Dzisiaj jest: 23 Październik 2020        Imieniny: Marleny, Edwarda, Seweryna
„Świadectwa prawdy tamtych dni” 1939-1941r.

„Świadectwa prawdy tamtych dni” 1939-1941r.

17 września 1939 r. wojska radzieckie bez wypowiedzenia wojny przekroczyły granicę Polski. Był to niespodziewany bezprawny napad na naszą ojczyznę. W ciągu 15 miesięcy z polskich Kresów zesłano przynajmniej dziesięć…

Readmore..

ŚLADAMI SŁÓW SKRZYDLATYCH  RZECZ O BOŻENIE RAFALSKIEJ

ŚLADAMI SŁÓW SKRZYDLATYCH RZECZ O BOŻENIE RAFALSKIEJ

Lutnią obudziłaś drzemiący świat I w jednej struny chwili Stałaś się opoką dźwięku Byłaś i trwałaś wiernie Swojej Ojczyźnie, Miastu swemu Semper fidelis Tyś zwieńczona I w Trójcy Świętej Jedynemu

Readmore..

Panienko Najświętsza, powróć nas z Sybiru do Ojczyzny Naszej!

Panienko Najświętsza, powróć nas z Sybiru do Ojczyzny Naszej!

/ źródło zdjęcia: Halina Paszkowska Nazywam się Halina Paszkowska i urodziłam się jako jedynaczka 1 sierpnia 1933 roku w Warszawie. W 1937 roku wyjechaliśmy na wschód na Polesie, do miejscowości…

Readmore..

 Alfabetyczny spis miejscowości Kresów Południowo-Wschodnich z roku 1939    Litera T i U

Alfabetyczny spis miejscowości Kresów Południowo-Wschodnich z roku 1939 Litera T i U

Litera T Tabaczuki, futor, gm. Krupiec, pow. Dubno Taboreszti, gm. Tyszkowce, pow. Horodenka, obok Czortowiec Taborzyska, gm. Oleszów, pow. Tłumacz, obok Kłubowce, Ostrynia Tadanie, wieś i dwór, gm. Kamionka Strumiłowa,…

Readmore..

„Oszmiańskie historie”

„Oszmiańskie historie”

/ Dom Spółdzielni Spożywców „Społem” w Holszanach zbudowany w 1922 r. staraniem Pawła Wojnickiego. Foto: zbiory ks. Mariana Wojnickiego Powiat oszmiański za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów był największym z powiatów…

Readmore..

Mjr Feliks Jaworski.  Zapomniany bohater wojny polsko-bolszewickiej  1918-1920

Mjr Feliks Jaworski. Zapomniany bohater wojny polsko-bolszewickiej 1918-1920

W południe 16 sierpnia 1920 roku do Radzynia wkroczyła jazda majora Feliksa Jaworskiego, wyzwalając miasto spod władzy bolszewików, wypierając jednostki Grupy Mozyrskiej w kierunku Łukowa i Mordów. Po drodze w…

Readmore..

PRZEMILCZANA ZBRODNIA LUDOBÓJSTWA

PRZEMILCZANA ZBRODNIA LUDOBÓJSTWA

Z dr Lucyną Kulińską rozmawiał Janusz Paluch "Rozmowy o Kresach i nie tylko" Kraków 2010 Małe wydawnictwo. Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2008 roku. Na temat zbrodni nacjonalistów ukraińskich na Polakach…

Readmore..

Wspomnienia Mikołaja Zubika  cz. III – bitwa pod Lenino

Wspomnienia Mikołaja Zubika cz. III – bitwa pod Lenino

/ źródło zdjęcia: Mikołaj Zubik Po czasie w głodzie i chłodzie przed zachodem słońca pociąg zatrzymał się na polach Baszkirii, gdzie nas wyładowano. Poszczególne kompanie ruszyły pieszo po zasypanych śniegiem…

Readmore..

Ze wschodniej rubieży Wołynia na zachód. Wspomnienia partyzanta OP. „Bomby”

Ze wschodniej rubieży Wołynia na zachód. Wspomnienia partyzanta OP. „Bomby”

/ Kpt. Władysław Kochański „Bomba” 8 lipca 1943 r. Inspektor rówieński Armii Krajowej, kpt. Tadeusz Klimowski ps. "Ostoja" skierował w rejon Kostopola kapitana Władysława Kochańskiego ps. "Bomba" vel "Wujek" z…

Readmore..

Moje Kresy – Alfred Michalak  cz.4

Moje Kresy – Alfred Michalak cz.4

/Brzeg 1950 Szkoła Zawodowa ul.Młynarska,Alfred ze szkolnym zespołem ludowym Ostateczne i całkowite oczyszczenie Lwowa z Niemców nastąpiło w nocy z 27 na 28 lipca, ale już bez udziału żołnierzy Armii…

Readmore..

Skąd nasz ród?  „Jarosławska Księga Kresowian.

Skąd nasz ród? „Jarosławska Księga Kresowian.

 Kilka dni temu postanowiłem trochę pobuszować w internecie w poszukiwaniu wspomnień Kresowian, których jeszcze nie czytałem. Ku mojemu zaskoczeniu natrafiłem na "Jarosławską Księgę Kresowian". Muszę się przyznać, że nie miałem…

Readmore..

Opowieść o Erneście Malinowskim patriocie, projektancie i budowniczym Centralnej Kolei Transandyjskiej

Opowieść o Erneście Malinowskim patriocie, projektancie i budowniczym Centralnej Kolei Transandyjskiej

/ Ernest Malinowski, ok. 1890 r.autor nieznany Fotografia peruwiańska Kresy I Rzeczypospolitej sięgały dzisiejszych ziem Ukrainy, Białorusi i Litwy. Miały dla Polski olbrzymią wartość nie tylko obronną, ale przede wszystkim…

Readmore..

Wspomnienia Mikołaja Zubika cz. III – bitwa pod Lenino

/ źródło zdjęcia: Mikołaj Zubik

Po czasie w głodzie i chłodzie przed zachodem słońca pociąg zatrzymał się na polach Baszkirii, gdzie nas wyładowano. Poszczególne kompanie ruszyły pieszo po zasypanych śniegiem drogach do niedalekiego miasteczka Iszynbajew, rozbudowanego na prawym brzegu rzeki Białej u stóp gór Uralskich. Jest to Baszkirska ASRR, stolica Ufa. Tu o zmroku wprowadzono nas do wielkiej klubowej sali, z której wywoływano poszczególne kompanie do pobliskiej łaźni. Z powodu tak licznej grupy ludzi do kąpieli, kolej na moją drużynę wypadła około godziny 4-5 następnego dnia. Po tej kąpieli wyprawiono nas do tatarskiej wioski Ałagwat, gdzie dotarliśmy o wschodzie słońca. Tu porucznik wyznaczył mi jedną z ulic, na której miałem zakwaterować swą drużynę. Wieś Ałagwat oddalona była o ok. 12 km od miejsca, gdzie miała powstać rafineria i tą trasę musieliśmy pokonywać co dnia. Tu była mordercza praca, odległość do miejsca pracy, słabe odżywianie, wysokie normy pracy, mróz dochodzący do minus 55 stopni, śniegi, słabe umundurowanie – to wszystko razem wzięte obniżało wydajność pracy.

Za niewykonanie normy obniżano i tak niską normę chleba z 600g do 500g, a przy tym znowu pojawiły się wszy, a na kwaterach pluskwy nie dawały spokojnie odpocząć. Po pewnym czasie ogłoszono, że roboczy batalion zostaje rozwiązany (to jest zdemobilizowany). Wielu z nas było zadowolonych z tej decyzji, że uwolniono nas spod żelaznego rygoru dyscypliny wojskowej. Słowa „wolno-najomny” zrozumieliśmy dosłownie, ze my pozostajemy przy tej pracy nadal z własnej i niewymuszonej woli, a jeśli ta praca nam nie odpowiada, mamy prawo podjąć pracę, gdzie uważamy za wskazane. Było to nasze rozumowanie poszczególnych ludzi, jednakże z punktu prawa władz Kraju Rad, jak się potem okazało w praktyce, wyglądało to inaczej. Tu każdy obywatel był pozbawiony prawa dysponowania swoją osobą wedle własnego rozumu, nawet w cywilu. Na tym tle znaleźliśmy się w kolizji z prawem, a konsekwencje dla nas były bardzo dotkliwe. Po rozwiązaniu RB wielu pracowników rozpoczęło poszukiwania innej pracy, i nie chodziło tu o zarobek, lecz tylko o możliwie większy kawał chleba, ażeby nie umrzeć z głodu przy tej morderczej pracy. Za namową kolegi Pawła Bebki, rodem z Wołynia, postanowiliśmy wyjechać do miejscowości, gdzie pracowaliśmy krótko w kołchozie, poprzednio obok Bezenczuka, we wsi Wasylówka. Tu karmiono nas do syta, a wielu chłopaków nasuszyło sobie sucharów na czarną godzinę. W tym celu pewnego dnia na początku marca 1942 ruszyliśmy w drogę pieszo do miasta Czkałowa, skąd pociągiem mieliśmy dojechać do zaplanowanego miejsca pracy. Kiedy znaleźliśmy się na ulicach miasta, spotkała nas przykra niespodzianka – spotkanie z milicjantem, który nakazał nam iść za nim w „raj-NKWD”, celem wyjaśnienia sprawy. Tu spisano nasze oświadczenie, dokąd w jakim celu itd. Po tym wyprowadzono nas do innego pomieszczenia, przeprowadzono rewizję naszych kieszeni, a plecaki nasze zatrzymano, nas zaś zaprowadzono do aresztu. Kiedy przyniesiono nam plecaki okazało się, ze zabrano od nas połowę chleba, tytoń i jeszcze inne drobnostki. Tu nas trzymano przez dwa tygodnie. Na śniadanie dostawaliśmy 0,5 litra zagotowanej wody, na obiad miseczkę zupy, a na kolację 300 gram chleba i gotowaną wodę. Po dwóch tygodniach przewieziono nas do więzienia powiatowego do miasta Sterlitomock, gdzie trzymano nas 3 miesiące. Po tym okresie zawieziono nas samochodem do Iszynbajewa, jako więźniów i umieszczono w JJK, co oznaczało poprawczy obóz pracy. Prowadzono nas do pracy pod bronią i co rusz czytano regulamin „krok w lewo czy prawo liczy się jako ucieczka, w tym wypadku będziemy strzelać”. Wyżywienie pogorszyło się, a norma wykonywanej pracy zwiększyła się. Tłumaczono nam, że my jesteśmy tylnym frontem, a lotnictwo kraju czeka na benzynę z rafinerii, którą budujemy. Maszyny do wspomnianej rafinerii przychodziły, jak mi wiadomo, z Ameryki do Murmanska statkami, a stamtąd pociągami na Ural. Tu potężne skrzynie z maszynami wyładowywaliśmy ręcznie. Przy tej morderczej pracy ludzie masowo zaczęli chorować na szkorbut i dyzenterię. To było straszne – ludzie padali, jak przysłowiowe muchy, dziennie ginęło kilkanaście osób. Nagie trupy wynoszono na kocach i poprzez otwarte drzwi wrzucano do ziemianki. Tutaj te zwłoki czekały na wywiezienie ich na cmentarz, a odbywało się to w następujący sposób: przeważnie nocą specjalna brygada ładowała tych ludzi (były to tylko skóra i kości) na sanie tyle, ile koń mógł pociągnąć, przywiązywano sznurem i w drogę na cmentarz, gdyż z powodu zasp śnieżnych nie dawało się podjechać blisko wykopanej jamy. Brygada brała ze sobą drut, po środku drutu wiązano zmarłego za szyję czy też nogi i stojący przy jamie ludzie ciągnęli umarłego, tu odwiązywali i wrzucali do grobu. Straszny widok – ja mając 32 lata nie słyszałem o czymś podobnym. Ja pracując jako więzień nie wiedziałem za jakie przewinienie. Ale w końcu dowiedziałem się, jak pewnej nocy około północy obudzono mnie na sąd. Kiedy doprowadzono mnie do komendantury tu siedziało dwóch „enkawudzistów”, oni to właśnie odczytali mi wyrok: „za samowolne opuszczenie pracy dnia tego to, skazuje się tego to na karę 5 lat pobytu w JJK” z rosyjskiego isprawitelnaja trudowaja kołona. Tak wyglądały prawa kraju sprawiedliwości społecznej. Wielu ludzi mówiło sobie: „nie o takie prawa walczyli rewolucjoniści 1917 roku”. Ale Ojciec Narodów i jego poplecznicy tego chyba nie rozumieli. W tej sytuacji w swoim czasie piszę pismo do Moskwy z prośbą o zwolnienie i skierowanie mnie na front. Po czasie otrzymałem odpowiedź negatywną – rzekomo Moskwa nie decyduje w tej sprawie, jest to sprawa stolicy Baszkirii czyli Ufy. Po zwróceniu się do wskazanych mi władz Ufy tu załatwiono sprawę pozytywnie i nakazano skierowanie mnie na komisję poborową do miasta Sterlitomak. Komisja uznała, że jestem zdolny do służby wojskowej i skierowano mnie na punkt zborny do Ufy. Stąd po kilku dniach oczekiwania odjechaliśmy do Kielc nad Oką, do 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Takie przeżycia miałem w Kraju Rad. Rozmawialiśmy po polsku, to przynosiło nam wielką radość, bo przypominało Ojczyznę. Każdego dnia było nas coraz więcej, rodacy przybywali z różnych stron w pojedynkę i grupami, ci którzy chcieli walczyć za Polskę. W polskiej armii!
W Riazaniu na stacji kolejowej Diwowo, gdzie zatrzymał się nasz pociąg, zobaczyliśmy ku ogromnej radości polskich żołnierzy w rogatywkach i nowych mundurach. Zrobiło się gwarno: powitania, radość, pytania o pochodzenie – „Chłopaki! Może ktoś z was jest z Białegostoku? Albo z Lublina?!” Były to bardzo radosne spotkania – po powitaniu.
Skierowano nas do obozu nowo formowanej dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Dotarliśmy tam na drugi dzień w południe. Po obiedzie rozlokowaliśmy się w namiotach „przejściowych”. Tu spośród nas oficerowie wybierali sobie żołnierzy do poszczególnych kompanii. Ja trafiłem do drugiego batalionu, drugiej kompanii fizylierów. Dostałem umundurowanie i „pepeszę”.
O zachodzie słońca ogłoszono alarm w pełni bojowej gotowości. W jednostce pancernej zaryczały silniki czołgowe, dodawały nam one odwagi, a w boju były naszą osłoną. Po wydaniu komendy, kompania za kompanią, ruszyliśmy na południe. Na skraju lasu powitała nas dziarskim marszem dywizyjna orkiestra. Maszerowaliśmy całą noc, a o świcie zatrzymały nas strzały artylerii i karabinów maszynowych, odpowiedzieliśmy na nie zdwojonym ogniem, po godzinnej strzelaninie nieprzyjaciel wycofał się. Strat w ludziach nie było, wroga goniliśmy aż do południa. Koło południa zarządzono przerwę na odpoczynek. Kuchnia polowa wydała obiad, a śniadanie kucharze mówili, że „spisali na straty”. Wkrótce opuściliśmy nasz obóz w Siedlcach nad Oką. Tym razem już na zawsze. Podróż na front odbywaliśmy pociągami i pieszo. Nocami pokonywaliśmy 30 do 40 km, a dniami odpoczywaliśmy w lasach. W międzyczasie rozchorowałem się i miałem wysoką temperaturę. Mój kolega Józef Sypko powiadomił o tym porucznika Aleksandra Trofimowicza. Ten zabrał mnie do szpitala polowego. Po zbadaniu przez lekarza i zaaplikowaniu leków umieszczono mnie na noszach w leśnym szpitalu. Od tej pory Aleksander został moim przyjacielem, aż do ostatniego dnia pamiętnej walki pod Lenino.
W drodze na front mój przyjaciel Aleksander Trofimowicz cierpiał na bóle reumatyczne, radziliśmy mu udać się do lekarza, ponieważ bóle były tak silne, że często musieliśmy go prowadzić pod obie ręce jak małe dziecko. Aleksander nie zgadzał się na pójście do lekarza tłumacząc, że musi zemścić się na wrogu za rodzinę głodującą w oblężonym Leningradzie. Pochodził on z Leningradu, należał do grupy oficerów polskiego pochodzenia przydzielonych nam z Armii Czerwonej. Polskiego pochodzenia był również dowódca kompanii por. Siminowicz. Po przybyciu do naszej dywizji oficerowie ci bardzo intensywnie uczyli się języka polskiego. Ja w tym czasie miałem już opanowany język rosyjski, którego nauczyłem się jeszcze na Uralu. W związku z tym byłem często tłumaczem i pośrednikiem, a często nauczycielem.
Zbliżaliśmy się do frontu. Coraz częściej spotykaliśmy się ze skutkami wojny: zgliszcza, świeże mogiły. Przy szosie Smoleńsk – Warszawa zobaczyłem po raz pierwszy zabitego niemieckiego oficera. Słychać było odległe strzały armatnie. W jednej z mijanych wsi widzieliśmy jeńców faszystowskich. Trzęśli się oni z zimna, a może i ze strachu. Rosjanie wskazując na nas mówili: Wot fricy, eto Polaki, oni wam toże datut za swojo.
Dotarliśmy do jakiejś wsi. Po krótkim odpoczynku o trzeciej nad ranem był alarm. Około godziny jedenastej 10 października 1943 r. nastąpił wymarsz na front. Czuliśmy, że jest on bardzo blisko, niemal „czuło się proch”, wystrzały były już bardzo wyraźne. Ale niepisane było nam pójść od razu w bój. Przenocowaliśmy jeszcze jedną noc pod osłoną chłopskich chałup we wsi Mojsiewo.
11 października o godz. 10-tej grupami ruszyliśmy przez płytki wąwóz na linie wyjściowe do natarcia. Po godzinnym, bardzo ostrożnym marszu zatrzymaliśmy się. Przed nami na niewielkim wzgórzu widniała wyludniona wieś Sysojewo, po której gdzieniegdzie wałęsały się wyjące ze strachu psy. Okopaliśmy się po dwóch, trzech w jednym okopie i czekaliśmy na rozkazy. Po południu gen. Berling i płk. Czerwieński wizytowali naszą kompanię. Szli spokojnie nie zwracając uwagi na pojedyncze wystrzały karabinowe. Wkrótce po tym jakaś zabłąkana kula trafiła i przeszyła hełm siedzącego tuż obok mnie kolegi. Była ona jakby ostrzeżeniem, że na froncie wszędzie czyha śmierć.
O zachodzie słońca dowódca kompanii wezwał dowódcę plutonu i kilku żołnierzy. Rozkazał im wykopać i zamaskować na pobliskim wzgórzu transzeje, które miały być punktem obserwacyjnym. Przed północą rozkaz był wykonany. Noc z 11 na 12 października 1943 r. była stosunkowo spokojną, tyle że nam żołnierzom wydawała się nieskończenie długa. Wiedzieliśmy, że o świcie 12 października czeka nas „chrzest bojowy” – tu na ziemiach Lenino.
Rankiem rozpętała się strzelanina, która po kilku godzinach przycichła, zrobiło się spokojnie. W gęstej zasłonie kurzu w czasie strzelaniny nie było widać nawet sąsiada w okopie. Pozostawała jednak świadomość, że wróg jest przed nami, na co wskazywały błyski wystrzałów skierowanych w naszą stronę.
Około godziny 10-tej tegoż samego dnia zawyły nasze katiusze. Ogniste pociski katiusz, ogłuszający, nieprzerwany huk artylerii i karabinów maszynowych, sprawiał wrażenie, że na ziemi rozpętało się piekło. Po huraganowym ogniu artylerii padł rozkaz: „Do ataku”. Rozsypaliśmy się w tyralierę, wbiegliśmy na wzgórze. Tutaj znaleźliśmy się jak na dłoni w stosunku do linii ognia nieprzyjaciela. Przed nami znajdowało się pochyłe zbocze wzgórza. Dalej w odległości 100 m bagnisty brzeg i ta cholerna Miereja, w której każdy z nas musiał się kąpać przed śmiercią. Za Miereją było drugie wzgórze, tam okopali się Niemcy i strzelali nie szczędząc nam ołowiu. Porucznik Trofimowicz ranny w nogę ze słowami na ustach „Naprzód! i Naprzód!” zwalił się na ziemię, a potem bezwładnie osunął się na dno głębokiego leja.
Sforsowaliśmy Miereję, dopadliśmy niemieckich okopów, wielu z nas zginęło w tym szturmie. Prawe skrzydło wroga osłabło, ale z lewego bili niemiłosiernie. Nasi wypatrywali gniazda nieprzyjaciela i likwidowali je. Na polu boju krzyki rannych z prośbami o pomoc. Czołgając się spytałem kolegów czy wszyscy żywi, okazało się że porucznik Siminowicz zabity, innego towarzysza broni pocisk przeszył wyrywając mu kawał szczęki.
Z prawej strony obok mnie podniósł się Józek Sypko, skierował się w moją stronę mówiąc: „Żebyśmy tu mieli chociaż jeden czołg”, gdy pociski lecące jak świetliki trafiły go. Zdążyłem tylko krzyknąć: „Padnij, biją do ciebie!!!” Józek upadł dwa metry ode mnie. Żył jeszcze, prosił o pomoc.
Wyczołgałem się z przekopanej bruzdy i ciągnąłem go, odpiąłem mu płaszcz i marynarkę, wtem nieopodal rozległ się wybuch pocisku artyleryjskiego. Poczułem szarpnięcie za plecak. Jak się potem okazało odłamek pociął mi tylko odzież w plecaku.
O zmroku opatrzyłem jeszcze jednego kolegę, który dostał z tyłu obok nerki. Kula wylatując wyrwała mu kawał ciała w brzuchu. Wieczorem posuwaliśmy się nadal do przodu, w okopach niemieckich leżało pełno trupów. Wskakując do głębokiej niemieckiej transzei pod stopami poczułem martwe ciało. Niemcy wycofali się. Wschodząca jasna tarcza księżyca pomagała nam dojrzeć wroga. Rozlegały się pojedyncze strzały i krótkie serie automatów. To nasi poganiali uciekających, klnąc półgłosem, ci z kolei powtarzali bez przerwy: Hitler kaput! Hitler kaput.
Nasi przeszukali okopy główne i ich odgałęzienia prowadzące diabli wiedzą dokąd. Znaleźli jeszcze jednego faszystę, który ukrywał się w jakiejś dziurze myśląc, że tam przeczeka krytyczne godziny. Uważał widać, że głowa jest droższa od honoru „wielkiego firera”. Walka ucichła, odpoczywaliśmy po ciężkim boju, tylko wiatr od wschodu przenosił jęki konających i wołania lżej rannych: Sanitariusz! Sanitariusz!. Wtedy nikt z nas nie myślał o tym, czy przyszłe pokolenia będą pamiętały o tym, co się rozegrało 12 października pod Lenino. Myślałem o piosence, którą śpiewaliśmy jeszcze nad Oką:

„Taki los przypadł nam,
że dzisiaj tu, a jutro tam.
Taki los dał nam Bóg,
Że nie wiemy gdzie nasz grób”.

Klęcząc w okopie dzieliliśmy się jednym papierosem. Nadszedł czas, aby zastanowić się, co robić z jeńcami. Jedni radzili wypuścić ich, inni posłać na tamten świat strzałem z pepeszy, ktoś rozsądniejszy poradził odprowadzić ich do sztabu. Odprowadziliśmy jeńców, rozmawialiśmy cicho. Wtem kapral z pierwszego batalionu zaczął nas zwoływać do siebie, dając tajemnicze znaki. Zebrało się nas około dziesięciu. Powiedział nam: Chłopaki, należy ostrożnie przeszukać każdy zakamarek, wszystkie odgałęzienia transzei – one prowadzą do punktów obserwacyjnych i bunkrów, w których na pewno będą jeszcze fryce. Wybrał kilku z nas i wskazał, którędy mamy iść. Ja z kolegą poszedłem na lewo od miejsca naszego zebrania. Transzeja biegła w kierunku, gdzie księżyc chylił się ku zachodowi. Kolega szedł przodem, ja z tyłu. Uszliśmy kawał drogi, w pewnym momencie wyszedłem na róg załamującej się transzei i oto zobaczyłem: kilku Niemców szamotało się z moim kolegą. Podjąłem błyskawicznie decyzję – nad głowami tej grupy puściłem serię z pepeszy. Nagle ujrzałem błysk, usłyszałem wybuch i nic już więcej nie pamiętałem. CDN.

Od redakcji: p/w materiał pochodzi ze strony: http://sycowice.eu./ , prowadzonej przez pana Cezarego Wocha i udostępniony dzięki jego uprzejmości. Na tej stronie znajdujemy informację, że autor p/w  wspomnień zmarł w 1990 roku. 25 lat po śmierci, jego córka Maryla Żurawik udostępniła zapiski i zdjęcia swojego ojca, który będąc na emeryturze od końca lat 70-tych ubiegłego wieku spisywał swoje wspomnienia. Przekazując zapiski powiedziała: Ojciec na pewno nie miałby nic przeciwko, żeby opublikować jego wspomnienia a nawet byłby zadowolony, że jego wspomnienia ktoś chce czytać.