Dzisiaj jest: 1 Grudzień 2020        Imieniny: Natalia, Blanka, Eligiusz
KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA GRUDZIEŃ1945 oraz ROK 1945

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA GRUDZIEŃ1945 oraz ROK 1945

1 grudnia 1945 roku: We wsi Hrebenne pow. Tomaszów Lubelski upowcy w lesie zamordowali Michała Humennego. Jego zwłoki znaleziono po 3 dniach ze śladami ran kłutych zadanych bagnetami i z…

Readmore..

Grudniowy  numer KSI (12/2020) wydany

Grudniowy numer KSI (12/2020) wydany

W grudniowej gazecie m.in: Odeszli na Wieczną wartę str...2 i 3Mój kresowy, dziecięcy patriotyzm str... 8Podsumowanie 100. rocznicy „Cud(ów)u nad Wisłą” z pandemią w tle (teraz i wtedy)... str. 12Obowiązek…

Readmore..

Konsulat RP w Łucku wstrzymuje rejestrację na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka

Konsulat RP w Łucku wstrzymuje rejestrację na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka

Konsulat Generalny RP w Łucku informuje, że od 23 listopada do odwołania zostaje wstrzymana rejestracja na rozmowę w celu przyznania Karty Polaka (pierwsza karta).Zgłoszenia, które wpłyną od 23 listopada do…

Readmore..

Polacy z Kazachstanu  wracają do Ojczyzny

Polacy z Kazachstanu wracają do Ojczyzny

Jak podał " Serwis Rzeczypospolitej Polskiej " (https://www.gov.pl/web/mswia/repatrianci-z-kazachstanu-przylecieli-do-polski ) W piątek 27 listopada br. do Polski przybyła grupa 168 repatriantów z Kazachstanu. Specjalny lot zorganizowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych we współpracy…

Readmore..

Po powrocie z Krzemieńca

Po powrocie z Krzemieńca

/ Kościół Jezuitów pw. śś. Ignacego Loyoli i Stanisława Kostki oraz Liceum Krzemienieckie, w tle Góra Bony z ruinami zamku; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe (domena publiczna) „Kędy wóz twój, bracie,…

Readmore..

Zuzanna Ginczanka  poetka z Wołynia

Zuzanna Ginczanka poetka z Wołynia

/ Zuzanna Ginczanka, fotografia z lat 30‑tych. Domena publiczna Zuzanna Ginczanka (właściwie Sara Polina Gincburg) uważana za jedną z najzdolniejszych poetek dwudziestolecia międzywojennego, urodziła się w Kijowie w 1917r. Jej…

Readmore..

UWAGA!!! Targi książki historycznej

UWAGA!!! Targi książki historycznej "listopad 2020"

TARGI KSIĄŻKI HISTORYCZNEJ ONLINE 26-29 LISTOPADA https://replika.eu/tytul/wirtulane_targi_ksiazki/ Targi książki historycznej, które na przełomie listopada i grudnia odbywały się w Warszawie były zawsze dużym wydarzeniem kulturalnym. Niestety w tym roku wirus…

Readmore..

Rozwój kultury naukowej i artystycznej ściśle uzależniony jest od stanu i rozwoju nauki i sztuki czystej

Rozwój kultury naukowej i artystycznej ściśle uzależniony jest od stanu i rozwoju nauki i sztuki czystej

Jakub Moroz - moderator panelu dyskusyjnego „Kultura, głupcze” podczas Kongresu Polska Wielki Projekt - wyjaśnił, iż tytuł panelu kryptonimuje po pierwsze, wagę spraw kulturalnych w życiu państwowym, w życiu narodowym,…

Readmore..

Ewa Dzieduszycka, „Podróżniczka”. Wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku

Ewa Dzieduszycka, „Podróżniczka”. Wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku

„Podróżniczka” to wspomnienia Ewy z Koziebrodzkich hrabiny Dzieduszyckiej, które przeleżały w szufladzie we Wrocławiu ponad pół wieku, nim wreszcie wypłynęły na światło dzienne. Autorka tej książki urodziła się w 1878…

Readmore..

20 listopada 1918 r. w Ustrzykach Dolnych

20 listopada 1918 r. w Ustrzykach Dolnych

/ Stanisław Maczek – Wikipedia, wolna encyklopedia Listopad 1918 r. był początkiem budowy niepodległej Polski i początkiem walki o jej wschodnie granice. Rozpoczęta w listopadzie 1918 r. ukraińsko- polska wojna…

Readmore..

„Kojdanowska Niepodległa Republika”.  Historia zapomniana

„Kojdanowska Niepodległa Republika”. Historia zapomniana

/ Dom Ludowy w Dzierżyńsku w 1932 r. Żródło wikipedia - domena publiczna W roku setnej rocznicy zwycięstwa w "Bitwie warszawskiej " warto wspomnieć o faktach nie tylko mało znanych,…

Readmore..

WIELCY LWOWIANIE  - MAURYCY ALLERHAND, LESZEK ALLERHAND

WIELCY LWOWIANIE - MAURYCY ALLERHAND, LESZEK ALLERHAND

Maurycy Mojżesz Allerhand (ur. 28 czerwca 1868 r. w Rzeszowie, zm. w sierpniu1942 r. we Lwowie) – polski prawnik, cywilista, adwokat, profesor Wydziału Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Pochodził z zamożnej żydowskiej…

Readmore..

Wołyń moja mała Ojczyzna

Napływ Polaków do zajęć poza rolniczych znacznie przyśpieszył rozwój  społeczności polskiej na Wołyniu. Rozpoczął się on jeszcze w końcowej fazie I wojny światowej.  Większość przybyłych osiadała w miastach, gdzie znalazła zatrudnienie w instytucjach związanych z funkcjonowaniem państwa, a mianowicie: w administracji państwowej i samorządowej, w wojsku i policji, w kolejnictwie, w łączności, w oświacie. Proces ten, trwający przez cały okres międzywojenny, wpłynął na powstanie nowej elity społecznej Wołynia – inteligencji, wokół której skupiała się znaczna część społeczności polskiej. Wśród przybyłych na Wołyń zaraz po zakończeniu I wojny światowej był także mój ojciec, który pochodził z Butyn (Galicja). Po powrocie z wojny (brał udział w kampanii włoskiej nad rz.

Pijawą po stronie wojsk austro-węgierskich), jako absolwent seminarium nauczycielskiego w Sokalu, został skierowany przez organizujące się władze polskie do szkolnictwa na Wołyń. W Iwaniczach poznał moją matkę Wierę z domu Szymunek, z którą w 1922 r. zawarł związek małżeński. Ojciec uczył w jednoklasowych publicznych szkołach powszechnych w powiecie włodzimierskim. Były to nie tylko z nazwy ale także w rzeczywistości jednoklasowe szkoły, w których w jednej i tej samej izbie zmieniały się w ciągu dnia uczniowie klas od 1-szej do 4-tej. W początkowym okresie obecności polskiej na Wołyniu, po ponad stuletniej niewoli politycznej, szkolnictwo wymagało odbudowy od podstaw. Stąd też, po zorganizowaniu szkoły w jednej miejscowości przerzucano ojca do drugiej, a na jego miejsce przychodził inny nauczyciel, mniej doświadczony w kontaktach z miejscową ludnością ukraińską. W ten sposób w okresie od 1919 r. do 1930 r. ojciec zorganizował szkoły i uczył kolejno w następujących miejscowościach powiatu włodzimierskiego: Iwaniczach, Chotiaczowie, Bużance, Rusnowie, Poromowie, Myszowie, Drewiniach. Były to wsie ze zdecydowaną przewagą ludności ukraińskiej. Odsetek dzieci polskich był tu bardzo niski. W najbliższej okolicy nie było kościołów i parafii rzymsko-katolickich. Stąd też Kuria Biskupia w Łucku, zgodnie z wymaganiami Prawa Kanonicznego i Ustaw Państwowych udzieliła ojcu misji kanonicznej dla nauczania religii rzymsko-katolickiej w Publicznej Szkole Powszechnej w: Chotiaczowie w roku szkolnym 1924/25, Rusnowie od 30.12.1925 r. do odwołania, Bużance od 23.10.1927 r.. Tuż przed wybuchem wojny Biskup Łucki ks. bp Szelążek pismem z dnia 18.08.1939 r. udzielił ojcu misji kanonicznej dla nauczania religii w Publicznej Szkole Powszechnej w: Drewiniach, Iwaniczach, Myszowie, Romanówce, Żdżarach ważne aż do dnia 30.06.1942 r.
Większość lat do 1939 r. przeżyliśmy w Iwaniczach, z wyjątkiem lat od 1928 do 1930 roku, kiedy mieszkaliśmy w Ochłopowie (pow. horochowski), a potem w Beresteczku, w związku z powołaniem ojca na stanowisko dyrektora dziecięcej Ochronki Państwowej. Iwanicze to była rozległa miejscowość obejmująca Stare i Nowe Iwanicze oraz stację kolejową Iwanicze. W Iwaniczach Starych mieszkali głównie Ukraińcy. W Iwaniczach Nowych przeważali Czesi, którzy przybyli tu po powstaniu styczniowym jako koloniści, osadzeni przez władze carskie na ziemiach majątku p. Iwanickiego, które skonfiskowano za jego udział w powstaniu. Polacy byli tu nieliczni, zgrupowani przeważnie przy stacji kolejowej (kolejarze) i młynie (pracownicy i urzędnicy). Według danych zaczerpniętych z pracy dyplomowej Zygmunta Stańskiego p. t. „Monografia gminy Poryck”, wykonanej w grupie Agronomii Społecznej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie w 1935 r. w Katedrze prof. Grabskiego, przekrój narodowościowy Iwanicz przedstawiał się następująco: w Iwaniczach Starych na 1247 mieszkańców było 1033 Ukraińców, 123 Żydów, 70 Polaków, 15 Czechów i 6 Rosjan; w Iwaniczach Nowych – 169 Czechów, 64 Żydów, 55 Polaków, 33 Ukraińców i 1 Rosjanin; przy stacji kolejowej mieszkało 90 Polaków. Procentowo na ogólną liczbę 1659mieszkańców Iwanicz Polacy stanowili tylko 12%, Ukraińcy – około 64%, Czesi około 12%, Żydzi – około 11%, Rosjanie – mały ułamek 1%. Większość położonych w promieniu 5-6 km sąsiednich wsi to wsie ukraińskie. I tak: na północy leżały czysto ukraińskie wsie Drewinie, Myszów i Szczeniatyn Mały; na południu – czeska wieś Dolinka i mieszana ukraińsko-polska kolonia Romanówka o przewadze ludności ukraińskiej; na południowym zachodzie – czesko-polska kolonia Zygmuntówka o przewadze ludności czeskiej, i tuż za nią polska kolonia Gurów; na zachodzie – polska kolonia Nowiny. Najbliższa parafia rzymsko-katolicka, do której należały Iwanicze, była we wsi Zabłoćce oddalonej o około 7-8 km. Raz w miesiącu przyjeżdżał do Iwanicz ksiądz i odprawiał Mszę św. w małym drewnianym kościółku położonym w pobliżu stacji kolejowej. Z tego okresu pamiętam następujące zdarzenie. Było to w 1935 r. przed Wielkanocą. Ksiądz katolicki w czasie Mszy św. ogłosił, że ze względu na trudności wyspowiadania wszystkich chętnych, poleca udać się do spowiedzi wielkanocnej do cerkwi prawosławnej w Iwaniczach Starych. Wiem, że wiele osób tak postąpiło, między innymi i ja, który ten jeden raz w życiu spowiadałem się u prawosławnego „batiuszki” i przyjmowałem komunię według obrządku kościoła prawosławnego. Wspominając po latach to zdarzenie przychodzą mi na myśl wysiłki Papieża Jana Pawła II  zmierzające do ścisłej współpracy obu kościołów oraz trudności i brak zrozumienia jakie pojawiają się na tej drodze ze strony hierarchów kościoła prawosławnego. Wówczas przedstawiciele najniższych ogniw w hierarchii obu kościołów odważnie podjęli decyzję, która nie tylko nie zaszkodziła kościołom, ale mogła przyczynić się do lepszego współżycia ludności na tym terenie.
Nasz dom stał w odległości około pół km od czeskich Iwanicz, na prawie zupełnym pustkowiu wśród pól uprawnych i łąk. Wokół domu był duży sad, rosły krzewy porzeczek, agrestu i malin, a przed frontem domu ojciec posadził niewielkie poletko świerków. Od reszty wsi oddzielał nas pas łąk biorących początek między Gurowem i Nowinami, ciągnących się aż do Porycka. Środkiem łąk płynął z zachodu na wschód niewielki strumyk o nazwie Tatarka, którego wody łączyły się z rz. Ługą mającą swoje źródła gdzieś za Zawidowem w rejonie Kołpytowa i Pustomyta. Na wiosnę łąki zieleniły się przybrane różnobarwnymi kwiatami, tworząc piękny obraz budzącej się do życia i rozwijającej przyrody. A kiedy zakwitły sady wiśniowe, to z naszego podwórka wieś czeska i inne wsie w dali wyglądały tak, jakby całe otulone były śnieżnym białym całunem. Są to niezapomniane do dziś moje wrażenia.  
Naukę rozpocząłem w Jednoklasowej Publicznej Szkole Powszechnej w Iwaniczach Nowych i w 1935 r. ukończyłem cztery oddziały (tak się wówczas nazywały). Na tym skończyła się moja edukacja na wsi, a szkoły 7-mio klasowe były tylko w miastach. Kontynuowanie nauki wiązało się zatem ze znacznymi kosztami związanymi z opłatą internatu lub t. zw. stancji. Dalszą naukę musiałem przerwać, gdyż w tym czasie rodzice budowali dom, i nie starczało już na moją edukację. W ciągu 1935/1936 r. ojciec przygotowywał mnie prywatnie z zakresu 5-tej klasy i w 1936 r. zdałem jako ekstern egzamin, po czym zostałem przyjęty do 6-tej klasy siedmioklasowej Publicznej Szkoły Powszechnej w Porycku, którą ukończyłem w 1937 r. z ogólnym wynikiem bardzo dobrym. Następnie po zdaniu z wyróżnieniem egzaminu do Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu Wołyńskim uzyskałem stypendium, co otwierało mi drogę do dalszej edukacji. Od tego czasu stałem się gimnazjalistą i dumnie chodziłem w obowiązującym wówczas mundurku z niebieską tarczą nr 706 na prawym ramieniu. W podobny sposób postępowali również inni mieszkańcy Iwanicz i okolicy, pragnący kształcić swoje dzieci. Była to jedyna droga w tych czasach do nauki, ale nawet na to nie wszystkich było stać.
Z Iwanicz do Włodzimierza było 26 km, ale miałem dogodne połączenie kolejowe. Ze stacji kolejowej w Iwaniczach codziennie kursował w dni powszednie pociąg z wagonem szkolnym przeznaczonym tylko dla dojeżdżających uczniów. O godz. 7-mej rano wyjeżdżał z Iwanicz, we Włodzimierzu był o 7.30, a o godz. 15-tej wracał do Iwanicz. Kiedy wspominam te dwa lata dojeżdżania do gimnazjum muszę przyznać, że tak szkoła jak i kolej starały się stworzyć dogodne warunki dla uczącej się młodzieży, przy czym zwracano wielką uwagę na zachowanie się jej nie tylko w szkole, ale i poza szkołą. Miało to w moim odczuciu duży wpływ na wychowanie i kształtowanie  charakteru i postaw obywatelskich młodzieży.
Warunki dojazdu do gimnazjum nie były dla mnie tak proste i łatwe, jakby się to się wydawało. Do stacji kolejowej miałem 3 km, we Włodzimierzu od stacji do gimnazjum było około 1,5 km, zatem codziennie musiałem pokonać w sumie około 9 km. Do domu wracałem około godz. 17-tej i na odrabianiu lekcji kończył się mój uczniowski dzień. Najgorzej było w okresie zimy, która na Wołyniu była zazwyczaj mroźna i śnieżna a dzień taki krótki, że wychodziłem z domu i wracałem, kiedy było ciemno. Wiosną i jesienią, kiedy rozmokły drogi spotykały mnie innego rodzaju utrudnienia. W takie dni, zanim dotarłem do stacji, buty miałem tak zabłocone, że trzeba było je dosłownie oskrobać z błota (do tego celu służył drewniany nóż) i wytrzeć szmatką. Jednak nigdy nie narzekałem na trudne warunki, byłem świadomy tego, że muszę się uczyć. Nauka mnie pociągała bardzo, a rodzice czynili wszystko, aby dać mi odpowiednie wykształcenie. Ja, po cichu marzyłem zostać lekarzem. W takich warunkach wytrwałem do 1939 r. i otrzymałem świadectwo ukończenia drugiej klasy gimnazjum z wynikiem bardzo dobrym.
Od najmłodszych lat wychowywany byłem na tradycjach walk powstańczych, a zwłaszcza powstania styczniowego 1863 r. Ojciec świetnie znał historię Polski, umiał barwnie i interesująco opowiadać o bohaterskich walkach Polaków o niepodległość. Z wielkim zainteresowaniem poznawałem bliską jeszcze wówczas historię utworzenia i walk Legionów Polskich i odzyskanie niepodległości w 1918 r. Byłem wprost zafascynowany osobą Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego życiorys i działalność znałem w szczegółach. Dom i szkoła, a zwłaszcza gimnazjum ukształtowały we mnie poczucie głębokiego patriotyzmu i oddania Ojczyźnie. Ale obce mi były zawsze poglądy skrajnie narodowe czy szowinistyczne wobec innych narodowości. Rosłem i rozwijałem się wśród młodzieży czeskiej i ukraińskiej, miałem też kolegów Żydów. Żyliśmy zgodnie, organizowaliśmy wspólne wieczorki i zabawy, śpiewaliśmy dumki i romantyczne pieśni ukraińskie, a także melodyjne pieśni czeskie. Nie było między nami jakichkolwiek nieporozumień, które wynikałyby z racji pochodzenia lub narodowości. W domu byłem wychowywany w duchu szacunku dla każdego człowieka bez względu na narodowość. Przykładem był dla mnie mój ojciec, który z szacunkiem i zrozumieniem odnosił się do ludzi bez względu na narodowość, pochodzenie czy wyznanie. Był bardzo tolerancyjny w stosunku do ludzi o innych niż on poglądach, jeżeli wynikały one z głębokiego przekonania a nie tylko ze względu na doraźne korzyści. Takie stanowisko promieniowało na otoczenie, było przykładem zachowania i postępowania w kontaktach międzyludzkich. Ojciec uważał, że jako nauczyciel, powinien służyć pomocą ludziom potrzebującym, i to realizował w praktyce. W swojej pracy oświatowej uwzględniał potrzeby zróżnicowanej pod względem narodowościowym społeczności miejscowej. Na przykład: kiedy organizował przedstawienia zawsze dobierał trzy jednoaktówki w językach: polskim, ukraińskim i czeskim. Służył także pomocą ludności ukraińskiej w załatwianiu różnych spraw bieżących. Do ojca zgłaszali się Ukraińcy, nawet z odległych znacznie miejscowości, szukając porady w trudnych nieraz sprawach wynikających z kontaktów z władzami administracyjnymi, czy sądami. Zawsze mogli liczyć na dobrą radę, napisanie podania lub prośby do odpowiednich władz. Robił to bezinteresownie, nie brał żadnej zapłaty, uważał bowiem to za swój obywatelski obowiązek. Zyskiwał w ten sposób szacunek i poważanie, był znany i szanowany w całej okolicy, cieszył się dużym autorytetem wśród miejscowej ludności. Jestem przekonany, że taka postawa ojca i stosunek do ludzi miała wpływ na uratowanie życia całej naszej rodziny w czasie krwawych wydarzeń wołyńskich.

Wakacje w 1939 roku spędziłem w domu rodzinnym w Iwaniczach Nowych, pomagając rodzicom w żniwach. Lato było niespokojne, dochodziły do nas różne wieści o zbliżającej się wojnie z Niemcami. Specjalnie nie przejmowałem się tym, wierzyłem w siłę naszego wojska i pomoc naszych zachodnich sojuszników. Wiarę tę wyniosłem z patriotycznego wychowania w domu i Gimnazjum. Pamiętam, z jaką uwagą w Gimnazjum śledziliśmy z kolegami narastanie konfliktu między III Rzeszą Niemiecką i Polską. Każdą wiadomość o pogróżkach płynących z Niemiec przyjmowaliśmy spokojnie, wierząc bezgranicznie w zapewnienia naszych władz o gotowości do odparcia każdej agresji. W myślach każdy z nas zastanawiał się przy tym, jaki będzie nasz udział  w wojennych wydarzeniach, jeżeli do nich dojdzie. Wychowywani na tradycjach bohaterskich walk Legionów o niepodległość, z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość. Mojego optymizmu w tych sprawach nie podzielał ojciec. Jako uczestnik I wojny światowej wiedział dobrze, że wojna to nie wojenka z opowiadań o bohaterach i ich wyczynach, którzy dla nas młodych byli przykładem i natchnieniem do naśladowania.
1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Już w końcu sierpnia ojca powołano do pracy w komisji mobilizacyjnej, i od tego czasu nie było go w domu. Ja z kolei, 3 września otrzymałem skierowanie do pomocy u dyżurnego odcinka kolejowego na stacji Iwanicze, na miejsce pracowników, którzy odeszli do wojska. Praca moja polegała m. in. na prowadzeniu ewidencji podkładów pod tory kolejowe. Dziwiło mnie ogromnie, że każdy drewniany podkład miał swój numer i każda zmiana jego położenia była ściśle ewidencjonowana. Pierwsze moje zetknięcie się ze skutkami działań wojennych miało miejsce na początku drugiego tygodnia wojny. W pogodny słoneczny dzień nadleciały trzy samoloty niemieckie i zbombardowały stację kolejową w Iwaniczach oraz młyn z elewatorem usytuowany przy stacji. Uszkodzone zostały tory kolejowe, kilka stacyjnych budynków, dwaj pracownicy odnieśli rany. Wydarzenie to potwierdzało dochodzące do nas wieści o cofaniu się naszych wojsk pod naporem Niemców, w co dotychczas nie bardzo chciałem wierzyć. Kłóciło się to z moimi  oczekiwaniami rozwoju sytuacji na froncie. A jednak... Pod koniec drugiego tygodnia wojny wrócił ojciec i zabrał mnie do domu. Był to początek końca spokojnych i beztroskich dni w wolnej Ojczyźnie.