Dzisiaj jest: 28 Wrzesień 2020        Imieniny: Marek, Wacław
Dom Kresy zaprasza na spotkanie autorskie z dr. Waldemarem Wołkanowskim

Dom Kresy zaprasza na spotkanie autorskie z dr. Waldemarem Wołkanowskim

Szanowni Państwo, tym razem audycja będzie wileńska, ponieważ przypomnimy akcję czterech premierów pod Bezdanami, a naszym gościem będzie - zapowiadany już wcześniej - Waldemar Wołkanowski, znawca i miłośnik Wilna, który…

Readmore..

Philip Marsden, „Dom na Kresach. Powrót”  i tajemnice irlandzko-rosyjsko-polskiego rodu ziemiańskiego

Philip Marsden, „Dom na Kresach. Powrót” i tajemnice irlandzko-rosyjsko-polskiego rodu ziemiańskiego

„Dom na Kresach. Powrót” angielskiego pisarza Philipa Marsdena to wspaniała, nostalgiczna opowieść o świecie, który zaginął we wrześniu 1939 r. To jedna z najpiękniejszych opowieści o polskich Kresach, jakie w…

Readmore..

”Ostatni Kmicic II RP”

”Ostatni Kmicic II RP”

Wydawnictwo „Mireki” wydało w 2013 r. książkę Marka Cabanowskiego o polskim i białoruskim dowódcy, generale Stanisławie Bułak-Bałachowiczu. Wydawca prezentuje fragmenty książki: "Jest to typowy warchoł i partyzant, lecz doskonały żołnierz,…

Readmore..

Gdy umiłowanie Rzeczypospolitej  i historii jest fikcją

Gdy umiłowanie Rzeczypospolitej i historii jest fikcją

/ Orleta Przemyskie Miejscowość Zadwórze, pamiętna rzezią Orląt polskich w 1920 roku, leży we wschodniej połaci Małopolski, na wschód od Lwowa, w pobliżu Glinian. Parafię rzymsko-katolicką w Glinianach założył król…

Readmore..

Bitwa nad Niemnem wrzesień-październik 1920 roku

Bitwa nad Niemnem wrzesień-październik 1920 roku

Opracowanie pod p/w tytułem zostało wydane w 1926 r. przez Wojskowy Instytut Naukowo-Wydawniczy w Warszawie. Opracował pułkownik Sztabu Generalnego: Tadeusz Kutrzeba. W 2018 r. Wydawnictwo "Napoleon V" wydało tą pozycję…

Readmore..

Ślady Polskości na Kresach -KARASIN KRWIĄ NASIĄKNIĘTY

Ślady Polskości na Kresach -KARASIN KRWIĄ NASIĄKNIĘTY

/ Sks. Bronisław Antoni Reroń Fot GTKRK Jest takie miejsce na Wołyniu, dzisiaj zapomniane gdzie czas się zatrzymał. Wieś schowana w lasach wśród bagien leżąca około 20 km za Maniewiczami…

Readmore..

Moje Kresy -Alfred Michalak cz.3

Moje Kresy -Alfred Michalak cz.3

/ 1953 Alfred Michalak w wojsku w Wadowicach Kierownikiem młyna w Prusach był oczywiście niemiecki urzędnik. Pracowali w nim między innymi tacy mieszkańcy Prus jak : Józef Drozd, Franciszek Preis,…

Readmore..

Z cyklu wyciągnięte z szuflady:

Z cyklu wyciągnięte z szuflady: " Przeżycia rodziny Bartoszewskich z Radowicz "

WOŁYŃ 1943 W rok 1943 wkroczyliśmy pełni smutku i napięcia. Sytuacja jaka zaistniała trzymała nas w niepewności, co dalej będzie ? Mało tego, że trzech braci: Adolf, Piotr i Antoni…

Readmore..

GRODNO,WALKI O MIASTO, HISTORIA SIERŻANTA SNARSKIEGO

GRODNO,WALKI O MIASTO, HISTORIA SIERŻANTA SNARSKIEGO

/1-Grodno nad Niemnem Grodno to urokliwe białoruskie miasto położone malowniczo nad Niemnem. W sezonie letnim wielu turystów i mieszkańców spacerowało ulicami miasta, a zwłaszcza po głównym deptaku, gdzie jest sporo…

Readmore..

Rocznica bitwy o Grodno  (20-26 września 1920)

Rocznica bitwy o Grodno (20-26 września 1920)

Bitwa o Grodno (20-26 września 1920) – w czasie wojny polsko-bolszewickiej miasto-twierdza nad Niemnem było dwukrotnie widownią zaciętych walk. Podczas bitwy nad Niemnem oddziały 2 Armii gen. Edwarda Rydza-Śmigłego (11,5…

Readmore..

Dlaczego nie wnosimy wkładu w umocnienie autorytetu Polski...

Dlaczego nie wnosimy wkładu w umocnienie autorytetu Polski...

Zajrzałam do 2. numerów Kuriera Galicyjskiego z 2019 roku. Zawartość wzbudziła moje zdziwienie i oburzenie . W tym samym numerze spotkanie z Prezydentem Dudą i Jego Małżonką i niezwykle bogata…

Readmore..

Wkroczenie Sowietów

Wkroczenie Sowietów

17 września 1939 roku o świcie wojska sowieckie przekroczyły granicę polsko-sowiecką i zaatakowały nieliczne siły polskie, stojące na straży wschodnich granic Rzeczypospolitej. Z wkraczającymi wojskami sowieckimi podjęły nierówną walkę oddziały…

Readmore..

Wspomnienia Mikołaja Zubika cz II – aż na Uralu

/ źródło zdjęcia: Mikołaj Zubik

Moja tułaczka wojenna była dla mnie tym boleśniejsza, że nigdy do dnia dzisiejszego nie opuszcza mnie myśl o ojczystych stronach, gdzie mijały me beztroskie lata. A tą drogą dla mnie miejscowością było powiatowe miasto Zaleszczyki. Miasteczko Zaleszczyki to słynne uzdrowisko – tu w swoim czasie wypoczywał marszałek Piłsudski Tu morele, winnice, pomidory, winobrania, piękne plaże na brzegach Dniestru. Należy wspomnieć, że do Zaleszczyk trzy razy w tygodniu z Warszawy biegała tzw. „Lux Torpeda”. A pensjonaty jak i plaże były zapełnione wczasowiczami. A wszystko to zburzyła bezpowrotnie wojna. Moja tułaczka, jak wielu innych, rozpoczęła się dopiero w 1941 roku.
Po napadzie Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki zostałem powołany do Armii Czerwonej już w Zaleszczykach. W Kampanii Wrześniowej nie dane mi było brać udziału, gdyż posiadałem kategorię „C”, czego nie brała pod uwagę komisja tzw. „Raj-Wojen-Komatu”. W tym samym dniu obok koszar wojskowych na placu ćwiczebnym zabierano od wieśniaków tu zwołanych konie dla wojska.

W godzinach popołudniowych wojskowi podoficerowie wyprowadzili sporą grupę nas nowo zmobilizowanych na plac, gdzie każdemu z nas przydzielono po 2 konie i nakazano jechać do miasta Czortkowa, oddalonego o ok. 30 km. Tu właśnie stacjonowała jednostka łączności do której byliśmy wcieleni.
Opuszczając me ukochane uzdrowiskowe miasto Zaleszczyki, nigdy nie myślałem, że oto ostatni raz na długie lata opuszczam tak miłe sercu memu strony, a tym bardziej, że życie nakaże mi pozostać w świecie do końca moich dni. Po wielu latach gorzkiej tułaczki i tragicznych przeżyciach wojennych, okaleczony w bitwie pod Lenino 12-13.10.1943 roku też nie przyniosło końca mej tułaczki i gorzkich cierpień. Jak pokazało życie, cierpienia przynosił ze sobą każdy dzień następny, coraz bardziej ciężki do zniesienia. Los sprawił, że tu na pobojowisku, za rzeczką Mireją i wsią Połzuchy, ja kontuzjowany dostaję się do niemieckiej niewoli.
Pisząc te wspomnienia z bólem w sercu i ze łzami w oczach przychodzą mi na myśl samowolnie zakodowane gdzieś tam myśli o latach beztroski, tam daleko w Zaleszczykach.
Wróćmy jednak do Czortkowa, gdzie był początek wszystkiego zła w moim życiu. O zmroku tegoż dnia przybyliśmy do Czortkowa, tu zabrano od nas konie, na pożegnanie mego „siwka” poklepałem po karku, nie wiedząc, że spotkamy się obydwaj dopiero w Połtawie. Po zdaniu koni zaprowadzono nas do pomieszczenia znajdującego się w podwórzu wielkiego kościoła Rzymsko-katolickiego w śródmieściu. Pomieszczenie to nie było oświetlane, gdyż tu obowiązywało już prawo wojenne – zaciemnianie. Tu nakazano nam, że nie wolno palić papierosów nawet w pomieszczeniach. Tu odczuliśmy, że jesteśmy w kleszczach prawa wojennego. Następnego dnia ostrzyżono nas i umundurowano w stare drelichy. Po kilkunastu dniach nocą ogłoszono alarm: „zbiórka i wymarsz”, ciemnymi ulicami dotarliśmy na stację kolejową Biała Czortkowska. Pamiętam że padał wtedy drobny deszcz, a my staliśmy na murawie, gdy padła komenda „Kładnij się”. Pomyślałem, że moskale zwariowali – gdzie tu się kłaść, jeśli pod nogami wszędzie woda i mokro. Ale w praktyce okazało się, że rozkaz sierżanta był święty. Po kilku dniach pobytu tutaj, naszą jednostkę załadowano do wagonów towarowych i nocą ruszyliśmy w nieznaną nam drogę. Kiedy obudziłem się następnego dnia poczułem, że mam gorączkę – to dawały o sobie znać noclegi na stacji w Czortkowie, a za oknami widniały kołchoźne łany zbóż, co oznaczało, że jedziemy na wschód. Moją gorączką nikt się nie przejmował, a sanitariusz dopiero na drugi dzień dał mi jakieś tabletki, które pomogły i gorączka ustąpiła. Nasz pociąg wlókł się bardzo powoli, gdyż na drogach kolejowych panował wielki ruch i zamieszanie. Zdarzało się, że w czystym polu staliśmy do kilkunastu godzin, gdyż stacje kolejowe były zatłoczone w obu kierunkach. Po jakimś tam czasie, nocą w ciemnościach wjechaliśmy na nieznaną nam stację kolejową, zabitą transportami do ostatniego miejsca. Był to Koziatyń. Tu w niedługim czasie syreny oznajmiły alarm przeciwlotniczy. Było to straszne, gdyż świadomość podpowiadała, a raczej przemawiała do wyobraźni, co będzie, jeśli bomby spadną na setki wagonów załadowanych amunicją, które kierowano na front. Złowrogi warkot samolotów wroga spotkały nasze potężne reflektory i artyleria przeciwlotnicza, rozlokowana gdzieś tam za miastem. Słychać było wiele eksplozji na peryferiach miasta od strony wschodniej – to było pierwsze bombardowanie, które przeżyłem ale nie ostatnie. Następnego dnia około południa wyjechaliśmy z Koziatyna w dalszą drogę, na dwutorowej drodze, coraz wolniej poruszaliśmy się do przodu, gdyż na wschód ewakuowano wiele ludności, maszyn itd. A w kierunku zachodnim szły transporty dla frontu. Po jakimś czasie dotarliśmy do Postawy. Tu skierowano nasz transport na bocznicę do rampy i rozpoczęto wyładunek naszego ekwipunku: kuchnie polowe, dokardy dwukołowe ze sprzętem telefonicznym, konie itp. Tu też oddano mi siwka, na którym opuszczałem drogie mi Zaleszczyki. Po uformowaniu się jednostki ruszyliśmy w drogę w kierunku wschodnim i tak dostaliśmy się w lasy Darnicy po lewej stronie Dniepru. Tu rozlokowano poszczególne roty – kompanie, rozbito namioty. Kuchnie wydały co było do zjedzenia i czekamy co będzie dalej. Po 3-4 dniach pobytu w lasach Darnicy ogłoszono zbiórkę poszczególnych kompanii, a po sprawdzeniu stanu osobowego pada komenda „baczność – zapadniaki wystąpić 3 kroki naprzód, a pozostali rozejść się”. Nam podano komendę „dołączyć, w prawo zwrot i naprzód marsz”. Zaprowadzono nas, mieszkańców przedwojennej Polski, na polanę gdzie stało kilku oficerów. Jeden z nich oznajmił, ze mamy złożyć broń, dodając że taki jest rozkaz „z góry”. Po złożeniu broni odprowadzono nas (ok. 17 chłopa) na bok. Po jakimś czasie doszli do nas ludzie z innych kompanii tak, że było nas około 60-75 chłopa. Było to dla nas wielkie zaskoczenie, a też i znak zapytania, co to ma wszystko znaczyć. Nikt nie potrafił na to odpowiedzieć, a wiadomo, że działania wojenne przybierają na sile, a nas rozbrajają. Jeszcze niedawno zabierali nas do wojska, a tu okazuje się, że jesteśmy zbędni. Po tym, co zaszło długo nie mogliśmy usnąć w oddzielnych namiotach, wreszcie ktoś tam rzekł „Chłopaki co Bóg dał to i będzie”. Następnego dnia rano wydano nam śniadanie i również suchy kawał chleba na drogę, po czym podoficer zrobił zbiórkę i ruszyliśmy pieszo w nieznane. Na czele z tymże podoficerem na pytanie „dokąd nas prowadzi”, początkowo nie chciał zdradzić tejże tajemnicy, lecz po jakimś czasie dowiedzieliśmy, ze droga przed nami jest dość daleka. A więc maszerowaliśmy przez pola i lasy, a też i jakże ubogie wsie, w stosunku do tych, które zostawiliśmy na kresach wschodnich. Nocowaliśmy pierwszą noc w klubie w jednej z większych wiosek – tu nasz przewodnik zadbał w kołchozie, że ugotowano dla nas zupy, a też i kilka bochenków chleba przygotowano. Następnego dnia po spożyciu tego, co kto miał w swoim plecaku, ruszyliśmy w dalszą drogę ciągle w kierunku na wschód. Drugą noc nocowaliśmy w jakiejś cerkwi, która na zewnątrz zachowała swój majestatyczny wygląd, a wewnątrz wszystko wskazywało na to, że służyła ona kołchozowi za magazyn. Tu moim kolegom niedoli (w niedługim czasie raz zmobilizowanym, następnie zdemobilizowanym) udało się dowiedzieć od przewodnika, że prowadzą nas na punkt zborny do Koziatyna. Po całodniowym marszu wypadło nam nocować w bardzo biednej z wyglądu wiosce, na skraju której stała nowo zbudowana stajnia, a obok stara stodoła na pewno pamiętająca czasy Mikołaja II na której poszycie słomiane dożywało swoich dni – tu wypadło nam nocować. A była to noc z przygodami. Otóż część chłopaków postanowiła rozlokować się w pustej stajni końskiej, gdyż konie były na pastwisku, ale tu było niezbyt czyste powietrze. Inni woleli spać w stodole, skąd można było obserwować niebo, gwiazdy, księżyc – lecz tej nocy niebo było pochmurne i zanosiło się na słotę. Ja „nie w ciemię bity” ulokowałem się w koncie stajni w żłobie. Około północy zerwała się niesamowita burza z piorunami i leje jak z przysłowiowego cebra. Konie spłoszone na pastwisku postanowiły uciekać do stajni i kiedy wbiegały przez otwarte drzwi poczęli deptać i tratować lokatorów. Ci z kolei w ciemnościach zaczęli krzyczeć „co za bezprawie, nie dać rekrutom odpocząć”. Do tego chaosu dołączyli się Ci ze stodoły zmoknięci – konie nie chciały swej własności opuścić, a my z kolei nie mieliśmy się dokąd wyprowadzić. W końcu konie zbiły się na jedną połowę stajni, a nam zostawili drugą. Kiedy sytuacja zmusza, to i kompromis się znajdzie. Następnego dnia, przed zachodem słońca dotarliśmy do Koziatyna. Tu zastaliśmy setki tysięcy takich tułaczy jak my. Byli tu ludzie z tarnopolskiego, lwowskiego, stanisławowskiego, Białorusi a też Bukowiny i Besarabii. Tu dowiedzieliśmy się, że ojciec narodów – Stalin – określił nas jako element „nienadiozny” i nakazał zdjąć nas z wojsk frontowych. Dotyczyło to również niektórych oficerów, którzy brali udział w kampanii wrześniowej, zajmując wyżej wspomniane tereny. Tutaj pod gołym niebem dwie doby koczowaliśmy bez kawałka chleba, czy chociażby garnuszka herbaty – o tak to zaciskała się pętla głodowa na naszej Bogu ducha winnej szyi. Trzeciego dnia zebrano nas ok. 30 chłopa i skierowano do jednego z kołchozów odległego o ok. 15 km do roboty przy sianie. Osłabiony i głodny nie byłem w stanie tam dojść, upadłem pod płotem, ażeby zebrać siły a tu podeszła do mnie jakaś staruszka z płaczem mówiąc „a może i mój syn gdzieś tak leży”. Pamiętam – pierwszy raz w swoim życiu poprosiłem o kawałek chleba. Po spożyciu wskazała mi drogę, którędy poszła nasza grupa, a gdy dowlokłem się na miejsce koledzy jedli już zupę z kołchozowego kotła. Karmiono nas tu niezgorzej, a pracowaliśmy przy zbiorze siana. Szkoda, że nie na dłużej tu trafiliśmy, bo po kilku dniach telefonicznie wezwano nas z powrotem do Pryłuk. Tu już byliśmy wpisani na długiej liście roboczego batalionu, któremu nadano numer 757. Powiadomił nas o tym na zbiórce dowódca kompanii, niejaki porucznik Bakun, który wyznaczył drużynowych i nadał stopnie sierżanta. Ten zaszczyt spotkał i mnie. Przydzielono mi 19 chłopa, a ja byłem dwudziesty. W mojej drużynie było kilku z Bukowiny. Pouczono nas jak mamy się opiekować podwładnymi, a wieczorem podstawiono pociąg, w który się załadowaliśmy i ruszyliśmy w drogę. O wschodzie słońca zatrzymaliśmy na pewnej stacji kolejowej, a raczej na byłej stacji kolejowej. Tu zanosiło się na kilkugodzinny postój naszego transportu, toteż mieliśmy nieco czasu by zwiedzić ruiny wczorajszej jeszcze stacji. A widok był to straszny. Wagony, armaty, różne uzbrojenie, cegły, belki ze zburzonej stacji były porozrzucane w promieniu 300 metrów, a leje spowodowane wybuchami były głębokie na 3-4 metry. Szyny kolejowe rozerwane i powyginane razem z podkładami wisiały na starych drzewach wysoko nad ziemią. Jak dowiedzieliśmy się od pracowników kolejowych, którzy uwijali się przy naprawie torów kolejowych, nocą stało tu kilka transportów z uzbrojeniem przeznaczonym na front. Nocą niemieckie samoloty dwukrotnie bombardowały ten obiekt i oto właśnie były skutki tych bombardowań. Tu właśnie my, podróżni w nieznane, pierwszy raz w życiu widzieliśmy, co może i do czego jest zdolna wojna w naszych czasach. Po jakimś czasie naprawiono przejazd i pociąg ruszył w dalszą drogę. W czasie tej długiej podróży nie spotkaliśmy więcej tak tragicznego widoku. Pewnego dnia po południu pociąg zatrzymał się na podmiejskiej stacji i dano nam rozkaz „wysiadać”, co oznaczało, że jesteśmy na miejscu przeznaczenia. Obok po prawej stronie na wzgórzu widniało miasto Uljanowsk. Moja tułaczka wraz kolegami niedoli była tym tragiczniejsza i dawała się we znaki, że przeplatana była ciągłym przerzucaniem nas z miejsca na miejsce, na których czekały na nas co raz to gorsze i trudniejsze warunki życia. Tu w Uljanowsku byliśmy daleko od działań wojennych, bombardowań itp. Dawał się za to we znaki głód i ciężka praca. Tu rozmieszczono naszą kompanię roboczego batalionu w namiotach opuszczonych przez aresztantów, na co wskazywało ogrodzenie z drutu kolczastego. W namiotach stały prycze z materacami. Następnego dnia wyprowadzono nas na obszerny plac rysującej się, gigantycznej budowy jakiegoś zakładu fabrycznego. Tu kopaliśmy rowy dwumetrowej głębokości, w które układane były rury wodociągowe. Po kilku dniach, w dniu wolnym od pracy zorganizowano nam wycieczkę do Uljanowska do domu „Muzeum W. I. Lenina”. Po zwiedzeniu tego zabytku chłopaki rozeszli się po mieście chcąc je zobaczyć. Jak się potem okazało, nie pozwalało na to prawo, a Milicja Ludowa złapała kilku z nich, zabierając im wszelkie dokumenty, sprowadzała w wyznaczone miejsca i odprowadzono do namiotów. Zabrano i moją książeczkę wojskową wypisaną jeszcze w dalekich Zaleszczykach. W Uljanowsku pracowaliśmy około 3 tygodni. Pewnego popołudniowego dnia zaczęły przybywać kompanie do portu rzecznego na Wołdze, a tu pod wiekowymi płaczącymi wierzbami stał zakotwiczony statek parowy, do którego wprowadzano ludzi. Trwało to dość długo tak, że dopiero o zmroku statek ruszył w drogę. Następnego dnia przed obiadem przybyliśmy do Kujbyszewa, do miasta, które kiedyś nosiło miano Samara. Tu wyładowaliśmy się, w pewnej jadłodajni zjedliśmy obiad, po czym załadowano nas do pociągu i dalej w drogę. Tym razem na wschód, a była to linia Kujbyszew – Syzrań. Przed zachodem słońca pociąg zatrzymał się w małym miasteczku Bezynczuk. Po opuszczeniu pociągu skierowano nas do nowo wybudowanego dwupiętrowego klubu. Był to budynek bez okien i drzwi, a wszystko przemawiało za tym, że dopiero przed kilkoma dniami murarze zakończyli tutaj swe prace. Wewnątrz tego budynku masa pobitych cegieł, połamane rusztowania, rozsypany cement, wapno i piasek W te brudy zapędzono nas i każdy tu drzemał do następnego ranka. Rano zarządzono zbiórkę i wówczas wybrano z ogółu potrzebną grupę: tynkarze, stolarze, zduni i wszelkich innych specjalistów do wykończenia tego obiektu, gdyż zanosiło się na to, że tu właśnie będziemy zimować. Pozostałych ludzi odprowadzono do miejsc, gdzie w przyszłości będą pracować. Spora więc grupa kończyła ten obiekt, niektórzy pracowali w elewatorze przy zbożu, inni budowali bocznicę kolejową (w kierunku północnym) doprowadzając tory do odległej o ok. 15-20 km przyszłej bazy naftowej, która miała powstać w lesie za wioską, której nazwy już nie pamiętam. Wypadło mi pracować ze swoją drużyną w odległości ok. 12 kilometrów. Praca nasza polegała na kopaniu fundamentów pod zbiorniki metalowe o przekroju 20 metrów. Tychże 12 kilometrów musieliśmy pokonywać każdego dnia pieszo, bez względu na pogody – latem i zimą, a był to rok 1941. Późną jesienią tego roku budynek został ukończony i tu zimowaliśmy. Wilgotne mury oraz świeże tynki, a także nadmiar ludzi tu umieszczonych na trzypiętrowych pryczach wkrótce dały o sobie znać. Brak higieny, brak łaźni spowodował, że mnożyły się wszy, i to tak dorodne, jak siemię lniane. Tyle namnożyło się tego świństwa, że aż trudno określić jak wiele sztuk żywiło się krwią jednego człowieka. Na zażalenia nasze w tej sprawie „Kom-bat” (Komendant batalionu) pocieszał nas, że na dniach dostaniemy samochody, które wytwarzaną przez nie parą wyniszczą wszy, co do jednej sztuki. Ale te samochody nie nadchodziły, a ta szarańcza mnożyła się strasznie. W tych brudach doczekaliśmy Bożego Narodzenia. Gorzkie były te święta – ze łzami w oczach wspominaliśmy lata pokoju. Długo po świętach otrzymaliśmy jeden wóz dezynfekcyjny, co było stanowczo za mało na tysiąc chłopa, bo tyle liczył nasz roboczy batalion. Z braku bielizny i pościeli na zmianę, po naszych okryciach robactwo to łaziło pieszo. Po pewnym czasie udało się nieco wyniszczyć tych krwiopijców. W międzyczasie część ludzi naszego batalionu delegowano z miasteczka Bezynczuk do Kujbyszewa – tu budowaliśmy fabrykę łożysk kulkowych. Tejże zimy niemieckie samoloty zaczęły się pojawiać i kontrolować linię kolejową Syzian-Kujbiszew. Władze odgórne podjęły decyzję, ze nasz batalion składający się z ludzi „nienadziejnych” należy przerzucić w inne, bardziej spokojne miejsce. Ale był i inny powód naszego wyjazdu, bardziej prawdopodobny. Kiedy Niemcy zajęli Baku, odcięli te naftowe tereny od Kraju Rad, powstała pilna potrzeba budowy rafinerii naftowych na Uralu. Na taką to budowę przerzucono nasz roboczy batalion. I tak pewnego mroźnego wieczora załadowano nas do towarowych wagonów i ruszyliśmy w nieznaną nam drogę. CDN.

Od redakcji: p/w materiał pochodzi ze strony: http://sycowice.eu./ , prowadzonej przez pana Cezarego Wocha i udostępniony dzięki jego uprzejmości. Na tej stronie znajdujemy informację, że autor p/w  wspomnień zmarł w 1990 roku. 25 lat po śmierci, jego córka Maryla Żurawik udostępniła zapiski i zdjęcia swojego ojca, który będąc na emeryturze od końca lat 70-tych ubiegłego wieku spisywał swoje wspomnienia. Przekazując zapiski powiedziała: Ojciec na pewno nie miałby nic przeciwko, żeby opublikować jego wspomnienia a nawet byłby zadowolony, że jego wspomnienia ktoś chce czytać.