Dzisiaj jest: 9 Lipiec 2020        Imieniny: Weronika, Hieronim, Zenon
MĘCZENNIK   OJCIEC LUDWIK WRODARCZYK

MĘCZENNIK OJCIEC LUDWIK WRODARCZYK

/ Ojciec Ludwik Wrodarczyk OMI Dramatu kresowian wygnanych ze swojej ziemi nie znajdziemy w podręcznikach historii wolnej dzisiaj Polski.. Ludobójstwo na kresach Rzeczypospolitej jest wciąż pomijane. Ponad 100 tysięcy znanych…

Readmore..

KAŻDY MA SWOJĄ HISTORIĘ UMIERANIA Z POLSKIMI TERMOPILAMI W TLE

KAŻDY MA SWOJĄ HISTORIĘ UMIERANIA Z POLSKIMI TERMOPILAMI W TLE

Opracowania historyczne na temat obrony Lwowa podczas wojny polsko-sowieckiej w 1920 roku są bardzo skromne. Przed 1939 rokiem ukazało się ich zaledwie kilka i nieco wspomnień. W czasie pierwszej i…

Readmore..

Co, gdzie, kiedy - obchody 77. rocznicy „Krwawej Niedzieli” na Wołyniu.

Co, gdzie, kiedy - obchody 77. rocznicy „Krwawej Niedzieli” na Wołyniu.

NIE O ZEMSTĘ A PAMIĘĆ WOŁAJĄ OFIARY LUDOBÓJSTWA Warszawa Warszawskie społeczne uroczystości 77. rocznicy Krwawej Niedzieli na Wołyniu rozpoczną się 11 lipca 2020 o godzinie 13:00 Mszą Świętą - „Niedokończone…

Readmore..

Uroczystości rocznicowe w Szydłowicach  na Opolszczyźnie

Uroczystości rocznicowe w Szydłowicach na Opolszczyźnie

W niedzielę 28 czerwca na terenie parafii Szydłowice (Archidiecezja Wrocławska) uroczyście obchodzono 75 rocznicę przymusowych wysiedleń z Kresów.Przymusowe przesiedlenia w 1945 roku objęły tereny II Rzeczypospolitej odebrane Polsce na rzecz…

Readmore..

Tydzień z książkami Marka A. Koprowskiego

Tydzień z książkami Marka A. Koprowskiego

11 lipca 1943 roku doszło do kulminacji zbrodniczej akcji oddziałów OUN-UPA, które spacyfikowały dziewięćdziesiąt dziewięć polskich wsi, mordując tysiące Polaków. Według szacunków Instytutu Pamięci Narodowej w latach 1943-1945 na Wołyniu,…

Readmore..

RS PPK zadaje pytanie kandydatom na prezydenta

RS PPK zadaje pytanie kandydatom na prezydenta

Pisaliśmy już wielokrotnie o zakrojnej na szeroką skalę akcji Ukraińców stanowiących w polce zdecydowaną mniejszość polegającej na masowym powiadamianiu prokuratur -donosów- na Kresowian i Patriotów w Polsce. Prokuratury, zwłaszcza ta…

Readmore..

Chcą zmiany nazwy Iwano-Frankiwsk na Stanisławów

Chcą zmiany nazwy Iwano-Frankiwsk na Stanisławów

22 czerwca na stronie petition.mvk.if.ua, rozpoczęła się elektroniczna zbiórka podpisów pod petycją do rady miasta Iwano-Frankiwska, o zmianę nazwy miasta na historyczną – Stanisławów.„Urodziliśmy się i mieszkamy w mieście, które…

Readmore..

Zaproszenie do Lublina na obchody 77. rocznicy ludobójstwa

Zaproszenie do Lublina na obchody 77. rocznicy ludobójstwa

Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Lublinie Lubelski Urząd Wojewódzki Komitet Budowy Pomnika „Polakom, Ofiarom Ludobójstwa dokonanego na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich przez nacjonalistów ukraińskich” ZAPRASZAJĄ NA OBCHODY: Narodowego Dnia Pamięci…

Readmore..

Polacy na Białorusi odnawiają  groby polskich żołnierzy na  100-lecie Bitwy Warszawskiej

Polacy na Białorusi odnawiają groby polskich żołnierzy na 100-lecie Bitwy Warszawskiej

Rok 2020 jest rokiem 100. rocznicy Bitwy Warszawskiej, największego zwycięstwa polskiego oręża w XX stuleciu, które przesądziło o tym, że została powstrzymana inwazja hord bolszewickich na cywilizację europejską, a agresor…

Readmore..

W Tomaszowie Lubelskim stanęła kolejna Kolumna Pamięci

W Tomaszowie Lubelskim stanęła kolejna Kolumna Pamięci

15 czerwca 2020 r., w Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej w Tomaszowie Lubelskim Wójt Gminy Tomaszów Lubelski Marzena Czubaj-Gancarz uczestniczyła w uroczystości odsłonięcia Kolumny Pamięci poświęconej rzezi wołyńskiej w 76 rocznicę…

Readmore..

Sąsiedzka krew - przejmująca wystawa  plenerowa o Rzezi Wołyńskiej. Wystawa przed Ministerstwem SPrawiedliwości.

Sąsiedzka krew - przejmująca wystawa plenerowa o Rzezi Wołyńskiej. Wystawa przed Ministerstwem SPrawiedliwości.

We czwartek, 24 czerwca br., na ogrodzeniu budynku Ministerstwa Sprawiedliwości przy Al. Ujazdowskich 11 w Warszawie można oglądać plenerową wystawę upamiętniającą ofiary Rzezi Wołyńskiej. Ta zbrodnicza akcja została dokonana na…

Readmore..

Apelacja Pana Krzysztofa Mdeja z Wrocławia odrzucona.

Apelacja Pana Krzysztofa Mdeja z Wrocławia odrzucona.

15 czerwca redakcja Kresowego Serwisu Informacyjnego otrzymała od P. Krzysztofa informację, że jego apelacja została przez Sąd Okręgowy we Wrocławiu oddalona.Przypomnę, że P. Krzysztof stał się jednym z wielu, bardzo…

Readmore..

UCIEC JAK NAJDALEJ…!

/ Pani Michalina Puszkarska -dzisiaj

Moje panieńskie nazwisko to Michalina Michalewicz a urodziłam się 22.09.1924 roku w miejscowości Kąkolniki powiat Rohatyn, w województwie stanisławowskim na Ukrainie. W Kąkolnikach na 130 gospodarstw zamieszkiwało 45 rodzin polskich i 85 ukraińskich. We wsi był kościół, cerkiew, poczta, urząd gminy i posterunek policji, był krawiec i krawcowa, szewc, stolarz, kowal i młynarz. Oczywiście była też karczma, zwana potocznie szynkiem i olejarnia. W Kąkolnikach był duży 800 hektarowy majątek będący własnością polskiej rodziny. Dziedzice lato spędzali na wsi w swoim dworku, a zimę we Lwowie. Moja Matka mówiła, że byli to bardzo dobrzy ludzie. Część mieszkańców naszej wsi pracowała w tym majątku. Uprawiano tam zboża i hodowano bydło. Wszystkie prace polowe wykonywane były tam ręcznie i przy pomocy koni roboczych których było co najmniej czterdzieści.

Za dzień pracy ludzie z Kąkolnik otrzymywali jeden złoty wynagrodzenia, a w czasie żniw dwa złote. Za dwa złote można było kupić dobre buty a garnitur męski kosztował około 20 złotych. Pierwszy mąż mojej Matki zginął na wojnie w 1918 roku pozostawiając pięcioro dzieci. Ja pochodzę z drugiego Jej małżeństwa, gdzie było z kolei czworo dzieci. Mój przyszły Ojciec walczył w legionach Piłsudzkiego a po zakończeniu wojny ożenił się z moją Matką. Matka w tym czasie sama prowadziła sześciohektarowe gospodarstwo. Ziemia była bardzo urodzajna, ale ciężka do uprawy i Matka nie mogła sama sobie z tym poradzić. Oprócz towarzysza życia potrzebny był Jej również mężczyzna do pracy i w warunkach wiejskich było to konieczne i zupełnie zrozumiałe. Oprócz niewielkiego domu była obora, stajnia, chlew i budynek gospodarczy. (...) Ojciec miał zawsze parę pięknych koni które sam sobie wychowywał. W polu orał jednoskibowym żelaznym pługiem a mimo to konie miały co ciągnąć. Do uprawy ziemi stosował też czteropolową drewnianą bronę z żelaznymi zębami i kultywator na żelaznych płozach. Zboże koszono głównie kosami. Używaliśmy też sierpów wtedy, kiedy potrzebna była żytnia słoma na strzechy. Młócono zimą głównie cepami a młocarnia była tylko w majątku. Ziemia była tak urodzajna, że obornik należało stosować bardzo ostrożnie, raz na cztery lata, głównie pod buraki cukrowe i ziemniaki. Sianie zboża na wynawożonym obornikiem polu spowodowałoby jego całkowite wyłożenie i prawie zupełny brak plonu. Gospodarstwo dostarczało nam dosłownie wszystkiego co potrzebne było do życia. Ojciec na przykład brał 3 kwintale zboża i jechał do młyna. Tam robiona była kasza manna i trzy rodzaje mąki. Pierwsza i druga jej jakość służyła do gotowania, a mąka „trzecia” jako dodatek do żytniej „razówki”, do chleba który Matka piekła co tydzień. Ojciec siał grykę i proso i mieliśmy kaszę gryczaną i jaglaną. Z konopi które dawały nasiona podobne do drobnego grochu uzyskiwano bardzo smaczny seledynowy olej. Był to najlepszy olej jaki znam. Mieliśmy także własny cukier, bo uprawiając buraki cukrowe dostawaliśmy deputat cukru który nam w zupełności wystarczał. Kupowaliśmy tylko ryż, sól i zapałki. Na paszę dla krów siana była czerwona fasola i kukurydza. Warto dodać, że nie mieliśmy w tym czasie energii elektrycznej. Matka rano przygotowywała śniadanie i gotowała coś na obiad. Porcja obiadowa przechowywana była w duchówce i kiedy przychodziliśmy w południe, wszystko było już gotowe. Na gotowanie nie było wtedy czasu. Później szliśmy znowu na pole i gotowana była dopiero kolacja. Kiedy nie chodziłam jeszcze w pole, do moich obowiązków należało umycie naczyń po obiedzie i przygotowanie wszystkiego do kolacji. Siostra w tym czasie pasła krowy. Dzieci również przygotowywały zielonkę i sporządzały karmę dla drobiu. Chodziliśmy do czteroklasowej miejscowej szkoły, a siedmioklasowa była w odległych o cztery kilometry sąsiednich Bołszowcach. Czteroklasowa szkoła była szkołą „podstawową”, natomiast do siedmioklasowej chodziła tylko część dzieci głównie z uwagi na koszty związane z dalszą nauką. Jedna z moich sióstr wyuczyła się na krawcową, jeden brat był kowalem a drugi organistą. Jedliśmy kasze, fasole, ziemniaki i kluski, naleśniki i pierogi, kopytka i placki ziemniaczane. Ha, jeszcze do dzisiaj czuję ich smak…. Bardzo lubiliśmy pęczak z fasolą polewany tłuszczem. Piliśmy kompoty i bardzo zdrową kawę zbożową z mlekiem. Lodówek wtedy nie było, także mięso w okresie letnim pochodziło głównie z drobiu i było przeznaczane do bezpośredniego spożycia. Jeśli ktoś bił świnię lub cielaka to wcześniej to ogłaszał i kto chciał to mógł kupić trochę, ale również z przeznaczeniem do jak najszybszego spożycia. Gospodynie miały swoje sposoby jego przechowywania. Najczęściej umieszczały wystudzone mięso w zimnych piwnicach okrywając je szczelnie pokrzywami i był to absolutnie pewny sposób na zabezpieczenie go przed muchami. Piwnice były również świetnymi przechowalniami mleka, sera czy śmietany. Za jakiś czas znowu ktoś coś bił i ponownie była możliwość zaopatrzenia się w świeże mięso. Świnia była obowiązkowo ubijana na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Wtedy jednorazowo było więcej mięsa które częściowo wędzono i przechowywano w tych wędzarniach. Ze świętami Bożego Narodzenia związany był zwyczaj kolędowania. Chodzili oddzielnie mężczyźni, kobiety i młodzież. Ludzie dawali pieniądze które przeznaczane były w całości na wspólne cele które służyły całej wsi. Pamiętam, że były przeznaczane między innymi na remont kościoła i na wyposażenie domu kultury. Wieś rozciągała się na równinie przeciętej meandrującą rzeczką. Pamiętam łany zbóż falujące przy najlżejszych podmuchach wiatru… , pamiętam szybujące nad nimi bociany których było bardzo dużo i śpiew niezliczonej ilości skowronków… i kryształowo czyste powietrze… . Na niewielkim wzniesieniu w samym jej środku, stał piękny zabytkowy kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża. W kościele tym było siedem ołtarzy: cztery boczne, dwa „z ukosa” i jeden główny. Wszędzie było mnóstwo rzeźb a konfesjonały i ławki były dębowe.(...)  Chrzciny bywały dość skromne, uczestniczyli w nich głównie rodzice chrzestni, wesela natomiast zależnie od zamożności gospodarzy były dość huczne i trwały co najmniej dwa dni. Liczba zaproszonych gości wahała się od 50 do 100 ale bywały też wesela większe. Odbywały się też stypy gdzie częstowano obiadem ale bez alkoholu. Co do alkoholu to warto w dzisiejszych czasach wiedzieć, że nikt go nie nadużywał pomimo, że była na miejscu karczma. Alkohol pito „od wielkiego dzwonu” i to w niewielkich ilościach. Okazją były święta i odwiedziny krewnych. Ludzi pijanych i zataczających się nikt nie widział, a żaden z szanujących się i ciężko pracujących gospodarzy, nie mógł sobie pozwolić na taki wstyd i kompromitację. W pobliżu Kąkolnik nad rzeką Bedełką która wpadała do Dniestru, rozciągały się stawy rybne o powierzchni około 10-12 hektarów. W tym gospodarstwie rybackim oprócz prowadzenia własnego gospodarstwa rolnego, pracował wraz z dwoma braćmi mój Ojciec. Raz w tygodniu odwoził furmanką zakupione przez handlarzy ryby do Stanisławowa i pamiętam, że za taki kurs brał około 10 złotych co było dobrą zapłatą. Drogi były brukowane kamieniami a jedynym środkiem transportu były konne wozy na drewnianych kołach z żelaznymi obręczami. Bryczki służyły do paradnych wyjazdów. Starsze rodzeństwo z pierwszego małżeństwa mojej Matki stopniowo zaczynało już samodzielnie pracować a po skończonej pracy pomagało w gospodarstwie, gdzie zawsze było coś do zrobienia. Pomimo licznej rodziny prowadzone przez Rodziców gospodarstwo w zupełności wystarczało nam do naszego utrzymania i wyżywienia, ale dodatkowa praca Ojca umożliwiała zakupienie dla nas lepszej odzieży czy też zapewniała życie na lepszym poziomie.  Z chwilą wybuchu II wojny światowej miałam 15 lat. Już od wiosny 1939 roku ludzie z niepokojem obserwowali poczynania Niemców zmierzających do jej rozpętania. Słyszałam jak Rodzice z dużą troską rozmawiali o tym, ale nikt natomiast nie spodziewał się uderzenia ze strony „naszych przyjaciół” ze wschodu!! Niekorzystna dla nas sytuacja zaczęła rozwijać się nadspodziewanie szybko i 1 września 1939 roku dowiedzieliśmy się o zaatakowaniu Polski przez Niemców. Nie przypominam sobie tego dokładnie, ale niemieckie wojska zatrzymały się chyba na wysokości Przemyśla. W tym czasie drogą przechodzącą przez Kąkolniki wycofywały się na Węgry i do Rumunii polskie wojska. Sytuacja taka trwała do 17 września 1939 roku kiedy to wkroczyli do nas sowieci. Krasnoarmiejcy jechali samochodami i przemieszczali się w licznych pieszych kolumnach. Natychmiast zaczęły się wywózki na Sybir. W pierwszej kolejności zostali aresztowani księża, leśnicy, policjanci, nauczyciele i pracownicy gminy. Trudno tu wymieniać wszystkich, ale sowietom głównie chodziło o polską inteligencję. W następnej kolejności byli bogatsi rolnicy, czyli jak to ruscy mówili kułacy. Ale co to byli za bogacze? Każdy ciężko pracował na swoje utrzymanie a jeśli miał 3 czy 4 krowy, to jaki z niego był bogacz? Wystarczyło, że ktoś coś powiedział, krzywo się spojrzał i był to również wystarczający powód do wywózki. Przy okazji zabierali a właściwie rabowali co się tylko dało. Miałeś cztery krowy to znaczy, że byłeś kułakiem. My mieliśmy cztery sztuki, zabrali nam dwie! Pierwszy transport na Sybir miał miejsce 9 lutego 1940 roku, następny w kwietniu 1940 roku, a daty wysłania trzeciego nie pamiętam. Aresztowani transportowani byli do Halicza, tam ładowani niczym bydło do bydlęcych wagonów i dalej wiezieni Bóg raczy wiedzieć dokąd. Taka sytuacja trwała do czerwca 1942 roku kiedy to Niemcy napadli na Związek Sowiecki. Zaczęły się wtedy inne problemy, takie jak wywózki na roboty do Niemiec, aresztowania i rozstrzeliwania. Co gorsza, Niemcy z premedytacją zaczęli skłócać Polaków i Ukraińców obiecując tym ostatnim Samostijną Ukrainę. Wzrastało napięcie i nieufność pomiędzy tymi narodami a niedawni dobrzy sąsiedzi zaczęli stawać się dla siebie wrogami. Dotychczas ludzie zgodnie ze sobą żyli, ukraińscy chłopcy służyli w Wojsku Polskim, razem z Polakami chodzili na zabawy, żenili się z polskimi dziewczynami a polscy chłopcy z Ukrainkami. Razem pracowali i pomagali sobie i nie było żadnych problemów. W roku 1943 podburzeni Ukraińcy zaczęli palić polskie gospodarstwa i mordować polską ludność. W pierwszej kolejności płonęły stojące na uboczu budynki nie zagrażające pożarem gospodarstwom ukraińskim. Ja tego osobiście nie widziałam, ale mówili uciekający ludzie, że kobiety gwałcono a ciężarnym rozpruwano brzuchy! W sadystyczny sposób kobietom obcinano piersi a mężczyznom genitalia. Na oczach matek uderzeniami o ścianę zabijano małe dzieci… . Z premedytacją mordowano nożami, siekierami i przecinano ludzi piłami. Dramaty przeżywały mieszane rodziny polsko ukraińskie, gdzie często nakazywano Ukraińcom dokonywanie wyboru. Wielokrotnie kończyło się to wymuszonym zamordowaniem jednego współmałżonka przez drugiego, lub zabiciem Ukraińca za to, że nie chciał tego zrobić. Właściciel karczmy w Kąkolnikach którego żona była Ukrainką, zdając sobie sprawę z powagi i beznadziejności sytuacji, porzucił wszystko i wraz z nią szczęśliwie uciekł na zachód, po wojnie zamieszkując w Zabrzu. W sąsiedniej wsi młody Ukrainiec miał się wkrótce żenić z polską dziewczyną, ale zamiast ślubu, wykonując polecenie swoich politycznych mocodawców dziewczynę zabił! Również w jednej z pobliskich miejscowości, Ukraińcy schwytali księdza, odcięli mu język, nakładli do ust kamieni i ironizując, że umrze jak święty Szczepan, wycięli mu krzyż na plecach!! W mieszanej polsko ukraińskiej rodzinie, gdzie ojciec był Ukraińcem a matka Polką, dorosły syn który nagle poczuł się Ukraińcem zwrócił się do ojca z propozycją zabicia matki. Ojciec widząc co się świeci i nie mogąc pogodzić się z taką zwyrodniałą postawą własnego dziecka zaproponował, że matkę zabiją w drodze przez las do sąsiedniej miejscowości w której mieszkały siostry matki. Wkrótce wyruszyli w drogę, skrycie zabierając dwie siekiery. Kiedy nadszedł właściwy moment i siekiery zostały wydobyte, a syn zamachnął się na swoją matkę, ojciec uderzył siekierą pierwszy i zabił własnego syna!! W styczniu 1944 roku licząca ponad trzysta numerów sąsiednia wieś w której mieszkali sami Polacy, została otoczona w nocy przez Ukraińców i podpalona. Ci którzy uciekali zostali zastrzeleni, a tych których złapano rżnięto i mordowano w najokrutniejszy sposób. Poginęli również ludzie ukryci w schronach pod płonącymi budynkami. W wyniku tych bestialskich i okrutnych mordów ukraińska ziemia spływała polską krwią. Sytuacja taka największe swoje nasilenie przybrała w roku 1944 a jej celem było całkowite wyeliminowanie Polaków z tych terenów. Nasze gospodarstwo nie zostało podpalone tylko dlatego, że położone było pomiędzy dwoma gospodarstwami ukraińskimi na które mógł się przenieść pożar. Sytuacja stała się jednak tak napięta, że dłużej już nie można było zwlekać. Rodzice postanowili, że wraz z trójką dzieci przeniosą się do krewnych do Stanisławowa. Ojciec odwiózł nas tam w lutym 1944 roku, a sam wraz z bratem pomimo protestów Matki, wrócił jeszcze po jakieś rzeczy do Kąkolewnik. Tam obaj zostali schwytani przez Ukraińców i wraz z kilkoma innymi osobami zamordowani w pobliskim lesie. Serce do dzisiaj mi się kraje, kiedy wyobrażam sobie mojego nieszczęsnego Ojca i drogiego mi brata w godzinę ich śmierci! Jak oni na siebie patrzyli, co myśleli, jak w myślach żegnali się ze sobą, z nami, z dotychczasowym życiem i ze światem! Te dramatyczne sceny towarzyszyły mi przez wiele lat w koszmarnych snach i dlatego chciałam stamtąd UCIEC JAK NAJDALEJ! Sytuacja nasza która i tak była bardzo skomplikowana pogorszyła się jeszcze bardziej. U krewnych w Stanisławowie w jednym pokoju mieszkało cztery rodziny z uwagi na to, że takich jak my uciekających przed mordami do miasta było znacznie więcej. Mordujące ukraińskie bandy grasowały głównie po wsiach i na obrzeżach miast. Ciocia załatwiła mi pracę w restauracyjnej kuchni a siostra rozpoczęła pracę w szpitalu i to było naszym głównym źródłem utrzymania. Matka opiekowała się w tym czasie najmłodszym dzieckiem. Pewnego razu przyszłam z pracy do domu i położyłam się na chwilę. Nagle usłyszałam na ulicy jakieś hałasy i krzyki, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam biegających i krzyczących ruskich sołdatów: „kaniec wajny, my pabiedili, wrag razgramlien”. W ten sposób we czwórkę szczęśliwie doczekaliśmy końca wojny. Bardzo szybko dowiedzieliśmy się o możliwości wyjechania do Polski z czego niezwłocznie skorzystaliśmy. Zabraliśmy cały nasz dobytek mieszczący się w paru tobołkach i wyruszyliśmy pierwszym transportem. Był z nami szwagier, mąż jednej z sióstr. Jechaliśmy towarowymi, bydlęcymi wagonami prawie przez trzy tygodnie. Dzisiaj tą trasę można pokonać w ciągu jednego czy dwóch dni, ale często transport wyczekiwał na bocznicach przepuszczając pociągi wiozące wojsko. Myślę także, ze szwankowała trochę organizacja tego transportu. Załadowani zostaliśmy w Stanisławowie, jechaliśmy przez Przemyśl, Kraków, Tarnowskie Góry, Opole i Poznań. W każdej z tych miejscowości trwał postój od dwóch do czterech dni, ale w końcu dotarliśmy do Świebodzina. Stamtąd wojskowymi samochodami w dniu 13 czerwca 1945 roku przywieziono nas do Węgrzynic. W czasie transportu ludzie dzielili się tym czym mieli, jeśli była taka możliwość dokupywaliśmy sobie trochę żywności ale należy pamiętać, że były to czasy, w których nie było gdzie i co kupić! Zdarzało się, że żołnierze z wojskowych transportów dzielili się z nami chlebem, za co byliśmy im bardzo wdzięczni. W Węgrzynicach zanim nas rozlokowano, przez tydzień mieszkaliśmy w świetlicy ale pozwolono nam ukopać sobie na polach trochę kartofli. Żaden z przesiedleńców nie posiadał jakiegokolwiek dobytku, całym majątkiem było to co w podręcznych węzełkach a to dlatego, że każdy pozostawił cały swój dorobek uciekając przed rzeziami. Przydzielono nam bardzo dużą 30 hektarową gospodarkę której same kobiety nie były w stanie obrobić. Wszystkie mniejsze zajęte już były przez poznaniaków którzy byli od nas „szybsi”. Wkrótce jeden z moich braci powrócił z wojska i jako osadnik wojskowy wybrał sobie w Węgrzynicach mniejszą gospodarkę a tamtą oddano. Ludzie byli szczęśliwi, że skończyła się wojna, że udało im się przeżyć, że jest szansa na normalne życie. Wszyscy chętnie pracowali „na swoim” i powoli dorabiali się . Tęskniliśmy bardzo za Kąkolewnikami a szczególnie moja Matka. Często wzdychała i mówiła, że może za rok może za dwa tam wrócimy. Ja nigdy tam nie pojechałam, po prostu BAŁAM SIĘ!

Od redakcji:

Fragment wspomnień  Michaliny Puszkarskiej zatytułowany : "Uciec jak najdalej" opublikowany pierwotnie na stronie: "Historyczny blog o Sycowicach i okolicy..." tworzony przez pana Cezarego Wocha (  http://sycowice.eu/index.php/page/47/ )  jest jak do tej pory jedynym świadectwem o tragicznych losach Polaków zamieszkałych w Kąkolewnikach pow. Rochatyn. (b.s)