynku granatami, następnie chatę oblano benzyną i podpalono. Zginęło 20 niewinnych osób. Prócz wspomnianych ofiar żołnierze po tym zdarzeniu zamordowali kolejnych 7 ukraińskich mieszkańców Terki, oraz 3 mężczyzn odprowadzonych wcześniej na cmentarz. Żołnierze WOP zabili w sumie 30 osób i spalili kilkanaście gospodarstw.

W 1999 roku, w sprawie tej Delegatura IPN w Rzeszowie prowadziła śledztwo nr S 7/00/Zk, w toku którego udało się ustalić jednego sprawcę – był nim Hryhorij Łoszycia, Ukrainiec, współpracujący z żołnierzami Odcinka WOP w Wyłkowyi, nie postawiono mu zarzutów bowiem już nie żył (zmarł w 1991r.). Zarzuty przedstawiono także dwóm byłym żołnierzom 36 Komendy Odcinka WOP, lecz z braku dostatecznych dowodów winy prokuratura zmuszona była odstąpić od oskarżenia” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnie_w_Terce )  Na jabłoni powieszeni zostali Jan Gankiewicz i Michał Łoszyn. 

Ze sprawozdania Stefana Golesza – nadrejonowego prowidnyka UPA wynika, że zamordowanych zostało 20 zakładników: strzelano do nich z automatów, obrzucono granatami, a potem chałupę podpalono. Następnie jeszcze wopiści zastrzelili trzech starców i dwóch chłopców lat 20 i 23 (zapewne członków UPA) złapanych na górze Korb nad wsią, czyli łącznie 25 osób.

Wikipedia podaje, że 8 lipca we wsi Teka pow. Lesko żołnierze WOP umieścili w drewnianym domu 21 osób wziętych jako zakładnicy.W morderstwie bezpośrednio uczestniczyło 2 żołnierzy pochodzących z Kresów Wschodnich, którzy prawdopodobnie mieli się zgłosić do wykonania tego zadania na ochotnika, ponieważ ich bliscy zostali zamordowani przez podziemie ukraińskie. Pozostali żołnierze pilnowali otoczenia budynku. Morderstwa dokonano przy użyciu pistoletu maszynowego i obrzuceniu wnętrza budynku granatami, następnie chatę oblano benzyną i podpalono. Zginęło 20 niewinnych osób. Prócz wspomnianych ofiar, żołnierze po tym zdarzeniu zamordowali kolejnych 7 ukraińskich mieszkańców Terki, oraz 3 mężczyzn, odprowadzonych wcześniej na cmentarz. Żołnierze WOP zabili w sumie 30 osób i spalili kilkanaście gospodarstw. W 1999 roku w tej sprawie Delegatura IPN w Rzeszowie prowadziła śledztwo nr S 7/00/Zk, w toku którego udało się ustalić jednego sprawcę – był nim Hryhorij Łoszycia, Ukrainiec, współpracujący z żołnierzami Odcinka WOP w Wyłkowyi. Nie postawiono mu zarzutów, bowiem już nie żył (zmarł w 1991). Zarzuty przedstawiono także dwóm byłym żołnierzom 36 Komendy Odcinka WOP, lecz z braku dostatecznych dowodów winy prokuratura zmuszona była odstąpić od oskarżenia.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnie_w_Terce )

Na s. 340 J. Syrnyk pisze: „Ogromne znaczenie dla rozkładu sieci relacji miały akcje podjęte przez wojsko wobec cywilnych mieszkańców, tak jak miało to miejsce w Terce. W tym sensie mord terczan należy traktować nie tylko w kategoriach symbolicznych, jako akt barbarzyńskiego okrucieństwa, ale także jako istotny etap „w grze” prowadzonej przez Wojsko Polskie i UPA. Nie chodziło w niej o pokonanie upowców, ale o ich fizyczną eliminację. Kwestią otwartą pozostaje pytanie jak daleko rozciągana była definicja pojęć upowiec/banderowiec zarówno w umysłach żołnierzy, milicjantów, bezpieki i cywilnych obywateli narodowości polskiej, jak i przede wszystkim – decydentów politycznych w Warszawie i Moskwie. Pytanie na tyle zasadne, że dotykające samego jądra problemu ukraińskiego, jego ontologicznej wartości. Co istotne, granice pojęcia banderowiec, nie tylko rzutowały na funkcjonowanie tzw. kwestii ukraińskiej tuż po II wojnie światowej w Polsce, czy przede wszystkim w ZSRR, ale również dziś mają aktualny walor.”

Zdumiewa ta nadzwyczajna troska ze strony ukraińskich historyków, dziennikarzy, polityków i działaczy o morale i stan umysłów obywateli narodowości polskiej -  i to na przestrzeni wieków, zarówno w Rzeczypospolitej Obojga narodów, w II RP i aktualnie w III RP.  Wołodymyr Pawliw, Lwów w artykule: „Ukraińskie psychozy” pisze: „Ukraińskie psychozy” Galicjan mają długą tradycję. Można je nawet teraz podzielić na trzy kategorie: psychozy związane z ukraińską historią, z okresem niepodległości państwowej, i z prawdopodobnym zbliżeniem Ukrainy z Unią Europejską.  Psychoza - to naruszenie aktywności umysłowej, przy której reakcje psychiczne są rażąco sprzeczne z realną sytuacją. Znajduje to odzwierciedlenie w zaburzeniu postrzeganiu realnego świata i w dezorganizacji postępowania. Na przykład, gdy krzyczą „Heil!” pod portretami Bandery i Szuchewycza, a potem wyłażą ze skóry, aby udowodnić, że ci na portretach nie byli faszystami. Stoją w kolejce po wizy do pracy pod konsulatami europejskimi i wzdychają nad „homosiami” i „brakiem duchowości” w UE. Mówią, że za Zbruczem - sami Moskale, aby następnie z pianą na ustach udowadniać, że Ukraina jest jedna i niepodzielna. /.../ Tutaj warto postawić trudne pytanie: czy opanowany przez „psychozy ukraińskie” Galicjanin rzeczywiście jest człowiekiem o mentalności europejskiej, którą „reklamujemy” wśród naszych europejskich przyjaciół? Jego zachowanie skłania do odmiennej opinii, i z pewnością nie służy sprawie zbliżenia z Europą. Przede wszystkim chodzi o psychiczne niedostosowanie, które przejawia się w propagandzie nazistowskich i neonazistowskich symboli i modelów zachowań. Następnie - o zaliczanie w dyskursie publicznym do kategorii „okupantów” wielu narodów europejskich, z którymi żyliśmy od wieków, kształtowaliśmy i rozwijaliśmy się ramię w ramię, obok siebie, i którym w rzeczywistości wiele zawdzięczamy. Wieloletnia galicyjska retoryka antypolska, werbalne przejawy antysemityzmu, wrogie ekscesy galicyjskich nacjonalistów w stosunku do pomnika węgierskiego na przełęczy Werećkiej lub ataki na węgierskich nastolatków w Użhorodzie (a tam nacjonalizm ukraiński jest jednoznacznie postrzegany jako „galicyjska zaraza”) - wszystko to czyni właśnie Galicję tym regionem Ukrainy, który może być najbardziej kłopotliwy dla Europy. /.../ Kto wie, może żywotność „psychoz ukraińskich” wśród Galicjan związana jest z niemożnością i niechęcią do przyjęcia na siebie odpowiedzialności za swój własny los historyczny, wzięcia się do czasochłonnej i żmudnej pracy przy budowaniu własnego dobrobytu, bezpieczeństwa i przyszłości.” (Wołodymyr Pawliw, Lwów /Zaxid.net, 11.11.2013/; za: http://ww.kresy.co/artykuly/psychozy.htm ).

Trzeba dostrzec te „ukraińskie psychozy” ujawniane przez Ukraińców działających w Polsce. Niezależnie od tego, jak głębokie mają podłoże psychiczne i czy są one wynikiem wieloletniej indoktrynacji zbrodniczą ideologią integralnego nacjonalizmu ukraińskiego. Psychiatria twierdzi, że zjawisko zwane „psychozami” powoduje tak głębokie zmiany w strukturze mózgu, że leczenie jest nieskuteczne. Skuteczne są klarowne przepisy prawne i skuteczne działanie „państwa prawa”. Dlatego w Niemczech nie ma upamiętnień Hitlera czy Goebbelsa, natomiast na Ukrainie pomników Bandery, Szuchewycza czy Klaczkiwśkiego jest więcej niż koszy na śmieci.

Syrnyk także nie widzi potrzeby zajmowania się „barbarzyńskim okrucieństwem” dokonanym przez „ukraińskich powstańców” na dwustu tysiącach polskiej ludności cywilnej, ale z ogromną troską pochyla się nad takim okrucieństwem w stosunku do dwudziestu osób narodowości ukraińskiej. To „uetycznienie historiografii” dokonywane przez Syrnyka, obejmuje już od dawna wiele innych dyscyplin, np. socjologię (ważny problem „uetycznienia” prowadzonych wywiadów), politykę, filozofię, psychologię, a nawet turystykę,

W nocy z 14 na 15 lipca we wsi Wołkowyja ukraińscy powstańcy zamordowali 32 Polaków a  4 uprowadzonych zaginęło bez wieści. „Około godz. 24oo oddziały UPA zaatakowały Wołkowyję. W wiosce stacjonował korpus Wojsk Ochrony Pogranicza oraz znajdował się Posterunek MO. Ponadto przebywało tu wielu mieszkańców sąsiednich wiosek, wcześniej zaatakowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Dwie grupy uderzyły na obiekty zajmowane przez wojsko i milicję, zaś trzecia zaczęła palić domy i zabijać mieszkańców narodowości polskiej. Od kul zginęli Franciszek P., Franciszek W., Stanisław F., Józef S., Jan P., Józef M., Michał F., Aleksandra Sz., Franciszek Sz., oficer Wojska Polskiego o nazwisku I. i jeden żołnierz. Ze szczególnym okrucieństwem sprawcy pozbawili życia: Stefanię P. – poprzez zakłucie bagnetem, Aleksandra W. – wykrojone nożem serce, ściągnięta z nadgarstków skóra, Antoniego P. – przebicie twarzy bagnetem, Franciszka J.– cios w skroń i poderżnięcie nożem gardła. Trzech nieustalonych z imienia i nazwiska żołnierzy zostało ciężko rannych. Nacjonaliści ukraińscy usiłowali dokonać zabójstwa Ludwika W. i mężczyzny o nazwisku K., ale na skutek zacięcia broni udało im się zbiec. W czasie trwającej do godz. 15oo walki, sprawcy spalili ok. 80 budynków mieszkalnych i gospodarczych wraz z dobytkiem należących do ludności polskiej. Śledztwo umorzono 27 sierpnia 2007 r. wobec niewykrycia sprawców czynu”. (IPN, sygn. akt S 69/07/Zi). „Nocą z 14/15 lipca 1946 kureń UPA „Rena” skoncentrował swoje siły wokół Wołkowyi w celu likwidacji zgrupowania WOP. O godz. 0.30 w nocy dokonano napadu na wieś połączonego z atakiem na strażnicę WOP równocześnie z kilku stron, od Terki, Zawozu, Polańczyka i Górzanki. Po pierwszym nieudanym szturmie UPA nastąpiły następne prowadzone z niezwykłą zaciętością. Atakujący starali się rozdzielić załogę na dwie części. Równocześnie specjalna bojówka SB UPA podpaliła wioskę i rozpoczęła mordowanie polskiej ludności. Wybranych Polaków wiązano i wrzucano żywcem do płonących budynków, a niektórym - przed wrzuceniem w ogień - humanitarnie podcinano gardła. W tak okrutny sposób zamordowano wówczas 32 osoby. Ok. godz. 4.30 broniąca się strażnica odparła ostatni atak. W strażnicy zginęło wówczas dwóch żołnierzy (oficer Rosjanin i milicjant), a 6 było rannych. Wycofując się upowcy uprowadzili do lasu 15 osób cywilnych i ślad po nich zaginął. Nie wiadomo do dziś gdzie i jaką śmiercią zginęli. Napastnicy spalili wówczas we wsi 27 polskich domów. Po nieudanym ataku sotnie zaczaiły się w pobliżu przygotowując zasadzkę na ewentualny pościg. Istotnie wysłano ze strażnicy grupę bojową w celu ścigania napastników. Przed wejściem w zasadzkę uratował żołnierzy towarzyszący im pies, który wyczuł bandę w lesie i ostrzegł. Wopiści w pośpiechu wycofali się z powrotem do garnizonu.”.  (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wo%C5%82kowyja)  

Syrnyk weryfikuje straty stwierdzając na s. 334, że w nocy z 14 na 15 lipca w Wołkowyi podczas napadu sotni UPA U-3 zginęło 18 osób, w tym dwóch napastników. Grzegorz Motyka podaje, że „ok. godz. 0.30 zbliżających się upowców pierwszy zauważył st. szer. Matuszczak. Chwilę potem otworzył do nich ogień z erkaemu, alarmując cały garnizon. /.../ Natarcie szło jednocześnie z kilku stron. Pierwszą grupę, od wsi Terka, prowadził 17-letni chłopak z przymocowaną do ręki dla wskazania kierunku białą szmatą, druga grupa szła od wsi Zawóz,  trzecia od Polańczyka,  czwarta zaś od Górzanki. /... / W tym samym czasie specjalna grupa banderowców podpaliła wioskę, po czym rozpoczęła mordowanie polskiej ludności. Wybrane osoby wiązano i żywcem rzucano w ogień, niektórym „humanitarnie” podcinano wpierw żyły. Zginęło w ten sposób, według jednych danych – jedenaście, według innych – trzydzieści dwie osoby, cztery osoby uprowadzono. Być może byli to wyłącznie członkowie ORMO” (G.  Motyka..., s. 376; Tak było w Bieszczadach).  Siekierka na s. 415 odnośnie wsi Wołkowyja podaje, że nocą z 14 na 15 lipca UPA zamordowała tutaj: 3 Polaków z Zawozu, 3 Polaków z Terki, 36 Polaków cywilnych, mieszkańców wsi, 2 żołnierzy WP;  spalonych zostało 15 gospodarstw.  

15 lipca we wsi Wołkowyja upowcy zamordowali Polkę, Rozalię Pacławską, lat 21. W nocy z 15 na 16 lipca we wsi Bukowiec  pow. Lesko zamordowany został Michał Fryczek. „W dniu 16 lipca 1946r. na trasie miejscowości Stężnica – Wołkowyja zaginął Antoni P., który szedł do Wołkowyi odwiedzić rodzinę. Ponieważ tereny te były opanowane przez oddziały nacjonalistów ukraińskich przypuszczano, że poniósł śmierć z ich rąk.. Śledztwo w tej sprawie zakończono 27 sierpnia 2007r. wydaniem postanowienia o jego umorzeniu” (IPN, sygn. akt S 69/07/Zi). W nocy z 16 na 17 lipca nastąpił ponowny atak na Wołkowyję, zginęło 3 żołnierzy WP oraz 6 zostało rannych. (Syrnyk, s. 335). Źródło ukraińskie podaje, że zginęło 77 osób. Raport MO, że zostało zabite 34 osoby (2 żołnierzy i 32 osoby cywilne) oraz uprowadzono 15 osób. PUBP w Lesku podało, że zginęło 19 osób (1 oficer i 5 żołnierzy oraz 13 osób cywilnych). (Syrnyk, s. 325, przypis).

18 lipca w Zawadce zostali uprowadzeni i zamordowani przez UPA: Konopelski Zdzisław rolnik, Konopelski Władysław (członek PPS), Konopelski Tadeusz (http://www.rodaknet.com/rp_wycislak_28.htm). 24 lipca we wsi Brzozowiec podczas walki z UPA zginęło 9 osób: 8 żołnierzy WP oraz 1 osoba cywilna (Syrnyk, s. 336) Tego dnia we wsi Łubne UPA uprowadziła jednego żołnierza WP (Syrnyk, s. 336) 25 lipca we wsi Przysłup k. Cisnej banderowcy uprowadzili i zamordowali sołtysa Antoniego Pasławskiego. 26 lipca  we wsi Ustianowa w walce z UPA poległ milicjant Stanisław Stach. W nocy 31 lipca połączone sotnie „Rena” i „Bajdy” dokonały równoczesnych napadów na posterunki MO w Baligrodzie, Kopalnianym, Zahoczewie. Po ciężkiej walce posterunki w Kopalnianym i Zahoczewie zostają rozbite. Załoga w Baligrodzie, mimo strat, zdołała się obronić. Pod Tworylnem sotnia Bira ostrzelała kolumnę okolicznych mieszkańców przechodzących przez granicę Związku Radzieckiego: mężczyzn, kobiety, dzieci, starców, furmanki załadowane dobytkiem, krowy,  konie,  owce,  kosze z kurami,  toboły statków domowych, wory z zeszłorocznym ziarnem. „Przeszło godzinę trwała masakra. /.../ Siedemnaście osób cywilnych zabitych, dwadzieścia jeden rannych” (J. Gerhard). Latem oddział WP zlikwidował obóz żandarmerii UPA położony w małej dolince pod Zawojem, nad rzeką Wetlinką. Zginęło kilku żandarmów i ich dowódca „Berkut”.

Rozbieżne są relacje dotyczące  rozprawy sotni „Bira” z ukraińską wioską Huczwice.  Zdzisław Konieczny podaje, że razem z Ukraińcami ze wsi Rabe zamordowanych zostało 20 osób. UPA spaliła żywcem mężczyzn, starsze kobiety i dzieci, a na młodych kobietach i dziewczętach dokonali gwałtów (Stosunki polsko-ukraińskie..., s. 388). Była to kara za oddanie państwu polskiemu obowiązkowych kontyngentów. Gerahrd twierdził, że za koszenie trawy na łąkach wysiedleńców.

C.D.N.

Template Design © Joomla Templates | GavickPro. All rights reserved.