Dzisiaj jest: 16 Listopad 2018        Imieniny: Maria, Edmund, Marek
Antypolski sojusz

Antypolski sojusz

/ Minister spraw zagranicznych Węgier Peter Szijjarto oświadczył, że Ukraina nieustannie łamie podstawowe normy i wartości, a także narusza zobowiązania międzynarodowe. Węgiersko-ukraiński konflikt związany z dyskryminacją mniejszości węgierskiej na Ukrainie…

Readmore..

Listopadowy numer KSI Nr.  11/2018 (90) wydany

Listopadowy numer KSI Nr. 11/2018 (90) wydany

W listopadowej gazecie m.in: Uroczystości ponownego pochówku gen. Bronisława Pierackiego w Nowym Sączu Nasza redakcja otrzymała notatkę - „14 października w Nowym Sączu miały miejsce uroczystości ponownego pochówku generała Bronisława…

Readmore..

Żydobanderyzm ukraiński - Żydowska Rada Ukrainy.

Żydobanderyzm ukraiński - Żydowska Rada Ukrainy.

Żydzi chazarscy, Żydzi wschodnioeuropejscy, Żydzi ruscy – wyznawcy judaizmu rabinicznego mieszkający początkowo w państwie Chazarów, od IX-X wieku obecni na Rusi Kijowskiej, a od XII wieku osiedlający się na stałe…

Readmore..

TYLKO WE LWOWIE

TYLKO WE LWOWIE

/ Jerzy Janicki. By FTW - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27506454 Jerzy Janicki żalił się w swoich słynnych „Krakidałach”, iż bałak umiera, a szmonces już nie żyje. Z Jerzym…

Readmore..

RELACJE  PARTYZANTÓW KMICICA, ŁUPASZKI, RONINA ARMII KRAJOWEJ  NA WILEŃSZCZYŹNIE  III.1943 – VII.1944. Część 8

RELACJE PARTYZANTÓW KMICICA, ŁUPASZKI, RONINA ARMII KRAJOWEJ NA WILEŃSZCZYŹNIE III.1943 – VII.1944. Część 8

/ Wizerunek "Zawiszy" Wacława Szewielińskiego ukaże się na znaczkach ZAWISZA - Szewieliński Waclaw Ledwie zaklimatyzowałem się w V Brygadzie, a już 12.IX.43 r. brałem udział z plutonem „Maksa” w ataku…

Readmore..

Moje Kresy.  - Józef Wesołowski cz. 2

Moje Kresy. - Józef Wesołowski cz. 2

/ 1934r.Wacowice - rodzeństwo taty,siedzą od lewej babcia Felicja,od prawej stryj Antoni Tato po zakończeniu działań wojennych przedostał się w rzeszowskie do rodziny mamy i tam czasowo przebywał. Nie wiedział…

Readmore..

Marian Markiewicz  – żołnierz AK z Wilna

Marian Markiewicz – żołnierz AK z Wilna

 / Bracia Marian i Henryk Markiewiczowie, 1927 r. „Żegnaj Wilno, miłe miasto me rodzinnetakie piękne no i inne niż setki innych miast.Tu ma radość i niewinna moja miłośćkwitła tak jak…

Readmore..

Magdalena z Nałęcz-Gorskich Komorowska,  „Powrót do Żmudzi” (wspomnienia z Kresów)

Magdalena z Nałęcz-Gorskich Komorowska, „Powrót do Żmudzi” (wspomnienia z Kresów)

Co za urocza książka, co za uroczy pamiętnik, co za urocza Autorka! „Powrót do Żmudzi” Magdaleny z Nałęcz-Gorskich Komorowskiej przenosi nas w utracony świat dawnej szlacheckiej Żmudzi i polskiego tam…

Readmore..

Obcy w domu

Obcy w domu

/ Karol Hubert Rostworowski. Źródło - https://dziennikpolski24.pl/karol-hubert-rostworowski-slawny-za-zycia-zapomniany-po-smierci/ar/11989583 Niech ten hołd pośmiertny wobec wielkiego polskiego pisarza, wielkiego człowieka teatru i wielkiego chrześcijanina będzie jakimś spłaceniem długu, który przez powojenne pokolenie w…

Readmore..

Manipulacje dotyczące liczby ofiar ludobójstwa.

Manipulacje dotyczące liczby ofiar ludobójstwa.

Krzysztof Bulzacki w liście do pisma „Nasza Polska” z 22 lipca 2008 stwierdza: „Już na pierwszym spotkaniu polsko-ukraińskim zorganizowanym w Podkowie Leśnej pod Warszawą przez Ośrodek „Karta” w dniach 7…

Readmore..

Legenda o Wileńskich  Zagończykach i Pułku  Jazdy Tatarskiej

Legenda o Wileńskich Zagończykach i Pułku Jazdy Tatarskiej

/ Grupa żołnierzy pułku (1919) Zdjęcia: Wiki 27 września, czwartek, 12.00, w Warszawie na ul., Pawlikowskiego 2, w Klubie Kultury Seniora na Gocławiu. Tomasz Kuba Kozłowski i Dom Spotkań z…

Readmore..

Brzozdowce.  Pamięć Kresów  wiecznie żywa

Brzozdowce. Pamięć Kresów wiecznie żywa

Nakładem krakowskiego Wydawnictwa Salwator ukazała się książka „Historia i losy miasteczka Brzozdowce”, której autorem jest Stanisław Horyń. Brzozdowce to mała miejscowość położona w dolinie Dniestru, w powiecie bóbreckim w województwie…

Readmore..

Marian Markiewicz – żołnierz AK z Wilna

 / Bracia Marian i Henryk Markiewiczowie, 1927 r.

„Żegnaj Wilno, miłe miasto me rodzinne
takie piękne no i inne niż setki innych miast.
Tu ma radość i niewinna moja miłość
kwitła tak jak biały kwiat do murów twych i chat”

Fragment piosenki, którą w 1945 r.
śpiewali Polacy wysiedlani transportami z Wilna

Marian Markiewicz urodził się 29 marca 1924 r. w Kownie. W październiku 1920 r., gdy Wileńszczyzna została zajęta przez polskie oddziały gen. Lucjana Żeligowskiego, Kowno zaczęło pełnić funkcję stolicy państwa litewskiego. Mieszkała w nim duża liczba Polaków, co nie podobało się władzom Litwy. Bezpieczniej dla ludności polskiej było zamieszkać w granicach Rzeczypospolitej. W 1928 r. ojciec Mariana, Edward Markiewicz, próbował nielegalnie przekroczyć granicę państwową, aby udać się do Wilna, w celu znalezienia odpowiedniego mieszkania i pracy. Został jednak schwytany przez polskich pograniczników i uznany za szpiega. Oczyścili go z podejrzeń i poręczyli za niego: brat babci Edwarda, profesor Władyczko z Uniwersytetu Wileńskiego i znany wileński adwokat Mieczysław Engel. Ojciec został wypuszczony i otrzymał pracę geodety. W tym czasie jego żona Anna Markiewicz rozdała koweńskim Polakom większość rzeczy, pozostawiając sobie tylko to, co najpotrzebniejsze i udała się do Wilna z dwojgiem dzieci, Marianem i jego starszym bratem Henrykiem.

     W Wilnie Marian Markiewicz zaczął uczęszczać do Szkoły Ćwiczeń im. Tomasza Zana przy ul. Ostrobramskiej, która była miejscem praktyk dla studentów Męskiego Seminarium Nauczycielskiego. Uczyli go nauczyciele, którzy mieli za sobą służbę wojskową podczas I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Wspomina, że w wileńskich szkołach było patriotyczne wychowanie. Pamięta, że jego nauczyciel śpiewu i muzyki Latoszek stracił dłoń, którą odcięto mu szablą na wojnie z bolszewikami. – Chłonęliśmy historię, którą opowiadali nam nauczyciele, tworząc patriotyczny klimat - opowiada.

     Ojciec Mariana podczas I wojny światowej służył w wojsku rosyjskim. Dostał się do niemieckiej niewoli i przebywał w obozie jenieckim w Gdańsku. Tam jeńcy głodowali i aby się ratować, jedli łupiny od kartofli.
     Na wakacje państwo Markiewiczowie jeździli w pobliże granicy z ZSRR. Pewnego dnia, zbierający grzyby, Marian z bratem zabłądzili w młodniku. Nagle ujrzeli ludzi w burkach, którzy ich również dostrzegli i zaczęli do chłopców krzyczeć: – Stoj! Stoj! Chłopcy jednak uciekli na posterunek Korpusu Ochrony Pogranicza, którego dowódcą był kapitan Kaiser. Widzieli też, jak przebiega obustronna wymiana osób zatrzymanych na granicy.
     Marian Markiewicz już jako nastolatek interesował się polityką. Chętnie czytał artykuły Stanisława Mackiewicza, analizował różne wydarzenia, np. sens przeprowadzenia przewrotu majowego i wyciągał z nich własne wnioski. W jednym z pokojów domu, w którym mieszkał z rodzicami, zamieszkali studenci związani z endecją. Jeden z nich po latach był oskarżycielem lewicy w Wilnie. Młodzi endecy prezentowali mu swoje poglądy, dali mu nawet Mieczyk Chrobrego, który Marian schował do szuflady. Miał umiarkowane poglądy. W Wilnie narodowcy często ścierali się z Żydami, a policjanci mieli nad nimi nadzór i bywało, że ich aresztowali.
     Do państwa Markiewiczów często przychodzili ich znajomi, państwo Piekurowie. Były komisarz policji carskiej Piekur poślubił ochrzczoną Żydówkę, która na chrzcie otrzymała imię Maria. Marian i jego brat kolegowali się z dziećmi Piekurów.

/ Orkiestra wileńskiej szkoły im. Tomasza Zana w warszawskich Łazienkach, 1935 r.

      Dziś już rzadko można spotkać kogoś, kto na własne oczy widział samego marszałka Piłsudskiego. Pan Marian widział go kilka razy na defiladach w Wilnie, a także w dzień pogrzebu siostry marszałka na cmentarzu bernardyńskim, który znajdował się około 350 m od domu w Białym Zaułku, w którym mieszkali Markiewiczowie. W 1938 r., gdy w Wilnie przebywał marszałek Edward Rydz-Śmigły, Marian przedarł się do jego odkrytego auta, w którym marszałek siedział wraz z wysokimi oficerami wojska polskiego.
     W 1939 r. odczuwało się już powiew wojny. W domu państwa Markiewiczów słuchano audycji z radioodbiornika o nazwie „Elektryt”. Było to bardzo dobre radio. W Głubczycach pan Marian widział takie radio tylko u fryzjera Haremzy, który miał swój salon w budynku z wieżyczką na rogu ulic Kochanowskiego i Chrobrego. Marian Markiewicz brał udział w różnych ćwiczeniach i szkoleniach, m.in. uczył się, jak rozpoznawać szpiegów, jakie podejmować działania na wypadek wybuchu pożaru. W końcu wybuchła wojna. Pierwsze bomby spadły na sąsiednią dzielnicę. Marian pobiegł tam i zobaczył pierwsze ofiary. Gdy zaczynały się naloty, nie schodził, jak inni, do piwnicy. Na podwórzu był wykopany rów, z którego obserwował bombardowania. Bardzo go martwiły klęski polskiego wojska. 18 września włączył radioodbiornik i usłyszał, że samoloty brytyjskie i francuskie zbombardowały Berlin i że Hitler zwariował. Nie wiedząc, że to tylko propaganda, uszczęśliwiony wyszedł z domu. Zdziwiło go to, że na ulicach było niewielu ludzi. Przeszedł się ulicą Mickiewicza (dziś Giedymina) i dopiero tam zobaczył ludzi z bagażami na rowerach. Zapytał, dokąd podążają i usłyszał, że Sowieci przekroczyli granicę i zbliżają się do Wilna. Był zdruzgotany, a w nocy nie mógł spać. Nagle usłyszał dudnienie. Wybiegł z domu i z kolegą Józefem Sakowiczem pobiegli ku ul. Połockiej, skąd dobiegały wystrzały armatnie i karabinowe. Tam zobaczyli kilku polskich żołnierzy obsługujących działko. Żołnierze pozwolili im podejść do taboru, wziąć karabiny, magazynki i granaty. Chłopcy uzbrojeni wrócili do działka. Mieli rzucać granatami w czołgi. Czołgi pojawiły się, jednak nie w kolumnie, lecz pojedynczo. Marian wyciągnął zawleczkę i rzucił granat, ale trafiony czołg jechał dalej. Strzelał więc do niego z karabinu. Potem nadjechał drugi czołg, z którego został zastrzelony jeden z żołnierzy przy działku. Chłopcy ukryli karabiny, aby wyglądać niewinnie bez broni i w mundurkach gimnazjalnych. Otoczyli ich żołnierze radzieccy, zaprowadzili na ulicę Belmont i ustawili do rewizji pod płotem. Przyprowadzili też Leszka Piekura. Ponieważ Marian miał w kieszeniach magazynki, Leszek go zasłonił, a on je wyrzucił przez szparę w płocie na jakieś podwórko. Po rewizji Rosjanie puścili ich wolno. Później jednak zatrzymali ich następni, ale polskie kobiety zaczęły krzyczeć po rosyjsku, żeby zostawili „uczienników” w spokoju. Szarpały ich za karabiny i zdumieni sołdaci wypuścili chłopców. Część żydowskich mieszkańców Wilna zachowywała się lojalnie wobec Polaków, lecz większość była takich, którzy wywiesili czerwone flagi.
     W październiku 1939 r. Rosjanie „wspaniałomyślnie” przekazali Litwinom Wilno. Pewnego dnia Marian Markiewicz zobaczył na ulicy prawie dwumetrowego wzrostu mężczyzn w granatowych mundurach i w wysokich czapkach. Byli to litewscy policjanci. Do szkół zaczęto wprowadzać jako wykładowy język litewski, a języka polskiego miała być tylko jedna godzina. Młodzież polska rozpoczęła strajk. Niektórzy uczniowie w odruchu buntu przez kilka dni nie przychodzili do szkół. Litwini straszyli, że w takim razie zupełnie je pozamykają. Marian Markiewicz z kolegami założyli konspiracyjny Związek Wolnych Polaków. Wraz z nimi złożył przysięgę i wykonywał ulotki. Młodzi spiskowcy udali się do szkoły, gdzie litewski nauczyciel prowadził lekcję jeszcze po polsku. W połowie lekcji Marian i jego koledzy wstali, i nie zważając na krzyki Litwina i uderzanie dziennikiem w pulpit, wyszli i udali się do auli na wiec, śpiewając „Mazurka Dąbrowskiego”, a następnie „Pierwszą Brygadę”. Potem pojawiła się litewska policja, a uczniowie zabarykadowali główne wejście. Gdy policji udało się wedrzeć do budynku, młodzież uciekła przez okna parteru na podwórze i rzucała w policjantów kamieniami. W końcu policja ustąpiła, ponieważ uczniów było około tysiąca. Wszyscy buntownicy uciekli. Tym razem odnieśli sukces, ponieważ nie wprowadzono języka litewskiego jako wykładowego.
     11 listopada 1939 r., jak co roku, Polacy chcieli urządzić wiec na cmentarzu na Rossie przed grobem Matki i Serca marszałka Piłsudskiego. Żeby do tego nie dopuścić, litewscy policjanci bili gromadzących się Polaków pałkami. Mimo to, wiec się odbył. Przybyły tłumy, które następnie ruszyły w kierunku Ostrej Bramy. Przeciwko demonstrantom wyjechały czołgi, jednak nie przestraszyły tłumów, a niektórzy Polacy zaczęli wieszać na lufach czapki. Na ul. Zamkowej konna policja ruszyła galopem na tłumy, a demonstranci, wśród których był Marian Markiewicz, rozpierzchli się.
     W 1940 r. ponownie wkroczyli Rosjanie, a Litwa stała się republiką radziecką. Młodzież była przygotowywana do uczczenia rocznicy rewolucji październikowej. Uczono nas – wspomina pan Marian – chodzić marszem w kolumnach i śpiewać rosyjskie piosenki. Gdy nadszedł dzień tego święta, nikt z Polaków nie chciał nieść szturmówki na placu Łukickim. Opierało się szturmówkę o plecy tego, który stał z przodu, ten ktoś odchodził, a szturmówka wpadała w błoto. Młodzież polska miała też krzyczeć „ura”! Gdy przemaszerowali przed trybuną pełną radzieckich oficerów, zamiast wznieść wspomniany okrzyk, bezdźwięcznie otworzyli usta.
   W czerwcu 1941 r. w Wilnie pojawili się kolejni okupanci. Niemcy zaatakowali ZSRR i wkroczyli na Kresy. Polacy nie wyszli na ulice, a Litwini urządzili bramy powitalne i pozdrawiali Niemców wiązankami kwiatów. Marian pobiegł, by ich zobaczyć i obserwował, jak się rozbierali, myli i golili na skwerze nad Wilią.
   W mieście było trudno zdobyć żywność, dlatego Marian Markiewicz postanowił wyjechać w poszukiwaniu pracy do Nowiak pod Kiejdanami. Gdy szedł na dworzec kolejowy, zobaczył kolumnę, liczącą ponad setkę Żydów, prowadzoną przez uzbrojonych Litwinów. W tej kolumnie były kobiety, dzieci i starcy. W tym momencie Marian poczuł ogromną nienawiść do Litwinów, którzy zabrali tych Żydów najpierw na Łukiszki, gdzie ich ograbili z kosztowności, a później zawieźli na Ponary i rozstrzelali. W Nowiakach Marian pracował do 25 listopada 1941 r. Orał, bronował, mieszał glinę ze słomą i formował kostki do budowy obory, sprzedawał na targu zboże. Wrócił do Wilna z mąką i słoniną. Miasto było przepisowo zaciemnione. Zauważył, że idą za nim jakieś dwie osoby, co go zaniepokoiło. Wszedł do domu i przywitał się z mamą. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi i mama przypomniała sobie, że szukał go jakiś kolega. Marian otworzył drzwi i zobaczył Mirka Orłowskiego, który w wolnej Polsce był piłsudczykiem podczas świąt państwowych, wygłaszał w auli stosowne referaty, a gdy wkroczyli Rosjanie, został komsomolcem. Mirek chciał porozmawiać na osobności na podwórzu. Powiedział, że jest z dowódcą i nie chce mieć świadków.
– Mamo, wyjdę na chwilę, powiedział Marian.
– Nie idź, jak ciebie nie było, były aresztowania.
W końcu, gdy się uparł, doradziła, by ubrał płaszcz.
Marian Markiewicz wyszedł i zobaczył dwóch mężczyzn, których Mirek przedstawił jako swoich znajomych. Jeden z nich złapał Mariana za przeguby rąk i go aresztował. Mirek przystawił mu do pleców lufę pistoletu i razem z tamtymi dwoma zaprowadził do więzienia. Tam Orłowski przeszukał jego czapkę i płaszcz, dokładnie obmacując szwy. Marian został wtrącony do celi, w której siedział jego kolega Tadek Tułowski, podoficer wojska polskiego Strok i jakiś brodaty Białorusin.
     Podczas pierwszego przesłuchania, dotyczącego przynależności do tajnej organizacji, Marian wszystkiemu stanowczo zaprzeczał. Był bity. Gdy wracał do celi, nieufni współtowarzysze niedoli kazali mu pokazywać plecy, aby sprawdzić, czy naprawdę oberwał, czy czasem nie jest donosicielem. Podczas kolejnych przesłuchań nadal go bito, a on wciąż zaprzeczał. Obciążał Mirka Orłowskiego, że kiedyś był piłsudczykiem, a potem łatwo zmienił poglądy. I taka sytuacja trwała do Bożego Narodzenia. W Wigilię strażnik kazał mu wynosić klozety z cel i podczas wykonywania tej pracy Marian zobaczył swojego sekcyjnego ze Związku Wolnych Polaków, Henryka Pilścia. Specjalnie długo wylewał nieczystości i płukał klozety, żeby móc do niego podejść i porozmawiać przez drzwi. Henryk się przyznał, że go „wsypał”. Marian kazał mu to odwołać i powiedzieć, że proponował mu tylko wstąpienie do organizacji. Podczas następnego przesłuchania, gdy Mariana znów bito, to powiedział, że już należy. Odwszawianie dało kolejną okazję do rozmowy z Heńkiem, który powiedział, że wszystko odwołał, zaczął przepraszać Mariana i pytał, czy nie ma do niego żalu. Marian powiedział: – Heniu, jesteś bohaterem. Dzięki temu odwołaniu, Henryk Pilść uratował Marianowi Markiewiczowi życie. Około 10 maja 1942 r. w więzieniu zrobił się niecodzienny ruch. Wieczorem Litwini przygotowywali transporty do „rozwałki”. Marian słyszał, jak wyczytują nazwiska kolegów, słyszał szelest papierów i wreszcie zgrzyt zasuwy zamka w jego celi. Nie wywołali z niej nikogo. Wywołanych więźniów, łącznie sto kilkadziesiąt osób, w tym Henryka Pilścia i dwóch braci Miotkowskich, wywieziono na egzekucję na Ponarach. Do więzienia powrócił żywy tylko jeden z Miotkowskich.
     Po jakimś czasie Marian Markiewicz z innymi Polakami został wywieziony na roboty. Budowali nasyp kolejowy pod drugi tor. Mieszkali w folwarku otoczonym drutami kolczastymi. Byli już tam radzieccy jeńcy wojenni. Słoma, na której nowi przybysze mieli spać, służyła kiedyś za posłanie Sowietom i roiła się od wszy, pcheł i pluskiew. Do miejsca pracy było stamtąd kilka kilometrów. Komendantem obozu był Czech. Niemiecki strażnik w mundurze upatrzył sobie Mariana i często okładał go kijem. Kazał Polakom boso biegać po rżysku, co było bardzo bolesne. Jednemu z nich wbił się w stopę zardzewiały gwóźdź. Pilnowali ich również Ukraińcy w niemieckich mundurach. W osobnej grupie pilnowani byli Żydzi. Chleb podawano tak spleśniały, że aż się z niego kurzyło. Zupa właściwie była wodą z pokrzywą w półlitrowej puszce po konserwie. Czech widział, jak Marian obrywał od Niemca i pewnego dnia nie puścił go do pracy. Niemiec złościł się i krzyczał, lecz Czech powiedział, że to on jest tam komendantem, a Polak jest mu potrzebny do przestawienia pieca. Później znalazły się dla Mariana inne prace.
     W grudniu 1942 r. Marian Markiewicz wraz z innymi więźniami został zawieziony na Łukiszki (część Wilna). Tam pędzono ich do przeładunku zboża lub bierwion. Musieli nosić worki z wagonów do odległych o 100 metrów, magazynów. Pewnego dnia pojawili się tam Hiszpanie z Błękitnej Dywizji, którzy wyprowadzali więźniów na miejsce wyładunku, częstowali ich papierosami, mówili, że też są komunistami (byli przekonani, że więźniowie nimi są), a ponieważ w ich kraju nie było co jeść, wstąpili do wspomnianej dywizji.
     Mamy przynosiły nam obiady, wspomina Marian. Przybrałem na wadze. Wyrok dla mnie zapadł 10 maja 1942 r. i do 10 maja 1943 r. miałem być zwolniony z innymi więźniami, lecz 20 kwietnia (w urodziny Hitlera) otworzyły się drzwi i wyprowadzono nas. Wydano rzeczy, uformowano kolumnę z 40 więźniów i zaprowadzono na gestapo. Przemówił do nas jakiś gestapowiec i powiedział, że dzięki führerowi są wolni i ostrzegł przed drugim razem.
     Gdy Marian Markiewicz wrócił do domu, już po wejściu wystraszył się, bo siedziała tam Żydówka, a Polakom groziła śmierć za kontakty z Żydami. Skontaktowała się wcześniej z ojcem Mariana, który jej załatwił fałszywe dokumenty na nazwisko Krystyna Różycka. Miała typowo semickie rysy. Poruszała się po Wilnie w ładnych ubraniach, swobodnie rozmawiała z Niemcami. Jadła u państwa Markiewiczów obiady i odchodziła. Została szefową Arbeitsamtu w miasteczku Świr. Nawet w książce o „Łupaszce” – opowiada pan Marian – jest wspomniane, że była pożyteczna dla Polaków, m. in. powiadamiała ich o obławach.
     Marian miał do wykonania niemiłe zadanie. Musiał powiadomić rodziców Heńka Pilścia o jego śmierci, nie wspominając o jego załamaniu się w śledztwie. Była to przykra wizyta.
     Kiedyś dostał wezwanie na komisję do sąsiedniej dzielnicy. – Nie stawię się, to aresztują, pomyślał. Wypił dwie kawy, wypalił mnóstwo papierosów, przez co zaczął wymiotować i ledwie szedł, więc nie dotarł do komisji. Zatelefonował do Krystyny Różyckiej, która zapytała, czy jego brat również dostał wezwanie. Tak było. Krystyna zabrała ich obu do Świra i wysłała do pracy w majątku rolnym Olszewo, przy tym Mariana wcześniej „sprawdzono”, dlaczego został zwolniony z więzienia.
     Pewnego dnia, pracując w tym majątku, Marian zobaczył, jak jacyś cywile z karabinami otaczają oficynę, w której był polski oficer z fałszywymi dokumentami oraz leśniczy – Litwin. Marian udawał, że ciężko pracuje i dyskretnie obserwował uzbrojoną grupę. Cywile uprowadzili Litwina do lasu. Później kobiety, które poszły na grzyby,  znalazły jego cuchnące już zwłoki w jeziorku. Jak się okazało, zabili go radzieccy partyzanci. Trup leżał w wodzie i nikt nie miał ani odwagi ani ochoty go stamtąd zabrać. Marian postanowił sam to zrobić. Zaprzągł konia do wozu i pojechał tam. Trup leżał plecami do góry. Był do połowy rozebrany i miał dziury w plecach. Otaczały go roje much i przeraźliwie cuchnął. Marian, posługując się gałęziami i lejcami, wciągnął go na wóz, za którym musiał iść aż 20 metrów, taki roztaczał się fetor. Zawiózł go do folwarku, a tymczasem powiadomiono brata zabitego, który był kolejarzem, żeby zajął się ciałem.
Kilka dni po przewiezieniu ciała do majątku, radzieccy partyzanci podeszli do budynku, w którym zostały złożone zwłoki Litwina, by złapać jego brata. Spóźnili się jednak, gdyż ów brat wcześniej przyjechał po ciało małą lokomotywą i zabrał je. Dwa dni później trzeba było pojechać do Wilna po maszyny rolnicze dla tego majątku. Marian się zgłosił i już więcej tam nie wrócił. Nawiązał kontakt z AK z Lidy (okręg nowogródzki) i w sierpniu 1943 r. pojechał tam na rowerze, następnie z Lidy do pobliskich Wińkowców, do „meliny” pani Stankiewiczowej. Po raz drugi został zaprzysiężony jako „Maryl”, a przysięgę odebrał kapitan Bolesław Wasilewski, pseudonim „Bustromiak” („Zoja”). Był szefem wywiadu na okręg nowogródzki, a funkcję dowódcy tego okręgu pełnił płk „Borsuk”. Marian tam pozostał, uczył się konspiracji, pracował, wykonywał różne zadania, łącznie z wykonywaniem wyroków śmierci, co było najtrudniejsze. Pełnił swą służbę, będąc do dyspozycji i szefa wywiadu i komendanta okręgu. Odwiedzał oddziały, kontaktował się z konkretnymi osobami, przekazywał rozkazy. 3 lipca 1944 r. Marian zobaczył w odkrytym samochodzie dwóch polskich oficerów, później sądzonych za niedozwolony kontakt z Niemcami, w sprawie pozyskania broni. „Borsuk” się wyparł wiedzy na ten temat. Jeden z tych oficerów był bliskim krewnym majora Macieja Kalenkiewicza-„Kotwicza”. Otrzymał wyrok śmierci w zawieszeniu. Obowiązywał całkowity zakaz kontaktów z Niemcami, obojętnie, czy były słuszne, czy niesłuszne.
     Marian Markiewicz przypomina sobie akcję odbicia kolegów z AK, z nadzorowanego przez Niemców dużego więzienia w Lidzie. Sam nie brał udziału w tej akcji, ale słyszał o niej od kolegów. Niektórzy aresztowani członkowie podziemia podczas bicia ulegali i zaczynali „sypać”, co skutkowało większą liczbą aresztowań, dlatego też miejscowa AK otrzymała rozkaz przygotowania i przeprowadzenia akcji uwolnienia ich. Zrodziły się dwie koncepcje: zdobycia więzienia siłą oraz wejścia podstępem do więzienia i uwolnienia tylko tych osób, które będą na liście. Wybrano ten drugi sposób.
     Lidzka AK miała w tym więzieniu swojego zaufanego człowieka, zastępcę naczelnika, Białorusina z pochodzenia. Przyjaciel Mariana Markiewicza kapral Przemysław Mickiewicz pseudonim „Kara”, nazywany również „Lipkiem” lub „Lipusiem”, kontaktował się z nim, przypomina sobie pan Marian. Ów Białorusin załatwił do podrobienia odciski kluczy więziennych. Do przeprowadzenia akcji wybrano grupę z oddziału „Krysi” (tak się nazywał dowódca batalionu). Składała się głównie z bliskich krewnych uwięzionych. Jeden z członków tej grupy był Górnoślązakiem, który wcześniej przymusowo został wcielony do Wehrmachtu i doskonale znał język niemiecki. Grupa ta postanowiła z 17 na 18 stycznia 1944 r. dostać się do więzienia w przebraniu niemieckich żołnierzy, prowadzących jeńców wojennych. Przygotowane zostały furmanki, na których były schowane mundury i broń. Był tylko jeden problem, jak uniknąć kontroli przy przejeździe w okolicy więzienia, gdzie żandarmeria niemiecka kontrolowała przejeżdżające pojazdy. W tej sytuacji, brat jednego z uczestników akcji, podszedł do żandarmów i poprosił ich o „cigarety”. Żandarmi wdali się z nim w rozmowę, a tymczasem furmanki szybko przejechały. W domku, który stał około 100 m od więzienia, czekali koledzy. Tam uczestnicy akcji przebrali się w mundury. Późną porą wyruszyli do więzienia, a przed nimi szła kobieta z paczką dla więźnia i butelkami z piwem, w którym były środki nasenne. Strażnik nie chciał przyjąć paczki, ale zabrał te butelki. Po chwili doszli Akowcy w niemieckich mundurach z „jeńcami”. Długo czekali na otwarcie im drzwi przez umówioną osobę z więzienia. Gdy wreszcie to nastąpiło, każdy przystąpił do swojego zadania. Strażnicy zostali rozbrojeni, a 170 więźniów wywołano według listy. Zdezorientowani sądzili, że są prowadzeni na rozstrzelanie. Uczestnicy akcji wyprowadzili uwięzionych i poprowadzili ich przez cmentarz. Jakiś Niemiec się zorientował w sytuacji i zaczął do nich strzelać. Zabili go i był jedyną ofiarą tej brawurowej akcji.
     – „Szybko się zbliżał front. „Kotwicz” przygotował plan zdobycia Wilna przez AK. Kapitan Wasilewski poprosił o przeniesienie go na dowódcę 5. Batalionu (na Wileńszczyźnie były brygady, a w Nowogródzkiem bataliony). 5. Batalion Wasilewskiego wyruszył pod Wilno pod dowództwem „Kaliny”, a my – wspomina Marian Markiewicz – przyłączyliśmy się do niego. Szosy były pełne niemieckiego wojska. W nocy trzeba było iść gęsiego. Przemęczeni, obciążeni bronią, czekaliśmy na jakąś lukę, żeby przeskoczyć przez drogę. Z opóźnieniem dotarliśmy do Wilna. Nadeszły również siły radzieckie. Wspólnie z nimi walczyło się z Niemcami, lecz po zdobyciu Wilna, Rosjanie zaczęli aresztować polskich oficerów. Ogłoszono alarm i wymarsz. Przedzieraliśmy się przez Puszczę Rudnicką przez jeziora i bagna do Puszczy Nackiej, na tzw. „święte błota”, dobre do ukrycia się. Było nas 1,5-2 tysięcy. Na każdym postoju dowództwo segregowało oddziały i zachęcało, aby kto chce, szedł do domu, bo jest ich za dużo. Odchodziły grupy, które zdawały broń i po drodze były łapane przez Rosjan i wysyłane transportami na Wschód. Z pozostawionej broni zabierało się to, co lepsze. Za nami ruszyły samoloty i amfibie. My nadal przedzieraliśmy się w pełnym rynsztunku, spragnieni i głodni. Rosjanie podążali za nami i mieli stale dowożone zaopatrzenie. W Puszczy Rudnickiej zbliżyły się do nas amfibie. Zrobiliśmy zasadzkę. „Kotwicz” zakazał otwierania ognia bez rozkazu i zaczął krzyczeć po rosyjsku: – My was nie zaczepiamy! Czego chcecie?! Nakrzyczał na nich, powyzywał od swołoczy i w końcu odjechali”. Jednak nie dali oddziałowi spokoju, gdyż później nad głowami akowców przeleciał kukuruźnik. Padł strzał i samolot runął daleko od nich. Kto strzelał? Strzelał „Bustromiak”, przedwojenny mistrz Polski w strzelectwie! Dotarli potem do Puszczy Rudzkiej, gdzie odpoczywali i robili wypady po broń.
     18 sierpnia 1944 r. Marian Markiewicz otrzymał rozkaz pójścia z Poddubicz do przygotowanej w puszczy bazy, gdzie mieli przezimować. W bazie tej podczas okupacji niemieckiej ukrywało się wielu Żydów, a teraz była tam dobrze zaopatrzona w żywność akowska drużyna, którą miał poinformować, że przyjdzie około 70 żołnierzy z jego oddziału. Poszedł w nocy przez las, nie widząc nic, nawet na pół kroku. Nagle przy rozwidleniu dróg ogarnął go dziwny lęk, tak silny, że aż włosy mu się zjeżyły na głowie, ale nie wiedział, z jakiego powodu. Uskoczył na prawo od drogi i położył się. Podpełzał raz w jedną, raz w drugą stronę i nic. Spędził tam może z półtora godziny, nadal odczuwając niepokój. Wreszcie ruszył i, czołgając się, dotarł do ściany lasu, wymacując rękoma grunt. Znalazł miejsce wydeptane ludzkimi stopami i nad ranem udało mu się dotrzeć do bazy. Miał to być miły dzień, w którym wypadały jego oraz „Bustromiaka” imieniny. Podał hasło, usłyszał odzew, przekazał informację, położył się w szałasie i zasnął. Zbudziły go odgłosy strzelaniny i wybuchy granatów. W tamtym miejscu, gdzie odczuł zagadkowy niepokój, jego oddział wpadł w radziecką zasadzkę. Zginęło w niej 7 żołnierzy AK, w tym, wspomniany przyjaciel Mariana, Przemysław Mickiewicz – „Lipek”. Przed tą zasadzką „Lipek” opowiadał kolegom, że śnił mu się Marian z zakrwawioną ręką i uznał, że coś musi się wydarzyć. Potem idąc na końcu wspomnianego oddziału, został postrzelony i zginął. Dowódca powiedział potem do Mariana: – „Maryl”, „Lipuś” padł, a Marian się rozpłakał.
     Gdy zapadła noc oddział Mariana wyruszył w drogę i dotarł w pobliże Skirejek, gdzie się ukrył w małym lasku. Ludzie przynosili im jedzenie. Nieopodal było widać często przechodzące patrole radzieckie, które na szczęście ich nie zauważyły. W kolejną noc (21 sierpnia) wyruszyli do Surkont. Jedna drużyna, z porucznikiem Walkiem „Jarym”, poszła w kierunku kolonii, a „Kotwicz” z cichociemnymi zakwaterował się w jakimś domku.
– „Rozłożyliśmy się w stodole, przypomina sobie Marian Markiewicz. Wrota stodoły były rozwarte, czyściłem swoją pepeszę na sianie i nagle zobaczyłem, jak okrąża nas łukiem radziecka tyraliera”. Do dziś się zastanawia, co w tym czasie robiła „czujka” na dachu stodoły. Nie mógł wystrzelić, z powodu zakazu, więc krzyknął: – Sowieci! W tym momencie ludzie zaczęli chwytać za broń, a majorowi „Kotwiczowi” ktoś podał mundur. „Kotwicz” miał amputowaną, w warunkach polowych, rękę po postrzale przez Niemców, a kikut owinięty w bandaże. Rosjanie już byli 20 metrów od nich, w kartoflisku. Wreszcie zabrzmiała komenda: – Ognia! Padli Rosjanie, idący środkiem, ale skrzydła zaczęły ich otaczać. Rozgorzała wielogodzinna walka w okrążeniu. „Bustromiak”, patrzący przez lornetkę dostał w głowę i został opatrzony. W pierwszym ataku dostał z Diegtiariowa plutonowy z oddziału „Łupaszki” Franciszek Stankiewicz, „Mikado” i zginął. Później Marian Markiewicz musiał o tym powiadomić jego ojca. Ciężko ranny został były oficer Korpusu Ochrony Pogranicza. „Kotwicz” zarządził atak na olszynkę. Kazał Marianowi wyprowadzić z okrążenia „Bustromiaka”, później poległ wraz ze swoimi, nacierającymi na olszynkę, żołnierzami. „Bustromiak” krzyknął: – Odwrót! – Z zarośli wyszło nas czternastu – piętnastu, przypomina sobie Marian Markiewicz. Trzeba było przeskoczyć rów z błotem i iść pod górę. Z olszynki nie padł już żaden strzał, czyli atak „Kotwicza” był skuteczny.
     Wycofujący się partyzanci dotarli na szczyt wzniesienia, następnie weszli na bagna. Zapadła noc, a oni szli dalej. Marian szedł przodem, po kolana w błocie. Ci, co szli za nim mieli już gorzej, na udeptanym gruncie, ponieważ brnęli już prawie po uda. Poza partyzantami szedł w tej grupie pewien 70-letni rotmistrz oraz hrabia Kawka. Marian wyprowadził ich do jakiejś wsi.
     Tymczasem Rosjanie pod Surkontami dobijali rannych. Znaleźli dokumentację oddziału. Szukali jeszcze rano. Po śladach na rosie znaleźli rannego partyzanta. Sanitariuszka z oddziału, która ukryła opaskę z czerwonym krzyżem i była po cywilnemu, rzuciła się na rannego z krzykiem: – Nie zabijajcie! Nie zabili go. Zawieźli partyzanta do szpitala, gdzie jednak zmarł. Później okoliczni mieszkańcy pochowali zabitych partyzantów. Trumny z ciałami „Kotwicza” i podchorążego Henryka Nikicicza, „Orwita” zostały zakopane na początku szeregu zbiorowej mogiły, z lewej strony. Dziś się tam znajduje mały cmentarz z oddzielnymi grobami zaopatrzonymi w krzyże, z obeliskiem, na którym jest napis: Żołnierzom Armii Krajowej Okręgów „Nów” i „Wiano” poległym za Polskę pod Surkontami 21 sierpnia 1944 r. i w Poddubiczach 19 sierpnia 1944 r.
     Po wyjściu z bagien, grupa, prowadzona przez Mariana Markiewicza, udała się do „meliny” cichociemnego „Warty”, szefa sztabu okręgu nowogródzkiego, który zakwaterował ich w domku. I tam dotarli Rosjanie. Gdy podchodzili, Marian powiedział do „Bustromiaka”.
– Podpuśćmy ich, niech wejdą. Załatwimy ich z krótkiej broni.
– Nie, wycofujemy się, powiedział „Bustromiak”.
Gdy się wycofywali, Rosjanie ich zauważyli i otworzyli ogień. Kula smagnęła rękaw Mariana. Cichociemny ze swoimi ludźmi zaatakował sowiecką ciężarówkę. Wybili Rosjan, a ich samochód spalili.
     Marian, po opisanych wydarzeniach, otrzymał nowy rozkaz udania się do Lidy. Gdy szedł bez broni przez jakąś wieś, zauważył siedzącego przed jednym z domów Rosjanina. Jakaś dziewczyna krzyknęła, żeby się schował, ale Marian nie mógł już tego uczynić, bo Rosjanin go zauważył. Udając beztroskiego chłopaka (wyglądał na nastolatka) podniósł jakiś patyk i zaczął go strugać scyzorykiem. Został zatrzymany. Pokazał fałszywe dokumenty z Lidy, aresztowano go i zabrano do następnej wsi wraz z innymi Polakami. Jednak go zwolniono, a gdy wreszcie dotarł do Lidy, przenocował u jakichś ludzi, a przed świtem udał się do Wińkowców, gdzie miał swoją kryjówkę i załatwił konspiracyjne sprawy. O świcie, obawiając się zasadzki, uciekł ze swojej „dziupli” z powrotem do Lidy. Po jakimś czasie powrócił do Wińkowców, gdzie dowiedział się, że jego dowódca udał się do Wilna. Sam nie miał żadnych pieniędzy, dlatego napędził bimbru i sprzedał go Rosjanom z transportów wojskowych w Lidzie, żeby zarobić na podróż do Wilna. Podczas drugiego „pędzenia” nakrył go radziecki zwiadowca. Marian powitał go przyjaźnie i namówił do wypicia alkoholu. Rosjanin chętnie się przysiadł i później odszedł, zataczając się. Marian, przeczuwając, że zwiadowca wróci z kolegami, zagrzebał aparaturę do bimbru w sianie i uciekł do Lidy. Udało mu się dotrzeć do Wilna lokomotywą, która jechała tam bez wagonów. Siedział na stopniu z tyłu, a gdy lokomotywa miała postój, ukrywał się. Ta niewygodna podróż do Wilna trwała 2-3 godziny. Gdy wrócił do rodzinnego domu w Białym Zaułku, dowiedział się, że „Bustromiak” zamieszkał naprzeciwko w dużym domu z ogrodem, u Mickiewiczów.
     Nowym zadaniem Mariana stało się skompletowanie radiostacji, z której później nadawano depesze do Londynu. Nadal jeździł pod Lidę do nowogródzkiego sztabu. Jego ojciec w tym czasie był kierownikiem gospodarstwa we wsi Sorok Tatary.
– Tato trochę handlował, pośredniczył w sprzedaży, np. biżuterii. Miał przyjaciela, jubilera, który wyceniał towar. Tato dostawał procenty od sprzedaży. Z czegoś trzeba było żyć.
     Pewnego dnia Edward Markiewicz poszedł do znajomych, gdzie jak się okazało, był radziecki „kocioł”. W ręce Sowietów dostało się wiele osób, w tym ojciec Mariana i Nina Piekur. Zaniepokojona Anna Markiewicz wyszła z domu szukać męża, a Marian nie poszedł, ponieważ się dowiedział, że Rosjanie stoją w bramach, sprawdzają przechodniom dokumenty i zabierają ich na Łukiszki, w celu selekcji, aby następnie wywieźć ich na Wschód. Mama też nie wróciła. Zdenerwowany Marian skręcił papierosa i wyszedł z domu, aby przez ogrody i kawałek ulicą, udać się do cioci. Był siarczysty mróz. Ciocia była gospodynią u Komorowskich, którzy mieszkali w domku nad Wilią na Pośpieszce. Tam znalazła go młodsza od niego o 2 lata dziewczyna, która też mieszkała w Białym Zaułku i powiedziała: – Panie Marylku, aresztują tego pana (chodziło o „Bustromiaka”). Marian z pistoletem i granatem pobiegł z powrotem w kierunku domu i zobaczył kilku enkawudzistów z furgonem. Nie mógł ich zaatakować, bo zlikwidowaliby wyprowadzonego w kożuszku jego dowódcę, a poza tym bał się o Mickiewiczów.
     Po tym wydarzeniu bał się nocować w domu i poszedł do mieszkającej w ich budynku pani Bućkowej, z którą udał się do podwórzowego składzika i, ubrany w kożuch, położył się na posłaniu urządzonym na podkładzie z węgla i trocin, a pani Bućkowa zamknęła go na kłódkę. Prawdopodobnie NKWD, widząc zamkniętą komórkę, nie będzie do niej zaglądać. Potem mieszkał w różnych miejscach. Miał wyrobioną kartę ewakuacyjną na nazwisko Tadeusz Januszewski i obniżony wiek.
     Gdy rodzice Mariana Markiewicza przebywali w więzieniu, ciocia nosiła im paczki. Cele więzienne były przepełnione. Gdy ludzie spali na posadzce, mogli leżeć wyłącznie na boku, a gdy się odwracali na drugi bok, musieli to robić jednocześnie. Czasami przychodziła komisja lekarska, żeby wybrać osoby na tyle zdrowe, by się nadawały do wywózki na Wschód. Rodziców Mariana nie wywieziono. Mama została wypuszczona w lipcu 1945 r. Gdy szła ulicą Mickiewicza, była tak wyczerpana, że co chwilę musiała przysiadać na krawężniku. Dotarła do rogu ulic Królewskiej i Gimnazjalnej, gdzie weszła do domu znajomych męża, państwa Mąkiewiczów, i zastała tylko ich córkę, która jej nie poznała. Poprosiła ją o zupę. Dopiero, gdy się odezwała, dziewczyna krzyknęła: – To pani Halinka! Nakarmiła panią Markiewicz, która po tym posiłku udała się do domu, powłócząc nogami.
     Edward Markiewicz nadal przebywał w więzieniu i miał już wodę w płucach. Prawie umierającego odwieziono do domu i wkrótce zachorował na raka języka. Trafił do znanego wówczas lekarza, którego później rozstrzelali Litwini. W szpitalu usunięto mu nowotwór, lecz pojawiły się przerzuty i to na twarzy. Był naświetlany radem.
     W tym czasie Marian Markiewicz przebywał w Białymstoku. Dowiedział się o stanie zdrowia ojca i postanowił pojechać do Wilna z koleżanką łączniczką Jasią Tamulewicz, oboje z fałszywymi dokumentami jako Białorusini powracający z robót w Niemczech. Pojechali z radzieckimi żołnierzami, dzięki temu nikt ich nie zaczepiał. Ojciec leżał w szpitalu, a mama była w domu. Nie mieli co jeść. Marian dowiedział się, że bardzo poszukiwana i droga w Wilnie jest sacharyna i postanowił sprowadzić ją z Polski. Najpierw ze wspomnianą łączniczką pojechał do Lidy. Mieszkająca tam rodzina Wysockich zamierzała transportem udać się do Polski. Ukryli się w jej domu, następnie przedostali do Polski, do Gdańska. Było to w 1946 r. i wszędzie było widać plakaty nawołujące do udziału w referendum 3 x Tak. Marian zapisał się do gimnazjum „Conradinum”, żeby się przygotować do nauki w politechnice. Kupił sacharynę, którą wypełnił całą walizę i w styczniu 1947 r., znów z Jasią Tamulewicz i fałszywymi dokumentami, pojechał na Wschód, najpierw do Mińska. Tam oboje zamierzali kupić bilety kolejowe do Lidy, lecz kasjerka odesłała ich najpierw do pokoju, w którym przebywali funkcjonariusze NKWD. Pociąg do Lidy już ruszył. Nie mieli zamiaru iść do wspomnianego pokoju i wskoczyli na stopnie pociągu (Marian wciąż z walizą pełną sacharyny). W każdym wagonie był tzw. prawodnik, który odpowiadał za swój wagon i go zamykał, tak że nie mogli wejść. Pociąg pędził, na zewnątrz był straszny mróz i okropnie zmarzli. Wreszcie pociąg się zatrzymał na jakiejś stacji i oboje zeskoczyli. Wdrapali się na lorę z żelastwem i tym środkiem transportu dojechali do Lidy. Jasia Tamulewicz zaprowadziła go do jakiejś starej panny, a sama poszła do swojej rodziny. Jazda na mrozie spowodowała zapalenie pęcherza moczowego. Marian co chwilę musiał wychodzić na ganek, by oddać mocz, co było dla niego bardzo krępujące. Gdy wrócił do Wilna, sprzedał sacharynę i sytuacja aprowizacyjna w domu znacznie się poprawiła.
     Zanim Marian przyjechał do Wilna, pewnego dnia jego mama poszła na targ na Zarzecze i tam ją zaczepił zdemobilizowany lotnik radziecki, który przyleciał z Berlina z kilkoma workami pełnymi „trofieji” i miał jeszcze jeden do ukrycia. Zapytał, czy może go u niej zostawić i powiedział, że sam będzie się bawić, dopóki go nie aresztują, a jak tak się stanie, worek będzie należał do Anny Markiewicz. Nazywał się Fiedka (Fiodor) Lukszyn i pochodził z Omska lub Tomska. Wspomniany worek w przyszłości miał się bardzo przydać.
     Nadeszła pora powrotu do Polski. Marian spotkał znajomą dziewczynę, która powiedziała, że nazajutrz wyjeżdża tam z rodziną, a jej brat wyjechał wcześniej. Dziewczyna posiadała jego kartę ewakuacyjną. Marian wziął tę kartę, wystawioną na nazwisko Stanisław Plawgo, lecz odczuwał niepokój. Gdy nadszedł czas odjazdu, ulokował się na dachu ostatniego wagonu. Widział, jak do transportu przyszło dwóch cywili, którzy z listą przeszli się po wszystkich wagonach i gdy sobie poszli, koleżanka Mariana poinformowała go, że ci cywile mają wykaz wyjeżdżających osób, a kto nie został „odfajkowany”, nie przekroczy granicy. Marian postanowił się do nich zgłosić. Pokazał kartę ewakuacyjną, ci obejrzeli ją, wzięli go pod pachy i zaprowadzili na posterunek NKWD. Jeden z tamtejszych funkcjonariuszy powiedział:
– Razczitajsia za nagan! (rozlicz się z naganta).
Marian zorientował się, że Plawgo musiał z nimi podjąć współpracę, otrzymał od nich służbowy pistolet i przeszedł granicę.
– Kakoj nagan? Szto wy? Ja nikakowo nagana nie połuczał! Tłumaczył, że ktoś się pod niego musiał podszyć, lecz enkawudziści mu nie uwierzyli i kazali wsiąść do gazika. Pojechał z kapitanem w cywilu i kierowcą, na samym końcu ulicy Popowskiej gazik się zatrzymał, a kierowca poszedł do sąsiadów Plawgów, by potwierdzili, czy Marian jest Plawgiem. W tym momencie Marian poprosił, żeby mu pozwolono oddać mocz. Kapitan kazał mu to zrobić pod płotem. Marian wysiadł, nagle pchnął kapitana i zaczął uciekać. W tym momencie zza zakrętu wyszła kolumna radzieckiego wojska. Marian widząc ją zatrzymał się i kontynuował ucieczkę przez podwórka i wertepy, a kapitan biegł za nim. Chwycił Mariana za kurtkę, obaj upadli i zaczęli się szamotać na ziemi. Po chwili podbiegło dwóch sołdatów, którzy ich rozdzielili. Jeszcze nie wiedzieli o co tym dwóm chodzi. Marian sądził, że Sowieci lubią chuliganów, więc mrugnął do nich, a oni ich puścili. Wtedy kapitan sięgnął do kieszeni i wyjął legitymację NKWD. Sołdaci stanęli na baczność, wzięli Mariana pod pachy i zaprowadzili z powrotem do gazika. Tam kapitan kazał mu się położyć na siedzeniach, sam usiadł na nim i przyłożył mu do głowy pistolet. Gdy dojechali do siedziby NKWD, tam posadzono go na krześle, a kapitan bił go otwartą dłonią raz w jedno, raz w drugie ucho. Marian Markiewicz odczuwa skutki tego bicia do dziś. Ma problemy ze słuchem i bóle w uszach. Gdy spadał z krzesła, kapitan podnosił go za włosy i bił dalej. Wreszcie wyprowadzono go i wrzucono do celi – przejściówki, w której przez cały czas świeciło się światło. Huczało mu w głowie. Nie nawiązywał z nikim kontaktu i zastanawiał się, co powie podczas śledztwa. Postanowił podać prawdziwe nazwisko. Przyznać się, że pod okupacją niemiecką siedział w więzieniu, bo przecież oni mogą mieć dostęp do starych akt. Powiedzieć, że nie należał do konspiracji, dlatego Niemcy go wypuścili, a po uwolnieniu przebywał na robotach w Prusach Wschodnich. Po wojnie dowiedział się o chorobie ojca, a ponieważ nie dostał przepustki w radzieckiej ambasadzie, musiał nielegalnie przedostać się na Litwę.
Rano enkawudziści zabrali go do celi ogólnej, w której pod oknami leżeli ranni litewscy partyzanci. Udawał, że nie rozumie, o czym rozmawiają. Nagle otworzyły się drzwi celi i usłyszał:
– Plawgo Stanisław vel Markiewicz Marian! Ruki wzad!
Strażnik chwycił go za przeguby rąk i kazał biec przez korytarz. Długo to trwało, zanim dotarli do pokoju śledczego, w którym siedział młody lejtnant.
– Sadis, pażałsta, powiedział.
Zasapany Marian usiadł, a oficer pouczył go, że jak się otworzą drzwi, ma natychmiast się zerwać na baczność. Zaczął przesłuchanie, a Marian powiedział wszystko to, co obmyślił w celi. Lejtnant zapytał, dokąd konkretnie go wywieziono do Prus Wschodnich. Marian nie znał tamtego terenu i bez namysłu odpowiedział:
– Grünwald!
Rosjanin notował, a Marian w tym czasie opowiedział, w jakiej biedzie są jego rodzice.
– Wywieziemy na Daleki Wschód, na 10-15 lat, powiedział lejtnant. – Budiesz udierat?
– Wsio rawno! Budu udierat!,  krzyknął Marian. Ja Polak, wasz sojusznik!
– Kakoj sojusznik?
– Nasz Bierut eto druh Stalina! Nasz marszał Rokossowski eto toże druh Stalina!, paplał Marian i zaczęli się sprzeczać.
– Litowców lubisz?, zapytał oficer.
– Kak wołk sobaku!
– Panimajesz, czto oni gaworiat?
– Nie panimaju, kłamał Marian i powiedział jeszcze, że w więzieniu na Łukiszkach ich (radziecki) paraszutnik na jego rukach umierał. Wyczuł również, że lejtnant zaczyna go darzyć sympatią.
Innego dnia lejtnant zapytał, czy jest mu zimno.
– Tak, bardzo zimno.
Oficer obiecał mu przynieść ciepłą odzież. Odwiedził rodziców Mariana, który do dziś nie wie, czy podczas tej wizyty otrzymał coś z „trofiejnego” worka. Rzeczywiście przyniósł ciepłe ubranie i powiedział, że nie będzie „tak płocha” i że się wypyta Edwarda Markiewicza na jego temat. Jak nie tak odpowie, zapyta drugi i trzeci raz. Marian już był pewny, że Rosjanin jest po jego stronie.
     Rodzice Mariana dowiedzieli się od lejtnanta, gdzie i kiedy odbędzie się rozprawa, kto będzie sędzią, a kto prokuratorem i zanieśli im trofea z worka. Pewnego dnia Marian zobaczył na terenie więzienia lotnika Fiedkę, który jak sam przewidział, trafił za kraty.
     Podczas rozprawy sądowej Marianowi Markiewiczowi zarzucono, że nielegalnie przekroczył granicę państwową i że zamierzał nielegalnie wyjechać. Adwokat domagał się trzech miesięcy więzienia w zawieszeniu, a prokurator zaproponował, żeby odsiedział trzy miesiące w więzieniu, bo odsiedzi swoje i nie będzie na nim nic ciążyło i tak się stało. Gdy po odbyciu wyroku został wypuszczony, czekała na niego mama. Gdy oboje przechodzili koło budynku NKWD, zobaczyli tego samego kapitana, z którym Marian miał takie problemy, lecz tym razem ubranego w mundur. Ten na jego widok chwycił za pistolet, a Marian mu się ukłonił i poszedł z mamą dalej. Otrzymał tymczasowy dokument i musiał z nim pojechać do Grodna do „filtracyjnego” łagru. Zgłosił się tam i przenocował. Nazajutrz otrzymał przepustkę do Mińska, do „domu rządowego”, gdzie wydano mu dokument uprawniający go do przekroczenia granicy. Wreszcie wyjechał do Polski. Postanowił ubiegać się o przyjęcie do AGH w Krakowie.
     Pewnego razu otrzymał z kolegami zadanie przejęcia pieniędzy dla podziemia na terenie Stargardu Szczecińskiego. Pieniądze te, pochodzące z jakiejś spółdzielni, miały posłużyć do wyrabiania fałszywych dokumentów i przekupywania. Marian nie miał ochoty tam jechać. Nawet jego dowódca wcześniej mu powiedział, żeby skończył z działalnością podziemną i zabrał się do nauki. Jednak pojechał. Było to 1 września 1947 r. Wraz z kolegami odebrał pieniądze konwojentowi, który zaczął za nimi biec. Nie chcieli mu zrobić krzywdy, wybiegli poza miasto, zaczęła się na nich obława, więc wyrzucili pieniądze, a Marian ukrył się w jakimś ogródku. Zobaczył tyralierę złożoną z funkcjonariuszy UB. Zakopał dokumenty i przyłożył sobie do głowy pistolet. Lepiej się zabić niż wpaść w ich ręce. Tymczasem przeszła druga tyraliera i go nie zauważyła. Marian uznał to za znak, że ma żyć. Zabezpieczył pistolet, spojrzał na zegarek i to go zgubiło. Zegarek miał fosforyzowane wskazówki i cyfry, co zauważył podoficer, chyba o nazwisku Kubiak, który strzelił, a pocisk rykoszetem trafił Mariana w rękę, poważnie ją raniąc. Został zawieziony do szpitala w Stargardzie, gdzie opatrzono mu ranę, a następnie do budynku UB. Gdy był wieziony przez wysoki most, zastanawiał się, czy nie skoczyć, ale nie uczynił tego. Gdy go dowieziono na miejsce, został wrzucony do celi, w której siedziała ładna dziewczyna, łączniczka Renia od „Łupaszki”, która związała się z ubekiem. Nadarzyła się więc okazja do powiedzenia jej, co zamierzał opowiedzieć podczas przesłuchania. Wiedział, że dziewczyna o tym doniesie. Gdy powiedziała do niego: – Nasz chłopak z Wileńszczyzny!, odparł, że nie jest politycznym, lecz zwykłym bandytą. Wyparcie się działalności partyzanckiej było jedyną szansą na ocalenie życia. Podczas przesłuchania, był bity w postrzeloną rękę. Kłamał, że przed zrabowaniem pieniędzy spotkał swoich wspólników na plaży i przyjechał z nimi do Stargardu. Zmienił im rysopisy. Dziobaty, najstraszniejszy z ubeków, powiedział Marianowi, że jest twardy i to mu się podoba. Kazał mu krzyczeć, a sam uderzał pałką w stół. Potem przeniesiono go do celi piwnicznej i podawano do jedzenia śledzie, bez wody, żeby cierpiał z powodu pragnienia. Nieleczona rana spowodowała gangrenę. Czuł, że ręka mu cuchnie. Zrozumiał, że jest tak traktowany po to, żeby się załamał i przyznał. Słyszał przejeżdżające auta, a więc w pobliżu była ulica. Zaczął krzyczeć. Krzyczał w dzień i w nocy, następnie tracił przytomność, a gdy ją odzyskiwał, nadal krzyczał. Nie pamięta ile czasu to trwało, w każdym razie długo. Pewnego razu, gdy otworzył oczy, zobaczył stojącego nad nim mężczyznę, jak się okazało, lekarza.
– Dziwicie się, że krzyczy?, zapytał. – On umiera.
– To go leczcie.
– W tych warunkach nie.
     Mariana zawieziono do polikliniki UB. Bez znieczulenia usunięto mu sczerniałe tkanki. Pielęgniarka o imieniu Maria dawała mu zastrzyki z morfiny, po których mu się robiło przyjemnie i wszystko stawało się obojętne. Brak morfiny przywracał ból i złe myśli. Zaczął planować ucieczkę przez okno po powiązanych prześcieradłach, lecz przyszli ubecy i kazali mu się ubierać. Chciał się rzucić ze schodów, lecz pomyślał, że przecież się połamie, a to mu i tak nic nie da, więc się poddał. Trafił na izbę chorych w więzieniu w Szczecinie, gdzie z szacunkiem dbało o niego dwóch lekarzy. Na rozprawie w sądzie opowiedział to samo, co ubekom podczas śledztwa. Prokurator, na podstawie dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa polskiego, domagał się kary śmierci za posiadanie broni. Jednak otrzymał wyrok 15 lat więzienia. Prosił, żeby go nie publikowano w prasie, bowiem nie chciał, żeby się o tym dowiedzieli jego znajomi, jednak wojskowy sąd rejonowy zlecił opublikowanie wyroku. Sędziowie wojskowi namawiali go do napisania prośby do prezydenta Bieruta o ułaskawienie. Nie zrobił tego, ponieważ postanowił wytrwać.
     8 marca 1948 r. został przewieziony pierwszym transportem więźniów do pustego jeszcze więzienia w Goleniowie. Po przyjeździe kazano im stanąć w szeregu. Żyd, naczelnik więzienia, wyszedł do nich i zaczął ich bić po twarzach, za to, że niby Żydów mordowali. Wraz z towarzyszami niedoli z celi wymyślili strażnikom pseudonimy, które później przyjęły się w więzieniu. Między sobą nie rozmawiali o swojej przeszłości. Nikt nikomu nie ufał. Potem Mariana przerzucono na blok izolacyjny. W celi były tylko sienniki i podnoszone łóżko. Siedziało się na posadzce. Nie było niczego do czytania i pisania. Panował tam twardy rygor. Więźniowie często byli odwszawiani, chociaż nie mieli wszy. Rozpylano im DDT, nie pozwalając w tym czasie otwierać okien. Wyprowadzano ich do łaźni, nie zważając na zimno i przeciąg, boso i w samej bieliźnie. Jeden z więźniów puszczał wodę, a oni po siedmiu – ośmiu wskakiwali pod zimny prysznic, szybko się myli kawałeczkami mydła i płukali. Po wyjściu dostawali koszule i kalesony, które wdziewali na mokre ciała, następnie biegli boso do cel, gdzie dla rozgrzewki bili się ze sobą, by pobudzić krążenie krwi.
     Gdy więźniowie otrzymywali paczki od krewnych, dzielili się ich zawartością z innymi, choć byli i tacy, którzy, siedząc plecami do współtowarzyszy, sprawdzali ich zawartość i starali się najeść. Resztą się dzielono. Często były przeszukiwane cele i w każdej celi był donosiciel. Pewnego dnia Marian dostał złoty pierścionek od odwiedzającej go i udającej jego krewną Jasi Tamulewicz. Ukrył go w paście do zębów. Czasami w nocy wydłubywał go jako talizman, kojarzący się z innym światem, z wolnością. Musiał to dostrzec jeden z więźniów, ponieważ podczas kolejnego przeszukania jak zwykle musieli wyjść na korytarz i stanąć na baczność, a jeden strażnik krzyknął: – Przyznać się, kto ma broń, kosztowności! Marian wyczuł, że chodzi o niego i się przyznał. Wszedł do celi, sięgnął po pastę i powiedział: – O, już nie ma. Strażnicy wcześniej znaleźli pierścionek, a Marian został wezwany do naczelnika.
– Po co wam ten pierścionek, do przekupienia?, zapytał.
– Nie, to jedyna moja więź z wolnością. Jesteśmy tu bez pracy, robimy się analfabetami! Co wy chcecie z nas zrobić? Niszczycie nas! Jak wyjdziemy, co damy społeczeństwu? Nic nam tu nie wolno!
Naczelnik, były wojskowy, zrozumiał go.
– Jak będziecie wychodzić z więzienia [pierścionek] będzie w depozycie.
Marian wykorzystał okazję i zaczął mówić o języku rosyjskim, że coś chciałoby się poznać, np. bajki Kryłowa. Naczelnik zezwolił i rodzice, którzy w 1947 r. przyjechali z Mickiewiczami do Polski i zamieszkali w Gdańsku – Oliwie, przysłali Marianowi rosyjskie wiersze. Marian głośno je deklamował i pamięta do dziś. Był to dla niego powrót do życia i okazja do ćwiczenia pamięci. Zrobiło mu się lżej.
     Gdy w więzieniu podawano śniadanie na skrawku gazety, czytało się to, co było na tym skrawku. Więźniowie nie wiedzieli, co się dzieje w Polsce i na świecie. Jeśli chodzi o przepływ informacji, w więzieniu panowała prawie ścisła izolacja. Więźniowie przekazywali sobie zdobyte informacje za pomocą alfabetu Morse`a, a skrawki zatłuszczonych gazet były przerzucane za pomocą nitki od celi do celi.
Strażnicy nie podawali więźniom ognia, więc ci rozcapierzali nitki z sienników, dosypywali popiołu i rdzy z klozetów, zwijali to w wałek i pocierali deszczułką o ścianę, aby rozniecić ogień. Podtrzymywano go przez cały dzień. Marian zatruł się nikotyną, stracił apetyt, wychudł i sczerniał. Po tym przestał palić, lecz współwięźniowie nadal palili.

     Dnia 5 marca 1953 r. w więzieniu zapanowała dziwna atmosfera. Zrobiło się nienaturalnie cicho, a strażnik otwierający cele miał taka minę, jakby mu ktoś zmarł. Więźniowie zastanawiali się nad przyczyną. Chyba zmarł Stalin! Nie poinformowano ich o tym. Potem zaczęły przychodzić jakieś komisje, badały stan więźniów, poprawiło się wyżywienie, złagodniał reżim. Później dowiedzieli się o amnestii i wyroki zostały zmniejszone. Marian Markiewicz opuścił więzienie 25 lutego 1955 r. Na zwolnieniu było napisane, że odbył wyrok za napady rabunkowe. Musiał się z tym dokumentem zgłosić na milicję, zameldować się w miejscu zamieszkania i znaleźć pracę. Zapisał się na kurs księgowości i ukończył go z bardzo dobrym wynikiem.
     Pierwszą pracę zdobył w Wojewódzkim Związku Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” na peryferiach Gdańska, gdzie zajmował się sprawami związanymi z księgowością. Była to trudna i męcząca praca. Później spotkał kolegę Tadeusza Rymińskiego, który mu załatwił pracę w Gdańskim Zjednoczeniu Przemysłu Drobnego. Zarobki jednak nie pozwoliły mu na usamodzielnienie się (mieszkał w jednym pokoiku z rodzicami i ciotką), toteż założył z kolegą hodowlę lisów. Gdy nagle spadły ceny za futra, zlikwidował swój udział, wyprzedał futra i ożenił się. W 1959 r. osiedlił się w Głubczycach, gdzie mieszkał brat jego żony Danuty. Podjął pracę w miejskiej Radzie Narodowej i zajmował się sprawami związanymi z kwaterunkiem.

/ Na zdjęciu od lewej Marian Markiewicz, Katarzyna Maler i Maciej Musiał. Kietrz, 2015 r.

     Dziś mimo 91 lat Marian Markiewicz jest bardzo sprawny, pogodny i pozytywnie nastawiony do życia. Ma dwoje dzieci, syna i córkę. Córka Anna Markiewicz-Musiał pisze teksty przedstawień dla dzieci, reżyseruje je i występuje w nich, a jego urodzony w 1995 r. wnuk, Maciej Musiał jest dziś bardzo popularnym aktorem i prezenterem telewizyjnym. Pan Marian jest dumny z niego, a Maciej często kontaktuje się z dziadkiem i chętnie go odwiedza w Głubczycach. Syn pana Mariana Janusz Markiewicz, urodzony w 1957 r., mieszka w Norwegii w Stavanger, gdzie jest szefem oddziału francuskiej firmy i zajmuje się inwestycjami. Ma trzy córki i półtorarocznego syna.
     Pan Marian po 1989 r. trzykrotnie odwiedził Wilno, i był obecny na otwarciu cmentarza poległych kolegów z AK pod Surkontami. 16 lipca 2015 r. wraz z córką i wnukiem Maciejem, uczestniczył w spotkaniu z przedstawicielami Polonii w Domu Kultury Polskiej w Wilnie. Wizyta ta cieszyła się dużym zainteresowaniem mediów polonijnych.

     Choć Marian Markiewicz wiele złego w życiu przeżył ,nie odczuwa do nikogo nienawiści. Jest człowiekiem bardzo pogodnym i aktywnym.
Wywiady przeprowadzone w Głubczycach 2 i 9 grudnia 2014 r. oraz 14 kwietnia 2015 r.
Wykorzystano również następujące pozycje:
J. Drużyńska, S. M. Jankowski, Wyklęte życiorysy, Poznań 2009.
K. Krajewski, Na straconych posterunkach. Armia Krajowa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, Kraków 2015.