Dzisiaj jest: 6 Marzec 2021        Imieniny: Róża, Wiktor, Jordan
Szlakiem KRZYŻY WOŁYŃSKICH - MIELNIKOWO K. OSOWEJ

Szlakiem KRZYŻY WOŁYŃSKICH - MIELNIKOWO K. OSOWEJ

MIELNIKOWO K. OSOWEJ gm. Stydyń Wielki powiat Kostopol woj. Wołyńskie parafia Chołoniewicze Mielnikowo leżało na granicy powiatów kostopolskiego i łuckiego sąsiadowało z ukraińskim Majdanem Lipieńskim i żydowską Osową. Po wschodniej…

Readmore..

Kalendarium ludobójstwa - Marzec 1946

Kalendarium ludobójstwa - Marzec 1946

/ Bieszczady-Cisna. UPA podpaliła szkołę, urząd gminy, dwór i osiem gospodarstw (fot. commons.wikimedia.org) 1 marca: W przysiółku Kaplisze pow. Lubaczów: „1 marca 1946 roku, 12 żołnierzy ze stacjonującego w Horyńcu…

Readmore..

Święto Polskiego  Radia Lwów

Święto Polskiego Radia Lwów

/ Stukano w ściankę i spiker zaczynał. Lwów w 1930 rokuFoto: Wikipedia/domena publiczna W dniu święta Polskiego Radia kilka nowinek technicznych, dotyczących Polskiego Radia Lwów z 1928 roku. Radia, o…

Readmore..

ORGANIZACJE ZBRODNICZE  14 DYWIZJA GRENADIERÓW WAFFEN SS

ORGANIZACJE ZBRODNICZE 14 DYWIZJA GRENADIERÓW WAFFEN SS

/ II wojna światowa. Byli jedną z najbardziej zbrodniczych formacji militarnych w dziejach. Dziś hasła głoszone przez zbrodniarzy z SS-Galizien znów stają się mottem przewodnim współczesnych ukraińskich nacjonalistów. Fot. archiwum…

Readmore..

Niezwykły  człowiek  rodem  z Podola

Niezwykły człowiek rodem z Podola

Urodził się 31 stycznia 1867 r. W Dumanowie na Podolu, pod zaborem rosyjskim, w rodzinie o głębokich tradycjach patriotycznych. Jego dziadek i ojciec brali udział w powstaniach listopadowym i styczniowym.…

Readmore..

Saga Rodu Mireckich

Saga Rodu Mireckich

Prezes Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów im. Ks. Bronisława Mireckiego w Przemyślu, pan Stanisław Szarzyński jest autorem poniższego wpisu: Niedziela 7 luty 2021r. Pani major Maria Mirecka- Loryś ukończyła…

Readmore..

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

156 lat temu urodził się Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Gabriel Narutowicz herbu własnego (ur. 17 marca1865 w Telszach (dzisiaj Litwa). zm. 16 grudnia 1922 w Warszawie) – polski inżynier hydrotechnik, elektryk, wolnomularz, profesor Politechniki w Zurychu, minister robót publicznych,…

Readmore..

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

Marcowy numer KSI (03/2021) wydany

W marcowej gazecie m.in: 10. lutego dzień pamięci holocaustu Polaków sowieckich łagrów......str 6ORGANIZACJE ZBRODNICZE 14 DYWIZJA GRENADIERÓW WAFFEN SS......str 7Polską historię fałszują mniejszości narodowe za polskie pieniądze......str 9100.rocznica podpisania Traktatu…

Readmore..

Alfabet wołyński  - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

Alfabet wołyński - Regina Smoter-Grzeszkiewicz

W 2020 roku na półkach księgarskich znalazła się nowa pozycja zwiazana z Wołyniem. Jak informuje autorka: "Alfabet wołyński" to historia Wołynia ujęta w formie słownika, ukazuje zatem w formie skróconej…

Readmore..

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

MÓJ LWÓW - JÓZEF WITTLIN.

Józef Wittkin polski poeta, prozaik i tłumacz żydowskiego pochodzenia. Autor powieści, esejów i utworów poetyckich. Współpracownik Radia Wolna Europa. Jego najwyżej cenionym utworem jest powieść "Sól ziemi" (1935 r.).Józef Wittlin…

Readmore..

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Ani też żadnej rzeczy która nasza jest

Gdybym tam wrócił pewnie bym nie zastał ani jednego cienia z domu mego ani drzew dzieciństwa ani krzyża z żelazną tabliczką ławki na której szeptałem zaklęcia kasztany i krew ani…

Readmore..

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

GoForetime - genealogical research in Eastern Europe

Dobra wiadomość dla szukających krewnych z parafii katolickiej Kostopol na Wołyniu, od dziś posiadamy kopię metryk z lat 1923-1928, 1930-1941. Gdzie ich szukać? GoForetime - genealogical research in Eastern Europe…

Readmore..

Wspomnienia Józefy Gimon z Gudziszek na Wileńszczyźnie

/ Szesnastoletnia żona  Źródło zdjęcia: Cezary Woch

Dzisiaj mam 87 lat i wiele interesujących faktów z mojego życia, okrywa gęsta mgła zapomnienia… . Pomimo tego, chciałabym opowiedzieć o wydarzeniach które miały miejsce 70 – 75 lat temu i proszę mi wybaczyć, jeśli niektóre z nich nie będą zbyt dokładnie opisane. Jest połowa sierpnia 2007 roku. Sycowice.

Urodziłam się 18 marca 1920 roku w Gudziszkach na Wileńszczyźnie, a moje panieńskie nazwisko brzmiało Józefa Jankowska. Była to wieś odległa o około 30 kilometrów od Wilna i dzisiaj położona jest na terytorium Litwy.

Gudziszki odgrodzone były jedynie torem kolejowym od miasteczka o nazwie Rudziszki, gdzie zaopatrywaliśmy się we wszystkie potrzebne nam w codziennym życiu produkty. Gudziszki nie wyróżniały się niczym specjalnym, położone były na równinie wśród pól, gdzie nie było rzeki, jakiegoś jeziora, czy chociażby dużego stawu. Wokół mniej lub bardziej zadbanych gospodarstw, nasadzane były kępy rozmaitych kwiatów i ozdobnych krzewów, a domy, stodoły i zabudowania gospodarskie, kryte były strzechą. Przez wieś prowadziły gruntowe trakty, rozjeżdżone wozami na drewnianych kołach z żelaznymi obręczami, nie mieliśmy energii elektrycznej a telefony i telewizja nie były nam znane. Mieliśmy jednak radio z „antenką”, które odbierało polski program z wiadomościami, piosenkami i różnymi audycjami. Pomimo tego, po przyjeździe do Polski a właściwie jak to mówiliśmy „do  "Niemiec", bardzo za nimi tęskniłam. Najchętniej bym tam wróciła, do tych falujących łanów zbóż poprzetykanych czerwienią polnych maków i błękitem chabrów. Wróciłabym do naszego domu, do naszych grobów, do tych skowronków które towarzyszyły ludziom pracującym w polu. Gospodarz chodził za pługiem, a one śpiewały nad nim i śpiewały tą swoją pieśń, która wydawała się nie mieć końca. Tam było tyle tego ptactwa, że ja już nigdy w życiu tego nie widziałam… . We wsi zamieszkiwały polskie rodziny zajmujące się głównie uprawą niewielkich, 6-8 hektarowych gospodarstw i na ogół dodatkowa pracą w pobliskich Rudziszkach. Niektórzy wcale nie posiadali ziemi i pracowali jako robotnicy głównie w tartaku i na kolei.

Podstawowymi narzędziami stosowanymi przy pracach polowych, był żelazny pług i brona, ale nie wszyscy gospodarze posiadali konie. Kultywatory, siewniki, talerzówki i sprężynówki nie były nam znane. Zboże siano ręcznie „z płachty”, żęto sierpem a młócono cepami, ziemniaki kopano ręcznie, motykami. Rodziny nie były zbyt liczne, najczęściej w każdej z nich było dwoje, troje lub co najwyżej czworo dzieci. Ja miałam dwie rodzone starsze siostry i brata z poprzedniego małżeństwa Matki.

Dzieci chodziły do siedmioklasowej szkoły w Rudziszkach a na katechezę do kościoła, gdzie do pierwszej komunii przygotowywała je katechetka. Po ukończeniu siedmiu klas szkoły podstawowej, jeśli ktoś miał odpowiednie zdolności i jego rodziców było na to stać, to na dalszą naukę jechał do Wilna. Jakby to było wczoraj pamiętam, że w dniu mojej pierwszej komunii był bardzo piękny słoneczny dzień, a ja miałam białą ładną sukieneczkę. Nie było zwyczaju tak jak dzisiaj organizowania z tej okazji jakich przyjęć i obdarowywania dzieci prezentami. Ludzie żyli bardzo skromnie i religijnie. Każdej niedzieli obowiązkowo wszystkie rodziny były na mszy. Ludzie szli na piechotę całą drogą nie tylko z Gudziszek, ale również z sąsiednich wsi takich jak Niedowiarce i Dojlidy. Właściciele majątków jeździli „paradnie” bryczkami, ale konie przed kościołem były trochę kłopotliwe, bo trzeba było je pilnować. W czasie odpustu do kościoła szli wszyscy uczniowie razem z nauczycielami.

W Gudziszkach nie było żadnej karczmy, ale nie było też zwyczaju nadmiernego picia wódki. Nikt nie widział pijanych, wykrzykujących, zataczających się i nieprzytomnych od alkoholu ludzi. Przykro o tym mówić, znając obrazki z naszych dzisiejszych wsi. W Rudziszkach mieszkali praktycznie sami Żydzi którzy posiadali wszystkie sklepy i wyszynki a także wykonywali wszelkie usługi chociażby takie jak krawiectwo czy szewstwo. Nasze stosunki z Żydami których pamiętam jako ludzi grzecznych i czystych, były bardzo poprawne.
Często bywało, że jeśli nie mieliśmy pieniędzy przy zakupach, to udzielali nam nawet drobnych kredytów. Nie robili żadnych problemów szczególnie wtedy, jeśli ktoś stale robił zakupy w ich sklepie. Nie było pomiędzy nami jakichś waśni czy wrogości. W środowisku tym oprócz polskiego lekarza i aptekarza którzy byli miłymi, mądrymi i wykształconymi ludźmi, Polacy byli na ogół prostymi robotnikami. Mój Ojciec pochodził z Gudziszek, a Matka z pobliskiego majątku. Ojciec był przystojnym chłopakiem „po wojsku”, a Matka była wdową z jednym synem. Poprzedni jej mąż o nazwisku Michałowski pochodził również z majątku i zmarł po trzech latach małżeństwa. Nie przypominam sobie dziadków ani ze strony Ojca ani Matki. Moi Rodzice posiadali sześciohektarowe gospodarstwo rolne w którym uprawialiśmy głównie żyto i ziemniaki ale zasiewano też grykę na kaszę i trochę pszenicy na kluski i ciasto. Mieliśmy także dwie krowy, kilka świń i trochę drobiu. Mleko, wieprzowina i drób przeznaczone były tylko na własny użytek. Przy domu był ogród w którym Matka uprawiała podstawowe warzywa: pietruszkę, marchewkę, koper, cebulę, czerwone buraki, kapustę i ogórki. Nie były uprawiane kalafiory, pomidory i truskawki i nikt nie znał selerów i porów. Nas nie dopuszczała do tego ogrodu z obawy, że „warzywa powyrywamy razem z chwastami”! Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nie mieliśmy też drzew owocowych. Kiedyś dzieci nie biegały bezproduktywnie tak jak dzisiaj po wsi, lecz miały swoje obowiązki. Co prawda Mama gotowała i przyrządzała wszystkie posiłki, ale my za to wszystko dokładnie sprzątałyśmy. Niektórzy mieli „białe podłogi” które szybko się brudziły i były ciężkie w utrzymaniu, ale my mieliśmy malowane i sprzątanie wtedy polegało jedynie na przetarciu ich wilgotną ściereczką. Podstawowym jednak naszym zadaniem była pomoc wiejskiemu pastuchowi który pasł wszystkie krowy z całej wsi. Był to starszy już mężczyzna i z każdego domu, według odpowiedniej kolejności, przydzielano mu każdego dnia po dwoje dzieci do pomocy. Tych krów, dokładnie nie pamiętam, ale było około 25, bo w każdym gospodarstwie trzymano jedną, a co najwyżej dwie krowy.

Święta Bożego Narodzenia i  Święta Wielkanocne  wyglądały tak samo jak dzisiaj w Sycowicach. W wigilię Matka przygotowywała postne dania a pod obrusem zawsze kładzione było sianko. Po kolacji chodziliśmy na pasterkę i było bardzo uroczyście. W czasie świąt chodzili kolędnicy którzy starannie przygotowywali się do występów. Byli przemyślnie poprzebierani, mieli dużą gwiazdę i różne światełka i świecidełka, co było dużą atrakcją szczególnie dla dzieci. Śpiewali kolędy a gospodynie dawały im najczęściej przygotowane na tą okoliczność jajka, które później sprzedawali i dzielili się zarobionymi pieniędzmi. Dzisiaj takich kolędników już nie ma. Na Wielkanoc ci sami chłopcy również chodzili i śpiewali Alleluja! Zawsze na święta była bita świnia, robiono własne wędliny i pieczono mięso, a Matka smacznie to wszystko przygotowywała. Była choinka, ale przynajmniej w naszym domu, nie było zwyczaju obdarowywania się prezentami.

/ Pierwsza z prawej Józefa Gimon z rodziną męża / czwarty z lewej/

Wielkim naszym przysmakiem był „kindziuk” który robiono w ten sposób, że do specjalnie przygotowanego wieprzowego żołądka, ciasno upychano odpowiednio zapeklowane i pokrojone na spore kawałeczki polędwice, szynki i częściowo tłuściejsze kawałki. Następnie wypełniony tym ekstra mięsem świński żołądek, zaszywano wielką igłą z grubą nicią i wieszano go na strychu, na specjalnym „krzyżaku” który zrobił Ojciec. Tak przygotowany „kindziuk” nie psuł się i bez żadnego wędzenia, swobodnie sobie podsychał i dojrzewał przez pewien czas. Po okresie takiego dojrzewania wspaniale smakował i była to jedna z najlepszych wędlin jakie znam. Ja nie pamiętam dokładnie całej receptury jego przygotowywania, ale na pewno dawano takie przyprawy jak sól, pieprz, czosnek i saletrę.

Warto także wspomnieć o drugim prostym przysmaku który nie wymagał specjalnego zachodu z jego przygotowaniem. Była to natarta czosnkiem i solą gruba słonina, zawinięta w lniany woreczek i wywieszona zimą na strychu. Po pewnym czasie słonina „dojrzewała” i stawała się miękka jak masło, a pokrojona na cieniutkie plastry i podawana ze swojskim chlebem, solą i cebulą, pięknie pachniała i była bardzo smaczna i pożywna. Pozostałe mięso było solone i przechowywane w dębowych beczkach. Metodę pasteryzacji w słoikach poznaliśmy dopiero po przyjeździe do Polski… .

Przypominam sobie, że w czasie wojny "ruskie", w ramach głoszonej przez nich „przyjaźni”, wyszukiwały naszych ukrywających się chłopów celem przymusowego wcielenia ich do wojska i była to jedna ze stosowanych przez nich form „poboru”. Pewnego razu, kilku z nich pod pretekstem sprawdzenia czy czasem któryś z nich „nie schowawszy się”, spenetrowało nam strych zabierając wszystkie wiszące tam wędliny, słoninę i smakowity kindziuk. Do głowy nam nie przyszło, że ktoś może po prostu to wynieść „w biały dzień”, ale do ruskich było to podobne… .

W gospodarstwie nie mieliśmy koni, a do wszelkich prac polowych najmowaliśmy „ortaja”, który własnymi końmi orał, siał żyto i sadził ziemniaki. Pamiętam, że jednym z takich „ortai” była miła kobieta, która pługiem ciągniętym przez jednego konia, potrafiła orać cały dzień. Podobnie jak w Sycowicach ziemie były tam słabe.

Ażeby wyżywić rodzinę, Ojciec dorabiał jako stolarz i cieśla budowlany. Wszystkie prace w czasie stawiania drewnianych domów, stodół czy obór wykonywane były ręcznie, co wymagało dźwigania ciężkich sosnowych belek. Miało to taki skutek, że Ojciec na którym spoczywał cały ciężar utrzymania naszej rodziny, wkrótce przedźwignął się i ciężko zachorował. Moi Rodzice żyli bardzo zgodnie i byli wyjątkowo pracowitymi ludźmi, ale nasze życie było bardzo ciężkie. Już od 12 roku życia najmowałam się do sadzenia lasu i pracowałam tam wraz z moimi siostrami. Również od 12 roku życia pomagałam przy żniwach i żęłam małym sierpem żyto, czego nauczyła mnie moja Matka. Wiele razy widziała nasze pokaleczone sierpami ręce, ale nic wtedy nie mówiła, traktując to pewnie jako „cenę” którą musieliśmy „zapłacić” za naukę… . Ona tak pięknie żęła zboże nie pozostawiając na polu ani jednego kłoska, że „choć ty stoj i patrzaaj”!

Zbieraliśmy także dorodne, czarne jagody w lesie oddalonym o 4-5 kilometrów. Zanim słońce wzeszło, my byłyśmy już na skraju lasu. Każda z nas zbierała po 20-25 litrów jagód. Następnie szłyśmy z nimi do odległej o dwa kilometry wsi w której był ich skup. Nie pamiętam jakie były wtedy ceny, ale dodatkowe pieniądze były bardzo potrzebne. Były przecież trzy dziewczyny z których każda musiała się jakoś ubrać. Ja to byłam jeszcze najmniejsza, ale dwie starsze siostry, toż to były przecież panienki. Zarabiałyśmy w ten sposób także na „ortaja” i na podatek. Dorośli a także młodzi ludzie, dosłownie wszyscy, ciężko pracowali na przysłowiowy grosz. Nie było czegoś takiego jak dzisiaj, że „siedzą i nic nie robią”. Takie „bezrobocie” nie było do pomyślenia a człowiek leniwy i chcący „lekko” żyć, nie cieszyłby się żadnym poważaniem i szacunkiem.

Dorastający chłopcy z Gudziszek pełnili służbę wojskową w Wilnie albo w Rudziszkach gdzie też „stało” wojsko. Pamiętam, że tacy ładni żołnierze przychodzili do jednej z moich sióstr, a jeden to chciał się nawet żenić. Taki chłopak „po wojsku” był poważnie traktowany i był dobrym kandydatem na męża, a o takich co w wojsku nie byli, to nawet nie ma co mówić…! Dziewczyny wychodziły za mąż w wieku 18-19 lat , bo taka po 20-tce, to już była traktowana jako „stara panna”…!! Młodzi ludzie organizowali zabawy w wiejskiej świetlicy albo w którymś z domów. U nas był jeden taki duży pokój w którym Ociec pozwalał nam i to bardzo często, organizować zabawy. Najmowaliśmy muzykanta który grał na harmoszce i bardzo ładnie się bawiliśmy.

Kiedy pracowała cała rodzina, wiodło nam się nawet nie najgorzej, ale wraz z upływem czasu postępowała choroba i niemoc Ojca który musiał przeczuwać, że jego dni na tym świecie są policzone. Chciał jeszcze, aby za jego życia jakoś nas pourządzać i gorąco namawiał abyśmy powychodziły za mąż i żeby wszystko odbyło się „po Bożemu”, to znaczy wesele i obowiązkowo kościelny ślub. My byłyśmy młodymi dziewczynami, bo najstarsza siostra miała 18 lat, a ja zaledwie lat 16 . Ludzie mówili, że wszystkie byłyśmy bardzo urodziwe, a o najstarszą siostrę to bili się nawet miejscowi kawalerowie. Ojciec jednak mówił, że „trzeba iść za mąż, póki ludzie biorą”! Póki on żyje i wszyscy tworzymy zgraną rodzinę, ludzie nas szanują i łatwiej nam będzie poszukać sobie odpowiedniego męża bo jeśli umrze, to nasz los może być niepewny.

Jak sobie życzył, tak też się stało. Siostry znalazły sobie mężów w sąsiednich wsiach i po skromnych uroczystościach weselnych na które była zapraszana najbliższa rodzina, przeprowadziły się do ich rodzin. Kiedyś nie było zwyczaju robienia dużych wesel i narażania się na niepotrzebne koszty, ale zawsze bita była świnia, robiono swojskie kiełbasy, pieczono dobre ciasta i przygotowywano wiele innych smakowitych rzeczy niespotykanych na co dzień! Wódka zawsze była kupowana. Ja ze swoim mężem, który był o siedem lat ode mnie starszym chłopakiem z naszej wsi, zamieszkałam z moimi Rodzicami. Ślub braliśmy uroczyście, przy dźwięku pięknych organów w kościele w Rudziszkach, w obecności najbliższej rodziny z obu stron i asystentek, czyli moich koleżanek. Ja miałam białą suknię z welonem, białe pantofelki i piękny bukiet kwiatów, a mąż ładny garnitur.

Niedługo po tym, w wieku 56 lat zakończył swoje pracowite życie mój Ojciec, który był mądrym i dobrym człowiekiem, ale odchodził z przekonaniem, że córki są dobrze zabezpieczone. Warto w tym miejscu wspomnieć jak wyglądały u nas pogrzeby. Zmarły przez dwa dni i dwie noce leżał w domu. Wieczorem zbierali się ludzie których była pełniutka chałupa, modlili się i śpiewali nabożne pieśni. Mój Ojciec był kościelnym, dlatego też przez oba pożegnalne wieczory przychodził organista, który śpiewał z ludźmi przez całą noc. Organista był wyróżniany dawanym mu poczęstunkiem. Po dwóch dniach następowało wyprowadzenie zwłok i przewiezienie ich wozem do odległego o dwa kilometry kościoła, w którym odbywała się żałobna msza, szczególnie uroczysta w przypadku mojego Ojca. Po mszy młodzi ludzie brali trumnę na plecy i wynosili z kościoła, a następnie wszyscy kierowali się na odległy o około jeden kilometr cmentarz, gdzie następowało grzebanie zwłok. Mój mąż pracował w tartaku w Rudziszkach i bardzo dobrze tam zarabiał. „Do roku” po weselu urodziłam pierwsze dziecko, a po wybuchu wojny miałam już ich dwoje. Pierwszy był syn Feliks a druga córka Jadwiga.

Okres wojny

 

/ Źródło zdjęcia; Cezary Woch Józefa Gimon wśród rodziny Sobolewskich

Nie pamiętam zbyt dobrze okresu wojny i momentu jej wybuchu, ale ona jakby trochę ominęła Gudziszki. Nie było w nich jakichś aresztowań i rozlewu krwi, ale przypominam sobie kilka zdarzeń które były z nią związane. Tuż przed wybuchem wojny wyludniły się zupełnie Rudziszki zamieszkane całkowicie przez Żydów. Bogaci Żydzi wiedzieli co się święci i zawczasu wyemigrowali za granicę. Biedniejsi też się gdzieś wynieśli, po prostu ich „wymiotło” a w ten sposób wyludnione miasteczko częściowo zajęli Polacy. Pewnego razu, zupełnie niespodziewanie po rynku w Rudziszkach zaczęli kręcić się ruscy żołnierze. Przyszli piechotą i zachowywali się bardzo spokojnie. Nie robili nikomu żadnej krzywdy i wkrótce wynieśli się. Nawet do głowy nam nie przyszło, że ich krótkotrwały pobyt mógł być związany z wybuchem wojny! Później, ale nie jestem w stanie podać daty, przyjechali czołgami żołnierze niemieccy. Wieść lotem błyskawicy obiegła całą okolicę i wszyscy chcieli na własne oczy zobaczyć tych Niemców i osobiście przekonać się jak wyglądają i co to są za ludzie!? Niemcy zajęli rynek w Rudziszkach i rozłożyli się obozem. Przeglądali sprzęt, myli się korzystając z umiejscowionej na rynku studni i przygotowywali sobie jakiś posiłek. Było to bardzo porządne i zdyscyplinowane wojsko! Wszyscy byli elegancko umundurowani, przystojni i czyści, po prostu pachnący! Na kresach prości ludzie byli bardzo serdeczni i gościnni. Dziewczyny i kobiety rwały wiązanki kwiatów i dawały niemieckim żołnierzom, a ci uśmiechali się do nich i wymieniali pomiędzy sobą jakieś uwagi. Ja chociaż byłam w ciąży z drugim dzieckiem, też tam pobiegłam z naręczem polnych kwiatów… . Żołnierze byli tacy ładni i eleganccy, że „choć ty stoj i patrzaaj”! Nawet w najczarniejszych snach, nikt z nas nie przewidywał wydarzeń które miały wkrótce nastąpić! O późniejszych działaniach wojennych w tej strasznej wojnie dochodziły nas słuchy, ale szczęśliwie omijały one naszą wieś.

Nie pamiętam w którym to było roku, ale pewnego razu mój brat który pracował w tartaku w Rudziszkach, pojechał wraz z kilkoma innymi pracownikami do Wilna, po części do tartacznych maszyn. Tam został wraz z nimi aresztowany przez ruskich i zabrany do wojskowego obozu szkoleniowego w miejscowości Siemieliszki. Był to jeden ze sposobów „werbowania” Polaków do tworzonego przez nich polskiego wojska. Kiedy dowiedzieliśmy się o tym co się stało z bratem, pojechaliśmy tam tłukąc się pociągiem przez całą noc. Ludzie żyli tam w „ziemlankach” przy bardzo złym wyżywieniu, w skrajnie trudnych warunkach. Niedługo po tym brat zachorował na jakąś chorobę której objawem była straszna biegunka i wkrótce zmarł w szpitalu. Miejsce jego pochówku do dzisiaj nie jest nam znane.

W Rudziszkach była żydowska szkoła i bożnica, w której Niemcy zmagazynowali duże ilości soli. Sól wtedy była trudno dostępna, a ponieważ magazyn ten nie był prawie pilnowany, okoliczna ludność „obficie się tam zaopatrywała”, chociaż bardzo baliśmy się natknięcia na Niemców i zastrzelenia… . W końcówce wojny ruscy zrobili mobilizację i zabierali naszych chłopów do obozów wojskowych w których ćwiczyli ich i nasi razem z nimi szli na Berlin. Z naszej wsi zabrano mojego męża i wielu innych mężczyzn, którzy w ten sposób trafili do polskiego wojska. Dla wszystkich kobiet nastały jeszcze cięższe czasy, bo trzeba było wykarmić dzieci i zajmować się całą gospodarką. Po zżęciu zboża, ja z Matką zwoziłam go do stodoły takim niedużym, ręcznie ciągniętym wózkiem na drewnianych kołach. Następnie młóciliśmy go cepami, czyściłyśmy i w workach na plecach nosiłyśmy do młyna. Tak samo postępowałyśmy z gryką. Wykopane jesienią ziemniaki nosiłyśmy z pola również na plecach. Nie było sklepów i nigdzie nie można było niczego kupić. Grasowały bandyckie bandy na przemian z takimi którzy podawali się za partyzantów, ale kto to mógł wiedzieć kim byli naprawdę? Było nam bardzo ciężko… .

Mój mąż szczęśliwie przeżył wojnę i w drodze powrotnej z Niemiec wracał przez Sycowice. Będąc żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego bardzo dobrze wiedział o tym jakie losy czekają kresy wschodnie i że nie ma tam po co wracać. Miał wówczas prawo do otrzymania gospodarki na ziemiach odzyskanych jako osadnik wojskowy. Nie wiem jakie okoliczności złożyły się na to, że zdecydował się na pozostanie w Sycowicach, ale napisał do mnie list żebym czym prędzej tu przyjeżdżała, bo on do Gudziszek już nie wróci! W tym czasie uruchomione były pociągi wożące repatriantów do Polski, ale nie było to jednak takie proste, bo nowe władze postawiły warunek, że pozostawiane na kresach ziemie musiały być jesienią obsiane zbożem. Był to dla mnie duży kłopot, bo sama nie byłam w stanie tego wykonać, a najmowanie pracowników kosztowało. W każdym bądź razie jakoś się z tym uporałam mając na względzie rychłe spotkanie z mężem i rozpoczęcie nowego życia. Najęłam „ortaja”, czyli kobietę o której już wspominałam i która poorała mi i obsiała całe pole. Z uwagi na to, że do Polski wszystkiego i tak nie mogłam zabrać, meble sprzedałam Litwinom a za to kupiłam dla dzieci i dla siebie przyzwoitą odzież, jak również zapłaciłam za wykonanie zasiewów.

Kiedy miałam już załatwione dokumenty repatriacyjne i przygotowany skromny dobytek który zamierzałam zabrać ze sobą, przyszły jakieś bandziory i obrabowały mnie ze wszystkiego co przygotowałam do wyjazdu. Pootwierali szafy i zabrali wszystko, „do ostatniej kropelki”, nawet ślubny garnitur mojego męża który zamierzałam mu zabrać. Zostaliśmy goli i bosi a z odzieży mieliśmy jedynie to co na sobie, a tu zima i jak do Polski jechać, „tak ty siadłszy płacz”! Czym prędzej musiałam coś wymyślić i zauważyłam, że z zachodu idą koleją do  Rosji transporty z „trofiejnymi” towarami, w których było dosłownie wszystko. Znając ruskich wiedziałam, że za bimber „wszystko” można było u nich wymienić. Napędziłam z sąsiadką tej gorzały, ponalewałam w baniaczki które ukryłam pod kufajką i udałam się na pobliski dworzec kolejowy. Tam bez problemu wymieniłam je na sześć pięknych wełnianych koców tak ładnych, że „choć ty stoj i patrzaaj”.

     

Józefa Gimon

 Karol Gimon, mąż Józefy

Mając taki „skarb” poszłam do krawcowej która była w naszej wsi i kazałam jej uszyć bardzo akuratne płaszczyki dla dzieci i jesionkę dla siebie. Gdzieś znalazłam stare buty do których miejscowy szewc przybił gumowe podeszwy i tak przyjechałam do Polski. Nakrycia na głowę i jakiejś lepszej sukienki niestety nie miałam. Transport kolejowy przyszedł do  Krosna Odrzańskiego, skąd następnie samochodami dowieziono nas do Sycowic. Mąż który czekał na nas na dworcu w Krośnie, na piechotę przyprowadził krowę, a samochodem zabrałam się ja z dziećmi i Matką która miała wtedy ponad 70 lat. Mężowie sióstr które przyjechały z nami, na własną rękę zaczęli szukać wolnych domów. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Gudziszek na polach leżał śnieg i była sroga zima, a tu w Sycowicach gdzie dotarliśmy 24 lutego 1946 roku było tak ciepło, że krowa którą przywieźliśmy ze sobą, chodziła spokojnie po pastwisku skubiąc zielona trawę.

P/w artykuł został wcześniej opublikowany na : http://sycowice.eu/index.php/2009/05/08/opowiadania-z-czasow-wojny/#more-466