Dzisiaj jest: 14 Grudzień 2018        Imieniny: Alfred, Izydor
Dwa plus dwa to się równa rower: czyli o polityce Ukrainy. cz.1

Dwa plus dwa to się równa rower: czyli o polityce Ukrainy. cz.1

Prof. Czesław Bobrowski relacjonując we wspomnieniach negocjacje prowadzone w okresie międzywojennym ze stroną sowiecką pisał, że rozumiałby, gdyby Sowieci twierdzili, że dwa plus dwa to się równa pięć, ale oni…

Readmore..

Powiedzmy NIE dla potępienia przez Senat RP Akcji Wisła

Powiedzmy NIE dla potępienia przez Senat RP Akcji Wisła

Ruch Społeczny Porozumienie Pokoleń Kresowych, Ogólnopolska Inicjatywa Kresowa wraz Polskimi Patriotami -miłośnikami Kresów prosi o wsparcie inicjatywy poprzez podpisanie i rozpropagowanie poniższej petycji. Oto jej treść: Adresat/Adresaci : Marszałek Senatu…

Readmore..

UŁANI JAZŁOWIECCY W WALCE

UŁANI JAZŁOWIECCY W WALCE

Zorganizowany jesienią 1943 r. w dzielnicy Wschodniej Inspektoratu Lwów-Miasto, na Górnym Łyczakowie, zmotoryzowany pułk Ułanów Jazłowieckich miał za zadanie ochronę ludności polskiej przed bandami UPA, ubezpieczenie radiostacji nadawczych, przyjmowanie „spalonych…

Readmore..

Obchody Odzyskania Niepodległości  przez Polskę w rejonie wileńskim

Obchody Odzyskania Niepodległości przez Polskę w rejonie wileńskim

 Szczęść Boże! i zapraszam do obejrzenia migawek wileńskich i duksztańskich na portalu Administracji Samorządu Rejonu Wileńskiego w jęz. polskim.Ojczyznę wolną racz nam wrócić PanieNa przeciągu wieków naród polski przeżywał okresy…

Readmore..

Gdzie Kopiec na 100-lecie Odzyskania Niepodległości?

Gdzie Kopiec na 100-lecie Odzyskania Niepodległości?

Gdzie Obelisk na 100-lecie Odzyskania Niepodległości, gdzie Kopiec na100-lecie Odzyskania Niepodległości, gdzie Łuk Triumfalny na 100-lecie Odzyskania Niepodległości, gdzie Muzeum Historii Odzyskiwania Niepodległości?Sięgnijmy do kart historii, 123 lata zniewolenia naszej…

Readmore..

KRESOWE SANKTUARIUM NA ZIEMI SZCZECIŃSKIEJ Pw. Św. Rafała Kalinowskiego w Nowogardzie.

KRESOWE SANKTUARIUM NA ZIEMI SZCZECIŃSKIEJ Pw. Św. Rafała Kalinowskiego w Nowogardzie.

 Już od wielu lat Kresowianie spotykają się, 20 listopada na Odpuście w tymże sanktuarium. U stóp św. Rafała Kalinowskiego patrona Sybiraków i wszystkich Kresowiaków. Postać polskiego rzymskokatolickiego duchownego o niezwykłym…

Readmore..

Grudniowy numer KSI (12/18) wydany

Grudniowy numer KSI (12/18) wydany

W grudniowej gazecie m.in: To historyczny dzień !!! W katedrze wileńskiej, w intencji Rzeczypospolitej Polskiej msza PO POLSKU8 listopada w bazylice archikatedralnej w Wilnie modlono się po polsku w intencji…

Readmore..

To historyczny dzień !!!  W katedrze wileńskiej, w intencji Rzeczypospolitej Polskiej msza PO POLSKU.

To historyczny dzień !!! W katedrze wileńskiej, w intencji Rzeczypospolitej Polskiej msza PO POLSKU.

Blisko 30 lat litewscy Polacy czekali na liturgię odprawioną w jęz. polskim. Poniżej co o tym ważnym wydarzeniu zarejestrował portal http://l24.lt/8 listopada w bazylice archikatedralnej w Wilnie modlono się po…

Readmore..

Uroczystości przy pomniku Ofiar  Ludobójstwa na Skwerze  Kresowym w Zielonej Górze  Łężycy

Uroczystości przy pomniku Ofiar Ludobójstwa na Skwerze Kresowym w Zielonej Górze Łężycy

W niedzielę, 7 października, odbyły się doroczne uroczystości na Skwerze Kresowym w Zielonej Górze Łężycy. Odsłonięta została tablica pamięci poświęcona Węgrom udzielającym pomocy Polakom. Napis na tablicy: „Węgrom udzielającym pomocy…

Readmore..

Informacja od ojca jednego  z  zatrzymanych we Lwowie chłopców

Informacja od ojca jednego z zatrzymanych we Lwowie chłopców

W dniu 22 listopada grupa trzech studentów wydziału dziennikarstwa Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu została zatrzymana na Cmentarzu Łyczakowskim Orląt w Lwowie. Próbowali nakręcić etiudę filmową z…

Readmore..

Pamiętamy o losach duchowieństwa i ludności cywilnej na Kresach

Pamiętamy o losach duchowieństwa i ludności cywilnej na Kresach

15 października w ramach „Przystanku Historia”, odbył się pokaz filmu dokumentalnego Tadeusza Arciucha i Macieja Wojciechowskiego „Niedokończone msze wołyńskie” o losach polskiego duchowieństwa i ludności cywilnej na Kresach. Po projekcji…

Readmore..

Dziennikarze „Gazety Lubuskiej” wyróżnieni złotymi odznakami Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich

Dziennikarze „Gazety Lubuskiej” wyróżnieni złotymi odznakami Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich

W sobotę, 6 października w Sali Kolumnowej Urzędu Marszałkowskiego w Zielonej Górze zorganizowana została uroczystość z okazji 30-lecia zielonogórskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Podczas gali wyróżniono dwóch…

Readmore..

Wspomnienia z pracy nauczycielskiej na Wołyniu w latach 1936 – 1939. - Część 5

Seminaria nauczycielskie jakie kończyliśmy dobrze przygotowywały nas do zawodu.
Religii prawosławnej w Budkach uczył ksiądz Michał Siemieniuk, proboszcz z cerkwi prawosławnego ze Snowidowicz. Odległość ze Snowidowicz do Budek wynosiła prawie 7 kilometrów to przyjeżdżało szkoły jeden raz w tygodniu swoim małym konikiem. Mały poleski konik ciągnął w lecie maleńki wózek, a w zimie sanki o dwóch dyszlach. Charakterystyczne tu były dugi, czyli drewniane kabłąki nad chomątem, łączące hołoble (dyszelki) używane w wozach i sankach jednokonnych.
Gdzieś na początku roku szkolnego 1938 / 39 wyszło zarządzenie Ministra Wyznań i Oświecenia Publicznego ( tak się nazywała nasza najwyższa władza oświatowa), że nauczanie religii prawosławnej ma się odbywać w języku polskim, a my mamy tego dopilnować. Ksiądz Siemieniuk był bardzo lojalnym obywatelem. W związku z nowym zarządzeniem zwrócił się do mnie z zapytaniem:  

- Panie kierowniku, w jakim języku mam uczyć religii ?
-  Może ksiądz uczyć nawet w języku tureckim, jeśli ksiądz zna taki język. Ksiądz wie, że mnie niczyje wyznanie nie obchodzi. Jeśli jest Bóg, to jest jeden. Nie ma więc Boga katolickiego, tak jak nie ma Boga  prawosławnego.  
– przytaczam tu moją dosłowną odpowiedź.
-  Może pan pozwoli, panie kierowniku, że na  początku będę uczył religii w dotychczasowym języku i stopniowo przechodził na język polski.

-  Nie mam nic przeciwko temu i sądzę, że to będzie najlepsze rozwiązanie.
Z księdzem Siemieniukiem żyłem zawsze w najlepszej zgodzie. Kilka razy byłem u niego w domu, serdecznie goszczony przez jego żonę. Byłem również na nabożeństwie w jego cerkwi w Snowidowiczach.
Jednego razu jechałem pociągiem do Sarn, wezwany przez inspektora szkolnego. Na stacji w Ostkach spotkałem księdza Siemieniuka, który również jechał do Sarn. Ucieszył się ze spotkania ze mną. Ksiądz Siemieniuk wiózł pod pachą koguta na sprzedaż do Sarn. Na stacji w Sarnach kogut został z miejsca sprzedany. Ksiądz miał pieniądze w kieszeni. Ucieszony tym powiedział do mnie:    
-  Chodź kierownik ze mną do bufetu, „dziobniem” po jednym stakańczyku.  
Nie mogłem skorzystać z takiej propozycji, ponieważ miałem za chwile rozmawiać z moim przełożonym, a inspektor szkolny był wtedy władzą wysoko cenioną. Był dla nas nauczycieli wysoko cenionym autorytetem. Wszelkie namowy ze strony księdza nie pomogły. Spotkaliśmy się natomiast w drodze powrotnej, ale ksiądz już nie miał pieniędzy.
Wierni księdza Siemieniuka zwracali się do niego przez „batiuszka” (ojczulku) , a żonę jego tytułowano „matiuszka”.  Ja zawsze zwracałem się do niego „księże proboszczu”. Był bardzo dobrym człowiekiem, zawsze w dobrym humorze i zawsze uśmiechnięty.
Podczas jednej naszej rozmowy  na terenie szkoły ksiądz Siemieniuk zwrócił się do mnie:
-  Kierowniku, pan to nic nie robi tylko uczy te dzieci i uczy, tak jakby pan chciał je wszystkiego nauczyć. ..  Czy pan zdaje sobie z tego sprawę, że jeżeli nauczy pan ich dobrze pisać … to oni pierwsi napiszą na pana skargę do inspektora…
Uśmiałem się serdecznie. A może i ksiądz ma rację
– pomyślałem później. Nie zawiodłem się jednak na moich uczniach w Budkach. Nadal uczyłem zgodnie ze swoim sumieniem i poczuciem obowiązku.
Dookoła Budek ciągnęły się lasy mieszane z przewagą sosen i świerków, były liczne mokradła  i zabagnione łąki. Lasy obfitowały w grzyby i borówki.
Chaty we wsi były drewniane, kryte gontem. Izby mieszkalne były obszerne. Przy każdym domu był ogródek kwiatowy i zawsze rosło parę drzew owocowych.
Gospodarze uprawiali żyto, proso, len, konopie, kukurydzę, grykę ( hreczkę ) i ziemniaki. Ziemniaki często były niszczone przez dziki. Aby ochronić swoje ziemniaki przed dzikami gospodarze stawiali na polach strach i kropili je wodą kolońską. Zapach wody kolońskiej miał je podobno odstraszać.
Droga z Ostek do Rokitna prowadziła wzdłuż toru kolejowego po jego prawej stronie. Był to tak zwany „asfalt poleski”. Miejscami drogi były błotniste a miejscami piaszczyste. Czasami na bagnach usypane były groble, a dla utwardzenia drogi układano poprzeczne sosnowe okrąglaki. Podróż wozem po takich okrąglakach nie należała do przyjemności, trzęsło na nim niesamowicie. Dobrze, że ludzie w tamtych czasach nie nosili sztucznych szczęk a mieli tylko swoje zdrowe zęby.
W niektórych miejscach na bagnach woda sięgała koniom po same brzuchy. W zimie natomiast jazda na saniach była tu wspaniała. Na drodze tej, w porze zimowej, często spotykaliśmy wilki. W okolicznych lasach miały swoje legowiska a bliskość granicy państwowej utrudniała polowanie zarówno na wilki jak i na dziki.
Któregoś wrześniowego dnia w godzinach popołudniowych wybrałem się na pocztę do Ostek. Z daleka słychać było grzmoty zwiastujące nadciągającą burzę. Sądziłem, że przed burzą zdążę jeszcze wrócić. Cóż to dla mnie było przejść w obie strony 12 kilometrów. Do Ostek jakoś szczęśliwie doszedłem. W drodze powrotnej, w środku drogi, złapała mnie ogromna ulewa. W lesie zrobiło się zupełnie ciemno. W pobliżu nie było żadnego domu aby się schować i przeczekać burzę. Błyskawice wskazywały mi kierunek drogi. Pioruny biły raz po raz.  Gdzieś w pobliżu uderzył piorun. Zostałem zupełnie oświetlony. W straszny sposób zawyłem ze strachu….  Było to dla mnie ogromne przeżycie.  Przemokłem do nitki. Z butów wylewała mi się woda. Wracałem wzdłuż toru kolejowego. Bałem się zasadzki wojskowej. W takiej sytuacji mogłem przecież nie usłyszeć: - Stój ! Kto idzie ? Szedłem przecież w kierunku granicy.  
Z wielkim trudem  dotarłem  do  futoru Oś. Dalszą burzę postanowiłem przeczekać w domu Federowiczów (ojca Kuby). Gorąco zrobiło mi się od ognia palącego się na środku tej kurnej chaty.  Wkrótce utworzyła się koło mnie kałuża wody cieknąca z przemoczonego ubrania. Burza na chwilę ucichła. Ruszyłem z Osi do Budek. Nim doszedłem do domu  burza rozpętała się na nowo.
W domu po zapaleniu lampy naftowej zaraz chwyciłem za lusterko. Przyznaje się szczerze, że patrzyłem w to lustro aby stwierdzić czy nie osiwiałem ze strachu… Moje ubranie suszyło się w słońcu przez trzy dni. Na następny dzień po burzy przyjechał na religię ksiądz Siemieniuk.  Opowiedział mi, że minionej nocy, podczas burzy, w lesie koło Ostek został zabity przez piorun jeden mieszkaniec Snowidowicz. Ja tym razem miałem szczęście.
Pomimo takich  różnych przeżyć  dobrze pracowało mi się w Budkach Snowidowickich. Ludzie nastawieni byli do mnie bardzo przychylnie, Z uczniami nie miałem kłopotu.

W mojej pracy dużo pomagali mi żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza.
Dowódca strażnicy – plutonowy Stanisław Koćma- przed wojskiem pracował na kopalni w Sosnowcu. Dowódca kompanii odwodowej w Ostkach kapitan Szmit pochodził z Katowic. Dowódca Batalionu KOP Rokitno – major Kotarba – pochodził z Sosnowca. Ja sam pochodziłem przecież z Dąbrowy Górniczej. Ten sam fakt jakoś nas uczuciowo łączył. Był to patriotyzm lokalny. Żaden z nich nie odmówił mi pomocy.
Wielkim przyjacielem nas, nauczycieli był lekarz z Rokitna – dr Aniszczuk. Z pochodzenia był Gruzinem. Zawsze urzędował w Klubie Obywatelskim w Rokitnie. Był znanym i dobrym lekarzem.
Przez pewien czas mieszkał ze mną w szkole pochodzący z Rokitna, a pracujący jako podleśniczy w Ostkach – Aleksander Sztompka. Na naszym terenie był na praktyce. Bezinteresownie odstąpiłem mu jeden mój pokój. Stołowaliśmy się wspólnie u państwa Bocheńskich.
Zaraz po zakończeniu I wojny światowej nauka szkolna odbywała się w Budkach, w wynajętym na ten cel budynku. Był to budynek należący do Stanisława Dawidowicza. Przed I wojna światowa nie było szkoły w Budkach. Nauczanie prowadził Adam Dawidowicz. Chociaż nie posiadał ku temu właściwych kwalifikacji,  zbierały się u niego wieczorem dzieci z Budek a on uczył ich czytania i pisania po polsku.
W roku 1923, po ustaleniu naszej wschodniej granicy i przyłączeniu Budek do Polski, zorganizowano tu pierwszą polska szkołę. Pierwszymi nauczycielkami były jakieś dwie młode panienki, ale ich nazwisk nikt już we wsi nie pamiętał. Krótko tu były. Po nich w Budkach uczyła pani Janina Lorenz, która jednak wkrótce została zwolniona z pracy. Co było tego powodem nikt nie wie. Nadal jednak mieszkała w Budkach.
Następnym nauczycielem był tu Antoni Jakubowski, przeniesiony następnie do Ośnicka koło Rokitna. W roku 1935 rozpoczął w Budkach pracę kolega Antoni Zajączkowski. W roku 1935/36 nauka odbywała się na świetlicy, a w następnym roku szkolnym  przeniesiono się już do nowego budynku szkolnego.
W latach 1937 – 1939 ja, jako ostatni nauczyciel polski uczyłem w tej szkole. Szkoła w Budkach Snowidowickich, w porównaniu z innymi szkołami, które widziałem na tamtejszym terenie była … marzeniem. Praca w takiej szkole była dla mnie wyróżnieniem … Nauczyciele w strefach nadgranicznych musieli być oficerami względnie podchorążymi rezerwy.
Wigilię Bożego Narodzenia 1937 spędziłem w Budkach u państwa Bocheńskich.  Była to już moja druga wigilia spędzona poza domem rodzinnym. Tu jadłem tradycyjną wigilijna kutię oraz inne wigilijne wołyńskie przysmaki. Pani Bocheńska była przecież mistrzynią w sprawach kulinarnych. Około godziny 200 przyjechał saniami kapitan Szmit i zabrał mnie ze sobą na wigilię żołnierską, na strażnicę w Budkach. Żołnierze przystroili choinkę. Podano potrawy wigilijne. Żołnierze wolni od służby śpiewali kolędy. Koło godziny 21 kapitan Szmit pojechał do następnej strażnicy złożyć i tam żołnierzom życzenia. Ja pozostałem w strażnicy w Budkach i tam zanocowałem.
Bagna północnej części powiatu sarneńskiego przylegały do olbrzymich bagien Polesia. Przez teren powiatu przepływały dwie duże rzeki: Horyń i Słucz. W lasach liściastych i nad wodami rosły krzewy czeremchy białych, silnie pachnących kwiatach.
Osobliwością Budek i ich okolicy były krzewy rosnących tu azalii. Tu był jedyny w Polsce ich rezerwat, ich jedyne miejsce w kraju. Podobne azalie występowały na Kaukazie. Krzewy rosnących tu azalii wyrastały tu na wysokość do dwóch metrów. Posiadały duże , żółte kwiaty o silnie odurzającym zapachu. Wywar z tych kwiatów był silnie działającą trucizną. Nie można ich było trzymać w mieszkaniu na noc. Azalie rosły tu wszędzie, nawet na podwórku szkolnym. Rośliny te zbierano do ogrodów botanicznych całej Europy, m.in. do Warszawy i Berlina.
Część wakacji w 1938 roku spędziłem znowu na ćwiczeniach wojskowych. Tym razem już jako podporucznik rezerwy.  Na ćwiczenia zostałem powołany do 50 pułku piechoty im. Francesco Nullo w Kowlu. Całe trzy tygodnie byliśmy  w miejscowości Trajanów nad Stochodem.  Przeszedłem tu dobrą szkołę. Wszyscy oficerowie,  zarówno zawodowi jak i my rezerwiści, zapamiętaliśmy sobie nazwisko majora Zdzisława Sieczkowskiego, dowódcy batalionu detaszowanego (samodzielnego ) w Sarnach. Ten lubił i potrafił dać nam w kość…. Zwłaszcza podczas ćwiczeń nocnych, które urządzał prawie co drugą noc.
Wielu mieszkańców Budek posiadało w swoich skrzyniach dawne dokumenty, stwierdzające „szlachetne urodzenie”. Oglądałem kilka takich dokumentów. Tylko Bocheński, Koćma , Padło i ja nie mogliśmy się pochwalić, że jesteśmy „szlachetnie urodzeni”. Nie mieliśmy nic wspólnego ze szlachtą, nawet ta najbiedniejszą – zagrodową.
Polubiłem tamtejszych ludzi ale i on odnosili się do mnie z szacunkiem. Byli to ludzie prości ale szczerzy i ogromnie życzliwi. W Budkach Snowidowickich byłem proszony na trzy wesela, bo tyle było wesel w okresie mojej tam pracy.  Bardzo podobały mi się tamtejsze zwyczaje i obrzędy. Pamiętam również korowaje, czyli specjalne ciasto weselne , którym obdarowywano gości weselnych. Ile przy tym było radości i śmiechu.
Jedno wesele szczególnie utkwiło mi w pamięci. Był to ślub Hieronima Dawidowicza, bratanka pani Bocheńskiej. Wybranką serca pana Hieronima była panna Rozalia Żołnowska, córka gajowego z Kisorycz. Na weselu tym byłem starszym drużbą. Asystowałem panu młodemu przy ślubie.
Była to zima a śniegu w lasach i na polach było pełno. W sobotę po południu wyjechaliśmy saniami wraz z Bocheńskimi z Budek do Kisorycz. Cały czas jechaliśmy wąskimi, leśnymi drogami około 20 kilometrów.  Małe koniki pędziły szybko, a powoził nimi Emeryk Tyszecki. Ja tylko myślałem o tym, żeby sanie nie rozbiły się o drzewo. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie.
W Kisoryczach, w domu weselnym pani młodej bawiliśmy się wesoło przez całą noc. Jedni jedli wspaniałe przygotowane potrawy weselne. Inni zdrowo popijali. A inni jeszcze tańczyli i śpiewali do rana.
Rano w niedzielę, w mroźny i wietrzny dzień, cały orszak wyruszył do kościoła w Rokitnie. Odległość też wynosiła jakieś 15 kilometrów. W Rokitnie ks. Wyrobisz udzielił młodej parze ślubu i błogosławieństwa na nowej drodze życia. Po załatwieniu formalności ślubnych cały orszak weselny, a było sporo sań, ruszył w kierunku Budek. Tu zabawa trwała do rana. Około godziny 4-tej nad ranem pożegnałem niektórych uczestników wesela i powróciłem do domu. Chciałem się przespać ze trzy godziny. Czekały mnie przecież zajęcia w szkole.
Punktualnie o godzinie 8-mej rozpocząłem naukę. Czułem się dość dobrze, a prowadzone lekcje trzymały się kupy.
Koło godziny 10-tej pod oknami szkoły zagrała orkiestra weselna. Do klasy wszedł Władysław Padło i inni goście weselni z parą młodą. Władek padło odezwał się do mnie:                                               

-  Panie kierowniku ! Prosimy pana na wesele. My wszyscy się jeszcze bawimy, a pan będziesz siedział w klasie. Prosimy puścić dzieci do domu i udać się z nami.
A za oknami orkiestra gra w dalszym ciągu …
Co było robić? Tłumaczeń moich nie przyjmowano…. Wypuściłem więc dzieci do domu i w asyście gości udałem się na dalszy ciąg zabawy weselnej.
Dzieci nie poniosły straty. Zaległe godziny odrobiłem.
Wołyniacy umieli się bawić. Na zabawie nie było awantury ani najmniejszej sprzeczki. Wszyscy bawiliśmy się do późnego wieczora.
W Budkach proszony byłem również i na chrzciny. Wspólnie z panią Bocheńska trzymaliśmy do chrztu pierworodnego syna Stanisława Piszewskiego – Tadeusza. Uroczystość miała miejsce w kościele w Budkach.
Wieczorami, zwłaszcza w długie zimowe wieczory, lubiłem słuchać opowiadań dziadka, starego Antoniego Dawidowicza, ojca pani Bocheńskiej. „Did Antoszka”, jak był zwany pospolicie, umiał opowiadać stare dzieje, a zwłaszcza swoje przygody myśliwskie, o polowaniach na dziki, walce z wilkiem przy pomocy siekiery i inne.
Do ciekawszych opowiadań „Dida Antoszki”  należało również opowiadanie w jaki sposób wraz z żydkami witał rabina. Rabini byli biegłymi w prawie żydowskim, kaznodziejami w bożnicach, nauczycielami i doradcami religijnymi. Byli oni bardzo cenieni przez swoich współwyznawców. Did Antoszka przy powitaniu pocałował rabina w rękę  a rabin udzielił dziadkowi swojego żydowskiego błogosławieństwa. Nawet sami żydkowie zazdrościli dziadkowi tego ogromnego zaszczytu.
Koło domu dziadka rosły wspaniałe gruszki. Dziadek często przysyłał mi gruszki przez swojego wnuczka, Tadzika Bocheńskiego.
W bagnistych rzeczkach, szczególnie na futorze Dubno, pełno było ryb, zwłaszcza szczupaków i piskorzy, zwanych tu wiunami. Niektórzy z moich uczniów, zwłaszcza z tego futoru, byli wysokiej klasy specjalistami od połowu tych ryb.
Lasy były tu ogromne a w lasach mieszkały wilki. W okresie zimowym wilki zaglądały do naszych Budek. To jest fakt.
W jesieni, po zbiórce plonów, gospodarze wypuszczali na noc swoje świnki na pola i ogrody. Zbierały tam sobie resztę ziemniaków, pozostawionych na polach. Żywiły się również żołędziami a dębów tu nie brakowało. Czasami znajdowały sobie inne świńskie przysmaki.
Budynek szkolny był odgrodzony od szkoły sztachetami, a pozostałych trzech stron ogrodzony był długimi żerdziami. Świnki zaglądały również do ogródka szkolnego i tu szukały swojego przysmaku – bulw topinambura. Zapytałem więc najpierw sołtysa, Andrzeja Jelińskiego, czy przypadkiem nie wie czyje świnki ryją mi w ogródku szkolnym. Odpowiedź sołtysa była krótka : „Czort znaje”. Pytam mojego najbliższego sąsiada, Józefa Tyszeckiego. Ten tłumaczy, że jego świnki są zamykane. Cóż więc było robić ? Może to dziki zachodziły pod szkołę?
Pamiętam noc 11 listopada 1938 roku. Święto Niepodległości. W tym dniu spadł pierwszy śnieg. Tej nocy obudził mnie i wyrwał ze snu kwik świnki a po krótkim czasie słychać było głośne rozmowy pod moimi oknami. Zaciekawiony co się dzieje szybko ubrałem się i wyszedłem przed dom. Okazało się, że przed szkołą wilki porwały i zagryzły Świnę mojemu sąsiadowi, Józefowi Tyszeckiemu.  Na śniegu pozostały tylko odciski łap i ślady krwi.  Ślady te prowadziły w kierunku lasu, znajdującego się po drugiej stronie granicy.
Zdarzały się również wypadki, że wilki podkopywały się pod chlewy i wyciągały stamtąd świnki a nawet owce. Działo się to najczęściej w futorach. Ze względu na bliskość granicy , wilki mogły tu swobodnie grasować i czynić spustoszenie w trzodzie chlewnej. Do przekroczenia granicy nie potrzebowały przepustki ani innego dokumentu.
W okresie sianokosów mogłem przyglądać się pracy kołchoźników zbierających siano po drugiej stronie granicy. Granica przebiegała obok budynków mieszkalnych, mogłem dojść do samych drutów granicznych. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałem się tym ludziom. Nie reagowali na moje pozdrowienia „Zdrastwujtie”. Nad nimi stał żołnierz z karabinem. Była tu przecież granica. Żołnierz również nie reagował na moje słowa. Gdy ja stałem nadal natrętnie na samej granicy, zaledwie parę kroków od nich, odchodzili od granicy na znak dany przez żołnierza, siadali pod rozłożystym dębem  i śpiewali swoje piosenki. A śpiewali pięknie na głosy.  Po odśpiewaniu kilku piosenek przechodzili zwykle do pracy w innym miejscu. Często po drugiej stronie granicy widziałem żołnierzy patrolujących swój teren. Wycinali też krzaki i zarośla rosnąc przy samej granicy, innym razem bronowali teren przy płocie granicznym.
Pamiętam też dzień, kiedy ich samolot naruszył naszą granicę lecąc w kierunku Sarn.
Jednego dnia gospodarze z Budek ujęli we wsi nieznajomego mężczyznę. Odprowadzono go najpierw na strażnicę a potem zabrano go do Sarn. Okazało się, że był to kapitan Armii Czerwonej, który chciał się dostać do Francji.

Znany jest mi również przypadek (ale nie z Budek), że nasz polski żołnierz, w pełnym uzbrojeniu, przeszedł na stronę radziecką. Jego broń zwrócono władzom polskim. On sam zaś podpisał oświadczenie, że sam, dobrowolnie przekroczył granicę i pragnie pozostać na terenie Związku Radzieckiego.  Po dziesięciu latach powrócił przez Chiny do Polski. Służył ze mną kiedyś w Kutnie. On mi opowiadał swoje koleje losu i przeżycia. Ze względu, ze dobrowolnie wrócił do Polski przesiedział w więzieniu wojskowym w Łodzi dwa lata. Po odsiedzeniu wyroku musiał odsłużyć brakujący okres służby wojskowej, a miał już wtedy ponad 30 lat.
W szkole w Budkach Snowidowickich  miałem wielu bardzo zdolnych uczniów. Należeli do nich między innymi: Adam Linkiewicz, Mieczysław Padło, Jan Szewczuk, Tadeusz Bocheński, Julcia Jakubowska, Władysław Jeliński, Stasia Chmielewska, Tadeusz Lech i wielu innych.
Janek Szewczuk szczególnie interesował się historią. Był bardzo zdolny, posiadał przy tym doskonałą pamięć słuchową. Lekcję historii potrafił powtórzyć słowo w słowo.
Byli tez oczywiście mniej zdolni uczniowie, którym nauka przychodziła z wielkim trudem.
Większość uczniów przychodziła do szkoły czysta i starannie ubrana.  Wzorem czystości była Stasia Chmielewska – córka Stefana. Do tej grupy dzieci należała też Nina Szylin i Karolcia Chmielewska.
Miedzy uczniami nie było specjalnych zadrażnień, konfliktów czy bójek. Dzieci żyły ze sobą w zgodzie, nikt nikomu nie dokuczał.
Zdarzały się w klasie często zabawne chwile. Jednego dnia Czesio Chmielewski nie przyszedł do szkoły. Na drugi dzień zapytany o przyczynę nieobecności wstał i szczerze odpowiedział:         -  Proszę pana, tatuś zabił wczoraj kabanka  (świnkę)  a ja mu pomagałem.
Od tego czasu Czesio został nazwany w szkole kabankiem, ale nikt się z tego powodu nie gniewał, nie czuł się obrażony. Nie była to złośliwość.
Innym razem któryś z Uszków,  mieszkających na futorze, również nie był obecny w szkole. Na drugi dzień pytam go o przyczynę nieobecności. Ten z miejsca odpowiada: - „Byłem chory”. Nie mogłem przecież wymagać od uczniów świadectwa lekarskiego, bo do najbliższego lekarze, dr Aniszczuka w Rokitnie, było daleko a rodzice nie zawsze potrafili napisać usprawiedliwienie. Po pewnym czasie, w tym samym dniu, pytam ponownie tego samego ucznia: - „To gdzie wczoraj pasłeś krowy ?”  I tu nas bohater zapomniał o swojej chorobie i odpowiedział: - Pasłem krowy koło toru kolejowego”. Wzbudziło to ogromna wesołość w klasie a ja dowiedziałem się prawdy. Przypominam sobie też jedno wydarzenie na zakończenie roku szkolnego. Po rozdaniu świadectw szkolnych, zegnam moich uczniów na czas wakacji, jak i tych co otrzymali świadectwa ukończenia szkoły.
Nagle uczennica Julcia Jakubowska rozpłakała się rzewnie… Co było powodem tego płaczu ? Była dobra uczennica i w tym dniu otrzymała przecież świadectwo ukończenia szkoły z wynikiem bardzo dobrym… Pytam więc ciekawie o przyczynę jej płaczu… Ze łzami w oczach Julcia odpowiada:     -  Płaczę, bo już mnie pan nie będzie więcej uczył, a pan jest dla nas wszystkich taki dobry i my wszyscy pana tak lubimy…  To chyba też świadczy o przywiązaniu dzieci do nauczyciela.
Byłem nauczycielem wymagającym i od siebie i od uczniów. Nigdy nie przerzucałem nauki na dom. Starałem się nauczyć na lekcji. Szczególną uwagę zwracałem na uczniów słabszych. Wszystkich uczniów traktowałem jednakowo, a przede wszystkim poczuwałem się do obowiązku. Płacono mi przecież za nauczanie dzieci.
Lubiłem naszą klasę lekcyjną. Była obszerna, jasna i czysta. Na oknach było dużo kwiatów, które  stały też na stolikach przy oknie. Na ścianie frontowej, nad tablica wisiał krzyż. A pod nim portret marszałka Józefa Piłsudskiego , prezydenta Ignacego Mościckiego  oraz marszałka Edwarda Rydza – Śmigłego. Ławki w klasie były dwuosobowe. Na ścianie wisiała mapa Polski. Na tylnej ścianie klasy stała szafa na pomoce naukowe a na szafie model krosien wykonany przez jednego z uczniów.
W święta państwowe przypadające 3-go Maja i 11 listopada wywieszałem na maszcie stojącym obok budynku szkoły flagę państwową. Nas maszt flagowy i powiewająca na nim biało – amarantowa flaga górowały nad cała wsią i były z daleka widoczne.
Nieraz w niedzielę rozgrywaliśmy na strażnicy mecze w siatkówkę pomiędzy starszą młodzieżą z Budek a  żołnierzami ze strażnicy. Wygrywali przeważnie kopiści.
Wiele osób z Budek pracowało w nadleśnictwie w Ostkach lub w tartaku więc za ich pośrednictwem otrzymywałem z poczty zaprenumerowane gazety. Gazety przynosił mi Stefan Chmielewski, bardzo dobry i spokojny człowiek. W jego domu panował wzorowy porządek.
Wakacje 1939 roku spędziłem w domu rodzinnym. Dochodziły w tym czasie do nas niepokojące wieści. Zanosiło się na jakąś wielką burzę. Mówiono o mającej nastąpić wielkiej mobilizacji. Z tego powodu wróciłem wcześniej do Budek i tu czekałem na dalszy bieg wydarzeń.
Załogi strażnic KOP zostały wzmocnione rezerwistami.  
W dniu 31 sierpnia 1939 roku ogłoszono mobilizację. Ponieważ posiadałem białą kartę mobilizacyjną musiałem się w ciągu 24 godzin zameldować w Kowlu, gdzie stacjonował mój macierzysty 50 pułk piechoty.

Przed wyjazdem z Budek poprosiłem pana Bocheńskiego aby moje wszystkie osobiste rzeczy przeniósł ze szkoły do swojego domu.  Włożyłem mundur podporucznika, pożegnałem się z Bocheńskimi  i innymi znajomymi i opuściłem Budki, udając się na stację kolejową w Ostkach. Do Ostek odprowadziła mnie cała gromada moich dzieci szkolnych. Wychodząc ze szkoły kilkakrotnie obejrzałem się za siebie. Nigdy nie przypuszczałem, że po raz ostatni  oglądam Budki i swoją szkołę, do której tak mocno się przywiązałem.
Na stacji kolejowej w Ostkach był ogromny ruch. Panowało jakieś dziwne podniecenie. Spotkałem tam zmobilizowanego kolegę Stacha Witkowskiego z Ostek, Władysława Padłę z futoru Dubno i innych znajomych powołanych do służby wojskowej. Nas pociąg powoli ruszył, pozostali na peronie żegnali nas ze łzami w oczach.  Na stacji w Sarnach spotkałem kierownika szkoły z Niwecka, pana Edwarda Chlebika, który w mundurze porucznika artylerii zdążał do swojego pułku we Włodzimierzu Wołyńskim.
Wyjeżdżając z Budek do Kowla, gdzie stacjonował mój pułk macierzysty, nie przypuszczałem nawet, że nigdy już tam nie powrócę…