Dzisiaj jest: 2 Marzec 2021        Imieniny: Halszka, Helena, Radosław
Niezwykły  człowiek  rodem  z Podola

Niezwykły człowiek rodem z Podola

Urodził się 31 stycznia 1867 r. W Dumanowie na Podolu, pod zaborem rosyjskim, w rodzinie o głębokich tradycjach patriotycznych. Jego dziadek i ojciec brali udział w powstaniach listopadowym i styczniowym.…

Readmore..

Saga Rodu Mireckich

Saga Rodu Mireckich

Prezes Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów im. Ks. Bronisława Mireckiego w Przemyślu, pan Stanisław Szarzyński jest autorem poniższego wpisu: Niedziela 7 luty 2021r. Pani major Maria Mirecka- Loryś ukończyła…

Readmore..

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Gabriel Narutowicz herbu własnego (ur. 17 marca1865 w Telszach (dzisiaj Litwa). zm. 16 grudnia 1922 w Warszawie) – polski inżynier hydrotechnik, elektryk, wolnomularz, profesor Politechniki w Zurychu, minister robót publicznych,…

Readmore..

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

W marcowej gazecie m.in: 10. lutego dzień pamięci holocaustu Polaków sowieckich łagrów......str 6ORGANIZACJE ZBRODNICZE 14 DYWIZJA GRENADIERÓW WAFFEN SS......str 7Polską historię fałszują mniejszości narodowe za polskie pieniądze......str 9100.rocznica podpisania Traktatu…

Readmore..

Alfabet wołyński  - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

Alfabet wołyński - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

W 2020 roku na półkach księgarskich znalazła się nowa pozycja zwiazana z Wołyniem. Jak informuje autorka: "Alfabet wołyński" to historia Wołynia ujęta w formie słownika, ukazuje zatem w formie skróconej…

Readmore..

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

Józef Wittkin polski poeta, prozaik i tłumacz żydowskiego pochodzenia. Autor powieści, esejów i utworów poetyckich. Współpracownik Radia Wolna Europa. Jego najwyżej cenionym utworem jest powieść "Sól ziemi" (1935 r.).Józef Wittlin…

Readmore..

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Gdybym tam wrócił pewnie bym nie zastał ani jednego cienia z domu mego ani drzew dzieciństwa ani krzyża z żelazną tabliczką ławki na której szeptałem zaklęcia kasztany i krew ani…

Readmore..

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

Dobra wiadomość dla szukających krewnych z parafii katolickiej Kostopol na Wołyniu, od dziś posiadamy kopię metryk z lat 1923-1928, 1930-1941. Gdzie ich szukać? GoForetime - genealogical research in Eastern Europe…

Readmore..

Bieszczadcy leśnicy postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA

Bieszczadcy leśnicy postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA

Z relacji świadków wynika, że Polacy umierali w męczarniach. Członkowie UPA zamordowali Polaków przy pomocy siekier, wideł i kos. Leśnicy z Bieszczad postawili pomnik dla pomordowanych przez UPA.Obelisk i krzyż…

Readmore..

Co się stało z polskimi wsiami na Wołyniu?

Co się stało z polskimi wsiami na Wołyniu?

/ Osada krechowiecka na Wołyniu, młockarnia (fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak Horyzont) Jak podaje IPN, z około 2500 miejscowości, w których w 1939 roku mieszkali w województwie wołyńskim Polacy, w…

Readmore..

KAROLINA LANCKOROŃSKA	  -WSPOMNIENIA WOJENNE. cz.2

KAROLINA LANCKOROŃSKA -WSPOMNIENIA WOJENNE. cz.2

W listopadzie Niemcy i Moskale zawarli coś w rodzaju układu, który umożliwił w ciągu paru dni legalne przejście przez San dużej ilości uchodźców. Wszyscy przedwojenni mieszkańcy naszych stron, poza starcami…

Readmore..

PAMIĘTNIKI KSIĘDZA MAJORA ANTONIEGO KIJA. CZEŚĆ II - LWÓW 1936-1939

PAMIĘTNIKI KSIĘDZA MAJORA ANTONIEGO KIJA. CZEŚĆ II - LWÓW 1936-1939

Antoni Kij (ur. 13 czerwca 1916 w Stryju, zm. 12 sierpnia 1984 w Gdyni) - ksiądz katolicki, męczennik, nauczyciel, kapelan i oficer Wojska Polskiego, długoletni proboszcz w Środzie Śląskiej, Malczycach,…

Readmore..

Jądro ciemności B. Huka cz. V

3 stycznia we wsi Sufczyna koło Birczy pow. Przemyśl upowcy zamordowali w makabryczny sposób 4-osobową rodzinę polską nauczycieli o nazwisku Sugier: rodziców i 2 synów: „Ciała ofiar, Jana Sugiera, jego żony Anieli i synów Zbigniewa i Mieczysława znaleźliśmy w piwnicy. Zostały tam zawleczone po torturach zadanych im w mieszkaniu, w którym podłoga i całe ściany były zbryzgane krwią. Prawdopodobnie jak zawleczono ich do piwnicy byli wszyscy w agonii. W piwnicy uformowano z nich straszliwą scenę orgii seksualnej, Zbigniewowi obcięto genitalia i włożono je w usta jego matki. Obciętą pierś matki włożono w usta Zbigniewowi, a do drugiej piersi przystawiono usta jej męża Jana” (Leopold Beńko; w: Siekierka..., s. 149). „Ciała ojca Jana oraz syna Zbigniewa były w piwnicy. Matka Aniela oraz Mieczysław leżeli nadzy w upozorowanym kazirodczym akcie w jednym z pokojów. Drugiemu synowi obcięli przyrodzenie. Zbyszek zdążył owinąć sobie koszulę wokół krocza, była cała we krwi, musiał bardzo cierpieć zanim umarł - wspomina Anna Piwowarczyk, 92-letnia mieszkanka Birczy, która w młodości sąsiadowała z rodziną Sugierów. Wszystkie wymienione ofiary zostały pochowane w Birczy.” (Grzegorz Piwowarczyk: Prawdziwa tragedia Birczy. W: https://kresy.pl/kresopedia/historia/prawdziwa-tragedia-birczy/ ; 4 listopada 2018). 

W nocy z 4 na 5 stycznia we wsi Głęboczek pow. Borszczów banderowcy zamordowali 97 Polaków a rannych i poparzonych zostało 21 osób. Ofiarami były kobiety, dzieci i starcy, gdyż 20 marca 1944 roku w wyniku powszechnej mobilizacji do wojska powołani zostali mężczyźni w wieku od 18 do 55 lat oraz dziewczęta od 18 do 23 lat. „Dopiero jak zaczęło świtać, moja Mama poszła zobaczyć, co się stało z naszymi ludźmi. W strumieniach krwi leżały trupy ludzi w różnym wieku. Niektórzy jeszcze żyli, ale stan ich był okropny. Wielu pomordowanych było wiązanych drutem kolczastym, torturowanych, a następnie wrzucanych do ognia lub do głębokich studzien gospodarskich. Ze studni na podwórzu szkolnym później wyciągnięto 14 ciał ludzkich. W innych studniach szkielety przetrwały kilka lat. 15-letni Janek Łozinski miał wyprute jelita, umierał przez kilka godzin. 15-letni Janek Zawiślak po różnych torturach został ukrzyżowany na płocie. Od kul ginęli tylko ci, którzy próbowali uciekać. Starych i niedołężnych mordowali siekierami. Nad nikim nie było litości. Zginęło 89 osób. Ci co schronili się w kościele, cudem ocaleli.  /.../„Po kilku dniach pobytu w Borszczowie sześć osób wybrało się do Głęboczka, aby wziąć pozostawione swoje rzeczy. Spośród nich powrócił tylko Antoni Tkacz, który zdołał uciec. Florian i Bronisław (ojciec i syn) Zawiślakowie zginęli bez śladu. Dwie córki Antoniego Tkacza 25-letnia Weronika Mazur i 23-letnia Helena Macyszyn oraz żona byłego wójta Antoniego Wesołego 38-letnia Ludwika Wesoła były gwałcone i torturowane. Obcięto im piersi i języki, zdzierano pasy skóry. Dodatkowo Ludwikę Wesołą związano drutem kolczastym za nogi i przywiązano do konia który galopem ciągnął ją po kamienistej drodze, aż wyzionęła ducha.” (Janina Benc z d. Twardochleb; w: https://www.kresowianie.info/artykuly,n535,glebokie_korzenie_polskosci_cz_3.html ). Działający w konspiracji Obwodowy Delegat Rządu RP w Czortkowie, Józef Opacki ps. „Mohort”, pisał o zbrodni w Głęboczku: „Niektóre dzieci przybijano do parkanów (przyczepiane były uszy, dłonie, stopy)”.

5 stycznia we wsi Gniłowody pow. Podhajce zamordowali 37 Polaków, w tym 17 dzieci do lat 14 oraz 16 kobiet  (http://bezprzesady.pl/aktualnosci/apel-pamieci-lezyca-pazdziernik-2013-roku-pamieci-kresowych-ofiar). „W pierwszych dniach stycznia, tuż przed Świętem Trzech Króli, pojawiły się złowróżbne plakaty z napisem: Świeca na stole, siekiera na czole. W rzeczy samej, 5 stycznia w nocy poprzedzającej wspomniane święto, banderowcy dokonali kolejnej rzezi. /.../ Ciała pomordowanych złożono na rozpostartych prześcieradłach we wspólnym, dziś zupełnie zaniedbanym grobie na gniłowodzkim cmentarzu. Kiedy Polacy obchodzą Święto Trzech Króli, grekokatolicy świętują Wigilię Bożego Narodzenia. Wigilia 1945 roku dla członków Ukraińskiej Powstańczej Armii musiała mieć wyjątkowy charakter. Trudno sobie wyobrazić, co banderowcy odczuwali, gdy tuż po zakończeniu serii mordów zasiedli do uroczystej kolacji i złożywszy ręce zbroczone krwią polskich dzieci, kobiet i starców zanosili modlitwy w radosnym oczekiwaniu na Narodziny Pana.” (Maria Jazownik, Leszek Jazownik: „Gniłowody mają żal”, w: http://ljazownik.cwahi.net/index.php?option=com_content&view=article&id=76:gniowody-maj-al&catid=48:pami-kresow-yca&Itemid=77 ). 

6 stycznia (Trzech Króli) we wsi Przechody (Perehody) pow. Czortów banderowcy zamordowali 3-osobową rodzinę polsko-ukraińską: Ukraińca Drażniowskiego, jego żonę Polkę oraz ich córeczkę Olę.

15 stycznia we wsi Czukiew pow. Sambor zamordowali 13 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę Kwaśniewiczów: 50-letniego Józefa, jego 38-letnią żonę Rozalię w zaawansowanej ciąży oraz ich 4 dzieci: 3-letniego syna Jana, 10-letnią córkę Józefę, 14-letnią córkę Jadwigę oraz 17-letnią córkę Anielę. Zamordowali także 2 Ukraińców, jednego z żoną Polką w zaawansowanej ciąży, ich 8-letniego syna oraz 17-letnią służącą. „W latach panowania władzy sowieckiej od 1944 do 1990. w Czukwi, wszystkie tragicznie pomordowane ofiary zostały symbolicznie uczczone. Naprzeciw miejscowego Domu Kultury został wybudowany Pomnik Matki Ukrainy oraz postawiono trzy kamienne bryły. Na nich były wypisane nazwiska ofiar, w tym również pomordowanych Polaków. Naprzeciwko tych pomników został zainstalowany gazowy znicz, podłączony do gazociągu, który miał symbolizować wieczną pamięć o niewinnie zabitych ofiarach. Gdy powstało Niezależne Państwo Ukraina, we wsi Czukiew zerwano tablice z nazwiskami ofiar z pomników, znicz został zniszczony, a dopływ gazu zamknięty. I właśnie w taki sposób zaczęła się rodzić „nowa przyjaźń” między narodami Ukrainy i Polski” (Siekierka..., s. 900.  We wsi Kułakowce pow. Zaleszczyki banderowcy używając siekier, bagnetów, noży, wideł, kos i strzelając do uciekających zamordowali 80 Polaków oraz 30 poranili, głównie kobiety, dzieci i starców.  We wsi Latacz pow. Zaleszczyki banderowcy nocą obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 90 Polaków, głównie kobiety, dzieci i starców oraz 60 osób zostało rannych.   

W nocy z 15 na 16 stycznia we wsi Błyszczanka pow. Zaleszczyki banderowcy z miejscowymi Ukraińcami chodząc od domu do domu mordowali Polaków za pomocą siekier, noży i bagnetów, aby strzałami nie obudzić innych. Ksawerego Wojtowicza z żoną i 6 dzieci zarąbali siekierami, 45-letniemu Janowi Smolińskiemu wbili kołek w ucho. Większość ofiar to były kobiety, dzieci i starcy. W. Kubów podaje, że banda UPA zamordowała 67 Polaków. Grzegorz Hryciuk podaje 68 ofiar. (Grzegorz Hryciuk: Akcje UPA przeciwko Polakom po ponownym zajęciu Wołynia i Galicji Wschodniej przez Armię Czerwoną w 1944 roku. W: Antypolska akcja OUN-UPA 1943 – 1944. Fakty i interpretacje. Warszawa 2002).  

18 stycznia we miasteczku Dunajów pow. Przemyślany banderowcy zamordowali 15 Polaków. Michał Kauza wówczas miał 13 lat, opowiada: „To było potworne przeżycie, gdy zobaczyłem spalone ciało mojej wujenki Józefy Kochowskiej ze zwęglonymi zwłokami jej 4-letniego syna Tadeusza Kochowskiego, które trzymała na rękach. Oboje znajdowali się na progu drzwi ich spalonego domu, a przy bramce było pełno łusek karabinowych. Nacjonaliści ukraińscy strzelali do płonącej żywcem kobiety, która próbowała ratować z płomieni własne dziecko. Widziałem też na własne oczy zamordowanych moich krewnych ze strony kuzyna – Musztyfagę Katarzynę i jej 14-letnią córkę. Wolę już nawet nie wspominać, w jak bestialski sposób je zamordowano!” („Warszawska Gazeta” z 14 – 20 grudnia 2012). We wsi Tworylne pow. Lesko (Bieszczady) upowcy uprowadzili do lasu 4-osobową rodzinę Kucharzy pędząc ich boso po śniegu i tam zamordowali. Wcześniej ukrywali się oni u rodziny ukraińskiej Gałuszków. „Za ukrywanie Lachów” również Gałuszkowie (4 osoby) stracili życie. Uprowadzona 3-osobowa rodzina Maszczaków (matka z 2 dzieci) zaginęła bez wieści. 

21 stycznia we wsi Pawłokoma pow. Brzozów upowcy uprowadzili 12 Polaków (w tym kobietę) oraz 1 Ukrainkę i ślad po nich zaginął, stało się to przyczyną późniejszej akcji odwetowej Polaków.

26 stycznia we wsi Majdan pow. Kopyczyńce upowcy podczas drugiego napadu (w marcu 1944 roku zamordowali tutaj 35 Polaków), obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 118 Polaków, głownie kobiety, dzieci i starców. Ks. Wojciech Rogowski próbował ratować parafian zgromadzonych w kościele i na plebanii przekonując banderowców, że szykują się do wyjazdu do Polski, ale bezskutecznie - bandyci wrzucili do kościoła granaty, strzelali a następnie rąbali siekierami, ranny kapłan umierał przez parę godzin. „Wewnątrz kościoła zginęli: Paweł Ciemny z żoną Jadwigą, którą zarąbała siekierą Ukrainka Katarzyna Tytor. Ona też zarąbała siekierą Stanisławę Żywinę, żonę Mikołaja oraz Michalinę Żywinę, żonę Jana i jego synka z pierwszego małżeństwa. W kościele zostali także zamordowani: Michał Towarnicki z żoną Anną i córeczką, Anna Nowacka z córką, Franciszek Dżumyk i Leon Żywina. Obok kościoła ukraińscy rezuni zatrzymali ojca Grzegorza Ciemnego, ściągnęli z niego odzież, buty i zarąbali siekierą. Obok mego ojca leżał Jan Czarnecki, który zginął w podobny sposób. Na plebani banderowcy zastrzelili moich stryjów: Mikołaja Ciemnego, Filipa Ciemnego i Jana Ciemnego, razem z żoną i córką” (Józef Ciemny; w: Komański..., s. 745 – 747). „Z relacji świadków wynika, że w mordowaniu brała udział grupa ukraińskich dziewcząt i kobiet przebrana w męskie stroje. Z szacunkowych danych wynika, że w kościele i w jego rejonie zginęło 118 osób, i 58 zostało zamordowanych wewnątrz wsi, w spalonych budynkach i zastrzelonych na polach podczas ucieczki. Ogółem zginęło 178 osób.” (Byłem świadkiem – Dionizy Polański. („Na Rubieży” nr 21/1997). „Bandyci byli dobrze zorganizowani. Przebrani w białe maskujące pałatki otoczyli wieś ze wszystkich stron. Większość z nich pochodziła z pobliskiego Tudorowa, Oryszkowców i Skorodyńców. /.../ Po kilku dniach ci, którym udało się przeżyć wykopali obok kościoła dół, w którym pochowano zwłoki kilkudziesięciu osób, natomiast ciała pozostałych zamordowanych Polaków leżały w różnych miejscach wsi. W dwóch bestialskich atakach OUN-UPA zginęło prawie 180 osób. Jedną z nielicznych osób, które ocalały była moja siostra Marysia, która schowała się pod ołtarzem w kościele”.  (Eugeniusz Szewczuk; w:  http://kresy.info.pl/index.php/8-wojewodztwa/tarnopolskie/1285-w-dwoch-bestialskich-atakach-oun-upa-zginelo-prawie-180-osob ; 08 lipiec 2017). 

31 stycznia we wsi Zabojki pow. Tarnopol banderowcy uprowadzili ks. proboszcza Michała Karczewicza, który zaginął bez wieści.

Na początku stycznia 1945 roku we wsi Torskie pow. Zaleszczyki:upowcy zamordowali 27 Polaków i 3 Ukraińców. „Babcia znajdowała się w pozycji kucznej, miała wiele ran na ciele, pięć innych ciał leżało w różnych pozycjach, z wieloma ranami kłutymi na ciele, natomiast nasza mama była zupełnie naga, z odciętą piersią, bez uszu, z bagnetem w kroczu i wieloma ranami kłutymi i postrzałowymi na ciele” (Czesław Bednarski; w: Komański..., s. 889).

Ponadto w styczniu 1945 roku:

We wsi Bielowce pow. Borszczów Ukraińcy zamordowali jedyną mieszkającą tutaj rodzinę polską: rodziców z ich trójką dzieci. W mieście Borszczów woj. tarnopolskie zamordowali 28 Polaków. We wsi Horody pow. Tarnopol upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 32 Polaków. We wsi Mołodyłów pow. Tłumacz upowcy zamordowali 30 Polaków, którzy nie opuścili swoich gospodarstw. We wsi Monasterzyska pow. Buczacz UPA wymordowała około 100 Polaków, uciekinierów z sąsiednich wsi. We wsi Myszków pow. Zaleszczyki upowcy zamordowali 12 Polaków i 1 Ukraińca; 30-letnią Apolonię Błaszczuk po torturach powiesili na kracie w oknie polskiej świetlicy, małżeństwo Czapowskich liczące po około 60 lat utopili w studni, 50-letniemu Piotrowi Kaszczyszynowi odcięli głowę i powiesili na kracie w oknie świetlicy. 

We wsi Neterplińce pow. Zborów: „Kolejna, której nie zapomnę do końca życia, miała miejsce w mojej rodzinnej wsi Neterpińce. W styczniu 1945 r. pięć osób wybrało się z Załoziec do Neterpiniec po pozostawiony tam swój dobytek. Kiedy nie wrócili na noc, przypuszczano najgorsze. Nazajutrz wczesnym rankiem cały oddział udał się na poszukiwania. Jako byłego mieszkańca tej wsi, wytypowano mnie do czteroosobowej grupy zwiadowczej. Znałem tam każdy zakątek. Wieś była opustoszała, widocznie spodziewano się naszego przybycia. Rakietnicą dałem znak oddziałowi do wkroczenia. Przeszukaliśmy całą wieś, ale zaginionych nie odnaleźliśmy. Chcieliśmy już akcję zakończyć, bo dzień miał się ku końcowi ale zarządzono ponowne przeszukiwanie. W stodole pana Baksika znalazłem pod słomą pięć zamordowanych bestialsko, zupełnie nagich ciał. Widok był przerażający. Między zwłokami ofiar zobaczyłem moją najlepszą koleżankę, harcerkę Stanisławę Gaździcką, lat 14. Przeżyłem to bardzo mocno. Jeszcze teraz po latach, na samo wspomnienie nie mogę powstrzymać łez. Ciała ofiar zabrane zostały do Załoziec i uroczyście pogrzebane.” (Szczepan Sołtys „Wspomnienia z okresu walk w Szarych Szeregach i Plutonie Operacyjnym Samoobrony w latach 1943 - 1945 oraz o ucieczce z Załoziec w 1945 roku”. „Głosy Podolan” nr 52 z 2002 r.).

W miasteczku Niżniów pow. Tłumacz zamordowali ponad 30 Polaków, całe rodziny. We wsi Obarzańce pow. Tarnopol obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 24 Polaków. „W styczniu 45 roku został zamordowany mój dziadek Michał Jasiński, którego zastrzelono na podwórku jego gospodarstwa. Dziadek wrócił do domu w celu zabrania rodziny (był żołnierzem WP) – żony Katarzyny z domu Żurak oraz dzieci: Jana ur.1935 i Antoniego ur.1938 (mojego ojca). Miał już dokumenty przesiedleńcze, ale nie zdążył zabrać ich osobiście. Babcia - żona dziadka, po tej tragedii zabrała Jana i Antoniego i na podstawie dokumentów przesiedleńczych wyjechała z Obarzaniec, razem ze swoimi braćmi Antonim Żurak i Józefem Żurak”. (Krzysztof Jasiński, 12.07.2012; w:  http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/czytelnicy_2.html ). We wsi Zazdrość pow. Trembowla „partyzanci” z UPA uprowadzili z domów 3 Polki: Rozalię Podhajecką, Emilię Słowińską oraz Eugenię Wilk. Kobiety trzymali w piwnicy i gwałcili przez kilka dni, a następnie zamordowali. We wsi Żulin pow. Stryj banderowcy w bestialski sposób zamordowali 80-letnią Polkę o nazwisku Sopowicz, która jako jedyna z Polaków pozostała we wsi w swoim domu.   

W lutym 1945 roku odnotowano 155 napadów. Przykłady: 

1 lutego 1945 roku we wsi Żeżawa pow. Zaleszczyki  UPA zamordowała 25 Polaków.  

2 lutego we wsi Uście Zielone pow. Buczacz  podczas nocnego napadu UPA i okolicznych chłopów ukraińskich zginęło 133 Polaków; byli oni paleni żywcem, wiązani drutem kolczastym całymi rodzinami i topieni w rzece Dniestr, rąbani siekierami. Kilkunastu schwytanych chłopców z  „Istriebitielnego Batalionu” wyprowadzili do rzeki Dniestr, rozebrali do naga i kazali tańczyć po lodzie strzelając im w nogi, kto upadł, żywy czy martwy, był spychany do przerębli pod lód. Ukrainiec Sławko Hołub za odmowę mordowania Polaków powieszony został za ręce na drzewie i skłuty bagnetami, na piersiach powieszono mu kartkę: „Chto ne znamy, toj proty nas.” 

W nocy z 2 na 3 lutego w miasteczku Czerwonogród pow. Zaleszczyki  ataku dokonały sotnie UPA „Siri Wowky” i „Czernomorci” pod dowództwem kurinnego Petra Chamczuka „Bystrego”. Upowcy w białych, maskujących ubraniach wdzierali się do domów i zabijali napotkane osoby bez względu na płeć i wiek. Polska ludność ewakuowała się do ustalonych miejsc schronienia (młyn, zamek, kościół i Dom Ludowy), gdzie była broniona przez żołnierzy IB. Czota „Burłaki” z sotni „Siri Wowky” zdołała zdobyć zamek, jednak zgromadzona tam ludność została ewakuowana do kościoła. UPA zajęła także klasztor szarytek w Nyrkowie. Zamordowane tam zostały siostry Henryka Bronikowska i Klara Linowska. W schowku pod ołtarzem uratowała się s. Władysława z dwoma kobietami i dwojgiem dzieci. W wyniku ataku serca zmarł proboszcz miejscowej parafii, ks. kanonik Szczepan Jurasz, ukrywający się w skalnej grocie. (Biuletyn IPN Nr 1–2 ( 96–97) STYCZEŃ–LUTY 2009). Zginęło, bądź zostało zamordowanych 65 Polaków, 20 zostało rannych, z których część potem zmarła. „Zebrałam wszystkie dzieci, wraz z siostrą przełożoną udałyśmy się do kaplicy, aby przygotować się do ostatniej chwili swego życia. Wejściowe drzwi były na noc zabarykadowane. Zaczęto walić w drzwi i rąbać siekierami, wołając ≫Lachy, otwórzcie≪. […] Siostra przełożona szybko odsunęła mensę i natychmiast dzieci tam weszły, ale mi też nakazała, abym była tam z dziećmi. Szybko zasunęła wejście ołtarza i obok weszła do zakrystii, za Nią przyszła jeszcze S[iostra] Bronikowska […]. Ołtarz niewielki, więc było ciasno. Dzieci nie były znów takie małe. […] W tym momencie, wierzę do dziś, że gdy ołtarz był tak wypełniony, zostałam natchniona myślą zesłaną od Boga i powiedziałam [do] dzieci: ≫Odsuńcie się od desek, aby była głucha przestrzeń≪. […] Gdy wpadli do kaplicy, zapalili świece i zaczęło się poszukiwanie za nami […]. Jedna z dziewczynek poznała przez głos i małą szparę, że to był syn diaka ze wsi Nyrków. Nagle próbuje ruszyć ołtarz, ale ołtarz był przymocowany do ciężkiego stopnia. Puka więc w ścianę ołtarza tuż przy mnie. Po kilku razach uderzeń z trzech stron, ogłosił: ≫Pusto, głucho≪. […] Po chwili poszukiwania przystąpili do rąbania drzwi do zakrystii. Tam była siostra przełożona i druga siostra. Gdy weszli, zaczęli się odgrażać, że jako Lachy będą zaraz spalone. […] Słyszałam, jak zmuszano s[iostrę] przełożoną, by powiedziała, gdzie ja jestem i dzieci. Gdy odpowiedziała, że nie wie, bito Ją. […] Wyszli znów na poszukiwania na strychu, gdzie zaczęto strzelać wokoło z automatu, myśląc zapewne, że tam jesteśmy. Gdy panowała cisza, zeszli z powrotem. I nanoszono słomy do kaplicy i podpalono, ale na szczęście słoma była wilgotna i tylko się tliła […]. Po tej czynności wyprowadzono s. przełożoną Klarę Linowską i s. Bronisławę Bronikowską na parter. Będąc schowana w ołtarzu, słyszałam cztery strzały, które zmasakrowały głowę i twarz s. Klary Linowskiej, a s. B. Bronikowskiej wbito w plecy nóż, zadając jej cios śmiertelny. Po tych czynach zbrodniczych zabrano się do grabieży naszych rzeczy”. (S. Agnieszka Michna: Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich; IPN, Warszawa 2010, s.68 – 70). „Relacjonuje Czesław Świderski: Po pierwszych wystrzałach zacząłem ubierać się. Matka obudziła siostrę, która nieprzytomnie wstała na łóżku i zwaliła się z jękiem wołając: jestem raniona w samo serce. Zobaczyłem jak z jej piersi tryskała fontanna krwi. Oddał do niej strzał bandyta stojący już pod naszym oknem. Za chwilę banderowcy wpadli do mieszkania, gdzie na podłodze leżała w kałuży krwi moja siostra Janina. Wyciągnęli z siennika słomę i wokół niej rozpalili ognisko. Matka w tym czasie skryła się w komórce pod sieczkarnią. Ja z bratem ukryłem się w drugim mieszkaniu pod piecem gdzie zostaliśmy zasłonięci przez bandytę szukającego pozostałych mieszkańców domu. Byli to ludzie znajomi, bo od razu rozpoznali moją siostrę, o czym następnego dnia donieśli mojej babce mieszkającej jeszcze w Nyrkowie. Po wyjściu bandytów ugasiliśmy płonąca słomę. Za chwilę wpadli drugi raz i wyciągnęli z drugiego łóżka słomę rozniecając na nowo. Ponownie ugasiliśmy ogień kładąc siostrę na łóżku. Wtedy bandyci zorientowali się że, jest ktoś w domu, kto ranną dziewczynę zabrał. Oblali, więc dom benzyną, podpalili i odeszli. Usłyszeliśmy silne chrapanie siostry i ciszę. Wyskoczyliśmy z płonącego domu obaj z bratem, kryjąc się pomiędzy snopami kukurydzianki opartej o parkan, gdzie przesiedzieliśmy do rana.” „Nie ma sił, brak łez by opłakiwać pomordowanych i zgliszcza - cały dorobek życia, ludzie rozglądają się, nawołują swoich bliskich. W oficynach zamku znajdują bestialsko zamordowaną rodzinę Romachów - rozebrano ich, wycięto im krzyże na brzuchach i wycięto napisy „koniec lachom”, skórę na szyi podcięto i ściągnięto na oczy, nogi i ręce połamane. Miejsca skrwawione, widać, że umierali w męczarniach. Opowiada Władysława z Romachów, Kucy z Czerwonogrodu: „Ciocia chciała żebym się z nimi pożegnała i na drugi dzień zaprowadziła mnie pod kościół, tam wokół kościoła leżeli rzędem wszyscy pomordowani. Ciała złożono do dołu po wapnie” Za grób dla 47 ofiar posłużył dół po wapnie usytuowany na placu kościelnym. Nie było trumien. Jedną tylko zbito dla księdza Jurasza i wszystkich pochowano we wspólnej mogile. Połączono wszystkich męczenników tej tragicznej nocy razem. Nie było kapłana, który odprawiłby katolickie egzekwie... Tak oto nastąpiła zagłada Czerwonogrodu, miejscowości historycznej, pamiętającej i książąt ruskich i najazdy Tatarów, Turków czy innych, króla polskiego Kazimierza Wielkiego i Kazimierza Jagiellończyka, a także innych możnych tego świata, miejscowości, której niektórzy historycy przypisują przewodnią rolę Grodów Czerwieńskich. Na 17 saniach wywieziono rannych do szpitala w Horodence. Pozostali schronili się w Tłustem lub w Zaleszczykach, by za kilka miesięcy wyjechać w nieznane, jako tzw. „repatrianci”! Z Czerwonogrodu nie pozostało nic! Nie ostał się ani jeden dom, a władze sowieckie przemianowały ten bajeczny zakątek na „Uroczysko Czerwone”! (Jerzy Stecki: Zagłada Czerwonogrodu; w: http://jaroslawskaksiegakresowian.pl/wspomnienia/46-jerzy-stecki-opracowanie-dot-zaglady-czerwonogrodu-cz-2 ).  „Po zagładzie Czerwonogrodu rodziny ukraińskie wniosły fałszywe oskarżenie na 12 Polaków, którzy 2 lutego 1945 roku się bronili. Oskarżono ich o napad i rabunek w Nyrkowie. Aresztowano ich i osadzono w więzieniu w Tłustym. /.../ Dopisano mi dodatkowe dwa lata i sadzono jak dorosłego. Podobnie postąpiono z innymi, którzy nie byli pełnoletni. Podczas pobytu w więzieniu w Tłustym, gdzie siedziało nas dwunastu, miało miejsce dziwne zdarzenie. Do naszej celi NKWD dołączyło Ukraińca, znanego nam banderowca, Danyłę Pastuszuka. Ten oświadczył nam, że został aresztowany przez NKWD i nam wszystkim grozi śmierć. Jedynym ratunkiem jest ucieczka z więzienia. Jemu udało się przemycić młotek i stalowy wybijak, przy pomocy którego będzie można zrobić dziurę w murze i zbiec. Po dwóch godzinach otwór był gotowy. Zachęcał nas, abyśmy razem uciekli. Bronisław Dmytruszyński i Paweł Krzywy podejrzewali, że jest to prowokacja zmontowana wspólnie przez UPA i enkawudzistów. Zabronili nam zbliżać się do tego otworu. Faktycznie okazało się, że czekali tam już banderowcy z zamiarem zamordowania nas. Nie daliśmy się Danyle Pastuszukowi sprowokować. /.../ Tego, co przeszliśmy nie da się opisać. Życie w gułagach było straszne. Ci, co wrócili, stracili zdrowie. Niektórzy przedwcześnie zmarli”. (Kasper Kazimierz Krasowski; w: Komański..., s. 900 – 901).

4 lutego we wsi Barysz pow. Buczacz banderowcy używając głównie siekier, noży i bagnetów wymordowali co najmniej 135 Polaków i 30 poranili. Zginęło także 10 obrońców z „IB”, którzy nie zdążyli wyjechać do Buczacza, co nakazał im dowódca, Ukrainiec współpracujący z UPA. Ukraińcy ograbili i spalili 400 gospodarstw polskich. „Kilkunastoletni Stanisław Baraniecki zapamiętał:„W Baryszu byliśmy 3 dni po spaleniu i wymordowaniu jej mieszkańców z dzielnicy Mazury. (…) Z popiołów i resztek ścian sterczały kominy. Przed niektórymi zgliszczami domów leżały pokaleczone, jedynie w bieliźnie, ludzkie ciała, dzieci i dorosłych. Wzdłuż drogi, po jej prawej stronie, płynęła rzeczka lub kanał. (…) Gdzieś w połowie drogi na kanale była śluza pozwalająca spiętrzać wodę. Na wystającym ostrzu śluzy wbite było brzuszkiem nagie ciało niemowlęcia. (…) Wiele wydarzeń tamtych lat czas wymazał z pamięci, ale obrazu tego niemowlęcia na śluzie do końca moich dni nie zapomnę”. (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ).

5 lutego we wsi Połowce pow. Czortków: „05.02.1945 r. zamordowano w czasie napadu 22 Polaków NN, oraz pięciu Ukraińców NN spokrewnionych z Polakami. Mordami kierował osobiście tamtejszy proboszcz (greckokatolicki), który mówił, że trzeba ostatecznie wyczyścić wieś ze wszystkiego śmiecia”. (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie...,jw., tom 7). 

6 lutego we wsi Młyniska pow. Trembowla zamordowali lub spalili żywcem 20 Polaków.

7 lutego we wsi Kociubińce pow. Kopyczyńce zamordowali 8 Polaków i 2 Ukraińców. Ksiądz Jan Walniczek był torturowany przez pięć godzin: zdzierali mu skórę, rany zalewali atramentem, oblewali wrzącą wodą, wreszcie przywiązali go do ściany i rzucali w niego nożami. Małżeństwo Waleria i Władysław Monasterscy, oboje po 20 lat, było torturowane: wydłubali im oczy, ucięli języki i tak okaleczonych przywiązali do płotu, gdzie w męczarniach konali. We wsi Zalesie Koropieckie pow. Buczacz  upowcy wracając z pogromu Polaków w Baryczu  do swojej bazy w rejonie wsi Zubrzec przez cały dzień wyłapywali Polaków i gromadzili w dużej, pustej suszarni tytoniu, spędzili tak około 60 – 70 Polaków, powiązali im sznurkami i drutami ręce, suszarnię zamknęli, oblali benzyną lub naftą i podpalili. Wszyscy spłonęli żywcem, w większości były to kobiety i dzieci. Grupę polskich kobiet z dziećmi zamknięto w jednym z domów i poddano przesłuchaniu połączonemu z biciem, w celu wydobycia informacji o samoobronie w sąsiedniej wsi Puźniki. Po przesłuchaniu uwięzionych zastrzelono bądź zarąbano siekierami. Władysławie Jasińskiej założono na szyję pętlę i ciągnięto po podłodze aż skonała. Wieczorem sprawcy znieśli ciała zabitych w jedno miejsce, oblali naftą i spalili. Spalono także 11 domów, a do ognia wrzucano żywych ludzi. Jeden z wydanych tutaj „wyroków” ukraińskiego „Trybunału”, czyli sadu OUN brzmiał: „Józef Tyc, lat 40, żonaty, troje dzieci. Za chodzenie po ukraińskiej ziemi, jedna godzina chłosty przez dwóch „striłców”, po chłoście spalenie żywcem” (Franciszek Markowski; w: Komański..., s. 671).  

8 lutego we wsi Hleszczawa pow. Trembowla upowcy uprowadzili i zamordowali 36 – 37 Polaków.

12 lutego we wsi Dorofijówka pow. Skałat upowcy zamordowali 47 Polaków.  We wsi Eleonorówka pow. Skałat  zamordowali 80 Polaków, w większości kobiet i dzieci (mężczyźni byli w WP). „Małe dzieci oprawcy przybijali gwoździami do drzwi domów i stodół, stodół następnie podpalali budynki. Niektóre ofiary powieszono na przydrożnych słupach telefonicznych” . (Komański..., s. 333) 

W nocy z 12 na 13 lutego we wsi Puźniki pow. Buczacz zamordowanych zostało przez banderowców 96 Polaków. 11 lutego 1945 roku do Puźnik przyjechali sowieccy urzędnicy z Koropca, którzy dokonali spisu ludności i nakazali zdać posiadaną broń, twierdząc, że Polakom nic nie grozi, ponieważ „władze zapewniają bezpieczeństwo”. W nocy w momencie zmiany wart Puźniki zostały otoczone i zaatakowane z kilku stron przez kureń UPA Petra Chamczuka „Bystrego”. Napastnicy przystąpili do zabijania napotkanych Polaków przy pomocy broni palnej, siekier, bagnetów i noży oraz palenia zabudowań. Uzbrojeni członkowie samoobrony, zaskoczonej skalą ataku, oraz obecni we wsi żołnierze IB podjęli chaotyczną obronę. Zaalarmowana przez nich ludność cywilna chroniła się w bronionych budynkach, gdzie były przygotowane schrony. Najwięcej ofiar zginęło w „rowie Borkowskiego” biegnącym przez wieś, w którym znajdowały się jamy mogące służyć za kryjówki. Upowcy zmasakrowali tam kilkadziesiąt kobiet i dzieci, przeważnie przy pomocy siekier i bagnetów; strzelano tylko do próbujących uciekać. Nad ranem siły UPA wycofały się z Puźnik. Według dokumentów UPA były to sotnie „Siri Wowki” i „Czernomorci”. Ks. Józef Anczarski podaje, że zginęło 120 osób.  Według danych sowieckich spalono 172 - 200 domów, w zagrodach spaliły się 63 sztuki bydła. Oddział IB z Koropca przybył do Puźnik dopiero 13 lutego około południa. Zdaniem polskich żołnierzy batalionu i Puźniczan sowieccy dowódcy zwlekali z wyruszeniem wsi na odsiecz, a potem skierowali pościg w niewłaściwą stronę. Ofiary zbrodni, w większości kobiety, dzieci i starcy, zostały pochowane na cmentarzu w dwóch zbiorowych grobach. Ksiądz J. Anczarski podaje, że w Późnikach zginąć miało 120 osób. (J. Anczarski, Kronikarskie zapisy z lat cierpień i grozy w Małopolsce Wschodniej 1939–1946, Kraków 1996, s. 474, 478, 479). „ Nasz dom i gospodarstwo znajdowało się w centrum wsi tuż nad głęboki rowem ściekowym szerokości około 4 metrów i głębokości od 2-3 metrów, nazywam później „rowem śmierci”, ponieważ tu zginęło najwięcej ludzi. Wszyscy wybiegliśmy z domu i ukryliśmy się w tym rowie. W jego brzegach były wykopane liczne wnęki. Do jednej z nich schowaliśmy się razem z mama Eleonorą. Mama zasłoniła nas biała płachtą. Z pod zasłony widziałam jak nadeszli banderowcy. Jeden z nich krzyknął „strelaj” drugi odpowiedział po ukraińsku „koły ne maju pul”. Ten pierwszy wrzasnął to „rubaj sekerą”. I zaczęło się. Widziałam jak postacie ubrane w białe okrycia, zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk, prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali litości, rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy ktoś próbował uciekać to strzelał do niego. Wokół paliły się budynki, jedynie dom Józefa Borkowskiego stał nie naruszony, był murowany i kryty dachówką. Po pewnym czasie trudnym mi do określenia w godzinach, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła „Kałyna wertoj”. Po czym nastąpiła cisza, słychać było tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi. Banderowcy odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy i ranni. Nasz ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę, siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad ranem zmarła z upływu krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał i żyje do dziś. Ciocia Anna Jasińska z córeczką Marią, lat 5 i synkiem Bronisławem lat 3 zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas tylko troje, sześć zostało zamordowanych. Pamiętam ten straszliwy widok, palące się budynki, swąd i ryk palącego się bydła, krzyki, płacz, szukanie swoich rodzin i strach przed nowym napadem. Rano widziałem Magdalenę Koliszczak, była ciężko ranna w głowę, konała, ale pytała z nadzieją czy moje dziecko żyje? Niestety! Jej syn Jaś już nie żył”. (Józefa Pacholik; „Na Rubieży” – nr 21/1997). „Na każdym kroku spotykamy ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi siekierami. Prosi nas o pomoc kilkuletni chłopiec Rudolf Łucki z wgniecioną czaszką. Wyrwę w głowie ma zaklejoną chlebem. Jego matka i dwie siostry zostały zabite. Idąc dalej, natykamy się na zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Zadano mu ciosy sztyletami – jeden przy drugim. Trafiamy na zwłoki małego dziecka. Ludzie twierdzą, że to półtoraroczny Stasio Wiśniewski. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się słabo”. Sowiecki komendant mimo wskazań puźniczan skierował pościg w zupełnie innym kierunku. Coraz bardziej stawało się jasne, że wcześniejsza wizyta sowieckich urzędników była jedynie kamuflażem, próbą uśpienia czujności Polaków i zorientowania się w polskich siłach. Żołnierze z Istriebitielnego Batalionu wspominali, jak ich dowódcy cynicznie czekali z wyruszeniem z odsieczą zaatakowanym polskim osiedlom.” (Maciej Dancewicz: Zagłada Puźnik; w: http://archiwum.rp.pl/artykul/792151-Zaglada-Puznik.html; 10-07-2008 ). Jednym ze świadków była pani Stefania Pasieka z domu Haniszewskich (ur. 30.09.1930). W rzezi wołyńskiej zamordowano jej brata oraz matkę, a trzy dni po utracie najbliższych na zawał zmarł jej ukochany ojciec. W jednym momencie, będąc w żałobie, a przed oczami mając rozszarpane ludzkie ciała, spalone zwłoki i zrujnowaną wioskę, mając niecałe 15 lat przejęła obowiązki matki i pani domu. „Jankowi (16-letniemu bratu) powybijali zęby, połamali ręce i żywcem wrzucili w ogień. Mamę z ciocią zamordowano w rowie Borkowskiego. A mój brat Julek, który miał wtedy rok i trzy miesiące był razem z nimi. Zamordowane mama z ciocią upadły na niego. Julek przeżył, leżał pod ciałami, ssał mleko z piersi mamy razem z krwią. Gdy mnie zobaczył przytulił się do mnie i powiedział „mama”. Od tego dnia, będąc nastolatką, stałam się matką dla swojego brata - w rozmowie ze mną wspomina pani Stefania i ze łzami opowiada jak przez całe życie, zwłaszcza w Święta Bożego Narodzenia tęskniła za najbliższymi, oraz jak za komuny wytykano ją palcami, insynuując, że w bardzo młodym wieku została mamą. Jeszcze niedawno żyliśmy ze sobą po sąsiedzku, w przyjaźni. Wspólnie śpiewaliśmy, modliliśmy… I nagle jakby Diabeł w nich wstąpił! - opowiada pani Stefania. Podpalili wkoło całą wioskę. Dziś w jej miejscu rośnie las. - Nie wierzę w to - może jestem na mylnej drodze - ale nie wierzę w to, że oni są przyjaźnie nastawieni do Polaków. Tylko, że potrzebują teraz pomocy, pracy i świecą dobrymi oczami. Nigdy w życiu nie przyznają się do winy i nie uderzą się w pierś, bo to jest naród - jak kiedyś mówili czerwonoarmijcy - który nie przyzna się do winy i nie wystawi do nas ręki. Nie wierzę im, że oni kiedykolwiek będą przyjaźni do Polski i polskich ludzi -  mówi świadek ludobójstwa na Wołyniu i apelu, by państwo polskie opamiętało się w kwestii sprowadzania do kraju Ukraińców, bo w pewnym momencie będzie już za późno. - Dlaczego to robili, co Polacy byli winni, co moi krewni byli winni? - retorycznie pyta pani Pasieka i podkreśla: Ja nie mam nienawiści, ponieważ jestem głęboko wierząca i wierzę, że każdy człowiek będzie odpokutowywał sam za siebie.” (https://wprawo.pl/wideo-moj-braciszek-ssal-piers-zamordowanej-mamy-wzruszajace-wspomnienia-i-apel-swiadka-rzezi-wolynskiej-stefania-pasieka/ )

14 lutego we wsi Byczkowce pow. Czortków około 600 osobowa grupa banderowców wymordowała ponad  100 Polaków i spaliła większość ich zabudowań. Według sprawozdania Komitetu Ziem Wschodnich w napadzie brały udział ukraińskie dziewczęta, „które sierpami męczyły mordowanych, wybierając im oczy, obcinając uszy i nosy”. We wsi Ostapie pow. Skałat banderowcy przebrani w mundury NKWD zatrzymali 26 Polaków, mężczyzn, wszystkich powiązali a następnie żywcem wrzucili do głębokiej studni, nikt nie ocalał. 

16 lutego we wsi Weleśniów pow. Buczacz  upowcy przebrani w mundury NKWD, pod pretekstem rejestracji do wojska zebrali 46 Polaków, zamknęli w drewnianej szopie, oblali naftą i podpalili, wszyscy spłonęli żywcem a zebrana obok kilkudziesięcioosobowa grupa młodzieży ukraińskiej tańczyła z radości, gdy z szopy docierał rozpaczliwy krzyk i jęk, wołali po ukraińsku: „Módlcie się gorąco do swego Boga, to może stanie się cud i będziecie żywi”.

W nocy z 19 na 20 lutego we wsi Werbka pow. Buczacz upowcy zaprowadzili ujętych Polaków do stodoły, powiązali ich i  stodołę podpalili; żywcem spłonęło 20 Polaków.

22 lutego we wsi Lipnik koło Ottyni  pow. Tłumacz: upowcy zamordowali 16 Polaków „Na Rubieży” Nr 98 podaje jeszcze 3 osoby, które zginęły w czasie tego pogromu: Sip Mieczysław ; Borowiec Michał; Borowiec Jan. (Ci dwaj ostatni wkrótce przedtem wrócili potajemnie pieszo z Sybiru!). „W jednym z domów banderowcy urządzili zabawę, strzelając do dziecka w kołysce, w innym zabito matkę dwójki ocalałych dzieci leżącą w łóżku”. (Otynia małe, sentymentalne kresowe miasteczko .. ; w: http://www.namyslow-kresy.pl/dokumenty/broszura23.pdf ). 

23 lutego we wsi Cygany pow. Borszczów nocą duży oddział upowców zamordował 28 Polaków, chociaż wcześniej dowództwo UPA dało Polakom termin do końca lutego na opuszczenie wsi. Tylko 3 osoby zastrzelone zostały podczas ucieczki, reszta zginęła od siekier, noży, bagnetów lub została spalona żywcem w budynkach; w większości były to kobiety i dzieci; 16-miesięcznej Helenie Żołyńskiej roztrzaskali główkę o framugę drzwi. Ponadto w maju znaleziono mogiłę 16 Polaków w piasku pod lasem - byli to ci, którym udało się uciec tej nocy, zostali wyłapani później i zamordowani. „Nocą z 26 II 45 na 27 II 45 r. banda powróciła z lasu do wsi Cygany i bestialsko rozprawiła się z ludnością polską, mieszkającą w tejże w[si]. Rozstrzelano i wyrżnięto 8 polskich rodzin..” (Meldunek specjalny naczelnika RO NKGB w Skale dla naczelnika UNKGB obwodu tarnopolskiego z 28 lutego 1945 r. W: PA SBU, F. 73, op. 1, spr. 82, k. 57–57 a.).

25 lutego we wsi Zaleszczyki Małe pow. Buczacz upowcy zamordowali 39 Polaków, w tym rodziców z 7 dzieci w wieku od 8 miesięcy do 17 lat; morderstw dokonywali przy użyciu siekier, noży i bagnetów, tylko jedną 80-letnią kobietę zastrzelili. Relacjonuje Apolinary Kuliczkowski z Jazłowca: „ Nad ranem goniec na koniu przyniósł hiobową wieść. Wszyscy Polacy w Małych Zaleszczykach pomordowani. Około południa przywieźli zmasakrowane zwłoki, leżące rzędem na kilku furmankach. Widok był przerażający. To nie były trupy. To były szczątki rozszarpanych, niewiadomo jakich istnień ludzkich. Odbył się uroczysty, ale w grobowym nastroju pogrzeb na jazłowieckim cmentarzu. Wszystkich pochowali w zbiorowej mogile.” (Apolinary Kuliczkowski z Jazłowca; w: https://plus.gazetalubuska.pl/obroncy-jazlowca-wartownicy-byli-uzbrojeni-w-karabiny-automaty-i-granaty-reczne/ar/11782397 ).

28 lutego we wsi Nowosiółki-Bekerów pow. Podhajce napadli na plebanię i zamordowali ks. proboszcza Mariana Dziamarskiego, jego siostrę, gosposię i kobietę ze Lwowa, która korzystała z noclegu na plebanii. Ciało księdza wrzucono do pobliskiego stawu, w którym po pewnym czasie wypłynął na powierzchnię. Był związany drutem  kolczastym. Przed śmiercią na piersiach wypalono mu krzyż, wyrwano paznokcie i język, wydłubano oczy. „We wsi Nowosiółka-Bekerów oprócz ks. M. Dziamarskiego zginęło 8 osób (nazwiska wszystkich są ustalone), wypędzono ze wsi 1020 osoby, spalono 302 zagrody”. (Dorota Stefańska: Marian Dziamarski (1900-1945) - kapłan, męczennik; w: Biuletyn Szatkowski, Tom 11, 2011 r.).

Ponadto w lutym 1945 roku:  

We wsi Jezierzany pow. Borszczów zamordowali 4 Polaków i 2 Ukraińców, oraz bojówka UPA dowodzona przez Olgę Wadowską zamordowała 10 Polaków pracujących przy wyrębie lasu. We wsi Kurniki Szlachcinieckie pow. Tarnopol zamordowali 3 Polki: 15-letnią Genowefę Łagisz, jej 17-letnią siostrę Stefanię Łagisz oraz 60-letnią nauczycielkę Wandę Lwowską. A także 4-osobową rodzinę ukraińską Chomickich z córkami lat 4 i 6. We wsi Kutyska pow. Tłumacz banderowcy zamordowali 20 Polaków, w tym Rozalię Fas z 5 dzieci: córkami lat 8, 16 i 18, synem lat 6 i 3-miesięcznym niemowlęciem, troje najmłodszych dzieci wrzucili do studni, dwie najstarsze córki wywieźli i wrzucili do rzeki Dniestr. We wsi Litowiska pow. Brody w lutym 1945 r. dowódca miejscowej bandy UPA Iwan Jarosz kazał powiesić swoją bratową, Jadwigę Ludwikę Jarosz z d. Cieśla, ur. w 1915 r.,  ponieważ była Polką. We wsi Nakwasza pow. Brody „ukraińscy partyzanci” przecięli piłą stolarską 60-letnią Rozalię Wróblewską. Mordując ją śmieli się: „Pomału riż, bo hołośno kryczyt”. We wsi Paszowa pow. Lesko zamordowali 5-osobową rodzinę sołtysa Dymitra Mazura: ojca z 3 dzieci powiesili, matkę zakłuli bagnetami. We wsi Rzepińce pow. Buczacz zamordowali 25 Polaków, w tym 6-osobową rodzinę Zagajczuków z 4 dzieci, 4-osobową rodzinę Kryckich z 2 dzieci, rodzinę nauczycieli Nabowczuków z 2 córkami.

W marcu 1945 roku odnotowano 208 napadów. Przykłady:

2 marca we wsi Zamch pow. Biłgoraj upowcy z sotni „Zaliźniaka” zamordowali 15 Polaków. 

W nocy z 2 na 3 marca we wsi Sielec Bełzki pow. Sokal upowcy zamordowali 27 Polaków

3 marca we wsi Kurzany pow. Brzeżany zamordowali 35 Polaków. We wsi Skorodyńce pow. Czortków zamordowali 25 Polaków. Świadek Tomasz Bandura twierdzi, że napad miał miejsce w nocy z 8 na 9 marca 1945 roku. „Nie skończyliśmy jeszcze przygotowań do wyjścia, jak przyszły do nas znajome Ukrainki: Katarzyna z „ Kamińciw” z 11-letnim synem / jej starszy syn był w UPA/ i ze swoja siostrą, by je przenocować, gdyż Sowieci mogą powrócić i wywieźć ich na Sybir. Nie odmówiliśmy im. Moja siostra przygotowała dla nich posłanie w drugim pokoju. Około północy ktoś zaczął stukać do naszego mieszkania i krzyknął po rosyjsku: „ Adkroj”. Pomyśleliśmy, że to żołnierze sowieccy. Siostra zapaliła lampę i poszła otworzyć drzwi. Do mieszkania wszedł wysoki mężczyzna w sowieckim mundurze, ale z tryzubem na czapce. Popatrzył na nas i wyszedł. Po chwili weszło trzech uzbrojonych banderowców i jeden z nich powiedział: „Kto tu jest obcy niech się ubiera i wychodzi”, a drugi skierował w kierunku nas automat. Jedna z nocujących u nas Ukrainek podeszła do mnie i powiedziała „Iwasiu” /mam na imię Tomasz/ ubieraj się. Idziemy do domu”. Byłem cały zdrętwiały ze strachu. Nie pamiętam jak szybko się ubrałem i wyszedłem z nią. Pamiętam tylko wzrok mojej siostry, który, jak dziś wspominam, mówił, że więcej już się nie spotkamy. Katarzyna zaprowadziła mnie do swojego mieszkania, kazała ściągnąć buty i ukryć się za piecem. Sama siadła na skraju tego pieca, zasłaniając mnie swoim ciałem. W drugim pokoju jej mieszkania banderowcy urządzili w tym czasie pijacka ucztę, bawili się i śpiewali do samego rana. W nocy przyszedł Wołodymyr, syn Katarzyny i świecąc latarką zapytał swoja matkę „ De je Tomko” /gdzie jest Tomek/. Jego matka odpowiedziała, że tu go nie ma, że jak z nim wyszła na podwórze, to uciekł gdzieś na wieś. Widać było, że jej uwierzył, bo wyszedł z domu. Na drugi dzień wczesnym rankiem pobiegłem do swego domu. Było to 9 marca 1945 r. Moja siostra Franciszka leżała w kałuży krwi na podłodze w pokoju. Jej dziecko leżało z piąstką pod główką, jak gdyby spało. Podniosłem je – krew polała się na moje ręce. Było martwe.  Tego dnia, przed południem, powróciła moja mama z tzw. podwody. Nie potrafię powiedzieć jak się czułą, gdy zobaczyła martwą córkę i wnuczkę. Była jak skamieniałą. Tej nocy banderowcy zamordowali znacznie więcej innych Polaków. Przypominam sobie takie nazwiska jak: Karola Domyka – inwalidę, pięcioosobową rodzinę Franciszka Bandury, którego córka wyszła za Ukraińca, Anne Szatkowską w ciąży i jej synka ( lat 12). Wzięliśmy z mamą bochenek chleba, trochę mąki i innych rzeczy i z niewielkimi tłumoczkami udaliśmy się do Czortkowa. Za drogę wybraliśmy brzeg Seretu. Szliśmy z myślą, że jakby nas gonili banderowcy, to wskoczymy oboje do rzeki i utopimy się by nie dostać się żywcem w ich ręce. Dotarliśmy szczęśliwie do Czortkowa, skąd wyjechaliśmy na zachód 30 maja 1945 r.” (Tomasz Bandura: Byłem świadkiem – Tomasz Bandura lat 10; w: „Na Rubieży” nr 45/2000). 

We wsi Pawłokoma pow. Brzozów nastąpiła akcja odwetowa partyzantów polskich na Ukraińców. IPN Rzeszów: „sygn. akt S 52/01/Zi – śledztwo w sprawie: zabójstwa w dniach 3-5 marca 1945 r. w Pawłokomie, woj. podkarpackie co najmniej 109 obywateli polskich narodowości ukraińskiej /.../. Śledztwo umorzono 19 marca 2010 r. wobec śmierci sprawców Józefa B., Kazimierza S. i Józefa K., wobec prawomocnego przeprowadzenia postępowania w tej sprawie w przeszłości przeciwko Tadeuszowi O., wobec niewykrycia pozostałych sprawców tego przestępstwa.

W nocy z 3 na 4 marca we wsi Mielnów pow. Przemyśl Ukraińcy z sąsiedniej wsi siekierami, nożami, widłami itp., zamordowali 6-osobową rodzinę polską Szubanów oraz spalili ich ciała razem z zabudowaniami i zwierzętami, w tym z psem przywiązanym do budy.

5 marca we wsi Dobraczyn pow. Sokal upowcy zamordowali 3 Polaków, w tym o. Stanisława Muchę.

7 marca w miasteczku Niżniów pow. Tłumacz zamordowali nieznaną liczbę ludności polskiej, w tym 3 siostry zakonne: s. Franciszkę Kosiorowską oraz s. Leokadię – Józefitkę, które oblali benzyną  i podpalili -  zakonnice spłonęły jako żywe pochodnie - oraz zastrzelili s. Annę Teresę Skałecką. „S. Beniamina Ślepkiewicz na podstawie opowieści s. Celiny pisała: „Ukraińcy wdarli się do klasztoru i wymordowali Polaków. S. Celina była w łóżku. Ukrainiec przestrzelił jej szyję, a upewniwszy się, że zabił, nie dobijał. Siostra Celina, po odzyskaniu przytomności, wyczołgała się do pokoju sióstr. S. Leokadia była zwęglona, najprawdopodobniej oblana benzyną i podpalona, a s. Teresa leżała z rozpłataną głową na podłodze. Siostra Celina miała wrażenie, jakby s. Teresa z szafy wypadła.”  Klasztor sióstr niepokalanek, jak również kościół parafialny, został zburzony. Dziś po nim nie ma prawie śladu, zachował się jedynie zdewastowany grobowiec sióstr.  (S. Agnieszka Michna: Siostry zakonne – ofiary zbrodni nacjonalistów ukraińskich; IPN. Warszawa 2010)  

8 marca we wsi Jezierzany pow. Borszczów kilkuosobowa grupa UPA wdarła się nocą do polskiego domu i wymordowała 6-osobową rodzinę Sorokowskich oraz sąsiadkę, Janinę Tomaszewską, koleżankę córki. Zarówno 18-letnią sąsiadkę jak i 19-letnią córkę Bronisławę  przed zamordowaniem ukraińscy „powstańcy” zbiorowo zgwałcili. „Po latach jego Wuj Adam Pruski rozpoznał w pociągu jednego z banderowców biorących udział w mordzie. Miał zmienione nazwisko,był kierownikiem szkoły w Łodzi. Wypierał się, ale po jakimś czasie przyjechała do Rodziny jego siostra. Leon odmówił jakichkolwiek rozliczeń. Znam tę historię bo wychowałam się po sąsiedzku i Lonka dobrze znałam.” (Maria Krawczyk, 15.06.2010; w: http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/tarnopolskie_r.html ). 

W nocy z 15 na 16 marca we wsi Zatwarnica pow. Lesko UPA ograbiła polskie domy i zamordowała co najmniej 41 Polaków z 14 rodzin oraz 7 milicjantów. Inni podają liczby około 80 a nawet 100 zamordowanych Polaków.

18 marca we wsi Dragonówka pow. Tarnopol banderowcy w mundurach NKWD wymordowali 7 Polaków z 2 rodzin Domarackich (2 matki i 5 dzieci), w tym: małe dziecko utopili w cebrzyku z pomyjami oraz uprowadzili 14-letnią córkę, która zaginęła bez wieści. We wsi Olijewo-Korolówka woj. stanisławowskie: „18.03.1945 r. została zam. Biła Franciszka (1925) żona Ukraińca. Powiesili także jej męża za to, że miał żonę Polkę (!).” (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie..., jw.;  Seria – tom 8).

19 marca we wsi Werbka pow Buczacz: „Podaję do wiadomości, że 19 marca 1945 roku na wieś Werbka rejonu koropieckiego napadła banda licząca około 30 ludzi, którzy z wielkim okrucieństwem zamordowali 10 cywilnych osób, w tym Polaków – 6 osób i Ukraińców – 4. /.../ W czasie pobytu we wsi bandyci zamordowali w bestialski sposób 10 cywilnych mieszkańców wsi Werbka: 1. Domacki Józef s. Wiktora lat 42–43, narodowości polskiej. 2. Domacka Justyna lat 38,  narodowości ukraińskiej. 3. Domacki Michał s. Józefa lat 15, narodowości  polskiej. 4. Domacki Wiktor lat 75, narodowości polskiej. 5. Domacka Anna lat 70, narodowości ukraińskiej 6. Bandiak Ludwik lat 3, narodowości  polskiej. 7. Bandiak Anna c. Pawła lat 2, narodowości ukraińskiej. 8. Bandiak Maria c. Dmytra lat 65, narodowości ukraińskiej 9. Bandiak Maria c. Pawła lat 6, narodowości polskiej 10. Zamlińska Janka c. Jana lat 3, narodowości polskiej.” (Meldunek specjalny naczelnika RO NKGB w Koropcu dla naczelnika UNKGB obwodu tarnopolskiego z 21 marca 1945 r,; za:.http://www.zbrodnia - wolynska.pl/__data/assets/ pdf_file/0004/3946/Polskai-Ukraina-w-latach-trzydziestychczterdziestych-XX-wieku-t4- cz1.pdf).  Komański..., s. 177 dokumentuje mord 20 Polaków w nocy z 19 na 20 lutego 1945 roku, ale nie ma wśród ofiar w/w osób.

20 marca we wsi Zazdrość pow. Trembowla upowcy zamordowali 30 Polaków.  IPN Wrocław S 6/02/Zi – śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na terenie pow. Trembowla, woj. tarnopolskie, w latach 1939–1945. w tym w Starej i Nowej Zazdrości w dniu 20 marca 1945 r. − 30 osób powiązanych kolczastym drutem i spalonych w niezamieszkanym domu.

21 marca we wsi Buk pow. Lesko upowcy zamordowali 7-osobową rodzinę polską Podwalskich.

W przysiółku Szpickiery koło Smreka pow. Lesko upowcy z sotni „Wesełego” zamordowali 7 Polaków: dziadków oraz 5 wnucząt,  które nadziali na kołki  w płocie. „Gdy wypadliśmy na skraj polanki, ujrzeliśmy jak jeden z bandytów dosłownie nabijał na jeden z kołków, na  których normalnie na wsi wiesza się gliniane garnki, maleńką dziewczynkę. Czworo innych dzieci konało już w podobny sposób, a dwoje starców opiekujących się dziećmi leżało z roztrzaskanymi głowami. Dwoje dzieci nie miało jeszcze ukończonych dwóch lat. Dziewczynka, ostatnia wbita na kołek, była jeszcze przytomna i otwierała wykrzywioną bólem buźkę, jakby chciała o coś prosić, lecz tylko wielkie łzy strumykiem toczyły się po policzkach. W chwilę potem i ona straciła przytomność, główka opadła, a włoski zasłoniły umęczoną twarzyczkę.” W Szpickierach stały dwa budynki mieszkalne, w tym leśniczówka nad potokiem Bystrym, zamieszkała przez leśniczego Ludwika Masłyka. 

22 marca we wsi Kurniki Szlacheckie pow. Zbaraż: „zwabiono czekających już w Zbarażu na ekspatriację 10 Polaków i bestialsko zamordowano” (Antoni Iżycki; w: Jan Białowąs: „Krwawa Podolska Wigilia w Ihrowicy 1944 r.”, Lublin 2003, s. 103). 

23 marca we wsi Wola Obszańska pow. Biłgoraj upowcy zamordowali 15 Polaków.

25 marca we wsiach Huta Szklana oraz  Rohaczyn  pow. Brzeżany upowcy obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 30 Polaków, w tym  Franciszka Hoffmana  mającego 100 lat -  tutaj Ukraińcy wyjątkowo mordowali tylko mężczyzn, kobietom i dzieciom pozwolili uciekać.

We wsi Kryłów pow. Hrubieszów zamordowali 57 Polaków, w tym 49 osób ludności cywilnej i 8 milicjantów -  uprowadzili i zamordowali w okrutny sposób Stanisława Basaja „Rysia”, byłego dowódcę oddziału BCH. 

26 marca we wsi Bereska koło Ustrzyk Górnych pow. Lesko banderowcy uprowadzili syna właściciela majątku, który zaginał bez wieści oraz SB OUN powiesiła Ukraińca Iwana Hryckowiana, który interweniował w jego sprawie.    

We wsi Gaje Wielkie pow. Tarnopol: „27 marca 1945 roku, oddział UPA wspierany przez Ukraińców z Gajów i okolic zabił 69 osób. Sześć należało do mojej bliskiej rodziny. Jeszcze poprzedniego dnia ukraińscy sąsiedzi zapewniali mojego wuja, Józefa Barutowicza, który był miejscowym nauczycielem, że jemu i jego rodzinie nic się nie stanie. Prosili, aby nie wyjeżdżał. A o północy zastukali do jego domu. Potem zaczęli zabijać.”.  (Maciej Nowicki: Jaka pamięć? Jaki wstyd?; w: https://www.newsweek.pl/swiat/jaka-pamiec-jaki-wstyd/0ycz73f ; data publikacji: 20.09.2018).  

W nocy z 27 na 28 marca w powiecie Lubaczów kureń „Zalizniaka” zlikwidował 18 posterunków Milicji Obywatelskiej,  poległo 30 milicjantów a 10 zostało uprowadzonych i zamordowanych. Zamordowanych zostało od 43 do 72 osób polskiej ludności cywilnej. Były to posterunki w miejscowościach:  Dzików Stary, Podemszczyzna, Horyniec, Zalesie, Basznia Dolna, Łówcza, Futory, Nowa Grobla, Brusno Nowe, Krowica, Puchacze, Chotylub, Wólka Horyniecka, Zapałów, Bichale, Łaszki, Płazów, Cewków.  We wsi Brusno Nowe podczas napadu na posterunek MO spalili żywcem 14 Polaków, w tym 25-letnią kobietę i milicjanta. We wsi Łówcza podczas napadu na posterunek MO spalili 15 gospodarstw polskich i posterunek MO oraz zamordowali 18 Polaków, w tym 6 milicjantów . We wsi Stare Sioło zamordowali 17 Polaków. W przysiółku Starego Sioła – Zalesiu zamordowali 6 Polaków, natomiast 2 Polki zmarły z pomieszania zmysłów widząc okrucieństwo oprawców. 

Od 20 do 28 marca we wsi Wołodź pow. Brzozów w ciągu tych dni bojówki upowskie wymordowały 8 rodzin polskich  liczące co najmniej 24 Polaków.

W nocy z 28 na 29 marca we wsi Stare Sioło – Lipina pow. Lubaczów upowcy zamordowali 28 Polaków w wieku od 2 do 77 lat, całe rodziny, w tym po torturach i paląc żywcem.

W miesiącu lutym lub marcu w kol. Stadnica -Zofiówka (Stadnia) pow. Kopyczyńce banderowcy wymordowali Polaków i spalili wieś. „Kolonia była polska i nieduża, liczyła tylko 20 numerów. Podczas parcelacji gruntów również mój wujek Piotr Wójtaszyn, który był Ukraińcem, rodzonym bratem mojej mamy Tekli Nowak z d. Wójtaszyn, kupił sobie plac i 3 ha ziemi. Zatem ziemię mogli swobodnie nabywać także Ukraińcy. Wujek Piotr wybudował tam sobie dom i miał dużo pszczelich uli dlatego często sprzedawał miód. Była zima 1945 r., to była bardzo ciężka zima, duże śniegi. Gdzieś w lutym albo marcu 1945 r. raniutko, dopiero robiło się jasno na dworze przyszedł do naszego domu w Chłopówce mój wujko Piotr Wójtaszyn i przyniósł ze sobą zmarznięte, ledwo żywe niemowlę, które miało zaledwie 1,5 roczku. To było dziecko jego zięcia Polaka Jana Dobrowolskiego oraz jego najstarszej córki Józefy z d. Wójtaszyn. Zrozumieliśmy, że coś musiało się stać niedobrego, a on usiadł w kuchni i powiedział tak: „Teklusia popatrz (tu otworzył walizkę) to cały mój majątek, tyle mi pozostało!”. Potem zaczął płakać i opowiadać, co się właśnie stało w ich wsi, mówił tak: „Teklusiu stało się wielkie nieszczęście, dziś wczesnym rankiem, około 3.00 rano, jeszcze było ciemno na dworze, do naszej kolonii na saniach przyjechali Ukraińcy, to byli banderowcy i ogłosili, że zabierają wszystkich do Sielrady na spis ludności. Na sanie powsiadali wszyscy mieszkańcy naszej koloni: dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy, a potem wszyscy odjechali razem. Również i przed mój dom zajechały sanie oraz około ośmiu ludzi i na początek zabili nasze dwa duże psy wilczury, a potem nakazali wszystkim zbierać się do Sielrady. Wszystko słyszałem dokładnie bowiem w tym czasie siedziałem pod podłogą wraz z Janem Dobrowolskim swoim zięciem i małym wnuczkiem Kazimierzem. /.../ Po pewnym czasie, gdy wszyscy już odjechali poczuliśmy z zięciem dym i domyśliliśmy się, że ktoś podpalił naszą kolonię. Dym stawał się coraz trudniejszy do zniesienia, a my dosłownie zaczęliśmy się dusić. W tej sytuacji postanowiliśmy, że nie ma czasu do stracenia i zaraz wyszliśmy na zewnątrz. Nasz dom i nasza obora, już stały w ogniu, właściwie cała miejscowość, to był jeden wielki ogień, paliło się dosłownie wszystko. Banderowcy nic prawie nie brali z domów, może po temu, że to była wioska dość uboga, zaś zwierzęta gospodarskie powypuszczali, tak że chodziły luźno. Wziąłem konia oraz sanie i jak mogłem najszybciej przyjechałem do was!”. W tym czasie w naszych stronach, stały już wojska sowieckie. Zaprzyjaźniony sowiecki oficer na moją prośbę, załatwił dla wujka Piotra przebranie i pistolet. Po całym dniu, w którym to się stało, na pierwszą noc mój wujek Piotr oraz kilku innych mężczyzn, pojechało do tej kolonii, aby szukać śladów swoich najbliższych. Wujko tak nam potem opowiadał dalsze losy, jego rodziny: „Na szczęście dla nas, przez cały dzień i w nocy nie padał śnieg, doskonale więc zachowały się ślady po saniach. Właśnie tym tropem doszliśmy, aż do miejsca, gdzie na polach znajdowała się dość dobrze znana i głęboka studnia. To była bardzo głęboka studnia z bardzo zdrową wodą, dlatego często osobiście jej używałem, to tam zwykle poiłem swoje bydło w czasie pokoju. Ze zgrozą w sercach zauważyliśmy, że ślady prowadzą wprost do tej znanej studni, około której było bardzo dużo krwi! Natychmiast przybliżyliśmy się do niej i zaczęliśmy głośno wołać, czy aby nie ma tam żywych ludzi, ku naszemu zaskoczeniu i radości odezwał się głos młodego chłopca. To był Włodzimierz, albo Józef Wójtaszyn bowiem kiedy zawołał mój wujko, to chłopiec zaczął wołać w ten sposób: „Tato ratujcie nas, my mamy ręce powiązane drutami i nie możemy sami wyjść. Mama już nie żyje, bo woda już podchodzi do góry. Na nas narzucane są brony, pługi i płyty z cmentarza żydowskiego. Ja jeszcze żyję bowiem próbowałem przy studni uciekać ale mnie złapali oprawcy i wrzucili do studni, jako jednego z ostatnich, na sam wierzch!’. Na początku ze studni słychać było kilka głosów, krzyczeli: „Pomocy! Ratujcie nas!’, słychać było rozmowy żywych, jeszcze ludzi. Całą noc próbowaliśmy na różne sposoby przyjść im z pomocą i wyciągnąć ich stamtąd, ale nie mogliśmy dać sobie rady z płytami żydowskimi, które były dość ciężkie.”. Niedaleko znajdował cmentarz żydowski, na polu k. miasteczka Grzymałów (w rejonie Husiatyńskim), właśnie stamtąd prawdopodobnie pochodziły te płyty. Osobiście znałam to miasteczko bowiem mieszkałam w nim przed wojną, blisko 6 lat, gdy nasz tatuś Michał Nowak pracował ciężko w tamtejszym majątku. Tam też chodziłam do pierwszej, drugiej i trzeciej klasy szkolnej. Tymczasem sytuacja tych ludzi na dole z każdą godziną stawała się coraz bardziej dramatyczna. Ponieważ mężczyźni nie byli w stanie pomóc o własnych siłach, tym na dole w studni, wrócili spiesznie do domu, po cięższy i właściwy sprzęt. Przez dzień zmuszeni byli jednak czekać, obawiali się bowiem ataku ze strony rezunów w biały dzień. Gdy tylko zapadły ciemności ponownie pojechali na miejsce tragedii, kiedy jednak tam przyjechali woda przelała się, już ze studni na pole niosąc ze sobą mnóstwo krwi potopionych w studni ofiar. Wszyscy którzy byli jeszcze na dole żywi utonęli, mój wujko Piotr i inni z płaczem wrócili do swoich domów. Historię tę znam b. dobrze bowiem ile razy wujek o tym opowiadał, to zawsze b. rzewnie płakał i może dlatego, tak dobrze to zapamiętałam. Poza tym przeżywałam to z nimi na gorąco bowiem w tych dniach, byłem w domu i widziałam i słyszałam wszystkie rozmowy osobiście, a miałam już wtedy 22 lata. Z naszej rodziny podczas tej masakry, zginęły następujące osoby: Hanna Wójtaszyn, żona wujka Piotra, Józefa Dobrowolska z d. Wójtaszyn, żona Jana lat ok. 20, Eugenia Wójtaszyn lat ok. 16, Józef Wójtaszyn lat ok. 14, Władysław Wójtaszyn lat ok 12 oraz najmłodsze z dzieci wójka Piotra i Hanny lat ok. 3.  Wujek Piotr Wójtaszyn po wojnie wyjechał na Dolny Śląsk z innymi repatriantami z naszych stron. Raz jeszcze się ożenił z drugą żoną Hanną, ale już swoich dzieci więcej nie miał. Oboje już odeszli do wieczności nie pozostawiając potomstwa, a pochowani są najprawdopodobniej w miejscowości Ujazd Górny na Dolnym Śląsku. [fragment wspomnień Julii Marut z d. Nowak ze wsi Chłopówka k. Chorostkowa na Ziemi Tarnopolskiej, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]   P.S. Po dziś dzień w tym miejscu, gdzie w głębokiej studni spoczywają niewinni mieszkańcy kolonii Stadnia (ok. a może nawet ponad 100 osób), ofiary ludobójstwa, nie stanął zapewne nawet najprostszy krzyż, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo.” (Sławomir T. Roch: My mamy ręce powiązane drutami i nie możemy wyjść. Mama już nie żyje, bo woda już podchodzi do góry.  W: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/908-my-mamy-rce-powizane-drutami-i-nie-moemy-wyj-mama-ju-nie-yje-bo-woda-ju-podchodzi-do-gory.html ).

Ponadto w marcu  1945 roku (świadkowie nie podali dnia):

We wsi Byczkowce pow Czortków: „W masowym mordzie w Byczkowcach zginęło 106 Polaków. (Kubów..., jw.).  We wsi Hlibów pow. Skałat zamordowali 43 Polaków oraz  2 Rosjanki, nauczycielki. We wsi Ihrowica pow. Tarnopol upowcy zamordowali Katarzynę Biskupską, lat 38 (jej mąż poległ na wojnie w 1939 roku), jej syna Józefa lat 13 i córkę Stanisławę, lat 7. „Katarzynę z dwojgiem dzieci znaleziono w leju po bombie na górze za jej domem. Cała trójka była powiązana sznurami. Z całej rodziny ocalała tylko 16 letnia Hanka, która w tym czasie była na służbie w Tarnopolu. Do Ihrowicy po śmierci matki, siostry i brata nie mogła już wrócić. Śmierć Katarzyny z dziećmi odbiła się głośnym echem po okolicy. Znana stała się także awantura między dwoma Ukrainkami o łupy po śp. Katarzynie. W pewną niedzielę po wyjściu z cerkwi w obecności wielu ludzi o mało nie doszło do rękoczynów. Poszło o szal śp. Katarzyny zrabowany po jej śmierci. Obie kobiety uważały, że mają prawo do tej zdobyczy i usiłowały sobie szal na siłę wydrzeć. Padały wyzwiska, złorzeczenia i przekleństwa. Awantura o szal spowodowała wśród Ukraińców dyskusję o rabunku polskich dóbr. Zdania były podzielone. Jedni twierdzili, że to grzech, inni go usprawiedliwiali.” (Jan Białowąs: „Wspomnienia wigilijne 1944 r.”; w: http://www.cracovia-leopolis.pl/index.php?pokaz=art&id=2254 ; Jan Białowąs: Wspomnienie z Ihrowicy na Podolu, 1997; Komański:... , s. 827). We wsi Kruhów pow. Złoczów zamordowali 23 Polaków, głownie kobiety i dzieci. We wsi Kutyska pow. Tłumacz zamordowali 28 Polaków, którzy przyjeżdżali do swoich gospodarstw po żywność. We wsi Lelechowka pow. Gródek Jagielloński podczas nocnego napadu banderowcy zamordowali po torturach 24 Polaków, w tym dwie rodziny Holiczków, z których Tomasza z córką Emilią uprowadzili do lasu i ślad po nich zaginął. Innego dnia uprowadzili z drogi z wozem i końmi żonę Tomasza Holiczka, która także zaginęła bez wieści. We wsi Leszczańce pow. Buczacz upowcy zamordowali 22 Polaków, głownie kobiety i dzieci. Zwłoki 15-letniej Genowefy Gil znaleziono dopiero 3 maja nad brzegiem rzeki Strypa, natomiast uprowadzonej 17-letniej jej siostry Heleny Gil nie odnaleziono. We wsi Mysłowa pow. Skałat 17-letni Polak Aleksander Chwaliński zaproszony został przez swego ukraińskiego kolegę Jurka Kohuta do jego domu na grę w karty, skąd uprowadzili go banderowcy. Po sześciu tygodniach jego zwłoki odnaleziono w gliniance około 20 km od wsi. Chłopiec miał odcięte ręce, nos i wydłubane oczy. We wsi Okopy Świętej Trójcy pow. Borszczów: „ Pod koniec II wojny światowej tę zamieszkaną w większości przez Polaków miejscowość zaatakował oddział UPA, dokonując rzezi jej mieszkańców. Także wtedy część ludzi uratowała się, uciekając do rzeki, a pewna ich ilość schroniła się w kościele. Powtórzyła się wówczas tragedia z 1769 roku, gdyż znów w kościelnych murach wymordowano wszystkich, którzy się tam znajdowali.” (Zbigniew Szczepanek: ZAMKI NA KRESACH, Okopy Św. Trójcy; w: „Nad Odrą”, NR 1-2/2012). We wsi Olesza pow. Tłumacz zamordowali 9 Polaków, w tym nauczycielkę i jej matkę, które powiesili w pobliżu szkoły na drzewie przy użyciu drutu kolczastego zaciśniętego na szyjach ofiar. We wsi Poręby pow. Brzozów upowcy zamordowali 7 Polaków; relacja świadka z Huty-Poręby: „Krowy strasznie ryczały u gospodarzy pod lasem. Ktoś zwrócił na to uwagę. Ta chata była oddalona od wsi. Tuż za nią rosły drzewa i krzaki i zaczynał się las. Kilku gospodarzy poszło sprawdzić, co się dzieje. Gdy weszli do zabudowań gospodarskich, nic nie wskazywało na tragedię. Kury spokojnie spacerowały po podwórku, garnki wisiały na płocie, tylko te krowy… Ryczały i ryczały. Pewnie nikt im nie dał pić, więc spragnione zwierzęta rycząc, domagały się wody. Gdy mężczyźni zajrzeli do izby, struchleli. Za stołem siedziała cała rodzina. Wszyscy zamordowani. Ukraińcy, słynący z bestialstwa, wszystkim członkom rodziny przybili języki gwoździami do stołu. - Wie pan co? Niemcy to chociaż mordowali „po ludzku”: zastrzelili człowieka, zadźgali bagnetem, a Ukraińcy zachowywali się jak zwierzęta. Zanim człowieka zabili, to wcześniej jeszcze go musieli zmasakrować, zedrzeć skórę, wypruć wnętrzności. Wrzucali ludzi do studni albo zawijali w drut kolczasty. Żeby matka przed śmiercią oszalała, to na jej oczach dziecko nabijali na sztachetę od płotu. Potwory - mówi pani Zofia Konieczna”. (http://www.niedziela.pl/artykul/58908/nd/Kobieta-ze-Wschodu). 

W mieście Przemyśl woj. rzeszowskie podczas nocnego napadu na szpital upowcy zamordowali 21 Polaków: 15 cywilnych, chorych i leżących w łóżkach oraz 6 rannych żołnierzy WP.  We wsi Romanówka pow. Tarnopol zamordowali 6 Polaków, w tym nauczyciela Michała Tetiuka  „Zaprowadzono go do Ukraińca nazwiskiem Kawalok, i zamknięto w dużej piwnicy z kamienia. Tam Polaka torturowano, wyrywając mu palce u rąk i nóg, a ponieważ przy tym krzyczał, ucięli mu język. Nie wiadomo jak długo pastwili się nad ofiarą i co zrobili z ciałem” (Wanda Jarzyna z d. Tetiuk; w: Komański..., s. 836). We wsi Skomorochy pow. Tarnopol Ukraińcy zarąbali siekierą Emilię Kwaśnicką lat 48 oraz uprowadzili jej córkę Adelę lat 17, po której ślad zaginął. We wsi Stawki Chartanowieckie pow. Zaleszczyki Skóra i jego 17-letni syn zostali zakatowani przez banderowców na śmierć. Ojcu kazali tańczyć w rytm melodii ukraińskiej puszczanej z gramofonu, w trakcie czego bili go nahajkami, kolbami karabinów, kijami i rękojeściami rewolwerów, kopali go, połamali ręce i nogi, rozbili głowę, zmasakrowali twarz. Wywlekli go martwego na podwórze. „W tym samym czasie, inna grupa banderowców, znęcała się nad jego synem. Bili go pałkami, widłami, orczykami, a jeden z oprawców szpadlem. Trwało to dość długo. Chłopiec ciągle dawał znaki życia. Zmęczeni tym biciem oprawcy przestali. Wtedy ten ze szpadlem zadał ofierze kilka ciosów szpadlem po głowie i karku aż chłopiec znieruchomiał. Chwilę po rozprawieniu się z ofiarami, kilku banderowców przyprowadziło na podwórze rozebraną do naga kobietę. Widziałam ją przez okno. Stała z ułożonymi wokół piersi dłońmi, trzymając swoją odzież i próbowała się nią zasłonić. Jeden z bandytów podszedł do niej i zaczął ją bić pięściami, drugi uderzył ją parę razy orczykiem. Po pobiciu, oprawcy wyprowadzili ją w pole i tam zamordowali. Któryś z nich ściął jej głowę szablą i po wejściu do izby meldował „Chmielowi”, że po ścięciu głowy kobieta zrobiła jeszcze parę kroków i upadła. Zwłoki kobiety obłożono słomą i spalono”. (Aniela Lorencik z d. Grabowiecka; w: Komański..., s. 903). We wsi Strzałkowce pow. Borszczów  upowcy zamordowali 3-osobową rodzinę Jaworskich (rodziców z córką) oraz Zofię Malik, krawcową, namówioną do powrotu z Borszczowa przez sąsiadkę Ukrainkę, która gwarantowała jej bezpieczeństwo. Zwłoki Polki znaleziono w jeziorze - była naga, związana drutem kolczastym, ze śladami tortur. 

Powyższy, znacznie skrócony wybór ukraińskich zbrodni zupełnie neguje tezę Huka, że „od połowy 1944 r. do marca 1945 r.” społeczność polską „w zasadzie nie dotknęło istotne uszczuplenie ilościowego i materialnego stanu posiadania spowodowane działaniami UPA.” Oczywistym kłamstwem jest także twierdzenie, że „w latach 1944–1947 w Bieszczadach, na Łemkowszczyźnie, Nadsaniu i na Chełmszczyźnie UPA nie dokonała na Polakach ani ludobójstwa, ani czystki etnicznej, ani tzw. akcji antypolskiej.” Czy jednak jest to wynik braku podstawowej wiedzy?

 

„W Rzeczypospolitej na terenach aktywności UPA Polacy stanowili odrębne zagadnienie taktyczne i strategiczne, którego pozytywnemu rozwiązaniu UHWR poświęcała maksymalnie wiele uwagi. Nigdy nie doszło tu do zabijania Polaków, jak głosi esencjalistyczno-nacjonalistyczna formuła historyków polskich, „tylko za to, że byli Polakami”. Być Polakiem – nie stanowiło powodu, aby zostać zabitym przez UPA. OUN-NP nigdy i nigdzie nie zakładała ani nie przeprowadzała etnocydu lub czystki etnicznej na Polakach. Gdyby tak było, to od lata 1944 r. do lata 1947 r. UPA miała dość czasu, aby na Wołyniu czy w Bieszczadach nie pozostał po nich ślad.” (s. 266 – 267)

I rzeczywiście, na Wołyniu w wyniku ludobójstwa praktycznie po Polakach „nie pozostał ślad”, poza kilkoma pomnikami i cmentarzami. To ludobójstwo w samostijnej Ukrainie kontynuowane jest zarówno poprzez negowanie ludobójstwa, jak też poprzez zakaz ekshumacji i postawienia krzyży na mogiłach pomordowanych Polaków. W Bieszczadach, aby „nie pozostał po nich ślad” nie pozwoliła dopiero operacja „Wisła”.  

 

„Do utworzonego w 1945 r. Kraju Zakerzońskiego kierownictwo OUN-NP skierowało swe najlepsze kadry w celu osiągnięcia trwałego porozumienia z polskim podziemiem i społeczeństwem.” (s. 267 – 268)

 6 kwietnia 1944 roku Myrosław Onyszkewycz „Orest”: „Rozkazuję Wam niezwłoczne przeprowadzenie czystki swojego rejonu z elementu polskiego oraz agentów ukraińsko-bolszewickich. Czystkę należy przeprowadzić w stanicach słabo zaludnionych przez Polaków. W tym celu stworzyć przy rejonie bojówkę, złożoną z naszych członków, której zadaniem byłaby likwidacja wyżej wymienionych. Większe nasze stanice będą oczyszczone z tego elementu przez nasze oddziały wojackie nawet w biały dzień. /.../ Oczyszczenie terenu musi być zakończone jeszcze przed naszą Wielkanocą, żebyśmy świętowali ją już bez Polaków. /.../ Wydobyć broń. Śmierć Polakom. Postój, 6 kwietnia 1944 roku. Sława herojom! Orest, Karat (-)” Rozkaz ten znajduje się w aktach śledztwa przeciwko Myrosławowi Onyszkewyczowi.   „10 lipca 1944 r. dowódca UPA w Galicji Wschodniej Wasyl Sydor „Szelest”, wydał rozkaz, w którym zalecił „ciągle uderzać w Polaków aż do wyniszczenia ich do ostatniego z tych ziem” /.../  Kierownictwo ruchu banderowskiego uznało, iż jest możliwe zarówno dokonanie czystki, jak i wygranie całej sprawy propagandowo. Dlatego z jednej strony bezwzględnie dalej realizowano politykę faktów dokonanych, a z drugiej zawczasu przygotowywano strategie propagandowe, mające nie tylko usprawiedliwić ukraińskie poczynania, ale wręcz odpowiedzialność za nie przerzucić na stronę polską.” ( Motyka Grzegorz: Ukraińska partyzantka 1942 – 1960; Warszawa 2006, s. 378, 380). Sowieci i Niemcy realizowali plany wymordowania polskich elit, Ukraińcy plan „całkowitej fizycznej likwidacji ludności polskiej”.  W kwietniu 1945 roku w „Zakierzońskim Kraju” zorganizowano Krajowy Prowid OUN. Funkcję prowidnyka powierzono Jarosławowi Staruchowi ps. „Stiah”, zaś jego zastępcą, a jednocześnie szefem propagandy, został Wasyl Halasa, ps. „Orłan”. Referentem służby bezpieczeństwa został Petro Fedoriwa, ps. „Dalnycz”, natomiast stanowisko referenta wojskowego i naczelnego dowódcy UPA w Polsce objął Mirosław Onyszkiewicz, ps. „Orest”. Wiadomo, jak zadanie to realizowały „najlepsze kadry OUN” przy pomocy takich „negocjatorów” jak:  Zalizniak , „Szum”, „Kałynowycz” , „Ren”, „Bir”, „Chrin”, „Stach”, „Brodycz”, „Bajda”, „Burłaka”, „Łastiwka”, „Hromenka”, „Kryłacz”, „Lis”, „Smyrny”,   „Myron” , „Karmeluk”. W efekcie „osiągania przez nich trwałego porozumienia” w „Kraju Zakerzońskim”,czyli na  ziemiach dzisiejszej Polski zginęło około 25 tysięcy Polaków (w tym około 20 tysięcy osób cywilnych, głownie kobiet i dzieci) oraz około 5 tysięcy Ukraińców (tym około 3 tysiące członków OUN-UPA podczas toczonych walk). „W akcjach odwetowych” (w tym dokonanych przez WP) rozstrzelanych zostało nie więcej niż 1,5 tysiąca Ukraińców, i to prawie wyłącznie mężczyzn, o których „niewinności” można mieć co najmniej wątpliwość.

„Partnerzy polscy z podziemia antykomunistycznego rozumieli strategię akcji UPA jako nieskierowanych przeciw polskiej ludności cywilnej i wiosną 1945 r. zawarli serię porozumień lokalnych z partyzantką ukraińską. Miały one twardą podstawę w linii politycznej ukraińskiego ruchu oporu.”  (s. 268)

Którzy to polscy partnerzy „rozumieli strategię akcji UPA jako nieskierowanych przeciw polskiej ludności cywilnej”? Nie pada ani jedno nazwisko – więc może wszyscy? Ale nigdzie tego nie wyjawili – czyżby w głębokiej tajemnicy tylko B. Hukowi? A może nie twierdzili, ale Huk wie, że tak „rozumieli”. Bo na takich tezach bazuje jego „historiografia rozumiejąca”, o której pisał już wcześniej.    

„Zatem w powojennej Rzeczypospolitej Polskiej UPA miała nie powstać właśnie ze względu na pragnienie UHWR, aby uniknąć konfliktu z państwem i narodem polskim. Wysoką cenę za tę strategię zapłacili Ukraińcy z Pawłokomy, Piskorowic i dziesiątek innych wsi. Dopiero po serii mordów, dokonanych przez oddziały polskie na ukraińskiej ludności cywilnej wiosną i latem 1945 r., zaczęło się powolne organizowanie UPA w państwie polskim. Najprawdopodobniej, gdyby nie prowokacja polskich komunistów, którą były wojskowe metody deportacyjnej eliminacji Ukraińców, UPA w państwie polskim nigdy by nie powstała, a OUN-NP byłaby raczej misją zagraniczną UHWR, niż politycznym przywództwem walczącej formacji zbrojnej.”  (s. 269)

Zgodnie z cytowanymi wyżej rozkazami „Oresta” i „Szelesta” UPA conajmniej do lata 1945 roku była w Polsce „misją zagranicznej UHWR”, czyli faktycznie OUN. Jam można nazwać artykułowanie wniosków całkowicie odmiennych od faktów i rzeczywistości? 

„Natomiast UHWR i UPA od razu jednoznacznie zdiagnozowały, przeciw komu walczą: nie przeciw Polakom i niepodległej Polsce, a przeciw rządowi polskich komunistów. Dzięki temu określiły się zarazem jako sojusznicy Polaków w walce z komunizmem.” (s. 269 – 270)

UPA przybyła więc do Polski z misją pokojową, a polscy „koloniści” z Chełmszczyzny i Bieszczad zaczęli mordować im żony i dzieci w Galicji, musieli więc bronić ich na Zakerzonii.  A UPA walczyła z rządem polskich komunistów poprzez liczne wstępowanie do PPR, MO i UB! O czym Huk pisał wcześniej.

„W 1945 r. w Rzeczypospolitej Polskiej w sytuacji beznadziei i odczłowieczania przez państwo polskie wybuchło ukraińskie powstanie, a nie rewolta antypaństwowa. Ukraińska „armia”, nieposiadająca ani jednego czołgu i samolotu, nie była zdolna zagrozić winowajcy – państwu. W ograniczonej skali i w ściśle określonych miejscowościach mogła jedynie na pewien czas destabilizować sytuację jego administracji. UPA nie miała też sił, by obronić ukraińską ludność cywilną. Ruch oporu częściowo zmobilizował Ukraińców do przeciwstawienia się komunistom, ale nie miał środków do efektywnej walki z państwem polskim i stojącym za nim ZSRR. (s. 270)

Rzeczywiście, była to głupota przywódców OUN i UPA. Ale wynikała ona ze ślepej realizacji założeń doktryny nacjonalizmu ukraińskiego przesączonej nienawiścią do Polski i Polaków, której ofiary w realiach lat 1944 – 1947 były także po stronie ukraińskiej. Nic nie da pokrętne usprawiedliwianie banderyzmu.

„Wyjściem” z sytuacji bez wyjścia było – propagandowe i usprawiedliwiające krach strategii UHWR – oczekiwanie na III wojnę światową.” (s. 270)

Polskie podziemie też na nią liczyło i oczekiwało, że przywróci ona do Polski Kresy z jej historycznym miastem Lwowem. USA i Anglia oddaliby Ukrainie, czyli sojusznikowi faszystowskiej III Rzeszy, Przemyśl i Chełm? Takie kalkulacje są szczytem nawet nie naiwności, ale zwykłej głupoty.

 

„Ukraiński ruch oporu – jako praktyka społeczna, zespół norm, postaw oraz zachowań – obejmował w latach 1944–1947 wszystkich Ukraińców, którzy nie chcieli podporządkować się zagrażającym ich życiu decyzjom rządu polskiego. To nie były tylko OUN-NP czy UPA.” (s. 270)

Byli to także „zwykli ukraińscy chłopi” z SKW biorący udział w mordowaniu swoich sąsiadów Polaków. 

„Jednak jedyną ukraińską praktyką publiczną, na którą wyrażał zgodę rząd RP, była ucieczka do ZSRR przed terrorem Wojska Polskiego i bandyckich oddziałów polskich. W tej sytuacji wiosną 1945 r. UHWR została zmuszona do zapoczątkowania procesów legitymizujących istnienie i działalność podziemnej administracji ounowskiej na terenie od Podlasia po zachodnie krańce Łemkowszczyzny.” (s. 270)

Jakie to były „bandyckie oddziały polskie”? Przecież Ukraińcy nie chcieli uciekać do ZSRR, niewielu dobrowolnie wyjechało w ramach wzajemnych przesiedleń ludności polskiej i ukraińskiej. Zostało też ich Polsce ponad sto tysięcy.

„Ukraińcy w Polsce w 1945 r. najpierw postawili na opór obywatelski. Nie zgłosili akcesu do wyjazdu ze swojej Ukrainy i z państwa polskiego. Ich postawa nie miała najmniejszych znamion oporu zbrojnego”. (s. 272)

Do 1945 roku żyli przyjaźnie i pokojowo w  w tej „zbrodniczej katolicko-szlacheckiej”Polsce? 

„Ostateczna decyzja musiała przyjść w postaci rozkazu z jesieni 1945 r., wydanego przez generała Dmytra Hrycaja i Dmytra Majiwskiego, przebywających wtedy na inspekcji organizującego się już prawie od roku (!) Kraju Zakerzońskiego. Rozkaz Hrycaja-Majiwskiego, czyli mobilizacja zamiast demobilizacji – to szczytowy okres organizowania społeczności ukraińskiej do samoobrony. Ta strategia nie miała solidnych podstaw międzynarodowych: przewidywała wybuch następnej wojny, ale nie chciała dostrzec rozmiarów wpływu ZSRR na losy świata. Skutkowało to nieprecyzyjną oceną możliwości trwania UPA w Rzeczypospolitej w realiach eliminacji ludności ukraińskiej przez tę ostatnią, a także oporem obliczonym na aspekt propagandowy i legitymizacyjny.” (s. 272)

Wcześniejszych rozkazów „Oresta” i „Szelesta” Huk nie zna? Czy jest to objaw amnezji?

„W decydującym 1946 r., kiedy ważyły się losy deportacji na Ukrainę, kierownictwo podziemia rozważało rezygnację z oporu, jednak nie mogło konstatować braku jego potrzeby w chwili bieżącej. Działania Wojska Polskiego nie dawały bowiem możliwości zastanawiania się nad sensem lub brakiem sensu oporu.” (s. 272 – 273)

Nie są znane decyzje o rezygnacji z oporu, a rozważać „kierownictwo podziemia” ukraińskiego to mogło także  zaniechanie marszu na Moskwę. Znane są natomiast rozkazy dowództwa OUN i UPA nakazujące kontynuowanie ludobójstwa na ludności polskiej.

W podrozdziale: Cud nad Wisłą: katolicka armia komunistów, Huk pisze: „Konflikt polsko-ukraiński w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1944-1947 stanowił akt agresji państwa polskiego przeciwko własnym obywatelom dokonany przy pomocy regularnych sił zbrojnych – Wojska Polskiego. Celem tej agresji było włączenie w obręb etnicznej Polski niepolskich kulturowo terytoriów Rzeczypospolitej Polskiej poprzez złamanie praw obywateli polskich narodowości ukraińskiej i zdobycie na własność ich ziemi i majątku. Działania Wojska Polskiego napotkały na opór ze strony ofiar, które w efekcie sklasyfikowano jako wroga.” (s. 273)

Sam tytuł podrozdziału potwierdza paranoidalny sposób rozumowania Huka wynikający z głębokiej nienawiści do Polski. W umyśle Huka pojawiła się wizja „Cudu na Wisłą” w postaci „katolickiej armii komunistów”. Zaatakowała ona „własnych obywateli”. W walkach z polskim podziemiem niepodległościowym brały udział głównie oddziały NKWD, KBW i UB. Ale poza Hukiem nikt nie ujrzy w nich „katolickiej armii”, gdyż były to odziały antykatolickie komunistów. Z „obywatelami polskimi narodowości ukraińskiej” Wojsko Polskie (bo chyba w nim objawiła się Hukowi „katolicka armia komunistów”) nie walczyło. Toczyło walki, początkowo nawet bez powodzenia, z faszystowskimi oddziałami banderowskimi SB OUN i UPA, wspieranymi przez wiejskie oddziały SKW. „Polski kulturowo” to był także Lwów, Krzemieniec i całe Podole. A może np. Poryck, Podkamień, Tarnopol były „kulturowo ukraińskie”? Jak obecnie „kulturowo” wygląda chociażby Poryck i tysiące innych takich miejscowości? A te zdobycze „ziemi i majątku” przez Rzeczpospolitą Polską należałoby wreszcie zbilansować ze stratami „ziemi i majątku”, jakie poniosła w latach 1939 – 1947 Rzeczpospolita Polska, w tym także na Kresach. 

„Wkroczenie Wojska Polskiego na tereny zamieszkane przez ludność ukraińską nosiło cechy ludobójczej inwazji zbrojnej na terytorium obce kulturowo. Rodowód polskiej idei bezkarnego rugowania i mordowania Rusinów i Ukraińców nie był dotąd badany. (s. 274)

To „terytorium obce kulturowo” miało tysiącletnią tradycję kultury polskiej. „Kultura ukraińska” miała kilkuletnią „tradycję” funkcjonowania kilkunastu działaczy ukraińskich, a następnie kilkuletnią działalność OUN i UPA, ale czy można zaliczać to do ‚kultury”? 

„Realne korzyści państwowe dowodzą, że w obu przypadkach stroną inicjującą był rząd polski, a nie sowiecki. Według mnie, najważniejsza była deportacja na Ukrainę w latach 1944–1946. Akcja „Wisła” pozostaje z nią w bezpośrednim związku jako następstwo. Nie byłaby możliwa, gdyby wcześniej nie zrealizowano deportacji na wschód – największej zbrodni państwowej dokonanej przez rząd Rzeczpospolitej Polskiej na obywatelach polskich narodowości ukraińskiej. Do dziś w propaństwowej i pronarodowej publicystyce polskiej i pracach naukowych wykorzystywany jest aspekt etniczny pierwszej deportacji, traktowanej jako wyjazd do własnej ojczyzny. Jednak kwestia otwartą pozostaje pytanie: gdzie była ojczyzna Ukraińców, jeśli do zamieszkania w „prawdziwej” potrzebne były dywizje Wojska Polskiego, trupy i spalone wsie?” (s. 276 – 277)

Umowę o przesiedleniach z 9 września 1944 roku zainicjował PKWN, a nie rząd sowiecki, bo on był spolegliwy? Trupy polskich ofiar do tej pory leżą w porośniętych chwastami i drzewami „dołach śmierci”, ale wiele z nich nawet zostało bez pochówku. I muszą tak leżeć aktualnie, bo przyjacielski, pełen empatii i humanizmu rząd wolnej Ukrainy zabronił Polsce dokonywać ekshumacji. Wsi polskich zostało spalonych około 5 tysięcy. Wsie ukraińskie po wysiedleniu ludności spaliła UPA, aby nie mogli w nich zamieszkać przesiedlani Polacy z Kresów. A  realizacja „największej zbrodni państwowej dokonanej przez rząd Rzeczpospolitej Polskiej na obywatelach polskich narodowości ukraińskiej” polegała na wzajemnej wymianie ludności nazwanej „przesiedleniami”, co dotknęło większą ilość ludności polskiej na Kresach, niż ludności ukraińskiej na „Zakurzonii”. 

„Nie da się także utrzymać opinii, iż eliminacyjne działania państwa polskiego zostały podjęte w celu obrony ludności polskiej przed zagrożeniem ze strony UPA. Ono nie istniało. Sprowokował je rząd polski, kreujący się na obrońcę polskiej ludności. Zagrożeniem dla Polaków był rząd Rzeczypospolitej Polskiej, a nie UPA.” (s. 277) 

To „nieistniejące zagrożenie ze strony UPA” kosztowało na „Zakurzoni” życie około 25 tysięcy Polaków. Ono by przestało istnieć, ale po „wyniszczeniu ich do ostatniego” jak brzmiał rozkaz  „Szelesta”, tłumaczony na niższym szczeblu UPA jako „wyrżnięcie Polaków co do łapy”.

„Uśmiercanie Ukraińców było celem politycznym, dalekim od celów wojskowych. Celem WP nie było odróżnianie, czy zabijany jest uzbrojonym członkiem UPA, czy bezbronnym ukraińskim wieśniakiem, podobnie jak podczas wojny„. (s. 281) 

Huk kontynuuje przypisywanie zbrodni ukraińskich Polakom.. „Uśmiercanie Polaków było celem politycznym, dalekim od celów wojskowych”. Aleksander Korman zestawił 382 metody tortur stosowanie przez SB OUN i UPA na Polakach. I to już od września 1939 roku. Sprawcy tortur i okrucieństw urządzali niekiedy makabryczne sceny, aby drwić i szydzić z ofiar. Na przykład: tułów z obciętymi rękami i nogami oraz obciętą głową ofiary, układali na „siedząco” pod ścianą zewnętrzną domu mieszkalnego, wystawiając je na publiczne „pośmiewisko”. Czasami, rozwieszali jelita ofiary na ścianie wewnątrz izby z ukraińskim napisem: „Polska od morza do morza”. Częstokroć, po dokonanej rzezi Polaków jeździli banderowcy powozem po wsi śpiewając i wiwatując przy akompaniamencie harmonii. Znany jest również przypadek zamordowania furtiana w kościele i obcięcia mu głowy oraz naigrywania się w ten sposób, że tułów banderowcy podparli z przodu i z tyłu ławką, a do rąk złożonych jak do modlitwy włożyli jego własną głowę. W innym przypadku, odrąbaną głowę ofiary dawali ukraińscy terroryści dzieciom do zabawy – kopania jej jak piłkę. Tortury psychiczne zadawane były na przykład rodzicom zmuszonym do oglądania szczególnie wymyślnych tortur zadawanych ich dzieciom lub dziecku. Psycholog William Ryan ukuł frazę „obwiniania ofiary” jako ideologię wykorzystywaną do uzasadnienia rasizmu. W tym zakresie Huk poszedł znacznie dalej: zbrodnie ukraińskie zamienił na zbrodnie polskie, a to już przekracza zwykły „dysonans poznawczy”. 

„Trudno ustalić straty wśród ludności ukraińskiej, żołnierzy UPA i w ogóle członków ruchu oporu poniesione w wyniku działań samego WP i WOP.” (s. 282)

Są ustalane przez historyków ukraińskich i oscylują zwykle około liczby trzykrotnie większej, niż potwierdzają to dokumenty i prowadzone śledztwa.

W podrozdziale: Ukraińskie Powstanie Antykolonialne (UPA), Huk pisze: „Podpisanie i realizacja umowy z 9 września 1944 r. o wymianie ludności pomiędzy rządami Rzeczypospolitej Polskiej a USRR stanowiło pogwałcenie praw objętych nią obywateli RP i USRR. Obowiązkiem moralnym Ukraińców było przeciwstawienie się przemocy ze strony rządu i państwa działających lub przypisujących sobie działanie w imieniu narodu polskiego, a nie narodu obywatelskiego. Dochowali oni wierności jednej z naczelnych zasad nowożytnej demokracji europejskiej – umowie społecznej zakładającej, że obywatele są prawowitą wspólnotą polityczną, która posiada prawo do wszelkich działań, aby nie stać się ofiarą agresji.” (s 282)

Czy na Kresach Polacy mieli takie samo prawo?

„W celu obrony obywateli polskich narodowości ukraińskiej UHWR opierając się na dotychczasowej siatce OUN-NP utworzyła podziemną administrację cywilną oraz wprowadziła na teren państwa polskiego UPA jako formację działającą na rzecz obrony praw człowieka i obywatela.” (s. 282 – 283)

OUN formacją działającą na rzecz obrony praw człowieka i obywatela”? To „kalka” tez politruków sowieckich o roli NKWD, tyle, że ono broniło tych praw nie tylko w Polsce, ale także na Ukrainie.

„Względy militarne nie dyktowały UPA ataków na kolonialne garnizony WOP w Wołkowyi, WP w Birczy czy na MO w Cisnej, lecz bez tych ataków podziemna administracja szybko utraciłaby legitymację w oczach ludności ukraińskiej i miałaby bardzo utrudnione warunki działania. Rząd i Wojsko Polskie w działaniach propagandowych określały siebie jako obrońców narodu polskiego przed „faszystowskimi bandami UPA”. Nie miało to nic wspólnego ze stanem faktycznym: rząd i wojsko nie zawarły umowy społecznej z narodem polskim i swą przemoc wobec niego legitymizowały między innymi poprzez eliminację Obcych. Jednak naród polski wyraził na to zgodę.” (s. 284)

Ciekawe, jak historiograf Huk badał to „legitymizowanie w oczach ludności ukraińskiej” ataków UPA na „kolonialne garnizony WOP w Wołkowyi, WP w Birczy, czy MO w Cisnej”, podczas których bestialsko mordowana była polska ludność cywilna, „kolonizatorzy” od setek lat w swoim tysiącletnim państwie – bo żołnierze i milicjanci przy niezbyt wielkich stratach zdołali obronić „kolonialne garnizony”? Jakie metody badawcze stosował do tych „oczu” ludności ukraińskiej? I w ogóle czy z „bielmem na oczach” można coś zobaczyć? Ważne, że walka z faszystowskimi bandami UPA została wygrana, i nic na to nie poradzą żadne pisane historiografie a la Huk. 

W rozdziale „Powtarzanie żydowskiego losu”, w podrozdziale  „Sami chcieli nam pomagać”…, czyli tzw. banderowcy o Polakach, Huk pisze: „Dokumenty świadczą jednoznacznie, że podziemie ukraińskie w Bieszczadach nie dokonywało systematycznych mordów na Polakach. Zabójstwa zdarzały się, ale były rzadkie. Zgodnie z twierdzeniem historyków i publicystów polskich o powszechności i masowości zabójczych praktyk podziemia ukraińskiego, większość Polaków w Bieszczadach nie powinna przeżyć. W okolicy Terki straty polskie powinny stanowić bez mała 300 osób.” (s. 297 – 298)

I rzeczywiście, większość Polaków na wsiach nie przeżyła, natomiast w miastach przeżyła większość. Każdy historyk rozumie, dlaczego. W Bieszczadach (wówczas część powiatów Lesko, Sanok i Turka) Ukraińcy zamordowali co najmniej 1808 Polaków. W „okolicy Terki” nie wiadomo, ilu Polaków zostało zamordowanych przez Ukraińców, gdyż żaden historyk polski nie chce podjąć się takich badań. Zresztą dotyczy to nie tylko „okolic Terki”.  Być może „w okolicy Terki straty polskie powinny stanowić bez mała 300 osób”, ale nie wiadomo czy „powstańcom ukraińskim” udało się zrealizować kalkulacje Huka.

W części drugiej książki, rozdział pierwszy „Daleko od metropolii”, w podrozdziale: „Kolonia stanu wyjątkowego”,  Huk pisze: „Sposób wypędzenia Ukraińców z Rzeczpospolitej Polskiej stanowił bez mała analogię hitlerowskiego postępowania wobec Żydów na ziemiach polskich w latach 1941-1943. W obu przypadkach wykonywały je państwowe - używające przemocy i terroru -  formacje zbrojne przy biernej postawie społeczeństwa polskiego. Różnica polegała na tym, że żołnierze niemieccy, działający w imię nazizmu Hitlera, transportowali Żydów wagonami do koncentracyjnych obozów zagłady, natomiast żołnierze polscy złapanych w imieniu swego Kościoła Ukraińców przewozili do wielkiego obozu –-Związku Radzieckiego.” (s. 308)

Po pierwsze: nie były to „wypędzenia Ukraińców”, ale wzajemne wymiana ludności polskiej i ukraińskiej w oparciu o podpisaną umowę międzynarodową 9 września 1944 roku. Po drugie: przesiedlono znacznie większą ilość ludności polskiej. Po trzecie: przesiedlenia ludności polskiej odbywało się w tragiczniejszych warunkach, były to resztki ocalałe z rzezi dokonanej przez bojówki OUN i oddziały UPA, wciąż atakowane i mordowane. Po czwarte: Polacy tygodniami oczekiwali na dworcach kolejowych na transport, atakowani, zabijani i rabowani – czego nie doświadczała przesiedlana ludność ukraińska ochraniana przez Wojsko Polskie.  Po piąte: polscy przesiedleńcy, a właściwie uciekinierzy, za cały dobytek często mieli tylko strzępki swoich ubrań, podczas gdy ludność ukraińska mogła wywieźć cały swój dobytek. Po szóste: polski transport na odkrytych wagonach trwał często ponad miesiąc, z „awariami” po drodze, które usuwała łapówka dla maszynisty w postaci „złotych precjozów” i bimbru. Po siódme: polskie transporty po drodze były ostrzeliwane przez „powstańców ukraińskich”. Po ósme: polscy przesiedleńcy jechali do państwa komunistycznego, tak samo jak przesiedleńcy ukraińscy. A już zupełną schizofrenią historiograficzną jest analogia do „hitlerowskiego postępowania wobec Żydów na ziemiach polskich w latach 1941–1943”. Ale przecież Huk mógł snuć analogie do transportu afrykańskich niewolników do Ameryki – i trochę dziwi, że nie skorzystał z tego naukowego wizjonerstwa. Może dlatego, że nie robili tego żołnierze polscy „w imieniu swojego Kościoła”?  

„18.5.[19]46: WOP z Wołkowyi w sile 50 żołnierzy przeprowadzał po raz drugi akcję wysiedleńczą we wsi Bukowiec. Ludzie, którzy nie wyjechali, ukrywali się w lesie. WP, gdy zobaczyła, że ludzi nie ma, spaliło 40 domów od strony lasu. W czasie akcji zabili 5 mężczyzn: Iwana Bryndzę i Osypa Bryndzę za to, że koło ich domów znaleźli amunicję, Mychajłę Jankę i Mychajłę Stańkę za to, że nie mieli dokumentów, zarzucając im, że są banderowcami, i Romana Dmytrę zabili za to, że uciekał. Przed rozstrzelaniem mocno pobili ich kolbami karabinów.” (s, 311)

A jak Ukraińcy wysiedlali Polaków? Poniżej kilka przykładów spośród kilkuset relacji.

5 listopada 1944 roku we wsi Nowosielica pow. Śniatyn banderowcy zgromadzili 50 Polaków w jednym budynku, rzekomo na polecenie władz gminnych w celu rejestracji na wyjazd „do Polski”, następnie zamknęli drzwi i spalili żywcem podpalając budynek; 10 osób zamordowali na terenie wsi; spalili także kościół i budynek szkolny. Brak jest tablicy ku czci pomordowanych, a nazwiska morderców można znaleźć na cmentarzu w Nowosielicy; cmentarz katolicki w Nowosielicy zdewastowany przez element wiejski pod wodzą ukraińskiego sołtysa.

W listopadzie 1944 roku we wsi Dołhe pow. Stryj podczas ewakuacji Polaków na konwój furmanek z uciekinierami na drodze w pobliżu wsi zorganizowała zasadzkę banda UPA, część ludzi zamordowała na miejscu, część uprowadziła i utopiła w rzece Dniestr. Zginęło wtedy 150 osób.

1 grudnia 1944 roku we wsi Hińkowce pow. Zaleszczyki banderowcy zamordowali 30 Polaków. Czesława Kierzyk z domu Lewicka: „W moją pamięć, 11-letniego wówczas dziecka, mocno wryły się wydarzenia 1 grudnia 1944 roku. W tym dniu na każdym domu polskiej rodziny w Hińkowcach (powiat Zaleszczyki) wywieszono ogłoszenia bandy UPA, w których nawoływano do natychmiastowego opuszczenia wsi. Jednocześnie grożono, że w przeciwnym razie stanie się z nami to, co z Żydami. Jeszcze tej samej nocy dokonano okrutnego mordu na Polakach. Noc była jasna. Śnieg, który przyprószył ziemię, odbijał blask księżyca. Bandyci zbliżali się do wsi od strony Zaleszczyk z Hartanowic w kierunku Tłustego. Szli pieszo, niektórzy jechali wozami. Ostatni podpalali polskie domy. Oszczędzali tylko te, które sąsiadowały z domami ukraińskimi z obawy, że ogień się rozniesie. Widać, że mieli dobre rozeznanie w terenie. Był to najtragiczniejszy dzień w historii Hińkowiec. Spalono bardzo dużo domów. Cała wieś stała w ogniu. Widzieliśmy, jak strzelano do uciekających ludzi. /.../ Następnego dnia rano właścicielka młyna, Maria Komunicka zabrała moją rodzinę oraz innych na wóz i zawiozła do Zaleszczyk. Wieś opuściło wiele polskich rodzin. Te wydarzenia wpłynęły ostatecznie na decyzję o wyjeździe z Zaleszczyk na Ziemie Odzyskane. Trzeba było jednak jeszcze czekać na odpowiednie dokumenty i wagony do transportu. Trwało to dość długo. Mieszkaliśmy w domach po wymordowanych wcześniej Żydach. Widzieliśmy, jak Dniestrem płynęły drzwi z przybitymi do nich zwłokami ludzkimi. Zabraliśmy ze sobą niewiele dobytku. Kiedy w następnych dniach co odważniejsi wrócili do domów, aby zabrać jeszcze potrzebne rzeczy, okazało się, że w mieszkaniach niczego już nie było. Zostały rozszabrowane. Nawet obrazy zdjęto ze ścian. Z Zaleszczyk wyjechaliśmy dopiero wiosną 1945 roku.” (Czesława Kierzyk z domu Lewicka; w: kotlactive.pl/.../relacje-i-wspomnienia-osadnikow-rejonu-gminy-kotla-2012-czesc-2-2...  ).

W styczniu 1945 roku we wsi Obarzańce pow. Tarnopol obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 24 Polaków. „W styczniu 45 roku został zamordowany mój dziadek Michał Jasiński, którego zastrzelono na podwórku jego gospodarstwa. Dziadek wrócił do domu w celu zabrania rodziny (był żołnierzem WP) – żony Katarzyny z domu Żurak oraz dzieci: Jana ur.1935 i Antoniego ur.1938 (mojego ojca). Miał już dokumenty przesiedleńcze, ale nie zdążył zabrać ich osobiście. Babcia - żona dziadka, po tej tragedii zabrała Jana i Antoniego i na podstawie dokumentów przesiedleńczych wyjechała z Obarzaniec, razem ze swoimi braćmi Antonim Żurak i Józefem Żurak”. (Krzysztof Jasiński, 12.07.2012; w:  http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/czytelnicy_2.html ).

„W okresie deportacji obywateli polskich narodowości ukraińskiej do USRR Terka nie wyróżniała się szczególnie spośród innych wsi. Objęta była ukraińską administracją podziemną jako jedna z wsi w II rejonie nadrejonu „Beskid” na terenie I okręgu Kraju Zakerzońskiego. Wchodziła w skład podstawowej jednostki administracyjnej, tak zwanego „kuszcza”, o kryptonimie „Daraba”, wraz z Radziejową,Wolą Górzańską, Tyskową, Bystrem, Łopienką, Bukowcem. /.../ W całej dotychczasowej literaturze polskiej bieszczadzkie piekło na ziemi w latach 1944–1947 – w tym w Terce – przypisywane jest działalności UPA, lecz w rzeczywistości sprawców zła należy szukać po stronie polskiego kolonizatora”. (s. 314 – 315)

Jaka to była „ukraińska administracja podziemna”? Huk stwierdza więc, że było to terytorium Ukrainy (nie socjalistycznej, bo ona miała już ustalone przez Stalina granice przy akceptacji aliantów), aprobuje więc  koncepcję faszystów z OUN. „Piekła na ziemi” Huk szuka wszędzie, na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i na terytorium pojałtańskiej „Zakurzonii”, oczywiście przypisując sprawstwo „polskiemu kolonizatorowi”,  gdyż ta teza jest „kręgosłupem ideowym”  historiografii Huka. Bo jeśli jako tezę założy się, że „dwa plus dwa to się równa rower”, to wszystkie dowody są tak samo logicznie uzasadnione. Co prawda dla szowinistycznych oszołomów i grupy „użytecznych idiotów” , ale dla nich jedynie ważny jest „biznes”. Dla większości jest nim „kasa – czyli pieniądz”, ale są też liczne grupy zatrute „ideologią” z całkowicie zabetonowanym polem innej percepcji rzeczywistości. To są osoby, które dotknęła deprywacja emocjonalna, sensoryczna i społeczna. Deprywacje prowadzą często do zmian organicznych w mózgu. Dlatego toczenie debat „na argumenty” nie przynosi żadnych efektów w przypadku takich osób, jest więc niepotrzebną, nieskuteczną formą. Nieskuteczne jest także powoływanie się na wszelkiego rodzaju normy moralne oraz akty prawne. Taką politykę prowadzą Rosjanie, którzy rzekomo prowadzili tylko „wojny pokojowe, wyzwoleńcze” . Prowadzą ją Niemcy, którzy twierdzą, że w holokauście nie uczestniczyli, albowiem było to dzieło „nazistów”. Taką politykę prowadzą władze Ukrainy, dla których okrutne wyrżnięcie ponad dwustu tysięcy bezbronnej polskiej ludności cywilnej było „konfliktem”, „walką polsko-ukraińską”, a nawet ostatnio wykoncypowali, że była to „heroiczna walka bohaterskich formacji OUN-UPA o niepodległość Ukrainy”. Musimy więc pamiętać, że Jan Paweł II przekazał nam prawdę dziejową: zło ma swój czas ograniczony, zawsze nadchodzi jego kres. Niestety, niesie ono za sobą ogrom krzywd i bólu.

Podrozdział: „Mord Rzeczypospolitej Polskiej na Ukraińcach”. Huk pisze: „Meldunek o nadzwyczajnym wypadku z 16 lipca 1946 r. poświęcony został wyłącznie opisowi przebiegu i wyników ataku UPA na WOP w Wołkowyi w nocy z 14 na 15 lipca 1946 r. Skutkiem niepowodzenia akcji powstańców ukraińskich był pościg żołnierzy polskich, który „ustalił, że banderowcy uprowadzili Polaków cywilów, około 30 osób, w tem kobiety i dzieci z przeciętym tętnem u rąk zostało wrzuconych do palących się domów.”. (s. 316)

„Nocą z 14 na 15 lipca 1946 kureń UPA „Rena” skoncentrował swoje siły wokół Wołkowyi w celu likwidacji zgrupowania WOP. O godz. 0.30 w nocy dokonano napadu na wieś połączonego z atakiem na strażnicę WOP równocześnie z kilku stron, od Terki, Zawozu, Polańczyka i Górzanki. Po pierwszym nieudanym szturmie UPA nastąpiły następne prowadzone z niezwykłą zaciętością. Atakujący starali się rozdzielić załogę na dwie części. Równocześnie specjalna bojówka SB UPA podpaliła wieś i rozpoczęła mordowanie polskiej ludności. Wybranych Polaków wiązano i wrzucano żywcem do płonących budynków, a niektórym – przed wrzuceniem w ogień – humanitarnie podcinano gardła. W tak okrutny sposób zamordowano wówczas 32 osoby. Ok. godz. 4.30 broniąca się strażnica odparła ostatni atak. W strażnicy zginęło wówczas dwóch żołnierzy (oficer Rosjanin i milicjant), a 6 było rannych. Wycofując się, upowcy uprowadzili do lasu 15 osób cywilnych, po których ślad zaginął. Nie wiadomo do dziś, gdzie i jak zginęli. Napastnicy spalili wówczas we wsi 27 polskich domów. Po nieudanym ataku sotnie zaczaiły się w pobliżu, przygotowując zasadzkę na ewentualny pościg. Istotnie wysłano ze strażnicy grupę bojową w celu ścigania napastników. Przed wejściem w zasadzkę uratował żołnierzy towarzyszący im pies, który wyczuł bandę w lesie i ostrzegł. Wopiści w pośpiechu wycofali się z powrotem do garnizonu.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wo%C5%82kowyja ) „Nocą z 27/28 VIII 1946 r. kureń UPA „Rena” dokonał kolejnego napadu na wieś i komendę WOP. Strażnica obroniła się (rannych zostało 2 żołnierzy), a we wsi zamordowano kolejnych 30 Polaków i spalono 1 polskie gospodarstwo.”  (http://wolkowyja.info/home/56-wolkowyja/historia-miejscowosci-wolkowyja/124-historia-miejscowosci.html ) 

Podrozdział: „Ukraińskie Lidice w Polsce tuż po wojnie…  (chodzi o Terkę)” 

„Rano 10 czerwca 1942 do Lidic przyjechał Karl Hermann Frank, żeby nadzorować likwidację wsi. Kobiety z dziećmi zamknięto w miejscowej szkole, a później przewieziono do sali gimnastycznej gimnazjum w Kladnie. W międzyczasie ściany stodoły koło gospodarstwa Horáka obłożono materacami i siennikami oraz przygotowano pluton egzekucyjny. Lidickich mężczyzn podprowadzano grupkami (z początku pięcioosobowymi, później dziesięcioosobowymi) do ogrodu i rozstrzeliwano. W sumie zamordowano 173 mężczyzn. Najstarszy miał 84 lata, najmłodszy – 14 lat. Wszystkie budynki – łącznie ze szkołą, kościołem i plebanią – oblano benzyną i spalono. W następnych tygodniach i miesiącach resztki budynków wysadzano w powietrze, cmentarz zniszczono, drzewa zrąbano, staw zasypano gruzami. W niektórych miejscach nawet przesunięto koryto potoku, żeby nic nie zostało na swoim miejscu. Miejsce, gdzie stały Lidice, miało zostać gołym polem i nazwa wsi miała zniknąć z map”. ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidice ).

Co miała wspólnego czeska wieś Lidice z polską wsią Terka? Tam  Niemcy w ramach represji za zamach na protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha rozstrzelali 173 mężczyzn i ciała ich spalili w stodole. Odnośnie Terki  opublikowany jest dokument banderowski, raport nadrejonowego prowidnyka nadrejonu „Beskyd” Stepana Goliasza „Mara”. Pisze on: „Nocą z 4 na 5 lipca VII 1946 r. bojówka Służby Bezpieczeństwa aresztowała 4 donosicieli we wsi Terka. Piąty uciekał i został zastrzelony. Wśród aresztowanych był jeden Polak, dwaj renegaci (ojciec i syn) i jeden Ukrainiec. Miejscowi Polacy dali znać o tym wydarzeniu do Wołkowyi. WOP, który tam kwaterował, zrobił siłami ok. 30 osób akcję na Terkę powiat Lesko nocą z 6 na 7 VII 1946. We wsi zastali tylko starców, kobiety i dzieci. WOP wkroczył na górny kraniec wsi i zaczął wyrzucać prawie śpiących ludzi z domów. /.../  Nad ranem zegnali złapanych ludzi na środek wsi i popędzili do Wołkowyi. Zabrali wtedy 43 osoby. Po drodze i z samej Wołkowyi część ludzi uciekła. W Wołkowyi trzymali złapane osoby pod strażą do 8 VII 1946 r., spisywali protokoły, przy czym znęcali się nad ludźmi. [Nasza] Służba Bezpieczeństwa przesłuchała wziętych donosicieli. Oprócz jednego wszyscy przyznali się do winy i wyjawili wszystko, co donosili do WOP, MO i WP. Niewinnego (Ukrainiec) zwolniono, a dwóch, Mychajłę Łoszycę lat 49 i Jana Gankiewicza lat 55 powieszono we wsi w nocy 7 VII 1946 r. Przyczepiono im kartki, gdzie stwierdzone zostało, że zostali ukarani za współpracę z WOP, MO i UBP jako agenci bolszewizmu, wrogowie narodu ukraińskiego i polskiego. 8 VII 1946 r. WOP z Wołkowyi przybył wraz z aresztowanymi, których zostało jeszcze 26 osób. Ludzi tych zaprowadzili na górny koniec wsi Terka. /.../ Cywilni Polacy rozeszli się do swoich domów i przygotowywali się do wyjazdu z majątkiem do Wołkowyi. Tymczasem banda polskiego czerwonego wojska przyprowadziła aresztantów do ostatniego domu na końcu wsi, tam wszystkich przeliczyli i odstawili na bok trzech starców (Matij Diak lat 60, Chomyj Mykoła Chomyj lat 55 i Ostasz Mychajło lat 79) i dwie kobiety: Ławer Kateryna lat 41 i Ławer Marija lat 25 (obydwie miały amerykańskie dokumenty). Pośród pozostałych 21 osób były jedynie kobiety (14) i 7 dzieci (chłopcy i dziewczęta). Ich wszystkich zagnali do chałupy, tam posadzili na ziemi i zastrzelili z automatu oraz porozrywali granatami. Dom podpalili, paląc w nich jeszcze żywych ludzi.”

Nieco inne są relacje świadków polskich. „Pamiętam dokładnie. Wcześniej do Terki przyszła sotnia Hrynia i wzięli do sotni 3 ludzi. Był to Gankiewicz, Michał Łoszycia i jego syn Jurek. Ktoś powiedział o tym żołnierzom w Wołkowyi. Wtedy wojsko napisało list do banderowców, że mają oddać tych ludzi, bo inaczej ucierpią Ukraińcy z Terki. Wzięli też do Wołkowyi 30 osób jako zakładników. W nocy banderowcy przyszli do wsi ale tylko z Gankiewiczem i Michałem Łoszycią. Jurka zamordowali w lesie. Powiesili ich na środku wsi na gruszach. Ja to widziałem. Mieli poobcinane języki i porozbijane głowy. Na szyjach mieli tabliczki z napisem „za samostijną Ukrainę”. Banderwcy odeszli w kierunku na Polanki. Kiedy wojsko przyszło do wsi i żołnierze zobaczyli co stało się zaczęła się tragedia. Jednym z oficerów wojska był syn powieszonego Michała Łoszyci. Jemu wtedy wojsko powiedziało „rób co chcesz”. Wtedy pogonili zakładników drogą na Studenne do ostatniej chałupy po lewej stronie drogi. Nie pamiętam już jak nazywał się właściciel. Zamknęli ich tam i obrzucili dom granatami. Zaczęło się palić. Wiem, że z tego domu uratował się jeden chłopak w moim wieku bo chodziliśmy razem do szkoły. Nazywał się Wasyl Soniak. Podobno schował się do jamy przy piecu, gdzie przechowywano ziemniaki i potem wyskoczył przez okno do strumienia i uciekł do Tworylnego. Potem razem z sotnią dostał się do Czech i osiadł w Kanadzie. Mówili ludzie z Terki, którzy byli w Kanadzie i wrócili, że go tam widzieli. Czy żyje? nie wiem. Ja wtedy uratowałem jedną znajoma Rusinkę. Kiedy prowadzili ich pod Berdycię wziąłem za rękę jedną z dziewczynek i prosiłem żołnierza, aby ją puścił, bo to moja dobra znajoma i dobra kobieta. Żołnierzy wypchnął ją z kolumny w moja stronę i razem z nią pobiegłem do domu. Ona żyje i mieszka w Stargardzie. Piszemy do siebie. „ ( Henryk Wądołowski: „...przecież pacierz był taki sam” ; w: „Wędrowiec Podkarpacki” wydany Przez Oddział PTTK Rzeszów. Za: http://www.grupabieszczady.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=193:terka-atid=3:miejscowoci&Itemid=200 )  Inny świadek:

„Było tak. Jeden ze wsi, wyrobił sobie polski dowód osobisty. Pisał się Mastylak chciał być Polakiem, żeby go nie wywieźli. Jak przyszli bandery do wsi to od razu go wyprowadzili pięć metrów za dom i strzelili mu w głowę. Ludzie mówili, że chcieli go zabrać do lasu, ale jak on Polak to woleli go zastrzelić. Zabrali za to trzech innych. Jeden, to był Gankiewicz, a dwaj to Łoszycie, ojciec i syn. Jak się wojsko dowiedziało, to zabrali ludzi z Terki i zagonili do Wołkowyi. Wtedy poszedł do nich jeden chłopak , pisał się Romancio. Jemu zabrali ojca i matkę. Oficer powiedział, że ich puści, al on ma zanieść list do banderowców. Tam było napisane, żeby bandery puściły tych trzech, to on wypuści Ukraińców i będzie spokój raz na zawsze. A bandery na drugi dzień przyprowadzili do wsi dwóch zabranych. To był Gankiewicz i stary Łoszycia. Co zrobili z młodym Łoszycią tego nie wiadomo. Może go gdzieś porąbali. Panie, jak ci dwaj wyglądali. Tak byli zbite, że czarne. W środku wsi na gruszach ich wieszali, a i tak jeszcze potem mordowali. Wisieli na drzewach zbite, nieżywe, a jeszcze ich rżnęli. Widać było serce na wierzchu. Wtedy wojsko przyjechało z Wołkowyi z tymi ludźmi i powiedzieli: „Patrzcie co zrobili i to będzie z wami. Za jednego Polaka idzie dziesięciu Ukraińców. Napisali my list, nie uspokoili się, to będzie tak i tak.” Wojsko prowadziło ich drogą na Studenne do chałupy na końcu wsi. […] Widziałam tego oficera Łoszycię, co mu ojca i brata zamordowali. On szedł i nic nie mówił. Głowę miał spuszczoną i patrzył pod nogi. /.../  Nagnali ich do tej chałupy, obrzucili granatami i podpalili. Ja uciekłam do domu.” (http://www.grupabieszczady.pl/index.php option=com_content&view=article&id=193:terka&catid=3:miejscowoci&Itemid=200 ).

Z uprowadzonych 43 osób ostatecznie zamordowanych zostało 20 osób, Kilkanaście osób spośród zakładników uratowali Polacy z Terki wstawiając się za nimi, co skutkowało uwolnieniem ich przez żołnierzy. „Jak już wiemy, banderowcom zaproponowano rezygnację z egzekucji i uwolnienie ofiar za zakładników. Dlaczego banderowcy byli tak bezwzględni i nie postąpili jak na szlachetnych bojowników, obrońców ukraińskich kobiet i dzieci przystało? Wrogość między-etniczna była dla wodzów OUN czynnikiem pozytywnym, mobilizującym w interesach OUN-UPA. Czyż dla liderów i propagandystów OUN uświadomienie mas nie polegało na rozbudzaniu w nich nienawiści i żądzy krwi? Gdy spokojni ludzie zamieniają się w bestie gotowe do zabijania wskazanych im „wrogów”? Naturalny ludzki odruch zemsty można przecież stymulować przy pomocy propagandy, nieustannie jątrząc faktyczną bolesną ranę.”  (http://suozun.org/warto-obejrzec-i-przeczytac/i_dlaczego-bojowka-sb-oun-bukowego-z-premedytacja-doprowadzila-do-tragedii-w-terce/ ) 

„Polskich Lidic”, gdzie Ukraińcy zamordowali co najmniej 20 Polaków było około 4 tysięcy. Gdyby polscy historiografowie na wzór B. Huka opisali każe z nich przeznaczając na każde książkę liczącą 520 stron, musieliby zapisać ponad 2 miliony stron. Huk nie wie, że inny „historiograf” ukraiński Lidicami nazwał wcześniej Zawadkę Morochowską?  

W podrozdziale: „Wymyślanie zakładników” Huk oczywiście neguje fakt, że uprowadzone osoby były zakładnikami i żołnierze czekali na ich „wymianę”. Dlaczego więc z egzekucją czekali ponad dobę i dokonali jej dopiero po stwierdzeniu faktu okrutnego i prowokacyjnego mordu dokonanego przez banderowców na osobach uprowadzonych? Dlaczego uwalniali wszystkich tych, za którymi wstawili się Polacy twierdzący, że mężczyźni z tych rodzin (aczkolwiek też pouciekali ze wsi) nie mają związku z banderowcami? Rozkaz obowiązywał, ale widoczna była niechęć w jego wykonaniu.

W rozdziale drugim „Gra w kresy”, w podrozdziale „Bliskie spotkania z kresowością”, Huk pisze: „Żołnierze 36 Komendy Odcinka 8 Oddziału WOP stanowili kilkusetosobową grupę ludzi ukształtowanych przez rzymskokatolicką kulturę polską. Pełnili służbę na terenie zamieszkanym w 90% przez ludność ukraińską i ukształtowanym przez prawosławną cywilizację bizantyjsko-ukraińską. Ich rozumienie otrzymywanych rozkazów wynikało z kultury ukształtowanej przez Kościół i szkołę, lektur, rozmów, pamięci i wiedzy o polskich kresach, które stanowiły ekskluzywne miejsce polskości zamieszkane wyłącznie przez Polaków.” (s. 337) 

Huk raczej zbyt pozytywnie ocenia około trzystu-osobową grupę tych żołnierzy twierdząc, że była „ukształtowana przez rzymskokatolicką kulturę polską”. Jaką zastosował tutaj metodologię badawczą? A już zupełnie myli się twierdząc, że oni „pełnili służbę na terenie zamieszkanym w 90% przez ludność ukraińską i ukształtowanym przez prawosławną cywilizację bizantyjsko-ukraińską.” Nieco dalej sam ujawnia swoją „pomyłkę”.

„Około roku 1785 r. w Wołkowyi mieszkało 50 rzymskich katolików, w 1921 r. było ich 161, a w 1939 r. – już 235. W ciągu 18 lat istnienia II Rzeczpospolitej nastąpił przyrost aż o 74 rzymskich katolików. Trudno wytłumaczyć to nagłym wzrostem rozrodczości wśród społeczności rzymskokatolickiej, dlatego należy mówić o przyśpieszonym polonizowaniu ludności ukraińskiej, wymuszanym przez przedstawicieli polskiego kolonialnego układu społeczno-ekonomicznego, państwa i kultury. Gdy w latach 30. XX w. rząd Rzeczypospolitej Polskiej inspirował zawiązanie w Wołkowyi Związku Szlachty Zagrodowej, stopień podporządkowania nowej społeczności kresowej, kresowian wygenerowanych przez dwór/parafię, był już na tyle wysoki, że na 81 rodzin 23 sklasyfikowano jako polską szlachtę zagrodową”. (s. 340 – 341)

Widocznie kultura „dworu/parafii” bardziej trafiała do Rusinów/Ukraińców, niż „prawosławna cywilizacja bizantyjsko-ukraińska”, o której nie ma żadnych zapisanych świadectw i która mieściła się w cerkwi i pieśniach ludowych. Swoją specyficzną aparaturę pojęciową typu dwór/parafia Bogdan Huk „zapożyczył” od Grigorija J. Hrabana (1902 - 1990), historyka zajmującego się koliszczyzną i od 1925 roku działacza Komunistycznej Partii (b) Ukrainy. Hraban z bolszewickim zapałem używał zwrotów: „polsko-szlachecka historiografia”. „terror unicko-szlachecki”, itp. Tę „nowomowę” znacznie jednak poszerzył o własne zbitki pojęciowe, czerpiąc już z innego zapału. 

„Uważam, że w latach 1795–1918 społeczność polska w Galicji Wschodniej ciągle dominowała nad elementem ruskim. Nie mogąc wyrazić swej władzy poprzez własne państwo narodowe, koncentrowała się na powstrzymywaniu rozwoju Rusinów uznanych za wroga wewnętrznego, co prowadziło do konsolidacji projektowanego państwa polskiego. W następstwie takiej „pracy organicznej” przyrost naturalny ludności ruskiej uległ zmniejszeniu, została ona także uprzedmiotowiona i odczłowieczona. W ten sposób kulturobójstwo stało się przygotowaniem do aktów ludobójstwa na Ukraińcach w państwie polskim w latach 1944–1947.” (s. 350)

Pod zaborami (w latach 1795 – 1918) w Galicji Wschodniej dominowała społeczność polska, aczkolwiek tylko nad „elementem ruskim” (czyli, nie ukraińskim?) powstrzymując  rozwój Rusinów (czyli też nie Ukraińców!), co ich uprzedmiotowiło i odczłowieczyło (zezwierzęciło?). W ten sposób kultura społeczeństwa polskiego stała się „kulturobójcza” i przygotowała „akty ludobójstwa na Ukraińcach w państwie polskim w latach 1944-1947”. Huk wzniósł się na szczyty absurdu. Nie zauważył istniejącej wówczas kultury rusińskiej, która przy wsparciu administracji austriackiej zamieniła się w kulturę ukraińską, która faktycznie przygotowywała ludobójstwo okrutne na Polakach. Jednym z pierwszych jego sygnałów było zabójstwo namiestnika Galicji hrabiego Potockiego przez ukraińskiego nacjonalistę Siczyńskiego. Był to pierwszy mord nacjonalistów ukraińskich dokonany na Polaku z przyczyn narodowościowych. „12 kwietnia 1908 roku, jak w każdą niedzielę, namiestnik Galicji Andrzej Hrabia Potocki udzielał audiencji petentom z całego kraju. O godz. 13.30 przyjął na rozmowę 21-letniego studenta Uniwersytetu Lwowskiego, Mirosława Siczyńskiego. Ten po wejściu do sali przyjęć oddał w kierunku namiestnika cztery strzały. Pierwsza kula drasnęła czoło, druga przeszła przez ucho i mózg, utkwiła w potylicy. Na odgłos strzałów do sali wbiegło dwóch woźnych, którzy obezwładnili zamachowca. Kiedy odprowadzano go do więzienia, czekający już pod bramą studenci ukraińscy urządzili mu owację. Hrabia Potocki, po wyspowiadaniu się i pożegnaniu z rodziną, zmarł o godz. 15.15”  (Paweł Sergiejczyk: „Pojednanie” z Siczyńskim?; w: „Nasza Polska” z 15 kwietnia 2008). Dzięki prośbom żony namiestnika nie został skazany na karę śmierci, ale dostał wyrok 20 lat więzienia. Szowiniści ukraińscy, korzystający ze wsparcia administracji zaborców, nie chcieli pogodzić się z faktem, że namiestnikiem został Polak. Siczyński w 1911 roku uciekł z więzienia w Stanisławowie do USA. Po II wojnie światowej popierał reżim sowiecki i w 1966 roku na zaproszenie władz ZSRR odwiedził Lwów, w tym były budynek namiestnictwa, gdzie dokonał zamachu. Zmarł w 1979 roku. Historiograf powinien być humanistą, który zauważy różnice kulturowe pomiędzy zbrodniarzem Siczyńskm i bijącymi mu brawo studentami ukraińskimi a żoną zamordowanego namiestnika. Te różnice kulturowe widoczne są także aktualnie, gdy władze Ukrainy zabroniły dokonywać ekshumacji ofiar przy jednoczesnym gloryfikowaniu ich oprawców na Ukrainie i żądaniu stawiania im pomników w ojczyźnie tych ofiar, w Polsce. „ Instytut Pamięci Narodowej odpowiedział na żądanie przywrócenia nazwisk członków UPA na tablicy pomnika na górze Monastyrz na Podkarpaciu wysuwane przez stronę ukraińską. Według IPN umieszczenie nazwisk jest możliwe po weryfikacji listy osób pochowanych w tym miejscu, w tym w wyniku prac archeologicznych. „Obowiązek przeprowadzenia ekshumacji i pomoc w przeniesieniu szczątków niewinnie pomordowanych mężczyzn, kobiet i dzieci z dołów śmierci do grobów, będących wyrazem pamięci i szacunku dla nich, również powinien łączyć oba narody. Jednak zarówno w interesie Ukrainy, jak i Polski oraz innych narodów, leży bezwzględne potępienie wszelkich form ludobójstwa” – czytamy w stanowisku IPN. W dalszej części komunikatu podkreślono, że „antypolska akcja UPA była ludobójstwem”, a pamięć ofiarach podobnych zbrodni jest formą zapobiegania powtórzeniu się ich w przyszłości. IPN zaznaczył, że charakter zbrodni UPA, bez względu na „skomplikowanie historii, wielowątkowość różnych okoliczności napięć i sporów oraz skutki rozpętanej w czasie wojny spirali nienawiści”, nie pozwala mu na zgodę na „jakiekolwiek formy gloryfikacji tej organizacji w przestrzeni publicznej”, podobnie jak ma to miejsce w przypadku formacji i jednostek policyjnych będących na służbie III Rzeszy. W komunikacie podkreślono, że Polska nie wprowadza żadnych utrudnień dla strony ukraińskiej w przypadku ewentualnych ekshumacji szczątków członków ukraińskiej społeczności narodowej na swoim terytorium.” (https://kresy.pl/wydarzenia/polska/stanowisko-ipn-ws-pomnika-na-gorze-monastyrz-nie-ma-zgody-na-gloryfikacje-upa/; 27 października 2020 ) „Polska od kilku lat czeka, aby strona ukraińska zezwoliła na prowadzenie na terenie Ukrainy prac poszukiwawczych w celu ekshumacji i godnego pochowania szczątków ofiar Rzezi Wołyńskiej. Nie zanosi się jednak, aby obecne władze Ukrainy wyraziły zgodę. Tymczasem, jak alarmują środowiska kresowe, z mogił ofiar ukraińskiego, banderowskiego ludobójstwa Służba Bezpieczeństwa Ukrainy usuwa krzyże postawione tam z potrzeby serca przez Polaków i Ukraińców.” (Anna Wiejak: Usuwanie krzyży z grobów ofiar Rzezi Wołyńskiej to przejaw banderyzacji. Tylko szatańska ideologia walczy z symbolami chrześcijaństwa; w: https://wpolityce.pl/swiat/517307-zdjecie-krzyzy-z-grobow-ofiar-wolynia-przejawem-banderyzacji?) 

W podrozdziale „Kościół polski kresów pełen” Huk pisze: „Na przykład, jeśli w latach 1943–1944 r. Polacy współpracowali na Wołyniu i z hitlerowcami, i z bolszewikami przeciw miejscowym chłopom, to czynili to po to, aby przy pomocy hegemona zastępczego utrzymać Wołyń wraz z autochtonami w przeświadczeniu o polskiej dominacji.” (s. 358)

Jedynym batalionem określanym przez Niemców jako polski był 202 Batalion Schutzmannschaft zmotoryzowanej policji z Generalnej Guberni (GG).3 maja 1943 roku  został skierowany do Łucka, a następnie do Kostopola. 21 sierpnia wyznaczono mu nowy obszar działania: Kostopol- Janowa Dolina- Horochów. Batalion liczył wówczas, po otrzymaniu uzupełnień, 13 oficerów, 20 podoficerów i 550 szeregowych. W przydzielonym sobie rejonie członkowie batalionu napotkali na działania ukraińskie skierowane przeciwko Polakom. Batalion obsadzał m.in. posterunki w Bystryczach, Bereźnie, Janowej Dolinie, Kostopolu, Stepaniu, Dzierżanówce. Policjanci wstrząśnięci obrazem mordowanych współrodaków, stawali w ich obronie – często wbrew woli ich niemieckich dowódców. W listopadzie 1943 ponad połowa batalionu zdezerterowała i przyłączyła się do polskiej samoobrony na terenie Wołynia. Kilku z policjantów zdołało nawet powrócić w rodzinne strony, choć zdawali sobie sprawę, że za dezercję niemieckie prawo wojenne karało śmiercią. Pod koniec stycznia 1944 roku batalion został wycofany z Wołynia i przeniesiony do Lwowa. Liczył wówczas dwu oficerów, czterech podoficerów i 200 szeregowych. Stamtąd wyruszył 4 lutego do Drusenheim koło Stuttgartu, gdzie 8 maja 1944 roku został rozformowany. Powojenne sądy Polski Ludowej, przed którymi stawali, jako okoliczność łagodzącą potraktowały fakt, iż zostali oszukani przez Niemców, większość z ochotników w chwili werbunku sądziła bowiem, iż wstępuje w szeregi Policji Państwowej. Jako okoliczność łagodzącą potraktowano także fakt, iż większość z nich zachowywała się „przyzwoicie” i ostatecznie zdezerterowała z podporządkowanej Niemcom formacji. W tej sytuacji wyroki, jak na ówczesne czasy, nie były zbyt wysokie – wynosiły od 2 do 3 lat więzienia.

Jaki był zakres współpracy Polaków z partyzantką sowiecką na Wołyniu w 1943 roku? Według najnowszych ustaleń na 142 polskie samoobrony 7 współpracowało z partyzantką sowiecką. Były to: w powiecie Kostopol: Huta Stara (współpraca ze zgrupowaniem kpt. Iwana Szytowa), Peresieki, Rudnia Potasznia, Rudnia Stryj, Huta Stepańska. W powiecie Łuck: Przebraże (współpraca z oddziałami Nikołaja Prokopiuka, Dmitrija Miedwiediewa i Kowalenki). W powiecie Sarny: Staryk. Większość samoobron liczyła 20–30 obrońców, a tylko dwie samoobrony, czyli Huta Stepańska i Przebraże, miały razem ok. 1 000 obrońców. Wszystkie samoobrony współpracujące z partyzantami sowieckimi, prócz Huty Stepańskiej, przetrwały, w tym największa w Przebrażu. Współpraca odbywała się wbrew oficjalnym dyrektywom Delegatury Rządu RP i dowództwa Armii Krajowej. W ramach partyzantki sowieckiej na Wołyniu działały trzy oddziały polskie, którymi dowodzili Józef Sobiesiak, Robert Satanowski i Mikołaj Kunicki. 

W sowieckich oddziałach, które pojawiły się na Wołyniu na wiosnę i w lecie 1943 roku, Ukraińcy stanowili zdecydowaną większość. Rosyjscy i ukraińscy historycy podają, że skład narodowościowy wszystkich zgrupowań i oddziałów był taki: Ukraińcy 59 proc., Rosjanie 22,2 proc., Białorusini 6,6 proc. (Partizantskaja wajna na Ukrainie. Dnievniki kamandirov partizantskich atrjadow i sojedinienij (1941–1944), wstęp, s. 2.) Oznacza to, że na Wołyniu, obok walki między Polakami i banderowcami, między partyzantami sowieckimi a Niemcami i banderowcami toczyła się też krwawa wojna domowa ukraińsko-ukraińska. Zbyt często w polskiej historiografii utożsamia się Ukraińców z OUN i UPA. Jest to na rękę spadkobiercom tradycji UPA, którzy lansują tezę, że to właśnie ta organizacja reprezentowała interesy narodu ukraińskiego. Próbują oni zamykać usta swoim adwersarzom antykomunistycznymi hasłami.

Współpracę Polaków z bolszewikami charakteryzują chyba nieznane Hukowi fakty. 7 lipca 1943 roku we wsi Huta Stara pow. Kostopol porwany został przez partyzantów sowieckich ze zgrupowania płk Dmitrija Miedwiediewa i zamordowany dowódca oddziału AK por. Leon Osiecki „Razem z nim został zastrzelony por. rez. Leon Sielecki – zawiadowca stacji kolejowej (wąskotorówki) w Moczulance, który udał się z Osieckim, jako tłumacz oraz Bagiński, który ich odwoził. W podobny sposób zginął również Bronisław Chodorowski, były właściciel kamieniołomu w Moczulance. Zaistniała sytuacja dla Polaków w tym rejonie zarysowała się wówczas katastrofalnie” (Czesław Piotrowski: Przez Wołyń i Polesie na Podlasie). Uchwały podjęte 22 czerwca 1943 roku w Moskwie przez KC Komunistycznej Partii Ukrainy nakazywały, aby „wszystkimi sposobami zwalczać oddziały i grupy nacjonalistyczne”, w tym kierowane przez „polskie burżuazyjne ośrodki”, gdyż tereny te zostały uznane za sowieckie. 6 listopada 1943 roku koło Przebraża partyzanci sowieccy płk Nikołaja Prokopiuka zamordowali 3 partyzantów AK, w tym ppor. Jana Rerutkę „Drzazgę”. „Prokopiuk chciał przejąć kontrolę nad naszym oddziałem i namówić „Drzazgę” do przejścia na stronę Sowietów. „Drzazga” tę propozycję odrzucił. Poinformował natychmiast o propozycji Sowietów Inspektorat AK w Łucku i otrzymał rozkaz natychmiastowego wymarszu do Zasmyk k. Kowla, gdzie miała formować się 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK. Gdy oddział szykował się do wymarszu, „Drzazga” został zaproszony do wzięcia udziału w uroczystości z okazji rocznicy rewolucji październikowej, która miała się odbyć w Hermanówce. „Drzazga” udał się na nią wraz z „Piątym”, czyli Stanisławem Steciukiem, lekarzem oddziału, który miał mu służyć jako tłumacz, bo znał on dobrze język rosyjski. Pojechali furmanką, którą powoził „Słoń”. Zabrali ze sobą trochę rosyjskich karabinów, które chcieli wymienić na mauzery, bo mieli do nich pod dostatkiem amunicji. Więcej „Drzazgi”, „Piątego” i „Słonia” nie zobaczyliśmy. Mieli wrócić zaraz po uroczystości, ale nie wrócili. Na drugi dzień zaczęliśmy ich szukać. „Gabriel” i „Nałęcz” wysłali najpierw konnych gońców do Rafałówki i Przebraża, by sprawdzić, czy czasem tam nie pojechali. Sądzili, że mogli się w nich po uroczystościach zatrzymać się u Prokopiuka. Szybko się okazało, że tam ich nie ma. Wtedy „Nałęcz” ze swoim plutonem postanowił wyruszyć do obozu Prokopiuka. Szli drogą, jaką na furmance z dwoma towarzyszami wyruszył „Drzazga”. Po kilkuset metrach natrafili na zwłoki „Drzazgi”, „Piątego” i „Słonia”. Wszyscy otrzymali postrzały w tył głowy. Ich trupy były też obrabowane. Ściągnięto im buty. Zabrano też rzeczy osobiste i broń.”

21 grudnia 1943 roku w Starej Hucie pow. Kostopol dowódca oddziału partyzanckiego AK „Bomba” por. Władysław Kochański zaproszony został wraz ze swoim sztabem na kolejną popijawę (na „czaj”) do sowieckiego zgrupowania partyzanckiego gen. Michaiła Naumowa w sąsiedniej kol. Zawołocze, gdzie sowieci kwaterowali. Pojechało 5 oficerów, 13 podoficerów i 2 szeregowych. Przed północą do Peresiek (obok Starej Huty), gdzie stacjonował sztab polskich partyzantów, wdarło się około 30 partyzantów sowieckich ze zgrupowania „Naumowa” pod dowództwem „Bohuna”. Powołując się na rozkaz Kochańskiego „Bomby – Wujka” chcieli zabrać ze sobą pozostałych oficerów i podoficerów. Dowiedziawszy się, że wyruszyli oni w teren, sowieci odjechali, próbując jeszcze zamordować polskiego wartownika. Dopiero po 1989 roku prawda o zbrodni sowieckich partyzantów została ujawniona. W Zawołoczu zabili oni 5 polskich partyzantów. Pozostałych powiązanych sznurami i szczelnie przykrytych wieźli saniami cały dzień i noc w nieznanym kierunku. Lucjan Paczewski „Staszek” pozostawił spisaną w rękopisie relację z tego porwania. 23 grudnia nad ranem zrobiono im postój. „Po jakimś czasie zaczęto nas brać po dwóch i pod automatami prowadzić na łąkę w kierunku lasu w odstępach co 20 minut. /.../ Modliłem się żarliwie do Matki Boskiej, słysząc pojedyncze strzały oddawane w lesie. Widziałem, jak kilku Rosjan szło w tym kierunku z łopatami”.  Po przesłuchaniu Paczewski nie został zamordowany, jak i jego kolega Witkowski. „Do dziś dnia nie wiem, co nas uratowało od śmierci” - wyznał w swojej relacji. Na skraju lasu zamordowanych zostało 6-ciu polskich partyzantów, natomiast 7-miu z „Bombą – Wujkiem” oraz księdzem Leonem Śpiewakiem sowieci powieźli dalej. „Wieczorek kolację jedliśmy na podłodze. Ksiądz Śpiewak przypomniał nam, że dziś jest wigilia Bożego Narodzenia i zaproponował podzielenie się opłatkiem. „Wujek” ze skórki chleba zrobił opłatek, a ksiądz pobłogosławił tę skórkę i tak dzieliliśmy się jak opłatkiem. W tej wsi staliśmy przez kilka dni”. Po pobycie w więzieniu w Kijowie trafili potem na Łubiankę, gdzie odbył się ich proces. „Wujek” skazany został na 25 lat, do Polski powrócił z kopalni miedzi na Kołymie w 1956 roku. Dowództwo nad oddziałem partyzanckim AK „Bomby” objął ppor. Feliks Szczepaniak „Słucki”. Bojąc się, że sowieci dążyć będą do ostatecznej likwidacji polskiego oddziału, opuścił on rejon Starej Huty. „Nad ranem przyszliśmy do opuszczonych zabudowań kolonii polskiej Folwark – Osty. W ten sposób w wigilię Bożego Narodzenia znaleźliśmy się ponownie w odległości 10 km od Sarn. Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni. /.../ Po względnym uporządkowaniu zajmowanych chałup i krótkiej drzemce, zaczęliśmy się szykować do obchodu Wigilii. Nie mieliśmy opłatków, ale pozostało jeszcze trochę suchego chleba. Podporucznik „Słucki” wziąwszy kromkę chleba, chodził po chałupach od plutonu do plutonu i dzielił się z nami jak opłatkiem. Składając sobie wzajemne życzenia, niektórzy płakali. Tyle przecież tragedii w ciągu minionego roku przeżyliśmy. /.../ Zasiedliśmy potem przy rozpalonym piecu i zaczęliśmy śpiewać kolędy, których znaliśmy wszyscy wiele. Zrobiło nam się wtedy jakoś lżej. Po północy poszedłem z kolegą szkolnym Stefanem Zielińskim na wartę i tak rozpoczęły się dla nas Święta Bożego Narodzenia” (Czesław Piotrowski: Przez Wołyń i Polesie na Podole; Warszawa 1998, s. 86 - 87).

Czy Ukraińcy współpracowali z hitlerowcami i bolszewikami? Zaczęli ją zanim do władzy doszedł Hitler. „Jewgenij Konowalec został agentem wywiadu niemieckiego na długo przed dojściem Hitlera do władzy, jeszcze w 1922 roku. Dziewięć lat po utworzeniu UWO dołączyła do nowo założonej, ponownie przez Konowalca, OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów), jako jej zbrojne ramię. W związku z tym wzrosły wpływy pieniężne: w latach 1936-1937 łączny budżet OUN wynosił 126 tysięcy dolarów, z czego 50 tysięcy wpłaciły Niemcy hitlerowskie, a 30 tysięcy - Litwa, gdzie Konowalec był uważany za „swego” człowieka. Z litewskim paszportem on swobodnie poruszał się po całej Europie, mieszkał w stolicach, gdzie prowadził negocjacje i zdobywał pieniądze „na rozwój”. W styczniu 1934 roku sztab OUN z siedzibą w Berlinie na prawach samodzielnego wydziału włączono do Gestapo, za środki finansowe Niemiec zbudowano baraki, w których szkolono bojowników OUN i ich oficerów. Zwerbowany do Abwehry Konowalec wprowadził tam Melnyka, który otrzymał pseudonim Konsul-1.- Bandera został wymieniony w aktach Abwehry pod pseudonimem Szary. Jego zwolennik Rico Jaryj był oficerem Gestapo i agentem o pseudonimie Konsul-2. Jarosław Stećko miał abwehrowski pseudonim Basmacz i pseudonim. Roman Szuchewycz - Taras Chuprynka, ukończył niemiecką szkołę oficerską a następnie wyższe kursy i otrzymał stopień Hauptsturmfuhrer (kapitan) SS. Banderę poparł Rico Jaryj, najbliższy towarzysz Konowalca miał u Niemców pseudonim Konsul-2 a Melnik - Konsul-1, to znaczy dla Abwehry byli prawie równi. (Profesor, Doktor Nauk Historycznych Anatolij Czajkowski: http://forum.ioh.pl/viewtopic.php?p=224078 ). Dalsza współpraca Ukraińców z III Rzeszą oraz Sowietami od 1939 roku jest historykom dobrze znana, nic o niej nie wie Huk?