Dzisiaj jest: 29 Wrzesień 2022        Imieniny: Michalina, Michał, Rafał
BANDEROWSKA SZKOLA KŁAMSTWA ZA UKRAIŃSKĄ GAZETĄ W TLE

BANDEROWSKA SZKOLA KŁAMSTWA ZA UKRAIŃSKĄ GAZETĄ W TLE

POLITPOPRAWNYFAŁSZ Rozważając obecną sytuację środowisk kresowych w Polsce, dochodzę do wniosku, że główny ciężar krwawej apokalipsy z epoki mordów ukraińskich nacjonalistów dokonanych na 200 tysiącach obywatelach polskich w czasie II…

Readmore..

Lulówkę  Ukraińcy napadli w biały dzień

Lulówkę Ukraińcy napadli w biały dzień

W pierwszej połowie 1943 r. doszło na Wołyniu do rozpoczęcia szeroko zakrojonej przez nacjonalistyczne podziemie ukraińskie akcji mającej na celu pozbycie się zamieszkującej te tereny od wieków ludności polskiej. Ludobójstwa…

Readmore..

Szlakiem krzyży wołyńskich - Antonówka nad Horyniem  Kościół i cmentarz

Szlakiem krzyży wołyńskich - Antonówka nad Horyniem Kościół i cmentarz

 / Antonówka, gromada Antonówka, gmina Antonówka, powiat Sarny, parafia Antonówka woj. wołyńskie Kiedy w 1903 r. Imperator Rosji nakazał budowę linii kolejowej z Kijowa do Kowla, historia Antonówki nabrała rozpędu.…

Readmore..

Kalendarz Pamięci Kresowej: Wrzesień

Kalendarz Pamięci Kresowej: Wrzesień

Od lipca do września 1943 roku we wsi Michałówka pow. Łuck upowcy zamordowali 6 Polaków, którzy przybyli do swoich gospodarstw po żywność. Na przełomie sierpnia i września 1943 roku: We…

Readmore..

Zapomniane bohaterstwo -Obrona Grodna 1939r.

Zapomniane bohaterstwo -Obrona Grodna 1939r.

Obrona Grodna 1939r była działaniami zbrojnymi prowadzonymi w dniach 20–22 września 1939 r. podczas agresji ZSRR na Polskę mające doprowadzić do obrony miasta przed wkraczającymi wojskami sowieckiego 15 Korpusu. Obrona…

Readmore..

CZY TY  POLSKO UPOMNISZ SIĘ O NICH

CZY TY POLSKO UPOMNISZ SIĘ O NICH

CZY TY POLSKO UPOMNISZ SIĘ O NICHkresy utracone przez Polską zapomnianegroby bez krzyży ekshumacja zakazanai tylko wierzby płaczące nad nimia Oni milczą w niepoświęconej ziemi wciąż nad nami zmowa milczeniajak…

Readmore..

SYMONÓW, Symonów – gmina Hoszcza, powiat Równe, woj. Wołyńskie, parafia Hluboczek.

SYMONÓW, Symonów – gmina Hoszcza, powiat Równe, woj. Wołyńskie, parafia Hluboczek.

/ SYMONÓW, Symonów – gmina Hoszcza, powiat Równe, woj. Wołyńskie, parafia Hluboczek. Z księdzem Witoldem Kowalowem nazywanym legendą Kresów jak Bóg pozwoli i zdrowie dopisuje zwiedzamy Kresy Utracone. Ksiądz Witold…

Readmore..

BANDEROWSKA SZKOŁA KŁAMSTWA Z UKRAIŃSKĄ GAZETĄ W TLE POLITPOPRAWNYFAŁSZ

BANDEROWSKA SZKOŁA KŁAMSTWA Z UKRAIŃSKĄ GAZETĄ W TLE POLITPOPRAWNYFAŁSZ

/ Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, otrzymał medal Służby Bezpieczeństwa Ukrainy za zaangażowanie w walkę o wolność narodu ukraińskiego. Rozważając obecną sytuację środowisk kresowych w Polsce, dochodzę do wniosku,…

Readmore..

KURDYBACHOWA TAK MNIE UCZYŁA HISTORII POLSKI,  ŻE DOSTAŁEM 10 LAT!

KURDYBACHOWA TAK MNIE UCZYŁA HISTORII POLSKI, ŻE DOSTAŁEM 10 LAT!

Jerzy Michotek urodzony w polskim Lwowie wspominał w 1989 roku: „Każdy ma takie miejsce na ziemi, jakiego już nie będzie. To miejsce, w którym mieliśmy ..naście lat, gdzie opętała nas…

Readmore..

”Czerwona Branka”.  Ofiary których nikt nie policzył

”Czerwona Branka”. Ofiary których nikt nie policzył

/ Oficerowie niemieccy i sowieccy na nowo wytyczonej granicy w okolicach Sejn na Suwalszczyźnie, październik 1939 r. Czytając dziesiątki wspomnień, relacji byłych mieszkańców dawnych Kresów RP, dość często trafiałem na…

Readmore..

Pożegnanie Przyjaciela Edward Hutyra (1929-2022)

Pożegnanie Przyjaciela Edward Hutyra (1929-2022)

Edward Hutyra urodził się 5 października 1929 w Daszawie. Syn Wawrzyńca i Mari z d. Gacek. Ojciec prowadził 5 hektarowe gospodarstwo, jednocześnie pracował na poczcie dostarczając przesyłki na stację kolejową.…

Readmore..

„Orlęta. Grodno’39” w kinach  od 9 września

„Orlęta. Grodno’39” w kinach od 9 września

Tego nie wolno przegapić. Po filmie "Wołyń" jest to druga produkcja dotycząca zapomnianych Kresów II RP. „Orlęta. Grodno’39” opowiada o agresji wojsk sowieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku. Film…

Readmore..

”Grupa Radowicka„

/Antoni Romankiewicz

Wujek Antoni Romankiewicz  opuścił rodzinne gniazdo, znajdujące się na Janówce koło Zasmyk w powiecie kowelskim i zamieszkał w Radowiczach w powiecie turzyskim.

Tu  bowiem kupił  w okresie między wojennym duże gospodarstwo, 40 ha. ziemi i młyn do spółki z  Adamem Bartoszewskim i  Ukraińcem  Iwanem Laszką. O  Radowiczach i tzw. "Grupie Radowickiej" opowiedzą właściwie dwaj świadkowie minionego czasu: Ryszard Romankiewicz i Feliks Budzisz.

Ryszard Romankiewicz, syn Antoniego, wspomina: " Radowicze była to duża wieś, posiadająca kilka kolonii o odrębnych nazwach, ciągnąca się na przestrzeni około 5 kilometrów. Przed wojną było tam ok. 450 numerów domów, z czego około 85 przypadało na rodziny polskie. Była tu polska szkoła z klasami I-VI, przy czym nauka w klasie VI-ej trwała 2 lata, co stanowiło tyle co ukończenie siedmiu klas.

/ Ryszard Romankiewicz 1950 r. ( ur. 4. 09. 1933 r. )  

/ Feliks Budzisz 1946 r. ( ur. 20. 11. 1930 r. )

 Na wsi był młyn i punkt pocztowy. Ukraińcy posiadali cerkiew, a ludność polska jedynie figurę, która znajdowała się na skraju wsi od strony Turzyska. Tu zbierała się młodzież na majowych nabożeństwach i tu mieszkańcy Radowicz żegnali zmarłych w drodze na cmentarz w Turzysku. (...)" Feliks Budzisz, również urodzony w Radowiczach , wspomina je podobnie chociaż nieco dokładniej. : " Radowicze były dużą, rozległą wsią, ciągnącą się 6 kilometrów wzdłuż traktu Turzysk-Kupiczów. Składały się z centralnej ulicówki i peryferyjnych kolonii: Abramowca, Kolonii Czeskiej, Żukowa, Kolonii Polskiej, Koczek, gdzie mieszkaliśmy z dziadkami oraz Puhów. Abramowiec i Kolonię Polską zamieszkiwali Polacy, pozostałe skupiska były polsko-ukraińskie. Natomiast w Kolonii Czeskiej mieszkało kilkanaście rodzin czeskich, których przodkowie przybyli tutaj w latach 70-tych XIX wieku. Ze względu na licznie zamieszkałą ludność polską, już w XIX w. we wsi była czynna jedna z trzech kaplic katolickich parafii Turzysk, pozostałe – w Dolsku i Różynie. W 1943 roku w Radowiczach mieszkało ponad 90 polskich rodzin, co stanowiło połowę mieszkańców.   (...) Dużym przeżyciem były dla mnie uroczystości kościelne w Turzysku. Najbardziej utkwiło mi w pamięci Boże Ciało w 1939 roku, połączone z przekazaniem wojsku karabinów maszynowych, zakupionych ze składek społeczeństwa. Mistrzem ceremonii był wójt, Ukrainiec, który pod palącym słońcem, w butach z długimi cholewami, biegał po boisku strasznie zaaferowany, wycierając co chwilę pot z twarzy i karku. Witał gości w czarnych garniturach czytając z kartki. Ktoś z oficjeli wygłosił patriotyczne przemówienie, dziękując gminie za ofiarność. Ksiądz pokropił karabiny maszynowe i wszyscy ruszyli procesją na trasę czterech ołtarzy. Przy każdym z nich kompania kowelskiego 50. pp im. Francesco Nullo oddała karabinową salwę, wywołując u zebranych dreszcz patriotycznego uniesienia. Była to najpiękniejsza i ostatnia uroczystość w polskim Turzysku (...)   Zaraz po wkroczeniu Niemców pojawili się we wsi jacyś przybysze, którzy organizowali tajemnicze zebrania dla wybranych Ukraińców. Wśród ludności polskiej zaczęły krążyć pogłoski, że poddają oni młodzież ukraińską antypolskiej propagandzie. Uczyli również pieśni, które towarzyszyły później młodym nacjonalistom na zebraniach, ćwiczeniach wojskowych, uroczystościach, a dwa lata później – w przygotowaniach do krwawej rozprawy z ludnością polską. W rażący sposób zmienił się stosunek wielu Ukraińców do Polaków. Zajadli nacjonaliści zaczęli ostentacyjnie unikać kontaktów ze swoimi polskimi sąsiadami, przestali zauważać ich na ulicy, w polu. W okolicy powiało chłodem. Trzeba jednak podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy ulegli tym prymitywnym i zwodniczym poglądom. I w naszej wsi było wielu takich, którzy odżegnywali się od faszystowskiej ideologii i potępiali zbrodnicze zapędy swoich rodaków. Byli jednak stanowczo za słabi, by nie dopuścić do kainowych zbrodni. Za sprzeciw czy nieposłuszeństwo płacili często najwyższą cenę. (...). Ryszard Romankiewicz wspomina: (...) W pierwszej kolejności Niemcy rozprawiali się z komunistami. Przypominam sobie, że aresztowali około 18 komunistów i rozstrzelali w lesie radowickim. Pozostali okazali się obywatelami lojalnymi wobec hitlerowców i chętnie im służyli, zaciągając się masowo do żandarmerii. Niemcy jak wiadomo likwidowali ludność żydowską. W tej zbrodni żandarmeria złożona z Ukraińców chętnie ich wyręczała. Młodzież polska do współpracy z Niemcami nie angażowała się, ograniczając się do nielicznych przypadków pracy w charakterze sekretarki, tłumaczki. W tym czasie część naszej młodzieży w Radowiczach należała do AK. Pierwszym organizatorem i dowódcą miejscowej placówki był Eugeniusz Leśniewski, który przed wojną był żołnierzem zawodowym i posiadał stopień podoficerski lub chorążego. On to skupił wokół siebie grupę wiernych i oddanych młodych Polaków. Wiadomo mi jest, że przez pewien krótki czas była u niego drukarenka przerzucona tu z Rożyna. Następnie od Leśniewskich przerzucono ją do Osiecznika. W Osieczniku znajdowała się na przemian: u M. Wielgata, u Teofila Nadratowskiego i u Hipolita Leszczyńskiego, który ją obsługiwał. Podziemna prasa była kolportowana dla członków AK z zachowaniem ścisłej tajemnicy. Została ona później nieco rozluźniona w obliczu zbliżającego się niebezpieczeństwa ze strony nacjonalistów ukraińskich.

/ Stanisław ps. "Zając"

/ Mieczysław ps. "Sarna"

Dwaj moi starsi bracia – Stanisław i Mieczysław – zaopatrzyli się w broń. Za posiadanie broni za Niemców groziła kara śmierci. Rozstrzeliwano z reguły całe rodziny. Mieszkając we wsi zdominowanej przez Ukraińców należało zachować szczególną czujność. Byliśmy obserwowani. Zdarzały się czasem niespodziewane wizyty Ukraińców, z którymi nie było wcześniej żadnych kontaktów. Jednym z nich był Kostek Terypora, który ośmielił się bez pytania obejść wszystkie nasze pokoje, stawiając przy tym głupie pytania. Wiosną 1943 roku ktoś strzelił od strony sąsiada Onisieja do mojej siostry Ireny. Kula świsnęła jej koło głowy. Świadczy to o tym, że byliśmy obserwowani. Mimo to moi bracia zdołali zachować konspirację. W zdobyciu broni – 10 karabinów – pomogła rówieśniczka Stanisława – Maria Molenda, zwana u nas w domu po prostu Molendzianką. Przed wojną była u nas służącą. W czasie wojny z różnych względów służby u nas nie było. Wyręczano się dorosłymi dziećmi. Za Niemców brat Stanisław pojechał do Marii Molendy, żeby jej zaorać kawałek pola i zasiać zboże. W czasie obiadowego obrokowania koni natknął. się na ciężki snopek zboża. Okazało się, że w środku był karabin. W rozmowie z Marią dowiedział się o miejscu, gdzie jest więcej karabinów. Zebrał więc je wszystkie razem – 10 sztuk i przywiózł do domu. Następnie ukrył je, zakopując w ziemi, daleko od budynków. Niektóre były zardzewiałe, więc należało je oczyścić i zakonserwować. Wszystkie te czynności robili tylko dwaj bracia – Stach i Mietek. Pozostała rodzina nic o tym nie wiedziała. "     

/ Marcel Leśniewski

/ Eugeniusz Leśniewski

/ Antoni Leśniewski

Feliks Budzisz: " Bolesnym wstrząsem dla ludności polskiej Radowicz i sąsiednich wsi było zamordowanie w nocy z 10 na 11 kwietnia 1943 roku Marcelego Leśniewskiego i jego dwóch dorosłych synów: Eugeniusza i Antoniego, członków miejscowej konspiracji. Bandyci w niemieckich mundurach otoczyli w nocy dom, przeprowadzili rewizję i w języku niemieckim poinformowali domowników i aresztowanych, że dostarczą zatrzymanych do niemieckich władz w Kowlu. Córka Leśniewskiego, Antonina, o świcie powiadomiła sąsiadów Rakowskich, że Niemcy aresztowali ojca i braci. Natychmiast pojechała z Wacławem Rakowskim do Kowla, ale w żandarmerii o niczym nie wiedzieli. Tymczasem już rano sąsiedzi znaleźli ciała synów, ledwo przyprószone ziemią na naszym polu na Kolonii Żuków, odległej o jakieś dwa kilometry od miejsca zamieszkania Leśniewskich. Zwłoki ojca z roztrzaskaną głową leżały sto metrów dalej, co by wskazywało, że usiłował uciec, osłaniany zapewne przez synów. Jeden z nich miał mieć pistolet i na pewno użył go w desperackiej walce z bandytami. Pogrzeb był bardzo liczny, mimo że Ukraińcy przebąkiwali o zmasakrowaniu żałobników. Rodzina podejrzewała o inspirację morderstwa Teodora Szabaturę, komendanta policji ukraińskiej w Kowlu, zbiegłego już z całym batalionem schutzmanów do UPA. Szabatura, absolwent szkoły policyjnej w Trawnikach koło Lublina, był przed wojną gajowym w majątku Krasne koło Rejowca. Z morderstwem Leśniewskich zbiegła się wiadomość o zamordowaniu ośmiu Polaków w niedalekim polskim Osieczniku. Była to planowa akcja eksterminacyjna, obejmująca najpierw mężczyzn w sile wieku, którzy dla ratowania swoich rodzin chwyciliby bez wątpienia za broń, jak to czynili inni na całych Kresach Południowo-Wschodnich. W połowie maja pod Kluskiem został schwytany przez banderowców i zaginaj; bez wieści Kazimierz Daszkiewicz z Radowicz, łącznik miejscowej konspiracji akowskiej. Penetrowane przez banderowców drogi stały się niebezpieczne dla ludności polskiej, która nie tylko w naszej wsi przestała oddalać się poza najbliższy teren, rezygnując z wyjazdów do kościoła w Turzysku i majowych nabożeństw. Pani Tokarska zawiesiła komplety, na które uczęszczało wiele polskich dzieci. Pod koniec czerwca banderowcy bestialsko wymordowali jedną z rodzin Daszkiewiczów: ojca Jana, jego żonę Paulinę oraz dwie córki – Helenę z 9-miesięcznym dzieckiem i Leokadię, którą zakłuli widłami w stajni pod żłobem, gdzie się schowała. Pięcioletni synek Heleny, Stefan, skrył się za szafą i ocalał. Znaleziono go następnego dnia płaczącego przy zwłokach matki. Kilka dni po tym mordzie syn Jana, Stefan, został schwytany przez banderowców i dotkliwie poraniony, ale przy pomocy życzliwych Ukraińców zdołał się uratować. Adam Daszkiewicz (z innej rodziny – matka Ukrainka) został zakopany przez upowców po szyję w ziemi, bo nie chciał przystąpić do UPA i mordować Polaków. Cudem się uratował. (...)  Jak na całym Wołyniu, również w Radowiczach tutejsi ounowcy podporządkowali sobie propagandą i terrorem miejscową ludność ukraińską, zwłaszcza młodzież, przygotowując ją do krwawej rozprawy z Polakami. Już od początku czerwca 1943 roku coraz częściej we wsi rozlegał się banderowski „szlagier” – „Smert, smert, Lacham smert!”, śpiewany przez miejscowych osiłków, niedawno jeszcze komsomolców i ich galicyjskich, nazistowskich instruktorów.  (...) "  Ryszard Romankiewicz : " (...)  kiedy zamordowano trzech Leśniewskich (ojca i dwóch synów), w tym dotychczasowego dowódcę placówki AK Eugeniusza Leśniewskiego, tajemnica posiadania broni została rozluźniona i powiadomiono o niej stryja Zygmunta, który jako starszy kawaler mieszkał z naszą rodziną. Spodziewano się, że podobny mord może i u nas nastąpić. I na pewno wielu Polaków by zginęło, gdyby nie przytomność bohaterskiego dowódcy Gienka Leśniewskiego, który w ostatniej chwili zdołał ukryć dokumenty konspiracyjne w wiadrze i przysypać je obierkami. Gazetki natomiast ukrył w popielniku. Kiedy banda wkroczyła do mieszkania, przeszukała pomieszczenia i dwukrotnie dokonała rewizji osobistej, niczego nie znajdując. Gienek posiadał jednak ukryty w trzewiku pistolet – „szóstkę”. Dzień wcześniej zamienił się na pistolety z moim bratem Stanisławem, oddając mu swoją „dziewiątkę”. Tę szóstkę zdobył brat od sąsiada Chwedora, biednego Ukraińca, który na wiosnę nie miał czym pola obsiać, więc zgodził się sprzedać broń za zboże. (...) W walce zginęli wszyscy trzej Leśniewscy, ale nikogo nie wydali i zdołali zadać cios wrogowi. Zginęli nagle i posiadanych tajemnic nikomu nie przekazali. A przecież też mieli ukrytą broń. Opowiadał mi brat Mietek, że siostra Gienka Antonina wraz z kilkoma partyzantami polskimi bezskutecznie poszukiwała tej broni. Wiem natomiast od swojego rówieśnika, sąsiada-Ukraińca Bogdana Jewgiena (niedawno zmarł), że po wojnie Ukraińcy znaleźli na polu Leśniewskich broń. Był tam między innymi karabin maszynowy. Po mordzie na Leśniewskich w naszym domu wzrosła czujność. Broń wykopano i przeniesiono do domu, gdzie stryj Zygmunt urządził specjalną skrytkę do jej przechowywania. Chodziło o to, by w razie potrzeby szybko z niej skorzystać. Każdej nocy bracia Mietek i Stach trzymali wartę na zewnątrz domu, oczywiście z bronią.  W ciągu maja i czerwca widać było łuny pożarów na wschodzie. Pytani o to Ukraińcy dawali lakoniczną odpowiedź: „Nimci seło podpałyły”. Nikt z Polaków nie zdawał sobie sprawy ze zbliżającego się niebezpieczeństwa i jego rozmiarów. Wiem, że brat Stanisław zamierzał pójść do partyzantki w Dominopolu. Rodzice martwili się co powiedzieć sąsiadom Ukraińcom o przyczynie jego zniknięcia. Tymczasem fala mordów zaczęła się przybliżać coraz bardziej na zachód. Napływały niepokojące wieści o pojedynczych mordach, jak np. zabójstwie Leona Sakowicza w Swiniarzynie, który wraz ze swoim bratem Stanisławem Sakowiczem skupował zboże po wsiach. W Swiniarzynie wstąpili do pewnego Ukraińca, u którego przebywali bandyci. Oni to właśnie ich aresztowali, zabrali im wóz i konie. Następnie kazali iść obok wozu, który kierował się w stronę lasu. W pewnym momencie młodszy, Stach, krzyknął do swego brata: „Leon, uciekaj!” i sam skoczył w bok do lasu. Strzelano do niego, ale żadna kula go nie dosięgła. Natomiast Leon otrzymał serię na miejscu i padł martwy. Tego rodzaju wypadki zdarzały się coraz częściej. Nie było już wątpliwości, kto to robi. Przecież w marcu 1943 roku wszyscy Ukraińcy będący na służbie u Niemców uciekli do lasu, by budować „Samostijnu Ukrainu.” Ryszard Pomankiewicz: " Nastał wreszcie dzień 11 lipca 1943 roku, kiedy w kościele w Kisielinie oddalonym od Radowicz o około 25 kilometrów dokonano zbiorowego mordu na ludności polskiej. Już następnego dnia przybył do nas pan Ożarowski i powiadomił o tym wydarzeniu. Brat Stanisław natychmiast udał się do wsi, by spotkać się z kolegami z konspiracji i nowym dowódcą Nadratowskim, który po śmierci Leśniewskich zamieszkał u nich.

 / Henryk Nadratowski ps. "Znicz" 

/ Stanisław i Zygmunt (stryj) Romankiewicz

Był on rodzonym bratem Leśniewskiej – matki. Na tymże spotkaniu zapadła decyzja o ucieczce następnego dnia, tj. 13 lipca, do Zasmyk z bronią i rodzinami. Po powrocie brata ze spotkania rozpoczęto przygotowania do ucieczki.. Robiono to jednak dyskretnie, by sąsiedzi niczego nie zauważyli. Dnia 13 lipca opuściliśmy swój dom zostawiając większość dobytku, tj. świnie, bydło, drób, meble itp. Na dwie furmanki załadowaliśmy żywność i odzież. Zbiórka miała nastąpić o godzinie 13.30 na skrzyżowaniu dróg koło lityńskiego lasu. Nasze wozy przybyły pierwsze. Czekaliśmy na pozostałe, ale nie nadjeżdżały. Pojawiły się dopiero około godziny 15.00. Było nas razem około 8 rodzin. Po krótkiej wymianie zdań mężczyźni podbiegli do swoich wozów, skąd wyciągnęli karabiny i założyli na głowy szare furażerki z przypiętymi orzełkami. Widok był imponujący, bo oto po kilku latach niewoli ukazali się nam polscy żołnierze z bronią w ręku. A oto ich nazwiska: Jan Sobczyk, Henryk Sobczyk, Tadeusz Golik, Mieczysław Łodej, Mieczysław Bednarek, Rakowscy – Wacław, Stanisław, Mieczysław, Zygmunt, Antoni oraz Henryk Nadratowski. Chcę tu przy okazji podkreślić, że wszystka broń pochodziła z „arsenału” brata Stanisława. Dla tego zbrojnego oddziału konspiracja zakończyła się w zasadzie tu pod lityńskim lasem. Teraz wozy ruszyły w kierunku Zasmyk, a nasze zbrojne ramię ubezpieczało nas z przodu i z tyłu. Przejeżdżając przez Piórkowicze wywołaliśmy u Ukraińców zdziwienie i przerażenie. Trzeba było groźbą karabinów zapędzić ludzi do domów torując sobie drogę do Zasmyk. Za Piórkowiczami nasze dwa wozy skręciły na Janówkę, gdzie mieliśmy rodzinę, a pozostałe wraz ze zbrojnym oddziałem udały się do Zasmyk, by tam wywołać zaniepokojenie u ludności polskiej, która obawiała się Niemców. Fakt pojawienia się pierwszego zbrojnego oddziału wywołał przede wszystkim u Ukraińców potężne wrażenie. Zaczęto ten fakt przekazywać sobie z ust do ust, a każdy starał się coś do tego dodać. W końcu wójt ukraiński w Turzysku, Tomczuk, ogłosił sołtysom na sesji, że do Zasmyk wywieziono dwa wozy broni ręcznej i maszynowej. Tego rodzaju plotka sprzyjała Polakom. Miała olbrzymie znaczenie propagandowe, budziła bowiem respekt Ukraińców wobec nas. W ten oto sposób już pierwszego dnia pobytu radowickiego oddziału w Zasmykach, miejscowość ta urosła w oczach upowców do potężnej twierdzy. Tymczasem w Zasmykach po przyjeździe uciekinierów wynikły problemy z zakwaterowaniem i aprowizacją przybyszów. (Oddział  „Znicza”  początkowo kwaterował w gospodarstwie Śladewskich, a później przeniósł się do obejścia Zamościńskich - S.B)  Zaszłą pilna potrzeba zdobycia żywności dla oddziału. Wykorzystano wówczas propozycję brata Stanisława i dokonano zbrojnego wypadu do naszego rakowickiego gospodarstwa, gdzie zaopatrzono się w kilka sztuk bydła, drób itp. (...)  " Grupa Radowicka", tak bowiem określano oddział, który przyprowadził ppor. Henryk Nadratowski  ps. "Znicz", przybyła do Zasmyk w niepełnym składzie. Nieco później sukcesywnie przybywali następni konspiratorzy opuszczający zagrożone Radowicze.  W  pierwszym składzie przybyli: Sobczyk Jan ps. "Buzdygan", Sobczyk Henryk ps. ' Lisek",  Golik Tadeusz ps. " Gwiazda", Łodej Mieczysław ps. "N" , Bednarek Mieczysław ps. "Mantel", Rakowski Wacław ps. "Wicher", Romankiewicz Stanisław ps. "Zając", Romankiewicz Mieczysław ps. "Sarna",  Romankiewicz Zygmunt ps. "Brzoza" , Romankiewicz Antoni ps. "N", Leśniewski Zenon ps. "Gałązka", Leśniewska Antonina  ps. "Wierna",  Leśniewska Jadwiga ps. "Kozaczek',   kpr. Głowiński  Hieronim ps. "Zawisza" i jeszcze jeden partyzant NN z kol. Wierzbiczno. Inspektorat OW AK w Kowlu  będący w stałym kontakcie z konspiracją zasmycką postanowił tam skierować w lipcu jednego ze swoich oficerów, a w sierpniu nastepnego.

/ Jastrząb

/ Sokół

Por. Władysława Czermińskiego ps. "Jastrząb" przybył do Zasmyk 16/17 lipca a razem z nim kpr. Józef Piątkowski ps. "Błyskawica", strz. Stanisław Piątkowski ps. "Dąbek", kpr. Antoni Jamrozy ps. "Orzech", sierż. Jan Czajkowski ps. "Lipiec" strz. Jan Ważydrąg ps. "Tarzan" i strz. Jan Burzyński ps. "Październik". Po zapoznaniu sytuacji "Jastrząb"  stwierdził, że z Zasmyk nie można uczynić twierdzy z umocnieniami, ze względu na rozległy teren. Uznał, że najlepszą formą obrony, nie tylko  dla Zaasmyk, ale  i innych okolicznych wsi będą "mobilne oddziały partyzanckie" oraz  lokalne oddziały samoobrony. Przyłączając do swojej grupy (w/w) , "Grupę Radowicką" ( taka nazwa weszła na stałe do historii) "Jastrząb" utworzył  pierwszy "lotny oddział partyzancki  AK"w pow. kowelskim. W początkach formowania się oddziału „Jastrzębia” wstąpili ochotniczo z Zasmyk Leon Karłowicz „Rydz”, Stanisław Śladewski „Olszynka”, Leonard Gisyng „Złotówka” oraz inni. Z Aleksandrówki przybyli bracia Kijowscy, kpr. Antoni Kijowski „Otello” i szer. Edward Kijowski „Mo-Re” oraz wielu innych zgłaszających się ochotniczo, z różnych polskich osiedli. 

Feliks Budzisz: " Pod koniec lipca upowcy uprowadzili z Radowicz siedmiu młodych, których uwięzili w Suszybabie, gdzie mieli swoją placówkę. Uwięzionych bito i maltretowano, by wydobyć dane o konspiracji. Wcześniej czy później czekała ich okrutna śmierć. Powiadomiono o tym oddział samoobrony w Zasmykach. Pięciu dobrze uzbrojonych chłopców ruszyło bez zwłoki do Radowicz. Stanisław Romankiewicz z pistoletem w ręce kategorycznie zażądał od przewodniczącego selrady, Iwana Karbowskiego, wypuszczenia uwięzionych, grożąc spaleniem zabudowań Ukraińców i wymierzeniem winnym najsurowszej kary. Brawurowa akcja dała efekt nadspodziewany – wszyscy zostali wypuszczeni na wolność: Bolesław Budzisz, Tadeusz Dziedzic, Wacław Furga, Mieczysław i Tadeusz Łodejowie, Wacław Molenda i – nie mam pewności – Maria. (...) Około 20 lipca w ukraińskich wsiach na południe od Radowicz, w Tuliczowie, Werbicznie, Bobłach i innych, zauważono narastający napływ banderowców. Do polskich mieszkańców poszły elektryzujące, ostrzegawcze sygnały, by mieć się na baczności, a zwłaszcza noce spędzać w ukryciu. Z 23 na 24 lipca, podobnie jak dotychczas, nie nocowaliśmy w domu. Tym razem spaliśmy w życie. Łyska pozostawiliśmy na łańcuchu, by nie zdradził miejsca naszego noclegu. Rano obudziła mnie siostra i przerażona mama. Usłyszałem w powietrzu ostry szum i głośne wybuchy na kierunku Tuliczów – Abramowiec. Dochodził stamtąd gęsty ogień z broni maszynowej. Domyśliliśmy się, że nad nami przelatują pociski artyleryjskie, wystrzeliwane gdzieś pod Turzyskiem. Nad ostrzeliwanym terenem krążył samolot. Wkrótce zjawił się ojciec i powiedział nam, że działa biją po pacyfikowanym przez Niemców Tuliczowie i wschodniej części Radowicz. Wyszliśmy z żyta, wpatrując się w horyzont, skąd dochodziła gwałtowna strzelanina i gdzie w błękitne niebo wzbijały się słupy czarnego dymu. Płonęły zabudowania Tuliczowa i Abramowca. Jak się przypuszcza, pacyfikację sprowokowali banderowcy, zabijając w sąsiedztwie zasmyckiej samoobrony kilku Niemców dozorujących Liegenschaftu (folwarku). Była to prowokacja obliczona na to, że w odwecie Niemcy zlikwidują samoobronę w Zasmykach, ułatwiając banderowcom likwidację ludności polskiej w tej części powiatu kowelskiego. (...) " . Niestety ta potyczka zakończyła się tragicznie dla polskich mieszkańców Abramowca ( kolonii wchodzącej w skład Radowicz). Kolonia została spacyfikowana przez rozwścieczonych Niemców. Zginęło wielu mieszkańców, a osada przestała istnieć, spłonęła.   Mimo to nie wszyscy Polacy uciekli z Radowicz. 22 sierpnia 1943 r. w lesie Lityńskim, koło leśniczówki Gruszówka, bojówka ukraińska zamordowała 7 osób jadących furmanką z Radowicz (gm.Turzysk) do zasmyckiego kościoła, w tym Adama Bartoszewskiego, lat 63, jego żonę Weronikę (Rozalię), lat 55; Ludwikę Daszkiewicz, lat 59, oraz cztery osoby o nieustalonych nazwiskach. Zwłoki odnaleziono po 3 tygodniach od mordu. W tym dniu po południu zamordowano następnych 13 mieszkańców Radowicz wracających z kościoła w Zasmykach, m.in. Marię Kiełbasę z synem Marianem (Józefem); Rozalię Kułakowską, lat 49, Stanisława Malinowskiego, lat ok. 50 i jego żonę Anielę, lat ok. 45, Ewę Młynek, lat 13. 23 sierpnia w kolonii Piórkowicze, gdy kilka rodzin powróciło do swoich zagród po żywność, zostali przez upowców zamordowani: Koperska, lat 35, żona Michała, Koperska, żona Karola, lat 40 i ich córka Maria, lat 10, Piotr Kursa, lat 58, Bronisława Szarwiło, lat 36, Matylda Szarwiło, lat 30.  Dowództwo bazy zasmyckiej, wstrząśnięte tymi zbrodniami wystosowało do Ukraińców pismo z ostrym protestem. W odpowiedzi na to 29 sierpnia 1943 r. Ukraińcy wysłali do Zasmyk pismo zawierające ultimatum do złożenia broni z terminem do południa 1 września 1943 r., grożąc w przeciwnym wypadku zniszczeniem  całej wsi.  29 sierpnia, późnym wieczorem dotarł do Zasmyk chłop ukraiński z Gruszówki donosząc o przygotowanym napadzie na Zasmyki siłą dwóch sotni UPA oraz kilkuset chłopstwa z wozami na spodziewane łupy, uzbrojonych w siekiery, widły, kosy, łopaty do mordowania ludności polskiej. ( szacowano , że może to być ok. 600 osób).  Nie było już żadnych wątpliwości,  że tym razem Ukraińcy uderzą na Zasmyki. Po naradzie  oficerowie „Jastrząb” i „Sokół” ( por. Michał Fijałka przybyły  do Zasmyk 19 sierpnia 1943 r) zdecydowali się na akcję  wyprzedzającą działania upowców. Przyjęli taktykę obronną przez atak. Postanowili z zaskoczenia zaatakować siły ukraińskie zgromadzone pod Groszówką. Po szczegółowym przeglądzie oddziału, wieczorem 30 sierpnia 1943 r., po uzupełnieniu amunicji, wydzieleniu chorych, oddział w liczbie 50 ludzi, razem z oddziałem pchr. „Grońskiego”( przybył również w sierpniu), okrężną drogą przez las Lityński ruszył na tyły wroga. Ten uciążliwy marsz trwał całą noc, gdy według wskazań przewodników, o świcie 31 sierpnia 1943 r. oddział przeszedłszy zaroślami opodal niewielkiego jeziora, dokonał nagłego ataku na uśpiony oddział upowców. Zaskoczenie było całkowite. Upowcy nie spodziewali się Polaków atakujących ich ugrupowanie od tyłu, od strony przeciwnej niż Zasmyki. Zaatakowano z bezpośredniej bliskości bronią ręczną i granatami, wypędzając ich z okolic leśniczówki w zarośla. W bezładnej strzelaninie nie stawiali oporu. Po momencie pierwszego zaskoczenia upowcy jednak ochłonęli i częścią swoich sił zajęli stanowiska ogniowe. Wywiązała się ostra walka ale zakończona zwycięstwem strony polskiej. Podczas pierwszego natarcia zginął jeden partyzant z "Grupy Radowickiej" i dwóch było rannych. Ryszard Romankiewicz :W bitwie pod Gruszówką zginął mój brat Stanisław. W naszej pamięci pozostał on jako człowiek niezwykle odważny i waleczny. Był całkowicie oddany organizacji AK i oddziałowi, do którego należał. Po 13-tym lipca ani razu nie przybył na przepustkę, by odwiedzić rodzinę. Ważniejsze sprawy kazały mu trwać na posterunku. Nie bał się śmierci. Często powtarzał: „Jak zginąć, to śmiercią bohatera”.    Feliks Budzisz: "  Pierwszy września w samo południe odbył się pogrzeb Stasia Romankiewicza, poległego we wsi Gruszówka. Na uroczystość przybyły tłumy ludzi. Przecisnąłem się do wnętrza kościoła i stanąłem blisko katafalku, na którym spoczywała trumna ze zwłokami Stasia. Stali przy niej z bronią jego bojowi towarzysze, a obok liczna rodzina, sąsiedzi, znajomi.

/ Michał Żukowski

 Po egzekwiach ksiądz Michał Żukowski wygłosił płomienne przemówienie, które wierni głęboko przeżyli, pewnie jak nigdy dotychczas. Szloch wstrząsał tłumem. Ksiądz, były misjonarz z Podola, przejawił tutaj najwspanialszy kunszt oratorski. Oznajmił, że dzisiaj uderzy dzwon, ukryty i milczący od 17 września 1939. Obwieści on powstanie skrawka wolnej, niepodległej Polski – Rzeczpospolitej Zasmyckiej, za którą oddał swoje młode życie Stasio. I oto odezwał się dzwon. Tłum załkał – płakały kobiety, starcy, dzieci i żołnierze. Ksiądz żegnał Staszka najpiękniejszymi słowami, stojąc na nasypie i górując nad otaczającymi go ludźmi. W pewnym momencie ktoś krzyknął: „Ukraińcy!” Tłum zaszamotał się, część ludzi rzuciła się do cmentarnej bramy, inni w kierunku przeciwnym, próbując jednocześnie zorientować, się w sytuacji. Honorowa eskorta  ładowała broń, trzaskając zamkami. Ale ksiądz nie ruszył się z miejsca, stojąc wyniosły na nasypie. Zaraz się okazało, że w pobliskiej olszynie przechodził nasz patrol, ubezpieczający pogrzeb. Mimo głębokich, bolesnych wzruszeń, z cmentarza wracaliśmy podniesieni na duchu, z krzepiącą wiarą w możliwość obrony i przetrwania. Wielkie nadzieje zaczęliśmy pokładać w naszej samoobronie. Nie mylił się tym razem ks. Michał Żukowski – na kilka miesięcy Zasmyki stały się skrawkiem wolnej Polski, chociaż wiele jeszcze krwi popłynęło wokół, a na zasmyckim cmentarzu przybyły setki mogił i krzyży. Staś Romankiewicz, żołnierz z naszej wsi, był pierwszym w zasmyckiej samoobronie, który poległ w otwartym boju za ten skrawek wolnej ziemi. "         

1)Ryszard Romankiewicz : " Niebezpieczni sąsiedzi "  tom 13 " Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo", 2004 http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/13_romankiewicz_niebezpieczni.pdf
2) Feliks Budzisz "Łuny nad Wołyniem" tom 13  " Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo ", 2004
3) Bogusław Szarwiło: >> "RZECZPOSPOLITA  ZASMYCKA" Niepokonana  Baza Polskiej Samoobrony na Wołyniu<<  https://wolyn.org/index.php/publikacje/1265-rzeczpospolita-zasmycka-niepokonana-baza-polskiej-samoobrony-na-wolyniu