Dzisiaj jest: 2 Marzec 2021        Imieniny: Halszka, Helena, Radosław
Niezwykły  człowiek  rodem  z Podola

Niezwykły człowiek rodem z Podola

Urodził się 31 stycznia 1867 r. W Dumanowie na Podolu, pod zaborem rosyjskim, w rodzinie o głębokich tradycjach patriotycznych. Jego dziadek i ojciec brali udział w powstaniach listopadowym i styczniowym.…

Readmore..

Saga Rodu Mireckich

Saga Rodu Mireckich

Prezes Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów im. Ks. Bronisława Mireckiego w Przemyślu, pan Stanisław Szarzyński jest autorem poniższego wpisu: Niedziela 7 luty 2021r. Pani major Maria Mirecka- Loryś ukończyła…

Readmore..

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Gabriel Narutowicz herbu własnego (ur. 17 marca1865 w Telszach (dzisiaj Litwa). zm. 16 grudnia 1922 w Warszawie) – polski inżynier hydrotechnik, elektryk, wolnomularz, profesor Politechniki w Zurychu, minister robót publicznych,…

Readmore..

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

W marcowej gazecie m.in: 10. lutego dzień pamięci holocaustu Polaków sowieckich łagrów......str 6ORGANIZACJE ZBRODNICZE 14 DYWIZJA GRENADIERÓW WAFFEN SS......str 7Polską historię fałszują mniejszości narodowe za polskie pieniądze......str 9100.rocznica podpisania Traktatu…

Readmore..

Alfabet wołyński  - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

Alfabet wołyński - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

W 2020 roku na półkach księgarskich znalazła się nowa pozycja zwiazana z Wołyniem. Jak informuje autorka: "Alfabet wołyński" to historia Wołynia ujęta w formie słownika, ukazuje zatem w formie skróconej…

Readmore..

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

Józef Wittkin polski poeta, prozaik i tłumacz żydowskiego pochodzenia. Autor powieści, esejów i utworów poetyckich. Współpracownik Radia Wolna Europa. Jego najwyżej cenionym utworem jest powieść "Sól ziemi" (1935 r.).Józef Wittlin…

Readmore..

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Gdybym tam wrócił pewnie bym nie zastał ani jednego cienia z domu mego ani drzew dzieciństwa ani krzyża z żelazną tabliczką ławki na której szeptałem zaklęcia kasztany i krew ani…

Readmore..

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

Dobra wiadomość dla szukających krewnych z parafii katolickiej Kostopol na Wołyniu, od dziś posiadamy kopię metryk z lat 1923-1928, 1930-1941. Gdzie ich szukać? GoForetime - genealogical research in Eastern Europe…

Readmore..

Bieszczadcy leśnicy postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA

Bieszczadcy leśnicy postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA

Z relacji świadków wynika, że Polacy umierali w męczarniach. Członkowie UPA zamordowali Polaków przy pomocy siekier, wideł i kos. Leśnicy z Bieszczad postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA.Obelisk i krzyż…

Readmore..

Co się stało z polskimi wsiami na Wołyniu?

Co się stało z polskimi wsiami na Wołyniu?

/ Osada krechowiecka na Wołyniu, młockarnia (fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak Horyzont) Jak podaje IPN, z około 2500 miejscowości, w których w 1939 roku mieszkali w województwie wołyńskim Polacy, w…

Readmore..

KAROLINA LANCKOROŃSKA	  -WSPOMNIENIA WOJENNE. cz.2

KAROLINA LANCKOROŃSKA -WSPOMNIENIA WOJENNE. cz.2

W listopadzie Niemcy i Moskale zawarli coś w rodzaju układu, który umożliwił w ciągu paru dni legalne przejście przez San dużej ilości uchodźców. Wszyscy przedwojenni mieszkańcy naszych stron, poza starcami…

Readmore..

PAMIĘTNIKI KSIĘDZA MAJORA ANTONIEGO KIJA. CZEŚĆ II - LWÓW 1936-1939

PAMIĘTNIKI KSIĘDZA MAJORA ANTONIEGO KIJA. CZEŚĆ II - LWÓW 1936-1939

Antoni Kij (ur. 13 czerwca 1916 w Stryju, zm. 12 sierpnia 1984 w Gdyni) - ksiądz katolicki, męczennik, nauczyciel, kapelan i oficer Wojska Polskiego, długoletni proboszcz w Środzie Śląskiej, Malczycach,…

Readmore..

KAROLINA LANCKOROŃSKA -WSPOMNIENIA WOJENNE. cz.2

W listopadzie Niemcy i Moskale zawarli coś w rodzaju układu, który umożliwił w ciągu paru dni legalne przejście przez San dużej ilości uchodźców. Wszyscy przedwojenni mieszkańcy naszych stron, poza starcami i dziećmi, podlegali przymusowi pracy. Jedynie karta pracy dawała prawo do egzystencji, do mieszkania, do jedzenia, nieomal do powietrza i wody. Kto nie pracował, był wrogiem rewolucji. Wedle artykułu 118 Konstytucji każdy obywatel ma prawo do pracy i do zapłaty wedle ilości i gatunku pracy. Na takie zasady istnienia społeczeństwa można się bezwzględnie zgodzić. Jedynym pracodawcą jednak jest Państwo. Jeśli ten, który nie pracuje, ma zginąć, i jeśli tylko Państwo może dać pracę, to ten jedynie otrzyma prawo do egzystencji, któremu Państwo, tj. Partia chce tę pracę dać. Innymi słowy - kto się Partii nie podoba, nie otrzyma pracy i musi zginąć. Odkrycie to było dla nas wstrząsem. Życie prywatne pozostawało więc wszędzie i zawsze pod kontrolą władz, które docierały do każdej jego komórki. Każdy kontakt z władzą (a tych żadną miarą nie dało się uniknąć) miał jeszcze i konsekwencje inne. Obywatel był bez przerwy prowokowany i zmuszany do wypowiadania swego zdania co do reżimu, zmiany ustroju, nowych stosunków itd.

Był ciągle pytany, czy uważa sowieckie rozwiązanie problemu społecznego za sprawiedliwe, czy mu się podobają zaprowadzone reformy, czy - to pytanie najczęściej wracało - czuje się dobrze w Sowietach, czy się raduje z ich przybycia. Wymijające odpowiedzi były bardzo źle widziane, a każde słowo było brane nieomal pod mikroskop- Zaostrzały się tymczasem też problemy szkolne.

Szkoły zostały szybko po wkroczeniu ponownie otwarte, nowy plan zajęć równie szybko wprowadzony w życie. Dużą ilość godzin poświęcono na naukę języka ukraińskiego; tak samo jak na uniwersytecie, języka rosyjskiego nie uczono. Polski został zredukowany do czytania i pisania, nauka religii skasowana. Na jej miejscu urządzano pogadanki o raju sowieckim, o dobroci bat'ki Stalina, najlepszego opiekuna, o okrucieństwach panów polskich i o prześladowaniu robotnika. Ta propaganda sprawiała rodzicom najwięcej kłopotu, bo dzieci reagowały na nią bardzo źle albo raczej tak doskonale, że liczba aresztowanych wzrastała z każdym dniem. Jeśli chodzi o historię i literaturę polską oraz o naukę religii, to dzieci w latach wojennych kształcone niewątpliwie o tych rzeczach wiedziały znacznie więcej niż ich poprzednicy. Uczono się w domu przedmiotów zakazanych z namiętnością dawniej nie widzianą, Polsku i religia zlały się w młodzieńczych umysłach w jedną nierozerwalną całość, zgodnie z tradycją, a wylana za te ideały ofiara krwi młodzieży szkolnej była również zgodna z tradycją...

Przyznać trzeba, że poza skasowaniem nauki religii w szkole, prześladowania religijnego w prawdziwym tego słowa znaczeniu, wbrew oczekiwaniom, nie było. Księża oczywiście znajdowali się pod bardzo ścisłą obserwacją, ale aresztowań wśród kleru, o ile nie wyszły konkretne polityczne powody, nie było. Zabrano się w inny sposób do życia religijnego. Nałożono olbrzymie podatki na kościoły. Miałam o rozwoju tych spraw regularne wiadomości z domu. W czysto polskiej wsi Chłopy pod Komarnem wystawiliśmy właśnie nowy, duży kościół, gdy wybuchła wojna. Władze sowieckie nałożyły zań olbrzymi podatek na wieś, która w okresie wojennym dużo zarabiała i podatek natychmiast zapłaciła. Nie dość na tym. Chłopi na wyścigi pracowali nad wykończeniem kościoła i kupowali urządzenie wewnętrzne. Raz, idąc ulicą Sykstuską, usłyszałam za sobą ostentacyjnie głośne: 

"Niech będzie pochwalony!"

To jeden z gospodarzy chłopskich z ogromnym worem na plecach.

"A pani nic nie wiedzą, co ja tam mam!" - oświadczył, mrugając obiecująco.

"Nie mogę wiedzieć, ale jestem bardzo ciekawa".

"A świętego Antoniego, właśnie go kupiłem" - brzmiała odpowiedź triumfalna.

"Proszę pani, oni tacy głupi, jak przechodzą koło budowy, to na nas wołają, żeśmy wariaty, i nie wiedzą, że przecież ten jest wariat i dureń, który w Pana Boga nie wierzy".

Tego samego zdania byli dość często niektórzy bolszewicy, którzy podobno wcześnie rano, gdy jeszcze było ciemno, wsuwali się cichutko do konfesjonałów, a po spowiedzi przystępowali do Stołu Pańskiego. Opowiadano sobie, że pewnego dnia ksiądz, gdy rozdawał Komunię św., przystanął nagle i zawahał się, widząc klęczącego przed sobą sowieckiego żołnierza. Ten zrozumiał, o co chodzi, podniósł głowę i powiedział podobno półgłosem: "Dawajte mi Boha!", na co kapłan miał uczynić zadość jego życzeniu.

Chłopi przyjeżdżali do mnie dość często, opowiadali, co się w domu dzieje, a uważali, że się dzieje bardzo źle. Głównym celem tych wizyt było zasięgnięcie informacji o sprawach publicznych. Miałam ja im powiedzieć, "jak długo to jeszcze trzeba będzie czekać, kiedy nareszcie będzie znowu Polska". Ziemię folwarczną rozdano między nich, z podziału nie byli zadowoleni, spostrzegli się przy tym, że tej ziemi jest mało, a fakt, że ją otrzymali za darmo, napełniał ich nieufnością w stosunku do tych, którzy im tę ziemię dali, nie będąc jej właścicielami. Wobec mnie przynajmniej akcentowali, że uważają ten stan za prowizoryczny. Niepokoili się też wyraźnie, gdy spostrzegli, że się mnie osobiście wcale nie spieszy do ewentualnego powrotu do dawnych stosunków, do wielkiej odpowiedzialności i do wielkiej niechęci, którą ostatnio w dużej części społeczeństwa tzw. wielka własność była otaczana. Wracając ode mnie, opowiadali w Komarnie, że "jej bez nas wcale nie jest źle, zarabia sobie na uniwersytecie i ma nareszcie spokój. Całkiem jej do nas niespieszno, a to niedobrze". Dopiero gdy zaczęto mówić otworzeniu kołchozów, zapanował wśród tych ludzi popłoch. Sytuacja tych włościan była szczególnie trudna, ponieważ chodziło o wsie rdzennie polskie, Chłopy, Buczały, Tuligłowy, o prastare kolonie kazimierzowskie.

Już przed wojną tarcia zawsze były silne między tymi wsiami, pod względem narodowościowym bardzo uświadomionymi i mówiącymi prześliczną, trochę archaiczną polszczyzną, a otaczającym je morzem ukraińskim. Teraz trzymali się świetnie, ale było im ciężko bardzo. Raz przyszedł do mnie gospodarz z sąsiedniej wioski Klicko-Kolonia, Była to osada nowa, powstała po pierwszej wojnie światowej, gdy mój ojciec rozparcelował dawny folwark Klicko. Nabywcami tej ziemi byli wyłącznie chłopi polscy z wsi sąsiednich -elementu napływowego tam w ogóle nie było. Gość był wyraźnie stroskany i przygnębiony, po rozwlekłych rozmowach o rzeczach obojętnych powiedział nagle:

"Ja dziś tu przyjechałem, bo u nas jest coś nowego, a ja jeszcze nie wiem co".

"Co takiego? Powiedzcie!"

"A zapisują nas".

"Kogo?"

"No nas, cośmy ziemię folwarczną kupili po tamtej wojnie, całe Klicko-Kolonię".

"Kto zapisuje?"

"A Sowieci, co się zjechali. Co tu robić?"

"Starajcie się, aby nie robili dokładnych spisów".

"A kiedy Ukraińcy nasi tak strasznie pilnują, że każdą duszę liczą, każdego dziecka się doszukują. Żeby to tylko nie było na jaki wyjazd do Rosji, bo coś tak Ukraińcy gadają".

"Chcą was straszyć, to przecież nie do pomyślenia".

Poszedł. To było w styczniu, było wcześnie rano i bardzo ciemno. 11 lutego w dzień równie ciemny, równie wcześnie rano, wpadł do mojego mieszkania chłop z Buczał, który na Andzi i na mnie zrobił wrażenie obłąkanego. Bełkotał i płakał; krzyczał, że pojechali. Było 30 stopni mrozu, próbowałam więc doprowadzić go do przytomności za pomocą ciepłego napoju. Wypił i usiadł. Wtedy się dowiedziałam, że w nocy przyszło wojsko i zabrało w bardzo krótkim czasie całe Klicko-Kolonię, tzn. wszystkie te rodziny, które, pochodząc z sąsiednich wsi polskich, osiadły po pierwszej wojnie na byłych gruntach folwarcznych. Ukraińcy z pobliskich wsi w pół godziny po wypędzeniu naszych ludzi, jeszcze w nocy, zajęli zagrody. Deportowanym pozwolono zabrać tylko to, co "w prędkości" zdołali wziąć ze sobą, trochę jedzenia i pierzyny. Sądząc z opowiadania, mieli najwyżej godzinę czasu.

"Dokąd ich zabrali?"

"Na pociąg".

"A pociąg?"

"Jeszcze stoi u nas na stacji, ale sołdaty nikogo nie dopuszczają"-

Podczas całej tej sceny jedna myśl mnie prześladowała, mianowicie że Klicko-Kolonią nie może być odosobnione, że tu chyba chodzi o coś jeszcze gorszego.

"Czy zabrali kogoś z Buczał?" - zapytałam.

"Nikogo, ani od nas, ani z Chłop".

Po godzinie odszedł, obiecując wrócić, jak się tylko dowie czegoś nowego.

W południe już był drugi. Był to człowiek osobiście mi nieznany, równie nieprzytomny jak jego poprzednik, ale u niego objawiało się to inaczej. Był to bowiem nie chłop tym razem, lecz inżynier spod Lwowa. Ten nie bełkotał ani nie płakał, tylko mówił tak straszliwie prędko urywkami zdań, że zrozumieć go było bardzo trudno, przy tym jeszcze przerywał te opowiadania ciągle powtarzającym się, kategorycznym żądaniem pomocy ode mnie. Po jakimś czasie zrozumiałam, że jest szwagrem leśniczego, którego tej nocy z żoną i dwumiesięcznym dzieckiem wywieziono z lasów komarniańskich. Inżynier mówił, że pociąg jeszcze stoi w Komarnie, że leśniczemu udało się podać dziecko matce żony, która się zbliżyła do wagonu, ale żołnierz sowiecki zobaczył i zmusił babkę do oddania dziecka matce. Od owego inżyniera też się dowiedziałam, że na kilku stacjach między Lwowem a Komarnem stoją pociągi pilnowane przez wojsko, z których to pociągów rozlegają się śpiewy. Po południu przyszła wizyta trzecia. Tym razem był to starszy gospodarz ze wsi Chłopy. Ten znowu nie gadał prawie nic, siedział w kuchni, zaciskając pięści. Gdy po chwili trochę odtajał, powiedział, cedząc każde słowo, że on doskonale wie, którzy to Ukraińcy zrobili Sowietom spisy tzw. kolonistów, i że żaden z nich żywcem nie wyjdzie z jego rąk, jak tylko będzie znowu Polska. Wydawszy to oświadczenie, prawie bez pożegnania wyszedł znów z mieszkania.

Zrozumiałam wtedy, jak olbrzymią siłą jest nadzieja zemsty i jak naiwnymi marzycielami jesteśmy my, którym się nieraz zdaje, że po tej strasznej kuracji współżycie obu narodów będzie nareszcie możliwe, że znajdziemy wspólną platformę.

Na drugi dzień, 12 lutego, popłoch padł na Lwów. Na wszystkich dworcach zjawiały się coraz to nowe pociągi, długie rzędy wagonów bydlęcych stawały na torach. Rozlegały się śpiewy. Najczęściej śpiewano Gorzkie żale, gdyż był to przecież Wielki Post. Pociągów pilnowało wojsko. Ludność miejska i podmiejska spontanicznie rzuciła się na dworce. Jeśli wagonów pilnował Kirgiz czy Kałmuk, to rady nie było; jeśli tam stał Moskal, udawał nieraz, że nic nie widzi, czasem nawet podawał sam wodę czy strawę, mleko czy lekarstwa przez malutkie zakratowane górne okienko. Zimno było straszliwie. Tak rozpaczliwe były wówczas te nieprzerwane mrozy, jak rozpaczliwa była we wrześniu nieprzerwana pogoda. Pociągów na dworcach ciągle przybywało. Wagony były zamknięte, zezwalano tylko i to nie zawsze - na wyrzucanie zwłok. Zbierano je wieczorem na torach. Dużo było wśród nich zamarzniętych dzieci. Pokazało się, że nie wszędzie można było zabierać pierzyny jak w Klicku, z niektórych wsi kazano ludziom wyjść bez niczego, jeśli tego żądał miejscowy ukraiński sowiet.

Pociągi przybywały z okolic na zachód i na północ od Lwowa, a wiadomości przychodziły zewsząd, ze wszystkich województw i powiatów zaboru. Zewsząd wywożono Polaków pochodzących z sąsiednich wsi, którzy nabyli ziemię po roku 1918, jako element "napływowy", "sztucznie" tam przez Rząd Polski usadowiony. Poza tym zabierano wówczas tylko zawodowych leśników. Na torach za dworcami lwowskimi stał cały park wagonów bydlęcych, przeciętnie po 80 osób w wagonie, Jedni umierali, drudzy się rodzili - a mróz trzymał. Wreszcie pierwsze pociągi ruszyły na wschód. Zawsze, bez wyjątku, w tej chwili najstraszniejszej godzinie rozbrzmiewał śpiew zawsze ten sam, a raczej zawsze te same dwie pieśni: Rota lub Boże, coś Polskę...

W tym czasie, nie pamiętam dnia, miałam wizytę jedną z najważniejszych w moim życiu. Odwiedził mnie ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który czasami przychodził w różnych sprawach pomocy. Gdy mu otworzyłam drzwi, uderzył mnie wyraz jego twarzy, spokojny, prawie radosny, nawet promienny jakby jakimś wewnętrznym szczęściem. Dziwny to był kontrast z otaczającym nas wówczas cierpieniem.

"Przyszedłem się pożegnać".

"A dokąd Ksiądz jedzie?"

"Nie wiem".

Usiadł i wyjął z jednej kieszeni mały kryształowy kieliszek.

"To z domu" - powiedział z uśmiechem.

Z drugiej kieszeni wyjął malutką książeczkę, w której minimalnymi literkami były wypisane teksty stałych części mszy.

Zrozumiałam. Wiedziałam, że księża starają się wcisnąć do wagonów w chwili odjazdu na wschód, że strażnicy pilnują, by to uniemożliwić, ale ze się czasami udaje. Mój gość mówił, że z władzą duchowną już swój wyjazd uzgodnił, że ma nadzieję, iż mu się uda wskoczyć do ruszającego już wagonu. Liczył, że to nastąpi w najbliższych dwóch dniach. Prosił o modlitwę, by mu się udało. Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach. Gdy zamknęłam za nim drzwi, miałam wrażenie, że smuga światła po nim pozostała. Wyjechał wkrótce potem.

Po kilku godzinach był dzwonek do moich drzwi. Otworzyłam. Stal tam nieznany mi robotnik. Nie przywitał się, nic wszedł, tylko powiedział: 

"Ksiądz Fedorowicz pojechał. Udało się". 

Odwrócił się i odszedł. Zdołałam tylko zawołać za nim jedno słowo: "Dziękuję" (K.L.).

To się działo 11, 12 i 13 lutego 1940 roku w całej wschodniej Polsce. Mniej więcej w dziesięć dni potem miejscowe władze ZWZ były już w posiadaniu wiadomości, wedle których wywieziono wówczas około miliona chłopów polskich. Obliczenie to później okazało się dość ścisłe. Trzeba było wytrzymać, o co było coraz trudniej. Owa upragniona i oczekiwana wiosna zbliżała się szybko, a na horyzoncie politycznym wszystko pozostawało bez zmian. Pocieszaliśmy się nawzajem, że oczywiście w radio nie mogą opowiadać o tym, co się w rzeczywistości dzieje, w chwili gdy zapewne przygotowują generalny atak. Ciągle jeszcze było strasznie zimno, a aresztowań było coraz więcej.

Coraz więcej też było wiadomości o torturach stosowanych przy wymuszaniu zeznań. Tortury te, poza biciem do krwi itd., były nieraz wzorowane na sposobach wschodnich, często stosowano wbijanie gwoździ za paznokcie. Katami byli nieraz Żydzi. Przyczyniła się do tego duża liczba Żydów pracujących w NKWD oraz skomunizowanie proletariatu żydowskiego, który w dużej części od początku okupacji stanął przy bolszewikach. Ale pocieszałam się tym, że byli też i inni. Pewnego dnia przyszedł do mnie nieznany mi człowiek, przeprosił, że nazwiska nie wyjawia, oświadczył tylko, że jest oficerem i że dlatego do mnie przychodzi. Prosił, abym wyniosła z mieszkania wszystko, co mam cennego, bo inaczej wszystko stracę -i zabiorą się do wszystkich Polaków, a ludzie o pochodzeniu "antyrewolucyjnym" są oczywiście bardziej jeszcze narażeni. Na końcu dodał, że przyszedł jako Żyd, z obowiązku, choć mnie osobiście nie zna, ale przyjść musiał do osoby, która się na uniwersytecie sprzeciwiała się biciu Żydów - i poszedł. Tego rodzaj u wizyty nieraz z "ofertą" i z nędzy - powtórzyły się jeszcze dwa razy.

Społeczeństwo polskie ciągle czekało. Mieliśmy dużo czasu i to bardzo nam ciążyło. Na uniwersytecie roboty nie mieliśmy żadnej, wykłady były na takim poziomie, że ich prawie nie trzeba było przygotowywać, a o pracy naukowej ani marzyć nie było można. Ten i mnie męczący brak wysiłku ciążył na całym Lwowie, nie tylko i uniwersytecie. Wszyscy, nie tylko Polacy, ale i Ukraińcy, i bolszewicy "importowani" byli zajęci przez wiele godzin dziennie, ale nie pracował nikt. Tępa ociężałość i bezgraniczna obojętność wobec idei, w którą nie wierzył nikt, charakteryzowały atmosferę. W tym czasie dawałam lekcje angielskiego jednemu z naszych profesorów, który okazał się zdolny, tak że po paru miesiącach można było pójść do lektury. Miałam przypadkiem książkę, która mi się wydała najbardziej odpowiednia: Lord Acton, History of Freedom. Wątpię, czy prześliczna ta książka była kiedykolwiek czytana z większym przejęciem i zrozumieniem niż wówczas, gdyśmy ją czytali w rację tego najwyższego dobra, które jest jej wzniosłym tematem. Jej lektura była dla nas jakby jakimś protestem, jedynym dla niedostępnym, ale bardzo silnym, bo duchowym, wobec tego wszystkiego, co się wokoło nas działo.

W tym samym czasie nadchodziły z Komarna wiadomości różne. Został tam zaaresztowany dyrektor lasów, Karol Dudik, najwierniejszy przyjaciel naszej rodziny od lat trzydziestu paru. Przypłacił życiem przywiązanie do swojej pracy, bo Komarna nie opuścił, pomimo błagalnych mych próśb. Moskale go wkrótce wywieźli, wreszcie gdzieś umartw tej Rosji bezmiernej. Rodzina jego została wywieziona do Kazachstanu po jego aresztowaniu, Wtedy też dano mi znać, że przyszło z NKWD ze Lwowa zapytanie do lokalnych władz w Komarnie o mój stosunek do ludności przed wojną. Komitety gminne wystawiły mi świadectwo pochlebne, a kopię przestały uniwersytetowi. Miałam niemiłe przeczucie, gdy się o tym dowiedziałam, lecz wkrótce byliśmy wszyscy zajęci sprawami ważniejszymi.

Minęła Wielkanoc i z nią chwila wielkiego płaczu w kościele podczas intonowania pieśni Wesoły nam dzień dziś nastał. Święta wypadły na koniec marca, a 10 kwietnia Europa zatrzęsła się w posadach. Hitler zajął Danię i zaatakował Norwegię! Obudziliśmy się jakby z koszmarnego snu. Nareszcie! Zdawało się nam, że o tej samej porze, w której ruszają rzeki górskie wyswobodzone z pęt zimowych, potok wypadków i zacznie z nas zdzierać te więzy straszliwe. Nie odchodziliśmy od radia. Nic nas innego nie obchodziło. Wszystkie nieprzyjemności czy niebezpieczeństwa osobiste zdawały się niczym, "a zresztą - to już teraz tak niedługo". Toteż nie bardzo mnie wzruszyła wiadomość Andzi, że od dwóch dni coraz to przychodzi jakiś wysoki major i pyta o mnie. Andzia też wspomniała, że jego czapka ma denko granatowe. Wreszcie mnie zastał. Był to Rosjanin nie mający w sobie nic wulgarnego, wprost wykwintny w swych manierach, wysoki blondyn. Przedstawił się jako major Bedjajew. Usiadł i oświadczył mi bardzo grzecznie i bardzo spokojnie, że u mnie zamieszka. Odpowiedziałam, że mam już sublokatorów i że zresztą mieszkanie moje, jako członka uniwersytetu, jest zwolnione od rekwizycji, i wskazałam na bumagę wiszącą na drzwiach, jeszcze od chwili pokonania Pawłyszeńki.

Major tego wszystkiego wysłuchał, po czym powiedział spokojnie: "Wy już nie pracujecie na uniwersytecie", i podał mi pismo, które wyjął z portfela - było bardzo krótkie, skierowane do Bedjajewa z uniwersytetu, donoszące mu, że jestem zwolniona z pracy.

Powiedziałam, póki nie otrzymam oficjalnego zawiadomienia, nie mogę uważać za zwolnioną, muszę nawet zaraz iść na uniwersytet, bo mam wykład. Major odpowiedział tonem bardzo układnym, że dobrze i że zawiadomienie otrzymam.

Poszłam na uniwersytet. W zakładzie nikt o niczym nie wiedział. Poszłam na wykład. Przed wejściem do sali zastąpiła mi drogę nieznajoma pani i poprosiła o chwilę rozmowy w cztery oczy. Weszłyśmy w boczny korytarz. Tam mi powiedziała, że jest wsypa w ZWZ, prawdopodobnie chodzi o zdradę, że parę osób z mojej paczki wzięto, że ją przysłał znajomy inżynier, z którym mieszka w jej domu.

Przypomniałam sobie w tej chwili nazwisko jej na tabliczce jednego z parterowych mieszkań tejże kamienicy. Mówiła dalej, że mam uciec natychmiast, do mieszkania nie wracać. Wierzyłam tej osobie, ale l nie było wolno bez rozkazu wdawać się w rozmowy z nią, zresztą wiedziałam, że ów inżynier jest człowiekiem bardzo szlachetnym i nerwowym, więc to, co mówiła, nie wydało mi się koniecznie prawdą.

Powiedziałam, że nic nie rozumiem, o niczym nie wiem i że muszę iść na wykład. Weszłam na salę i mówiłam o wczesnych rzeźbie Donatella. Tego samego dnia otrzymałam drogą oficjalną paszport kategorii I, tj. zamianowano mnie jako profesora uniwersytetu obywatelką sowiecką najwyższej użyteczności dla państwa. Wiedziałam że taki paszport, wydawany rzadko, chroni "absolutnie" przed wywozem i że władze sowieckie zamanifestowały w ten sposób, że dla moich kwalifikacji naukowych przeszły do porządku dziennego nad hańbą mojego pochodzenia.

Na drugi dzień, 11 kwietnia rano przyszło pismo, takie samo jako to, które pokazywał Bedjajew, zwalniające mnie z pracy na uniwersytecie, zaadresowane do zakładu. Profesor Podlacha, stojący na czele zakładu, poszedł w tej sprawie do "rektora" Marczenki, który mu oświadczył, że obowiązkiem jego jest nie ujmować się za takimi jak ja profesorami, tylko szkolić profesorów spośród synów robotników.

Tego dnia wieczorem poradzili mi przyjaciele, abym przez parę nocy w domu nie spala, skoro straciwszy pracę, jestem już tylko zwykłą "pomieszczycą", w dodatku taką, o której mieszkanie stara się major NKWD. Niechętnie się do tej rady odnosiłam, lecz ustąpiłam dla zasady, uważając wszelką brawurę za niedopuszczalną. Spędziłam więc noc u Wisi Horodyskiej, która miała wolną kanapę. Przegadałyśmy długie godziny, byłyśmy bowiem pod strasznym wrażeniem licznych aresztowań dni ostatnich. Wzięto w wielu wypadkach głowy rodzin, przede wszystkim lekarzy i ziemian. Wiedzieliśmy, że są oni jeszcze we Lwowie, wwiezieniu u Brygidek.

Następny dzień, 12 kwietnia, przeszedł normalnie; po południu odbyła się zwykła lekcja angielskiego w mojej bibliotece, po czym wyszłam z mieszkania. Po kolacji u przyjaciół odprowadził mnie znajomy "do noclegu", około dziesiątej przechodziliśmy pod moim domem. Położyłam się na gościnnej kanapie. Spałyśmy źle, całą noc jeździły samochody i dorożki, panował dziwny ruch. O świcie obudziła nas stróżowa z wiadomością, że w nocy zabrano pół Lwowa. Poszłyśmy do okien. Przy bardzo bladym świetle poranka przejeżdżały samochody ciężarowe pełne ludzi. Jadący byli ubrani dobrze, pamiętam panie w welonach żałobnych, siedzące na wozach jak posągi. Żołnierze Armii Czerwonej i milicjanci pilnowali ich, stojąc na stopniach. Gdyśmy tak patrzyły, wszedł ów znajomy, który mnie odprowadzał wieczorem. Miał dziwny wyraz twarzy, gdy mi w milczeniu wręczał paczkę. Rozwinęłam ją - były tam moje przybory toaletowe i trochę bielizny. "

To Andzia pani posyła, pani nie może wracać. Są w pani mieszkaniu i czekają".

Dowiedziałam się wtedy, że przyszli wieczorem, siedzieli już u mnie, gdy przechodziłam tamtędy, wracając z kolacji. W nocy przyszło ich więcej w pełnym uzbrojeniu, wreszcie było ich ośmiu. Od Andzi żądano z karabinami w ręku, by zdradziła, gdzie nocuję. Dziewczyna uporczywie twierdziła, że o niczym nie wie. Nad ranem wreszcie poszli, pilnowali jednak domu z ulicy. Wówczas Andzia się wymknęła, lecz nie przyszła do mnie, tylko odeszła w kierunku przeciwnym, by zmylić wartę. Pobiegła do moich przyjaciół i poprosiła o ostrzeżenie mnie.

Tymczasem nadchodziły wiadomości z różnych stron miasta. W południe już wiedzieliśmy, iż osoby zabrane znajdują się znów w wiadomych pociągach na dworcach Lwowa. Tym razem byli to wyłącznie ludzie z miasta, rodziny oficerskie, emerytowani urzędnicy, lekarze oraz ziemiaństwo. Te cztery grupy zostały wówczas straszliwie przetrzebione, przy czym zabrano między innymi i te wszystkie rodziny, których ojcowie byli aresztowani parę dni wcześniej. Z "bieżeńców", to znaczy z uciekinierów z zachodu pochodzących nie wzięto wówczas nikogo. Spośród ziemiaństwa poszli w pierwszym rzędzie ci, którym sowiety z ich byłych majątków wystawiły świadectwo pochlebne. "Pomieszczyk" bowiem, który nie tylko nie jest krwiopijcą, ale jeszcze i zdradza zmysł społeczny, zadaje kłam propagandzie i jest tym samym niebezpiecznym wrogiem rewolucji. Znowu ludność miejska i podmiejska rzuciła się na dworce, więc podawano do wagonów wszystko, co się podać dało, znowu przemycali się księża. Mienie zesłańców ulegało natychmiastowej sprzedaży, z tym że uzyskane fundusze miały być im przesłane w gotówce. Wiem o wypadkach, w których to rzeczywiście miało miejsce.

Do mojego mieszkania sprowadził się pierwszego dnia major Bedjajew. Część mebli spalił, "bo ich nikt nie chciał", część ukradł stróż. Zginęły wówczas moje notatki oraz przede wszystkim biblioteka naukowa, mówiąc o rzeczach innych, na przykład pamiątki po zmarłych. Wiem, że tysiące, a nawet miliony ludzi w Europie przeżyło to samo w ciągu tych ostatnich lat, lecz ta świadomość nie tylko nie jest pociechą, przeciwnie, sprawę pogarsza. Im więcej jest wśród nas ludzi wyzutych z własnej przeszłości, tym groźniejszy jest zanik tradycji, kontynuacji duchowej, po prostu - kultury.

Ja tymczasem musiałam się ukrywać. Nie mogłam pozostać u osób o których wiadomo było, że się ze mną przyjaźniły, ponieważ wiedziałam, że jestem poszukiwana. Ukryli mnie wówczas znajomi, nie mający żadnych obowiązków przyjaźni wobec mnie. Okres ten, trzytygodniowy był dla mnie niesłychanie przykry; świadomość, że nieustannie narażam swych opiekunów, ciążyła mi niewymownie. Spodziewałam się NKWD przy każdym dzwonku, drżałam o moich gospodarzy, a sama nie bardzo wiedziałam, co począć. Wydawało mi się, że przejście pod okupację niemiecką nie ma celu, że pod Hitlerem nie ma możliwości pracy, że natomiast zadaniem moim jest-skoro już tu wytrwać, już się tutaj bliskiej "chwili zmartwychwstalnej" doczekać nie mogę -wydostanie się za granicę, do Włoch, a stamtąd do Rządu do Francji i do krajów anglosaskich. Myślałam wówczas, że tam nie wiedzą, co się u nas dzieje, że im brak informacji, skoro audycje radiowe mówiły zawsze i wyłącznie o terrorze i okrucieństwie okupacji niemieckiej! Jak na złość, przedostanie się w owej chwili przez Karpaty na Węgry czy do Rumunii było niemożliwe. Ostatnie grupy wpadły co do jednej, nikt z przewodników już nawet próbować nie chciał, tak pilnie była w owych dniach strzeżona granica.

Dziś, gdy piszę te słowa, mam serce pełne wdzięczności dla Woli Wyższej, która wówczas pokrzyżowała owe nierozumne plany i pozwoliła mi w ten sposób pozostać i pracować w Kraju jeszcze dwa lata. Lecz wówczas trzeba było czekać, a to właśnie było najgorsze. Starałam się w miarę możności wykorzystać czas i przygotować robotę za granicą. Na razie chodziło o pierwszy etap - o Rzym. Odzyskawszy łączność z księdzem Włodzimierzem Cieńskim, kazałam go zapytać, czybym się mogła z nim przed wyjazdem zobaczyć, gdyż jadąc do Rzymu, chciałabym mieć informacje i dyrektywy, co powiedzieć w Watykanie. Pewnego dnia ks. Cieński dał znać, że będzie na Poczcie Głównej o piątej po południu, że go Wisia Horodyska ma stamtąd zaprowadzić do mnie.

Przygotowałam więc szereg pytań i czekałam z niecierpliwością na człowieka, do którego czułam tyle zaufania. Byłam pewna, że ta rozmowa pożegnalna, na której mi tak zależało ze względów osobistych, da mi wskazówki decydujące co do pracy informacyjnej, do której się przygotowywałam. Minęła godzina szósta - nie przyszedł nikt. Wreszcie około siódmej zjawiła się Wisia, była jednak sama. Popatrzyłam na nią i powiedziałam:

"Cieński aresztowany?". -

"Tak".

 Z jej wiadomości wynikało, że został zabrany po południu z własnej kancelarii parafialnej, w sutannie, jak tego pragnął. Mawiał bowiem nieraz do mnie "Wezmą mnie kiedyś na pewno, byleby wzięli w sutannie. Teraz trzeba nieraz chodzić po cywilnemu, żeby ludzi nie narażać, do których idę, a ja nie mam ochoty przejechać się w głąb Rosji w tym przebraniu".

Aresztowanie to wywołało we Lwowie ogromne przygnębienie, szczególnie że wówczas wstrząs wywołany przez wywóz masowy jeszcze bynajmniej nie osłabł. Ludzie od tego czasu miesiącami spali z prowiantem i strojem narciarskim przy łóżku. Byli tacy, którzy po prostu pragnęli wywozu, bo nie mogli dłużej wytrzymać czekania. Trzeba było jednak pomimo wszystko zdobyć dyrektywy dotyczące audiencji u papieża.

Kazałam więc zapytać arcybiskupa Twardowskiego, czy chce mnie widzieć, ponieważ się wybieram do Rzymu. W odpowiedzi wyznaczył mi dzień, w którym miałam być na mszy o siódmej w klasztorze, gdzie mieszkał od czasu eksmisji z pałacu. Po mszy, gdy będzie wracał z kaplicy do swoich pokoi, pni iść za nim. Ubrałam się więc możliwie odmiennie niż dotychczas - chustka na głowę, okulary na nos, a koszyk z flaszką wódki pod pachę - i pomaszerowałam do owego klasztoru. Tam byłam na mszy odprawionej przez arcybiskupa, a gdy wychodził, poszłam za nim. Kazał mi czekać chwilę na siebie w małej rozmównicy, miałam więc czas się wyzuć z owych cudacznych dodatków, nim wrócił. Gdy usiedliśmy, zaczęłam mówić, że się wybieram do Rzymu, że będę zapewne na audiencji u papieża, że proszę o zlecenie, co mam powiedzieć. Starzec słuchał uważnie. Gdy skończyłam, powiedział z uśmiechem: "

Niech pani powie Ojcu św., że nam jest bardzo dobrze. Niech pani mu powie, że kler cały, dosłownie cały, bo bardzo nieliczne słabe jednostki odpadły w pierwszej chwili-ich ucieczka była dla nas raczej pomocą - że kler cały trzyma się doskonale. Ze udało się dość licznym księżom pojechać w głąb Rosji z zesłańcami, że inni - może my wszyscy- czekamy na wywóz albo na cokolwiek co by nas spotkać miało, ale że propaganda antyreligijna w szkołach nie chwyta, że ludność, a przede wszystkim inteligencja, która się dawniej trzymała z dala, garnie się do nas, że duża ilość ludzi przystępuje do Komunii, widzimy to po nadzwyczajnie zwiększonym zapotrzebowaniu na hostie. Niech pani powie Ojcu św., że przesyłam mu wraz z całym klerem i wiernymi mojej archidiecezji wyrazy przywiązania bez granic, a dla Stolicy Apostolskiej zapewnienie oddania aż do ostatniej kropli krwi. Tylko niech pani nie zapomni mu mówić, jak bardzo wszystko jest dobrze". 

Patrzyłam i słuchałam. Wiedziałam, że ten starzec jest człowiekiem skromnym, bez silniejszej indywidualności. Zrozumiałam wówczas, jak potęga idei może wynieść jej reprezentanta wysoko ponad wszelkie ludzkie cierpienia, niepokoje czy obawy - nawet ponad napięcie heroizmu, w sferę zupełnej pogody, w której istnieje jedynie już to, co jest istotne. Gdy skończył, pobłogosławił mnie na drogę. Widziałam wówczas, że go ogarnęło wzruszenie, gdy żegnał osobę, która tworzyła w tej chwili ostatnią może łączność między nim a Rzymem. Potem powiedział zmienionym, prawie wesołym głosem:

"A teraz proszę się tu przy mnie ubierać!" .

Już chustka na mojej głowie bardzo mu się podobała, ale gdy zobaczył flaszkę od wódki wystającą z mojego koszyka, ucieszył się jak dziecko i uśmiał serdecznie. Wychodząc stamtąd, poczułam się bardzo mała.

Tymczasem szła wiosna, ta wiosna tak upragniona, tak oczekiwana, a z nią zamiast wyzwolenia straszna wiadomość - że alianci opuścili Norwegię! A więc to jeszcze nie koniec, jeszcze się to przeciąga!" Jakżeż to długo ma potrwać?!

W owych dniach musiałam zmienić kwaterę i przenieść się do innych znajomych, nie mogłam zbyt długo pozostać w jednym mieszkaniu, szczególnie że jedyne okno mojego pokoju wychodziło na mały dziedziniec, a naprzeciwko mieszkał milicjant. Pomimo że wietrzyłam tylko przez drzwiczki od pieca, milicjant jednak począł się mną interesować. Okna mojego nowego, obszernego przybytku wychodziły na niezabudowaną parcelę, na której rosła duża stara brzoza. Gałęzie jej w owej chwili właśnie pokrywały się zielenią maleńkich liści. Nie miałam żadnych wątpliwości i wszystkim to powtarzałam, że nim te liście opadną, wrócę do wolnego Lwowa, Jednak myśl o wyjeździe była dla mnie niewymownie ciężka! Tymczasem trzeba było koniecznie, a tu przedostanie się przez góry było ciągle niemożliwe!

Przyszły natomiast wiadomości, że przejście na Węgry przez Zakopane jest o wiele łatwiejsze. Musiałam się więc zdecydować na rzecz, której dotychczas w rachubę nie brałam, postanowiłam "pójść pod Hitlera" i stamtąd dopiero przedostać się na Węgry. Właśnie wtedy przygotowywał się drugi transport legalny wracających na zachód "bieżeńców", ludzi, którzy w czasie kampanii wrześniowej uciekli na wschód, gdzie było "bezpiecznie". Komisja niemiecka urzędowała we Lwowie razem z sowiecką. Przyjaciele zajęli się mną, a jeden znajomy, który nie miał wobec mnie najmniejszych jakichkolwiek zobowiązań, zaproponował mi rzecz, którą acz z ciężkim sercem, przyjąć musiałam. Nie było już po prostu innego wyjścia. Miał wszystkie papiery i jechał do Krakowa. Oświadczył gotowość zabrania mnie ze sobą. Początkowo sprawa wyglądała tak, jakbym mogła jechać tylko jako żona tego pana, i że trzeba będzie wziąć z nim ślub sowiecki, tzn. pięciorublowy, bo tyle wynosiła taksa urzędowa. Gdy się okazało, że wystarczy, jeśli będę jego siostrą, odetchnęliśmy, przyznam, oboje. Sfabrykowano mi więc papierki na jego nazwisko. Profesor chemii naszego uniwersytetu w nocy, w swoim zakładzie wywabił moje nazwisko z mej zielonej karty identyfikacyjnej, bez naruszenia w tym miejscu zielonego koloru karty, i wpisał nazwisko mego "brata".

Zbliżał się moment rozstania i wyjazdu. Choć wiedziałam, że jestem już tylko ciężarem dla wszystkich, miałam jednak wrażenie dezercji. Poza tym obarczałam obcego mi prawie człowieka swoją poszukiwaną przez Sowietów osobą i narażałam go straszliwie. Rozstawałam się z przyjaciółmi najbliższymi oraz z najwierniejszą Andzią. Nikt nie wiedział, kiedy ci ludzie pojadą wszyscy w głąb Azji gdziekolwiek ich ta dzicz zawlecze. A ja jechałam wprawdzie w nieznane, ale zawsze na zachód i- bądź co bądź - uciekałam. Może mniej ciężkie byłoby to przejście, gdybym wówczas była wiedziała, że nie dla pochodzenia jestem poszukiwana, tylko z powodu wsypy w ZWZ, bo nas zdradził "Kornel", wysoki major, do którego czułam wstręt, i że dziś, gdy piszę, z całej tej naszej paczki lwowskiej żyje już tylko ksiądz Cieński, pan Jan Jaworski i ja!

Bolesna chwila wyjazdu przypadała akurat na wieczór dnia 3 maja. Noc była jasna, wiosenna, ciepła. Dorożka nas wiozła przez miasto tak niezmiernie mi drogie - pamiętam jak dziś strzelistą sylwetę kościoła Bernardynów w świetle księżyca - jechaliśmy do dużego garażu, skąd jeszcze przed świtem miał wyruszyć samochód ciężarowy, aby nas zawieźć do Przemyśla. Wyjechaliśmy ze spóźnieniem, tak że już dniało, gdyśmy opuszczali Lwów i patrzyli na kopuły św. Jura i na wieże św. Elżbiety. Było nas osób dwadzieścia kilka, ale nikt się do nikogo nie odzywał. Tak minęliśmy Gródek Jagielloński i drogę, która stamtąd skręca na lewo. Stał tam drogowskaz z napisem: DO KOMARNA. Dopiero gdyśmy już i tamtędy przejechali, poczułam nagle po raz pierwszy, że mnie teraz już nic z żadnym na świecie miejscem nie wiąże, że oderwana od wszystkiego, co osobiste, jadę w świat. W Przemyślu roiło się od znajomych. Ciągle się ktoś na ulicy rzucał na mnie z okrzykiem radości, ponieważ słyszał, że dawno nie żyję, ze uciekając z mieszkania spuściłam się po rynnie, że zostałam zabita na zielonej granicy. Kłopotliwe te gadania i okrzyki pochodziły oczywiście od różnych "niebłagonadiożnych" osób, które, się wówczas zjechały w Przemyślu, ale dla każdego z nas były wielce niewygodne. Tego dnia odnalazłam, w jego ówczesnym mieszkaniu, biskupa sufragana, ks. Tomakę, którego dobrze znałam. Przyszło mi bowiem na myśl, że może mieć wiadomości do przekazania ordynariuszowi, który przebywał po stronie niemieckiej. Biskup Tomaka przyjął mnie z wyraźnym ojcowskim zaniepokojeniem:

"Co pani tu, jeszcze robi?"

"Staram się wydostać, Ekscelencjo" -odpowiedziałam.

Biskupowi Bardzie przekazał przeze mnie sporo wiadomości. Wreszcie trzeciego dnia stanęliśmy do rewizji sowieckiej. Była nadzwyczaj dokładna. Zdobyli na nas sporo biżuterii i szczególnie; dużo złotych polskich, na które polowali z łapczywością wprost namiętną choć u nich już dawno - bo od grudnia - były nieważne. U mnie pomimo wszystko nie znaleźli większej sumy, która była ukryta pod podszewką skórzanej torby, oraz perełek zaszytych w kołnierzu mojego płaszcza. Po rewizji kontrolowali dokumenty. Mój papierek nie zwrócił zresztą tak bacznej ich uwagi, ze względu na wzorowy porządek w papierach mego "brata". Następnie ustawili czwórkami i kazali iść na most. Przechodziliśmy między wartami rosyjskimi, które wołały na nas:

 "Do swidanija w Krakowie!"

 Byli oni, jak wszyscy żołnierze Armii Czerwonej, brudni, nieogoleni i źle umundurowani. Gdyśmy dochodzili do połowy mostu, ujrzeliśmy idącą na nasze spotkanie grupę wojskowych niemieckich, ludzi wspaniałego wzrostu, wyglądających świetnie, ubranych w lśniące mundury. Z nimi szły pielęgniarki Czerwonego Krzyża w białych fartuchach.

"To jednak jest Europa", odezwały się głosy w naszych rzędach. [...]

https://www.taniaksiazka.pl/wspomnienia-wojenne-lanckoronskiej-karolina-lanckoronska-p-108043.html

 https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,osoby,717,osoba_karolina_lanckoronska.html