Dzisiaj jest: 27 Styczeń 2020        Imieniny: Angela, Jan, Przybysław
Aby wychowywać, trzeba być wychowanym  - inaczej o Jazłowcu

Aby wychowywać, trzeba być wychowanym - inaczej o Jazłowcu

/ By Tomasz Leśniowski - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=50063786 Początki osady Jazłowieckiej sięgają XIII w. Była wówczas własnością możnego rodu Buczackich, którego jedna gałąź przyjęła nazwę Jazłowieccy. Przybyli…

Readmore..

WĘDRÓWKI PO KRESACH  Miłość Żąda Ofiary - Stanisław Skalski.

WĘDRÓWKI PO KRESACH Miłość Żąda Ofiary - Stanisław Skalski.

/ Stasiu w wieki 7 lat „Ryby przeciętne płyną z prądem, tylko szlachetne płyną pod prąd”. Tak można najkrócej scharakteryzować Stanisława Skalskiego, (1915-2004), lotnika, generała, patriotę, asa polskiego lotnictwa, uczestnika…

Readmore..

Przebraże 1943

Przebraże 1943

O obronie Przebraża na Wołyniu napisano już kilka książek, poczynając od J. Sobiesiaka, przez H. Cybulskiego i wydawało się, że praca W. Filara zamknie temat. Tymczasem jak widać nadal są…

Readmore..

"Sprawiedliwi". Rzecz o Ukraińcach ratujących Polaków w czasie Rzezi Wołyńskiej

Umknęło naszej uwadze wydanie przez wydawnictwo Antykwa książki która napisała Maryla Ścibor Marchocka zatytułowana "Sprawiedliwi" . Nawiasem mówiąc książka ta została objęta Patronatem Honorowym Prezesa IPN. Naszą uwagę na tą…

Readmore..

Lublin: Spotkanie z M. Koprowskim autorem

Lublin: Spotkanie z M. Koprowskim autorem "Łuny na wschodzie"

24 stycznia w lubelskim Klubie Inteligencji Katolickiej o godzinie 17:00 odbędzie się spotkanie autorskie z Markiem A. Koprowskim. Spotkanie poświęcone jego najnowszej książce „Łuny na Wschodzie”. *** Łuny na Wschodzie…

Readmore..

Skąd nasz ród?

Skąd nasz ród?

W ostatnim czasie z wielką satysfakcją stwierdzam wzrost zainteresowania Kresami II RP przez drugie już pokolenie, powojenne, potomków dawnych mieszkańców wschodnich rubieży naszej ojczyzny. Zainteresowanie pytaniem: "Skąd nasz ród" bardzo…

Readmore..

POWSTANIE STYCZNIOWE ROMUALD TRAUGUTT  ŻYWY SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI NARODU

POWSTANIE STYCZNIOWE ROMUALD TRAUGUTT ŻYWY SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI NARODU

Urodził się 16 stycznia 1826 roku w Szostakowie. Miejscowość ta leżała wówczas w granicach Imperium Rosyjskiego, wchodząc w skład guberni grodzieńskiej. Dzisiaj znajduje się na Białorusi. Był synem Ludwika i…

Readmore..

Alfabetyczny spis miejscowości  z Kresów  Południowo -Wschodnich z roku 1939. Litera „s” oraz „ś”

Alfabetyczny spis miejscowości z Kresów Południowo -Wschodnich z roku 1939. Litera „s” oraz „ś”

Litera S Sabinówka, wieś, gm. Stojanów, pow. Radziechów Sadki, gm. Żmigród Nowy, pow. Jasło Sadki, wieś, gm. Dederkały Wielkie, pow. Krzemieniec Sadki, gm. Delejów, pow. Stanisławów Sadki, wieś i dwór,…

Readmore..

Moje Kresy  Michał Raczyński. cz.3

Moje Kresy Michał Raczyński. cz.3

 / Karol Raczyński - stryj Michała Mój ojciec Stanisław Raczyński miał starszego brata Karola. Wcześniej wspominałem o linii kolejowej Wygnanka – Iwanie Puste biegnącej w pobliżu naszej wsi w kierunku…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.5

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.5

Oto piąta część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej. Kolejna część opowiada o drugim oblężeniu Twierdzy Przemyśl, o obronie poszczególnych…

Readmore..

WAŁY HATMAŃSKIE

WAŁY HATMAŃSKIE

/ Wały Hetmańskie - pocztówka: Lwów 1915r. Dawno już temu, w efekcie pewnych nostalgicznych skojarzeń, napisałem wiersz, który zatytułowałem „Wieczór na Wałach Hetmańskich". Ów rymowany utwór jest przywołaną po latach…

Readmore..

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA.  Styczeń 1945 rok.

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA. Styczeń 1945 rok.

W noc sylwestrową z 31 grudnia 1944 roku na 1 stycznia1945 roku: We wsi Czabarówka pow. Kopyczyńce Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: jednego na podwórzu zamordował sąsiad Ukrainiec (członek UPA), drugiego,…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.5

Oto piąta część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej. Kolejna część opowiada o drugim oblężeniu Twierdzy Przemyśl, o obronie poszczególnych Fortów w miejscowościach Kuńkowce, Wapowcach, Łętowni, Lipowicy czy Ujkowic. Głód panujący w mieście powodował, że kobiety chcąc zdobyć pożywienie oddawały się stacjonującym tam żołnierzom za kromkę chleba, a dowódca Twierdzy Kusmanek stawał się obiektem żartów publikowanych w humorystycznych czasopismach. Wszyscy uważali, że to on już dawno sprzedał Twierdzę Rosjanom i to jego niezrozumiałe rozkazy przyczyniły się do upadku i poddania Twierdzy. W dzień Bożego Narodzenia 1914 roku z obu stron, austriackiej i rosyjskiej ogłoszono zawieszenie broni. W tych dniach nie prowadzono żadnych działań wojennych, a straże polowe wzajemnie się odwiedzały w okopach. Wszyscy świętowali. Zapraszam do lektury…  Przemyśl 14.IX.1922  

Miałem w moim oddziale jednego Żyda – stolarza, który długi czas próbował wykręcić się od ciężkich robót i gdy tylko kule zaczęły świstać w powietrzu znajdował sobie bezpieczne, zakryte miejsca. Zarówno ja jak i moi podoficerowie zwracaliśmy na niego szczególną uwagę. Bardzo często braliśmy go do różnorakich ciężkich robót, trzymali przy sobie i chcąc z niego uczynić prawdziwego żołnierza nieraz wysyłaliśmy go na niebezpieczne misje. Pamiętam jak w czasie jednego wypadu na linię bojową posłałem właśnie Jego oraz jednego Rusina, dużego zdrowego i dobrodusznego żołnierza z meldunkiem do sąsiednich okopów. Gdy już obaj dochodzili do celu zobaczyliśmy jak o kilkanaście kroków od nich eksplodował granat. Rusin, który szedł pierwszy upadł na ziemię, a Żyd chwilę postał nad wydawało się rannym kolegą, następnie ocucił Go, po czym oddał meldunek i wrócił przynosząc ze sobą część rozerwanego granatu. Żołnierze okrutnie się zdziwili i zaczęli Mu wmawiać, że chyba ze strachu nie upadł tak jak Rusin. Żyd na to spokojnie odpowiedział: „…Ja nie słyszał jak granat leciał, a jak on już eksplodował i ja nie był ranny to po co ja miał padać? To Rusin upadł z przestrachu…”.               

Żyd ten został w końcu dobrym żołnierzem, tylko kupieckiej żyłki nie mógł się wyzbyć i co jakiś czas próbował robić z żołnierzami „geszefty”. Nie wiem czy w końcu Mu wstyd się zrobiło, że tak ich naciągał, fakt że na jakiś czas zaprzestał swojego procederu.                W czasie prawie wszystkich robót, z których na obiad, a nawet na kolację nie było mi dane dotrzeć na stołówkę, mój dobry Jan przynosił mi jedzenie w menażce, sprytnie mnie i moich żołnierzy zawsze choćby i w nocy odnajdując. Gdzieś w pobliżu zawsze zagrzał zimnie jedzenie i pomimo tego, że na Niego nieustająco gderałem do znudzenia powtarzał: „…Trzeba dobrze odżywiać się gdy się dużo pracuje. Od tego jestem Pana adiutantem by o Pana codziennych potrzebach, nawet wbrew Panu pamiętać…”.  Drogi Jan.               

/ W Dowództwie 6 Pułku Saperów w Przemyślu – rok ok. 1922-1923.  Kpt. Marian Strzetelski stoi drugi od lewej strony, bez czapki.

/ Małżonkowie Czesława Gubrynowicz i Marian Strzetelski – 16 wrzesień 1923 rok

Już w zimie, pod koniec 1914 roku przeniesiono nasz pułk do wsi Kuńkowce, i umieszczono w dawnym majątku pana Władysława Łozińskiego [1], który miał tam śliczne gospodarstwo rolne, dwa pałacyki, oficyny i jeszcze jakieś domki oraz parę podrzędnych budynków gospodarczych. Jeden z tych pałacyków ślicznie urządzony i umeblowany, z piękną i bardzo cenną biblioteką rozebrano do fundamentów. Wzmocnione i przerobione oraz odpowiednio ufortyfikowane piwnice posłużyły do wykonania fortu zewnętrznego drugorzędnej wartości.  Przybyliśmy na miejsce gdy fort był już prawie gotowy. Przy jego urządzaniu pracowali właśnie Węgrzy i  oni to podobno całą tę unikatową bibliotekę zniszczyli. Żołnierze, zupełnie nie znający wartości starodruków wsadzali do swoich chlebaków pierwsze polskie wydania pięknie i kolorowo ilustrowanych biblii czy innych XVI czy XVII wiecznych dokumentów. Na pamiątkę, bo ładne były obrazki. Obrazki te wydzierali ze starodruków i starając się zyskać względy wiejskich dziewczyn do których się zalecali obdarowywali je nimi. Głupie dziewuchy piszcząc i śmiejąc się uciekały przed napalonymi żołnierzami rzucając w nich otrzymanymi obrazkami. Później, gęsto po folwarku, w błocie walały się liczne, porwane i poniszczone te cenności. Właściciel i zarządca folwarku wyjechali, a pozostały na miejscu jedynie ekonom nie potrafił przeciwstawić się Węgrom, zabezpieczyć i ocalić starodruków. Do tego jeszcze wspaniałe szyby weneckie rozkradzione z pałacu były powstawiane w miejsce powybijanych okien w wiejskich chatach.               

Mój oddział rozmieściłem w domu służby folwarcznej. Miejsce to uprzednio odpowiednio urządziłem i przygotowałem dla stacjonowania moich żołnierzy. Sztab, kancelaria oraz część pozostałych żołnierzy, zajęli miejsce w drugim, ocalałym od zniszczenia pałacu. Ja wspólnie z kilkunastoma oficerami zostałem zakwaterowany w dużej oficynie, gdzie wspólnie urządziliśmy stołówkę.  Śnieg już był dość duży, a praca przeważnie na zewnątrz okopów dawała się mocno we znaki. Pracowaliśmy głównie w kilku miejscowościach: Korytnikach, Hołubli, Wapowcach i Łętowni. W Hołubli np. razem z moimi żołnierzami wykonałem dość trudny technicznie okop dla oddziału Nachrichten-Detachment, który niestety Moskale w końcu zdobyli. Kolejną pracą było wykonanie jeszcze trudniejszego okopu w Wapowcach, tuż przed pięknie usytuowaną leśniczówką. Tam to też pewnego razu, z całym moim oddziałem znalazłem się w dość silnej opresji.               

Na grzbiecie wysokiego wzgórza, górującego nad okolicą urządziłem schron. Grunt, na którym był posadowiony był silnie kamienisty, a szczyt zupełnie nagi, nie porośnięty żadnymi drzewami. Około drugiej po południu, od pozycji rosyjskich nadleciały dwa areoplany. Z pół godziny krążyły tak nad nami, prowadząc obserwacje z powietrza. Zdawało się, że lada chwila zacznie się bombardowanie i Rosjanie zniszczą całą naszą robotę. Gdy samoloty tylko pojawiły się nad naszymi głowami rozkazałem natychmiast przerwać prace i ukryć się tak by nas nie zauważono. Już wkrótce okazało się, że uzbrojone przemyskie forty wzięły te aeroplany w krzyżowy ogień. Wystrzelono około stu szrapneli, a kulki szrapnelowe padały jak groch dookoła naszych pozycji, na szczęście nie czyniąc nam krzywdy.               

Jeszcze będąc w Lipowicy dostałem za zadanie wykopania, usytuowanego o około cztery kilometry przed Fortem IX dość dużego okopu przeznaczonego dla straży polowej. Prowadziła również do niego utwardzona droga. Było zapowiedziane, że z tego właśnie Fortu, dziś wieczorem,  nasza bateria będzie ostrzeliwać usytuowany o 15 czy też 16 km dość duży obóz nieprzyjacielski. Zapadł właśnie zmrok. Żołnierze moi kończyli pracę, a ja odszedłem od nich na jakieś kilkadziesiąt kroków stanąłem na ściernisku. Noc była ciemna, ale księżyc rozświetlał mrok. Nagle padł pierwszy strzał. Słychać było wysoko lecący pocisk. Wtem coś świsnęło mi nad głową i coś ciężkiego, dosłownie o krok ode mnie wbiło się w ziemię. Po omacku próbowałem to coś odszukać, lecz niczego po ciemku nie mogłem znaleźć. Zaznaczyłem jedynie miejsce gdzie stałem trzymanym w ręku patykiem i odszedłem. Następnego dnia rano odnalazłem mój patyk, a o parę kroków od niego tkwił wryty w ziemi miedziany, gruby pierścień prowadzący (tzwn. Führungsring) z pocisku armatniego. Po zbadaniu okazało się, że pierścień miał średnicę około 20 cm, był szerokości około 4 cm i gruby jakieś 5 mm. Prawdopodobnie był słabo umocowany i oderwał się od lecącego na wysokości około 800-1000 metrów pocisku i spadł na ziemię. Pewnie gdybym zrobił parę kroków przed siebie byłby to mój koniec. Pierścień ów wbijając się w moją głowę wyciął by pewnie ze mnie słupek o średnicy 20 cm. Po wykopaniu go z ziemi oddałem pierścień na pamiątkę dowódcy pułku artylerii, który stwierdził, iż musiał to być pewnie błąd fabryki amunicji, która ten pocisk wyprodukowała. W żartach dodał, że widocznie los uznał mnie za nie nadającego się do ukoronowania gdyż widocznie jestem demokratą.               

W jednym wypadzie z Kuńkowiec, na polach przed wsią Łętownią, padł zabity pułkownik austriacki, dowódca jednego z pułków oraz jego dwaj zięciowie, rezerwowi oficerowie. Tak więc jeden nieszczęśliwy dzień osierocił naraz i to potrójnie jedną rodzinę. W okolicach Kuńkowiec spotkałem też pierwszy raz od szereg lat mojego gimnazjalnego kolegę Zdzisława Krzaklewskiego. Był to wesoły, pełen życia mężczyzna. Pracował jako urzędnik Prokuratorii czy też Dyrekcji Skarbu we Lwowie. Opowiadał mi, że we Lwowie zostawił młodą, śliczną żonę, do której musi wrócić zamiast bawić się w wojnę. Umarł na tyfus prawdopodobnie w niewoli rosyjskiej, już za czasów bolszewickich. Wielką dzielnością i ogromną brawurą odznaczył się też w tym wypadzie ppłk. Kraliczek, dowódca zdaje się 19 Pułku Obrony Kraju. Spotkałem go później w Kijowie podczas rejestracji austriackich oficerów jenieckich. Ten człowiek miał wyjątkową zdolność do języków obcych. Posługiwał się biegle czeskim, polskim, niemieckim, ukraińskim i rosyjskim. Miał wyjątkowe poczucie humoru. Pytany w Kijowie przez rosyjską komisję jeniecką o swoje dane, śmiejąc się im prosto w nos dyskutował płynnie z nimi w ich języku mówiąc: „...A po co Wam to potrzebne, przecież i tak długo tu nie zostanę, gdyż przy najbliżej nadarzającej się okazji ucieknę...”. I rzeczywiście, jeszcze tego samego dnia uciekł w przebraniu roboczym razem z jeszcze jednym oficerem.               

W czasie wypadu na Hołublę zaobserwowałem pewien dziwny wypadek świadczący o bezmyślności ruskiego chłopa. Otóż pewnego dnia wzięto do niewoli ciężko rannego kapitana rosyjskiej armii. Ułożono go na prostych saniach i czterem żołnierzom Rusinom (Ukraińcom) kazano Go odstawić do szpitala w Przemyślu. Właśnie stałem przy mojej baterii jako ochrona, gdy nadjechały te sanie. Widziałem, że pod kocem żołnierskim, który czterech żołnierzy kolanami w rogach przytrzymywali i przyciskali rozsiadując się na nim wygodnie, coś się gwałtownie rusza i szamoce. Kazaliśmy im stanąć i wtedy okazało się, że ten kapitan, zresztą Polak z zaboru rosyjskiego, miał pogruchotaną nogę. Bardzo przy tym cierpiał. Okazało się, że żołnierze, mimo tego, że byli przecież uzbrojeni, bojąc się by jeniec im nie uciekł, przykryli Go szczelnie kocem i mocno przygnietli. Rozkazałem więc by natychmiast go wygodnie ułożyli na saniach i ostrożnie zawieźli do Twierdzy. Kto by pomyślał, że czterech, zdrowych i uzbrojonych żołnierzy bało się rannego i nieuzbrojonego jeńca.               

O jeden kilometr przed okopami Twierdzy, w kierunku od Kunikowiec do Łętowni, wykonywałem wspólnie z moimi żołnierzami bardzo długie i trudne technicznie z powodu ukształtowania terenu kolejne okopy broniące dojścia do miasta. Była to ostatnia linia obrony wyrzuconego z Wapowiec  oddziału Nachrichten-Detachment.                

W ostatnich tygodniach oblężenia Twierdzy krucho już było bardzo z wyżywieniem dla moich żołnierzy. Przechodząca przez Przemyśl, rozbita pod Lwowem i Gródkiem armia austriacka podobno zabrała ze sobą połowę wszystkich zapasów żywnościowych. Z powodu znacznej ilości  uciekinierów oraz dezerterów załoga Twierdzy Przemyśl wzrosła do przeszło 120 tysięcy. Ostatecznie okazało się, że jedna trzecia z nich to była ludność cywilna, a sporo wśród nich było i Żydów. Skąpe zapasy żywności szybko zaczęły topnieć, a nowych nie uzupełniono i nikt nie potrafił nam nawet powiedzieć jak długo będziemy musieli się bronić. Wszystkim więc głód zaczął zaglądać głęboko w oczy. Żołnierze zaczęli już prawie liczyć na palcach ostatnie ziarna ryżu lub pęcaku w serwowanej przez kucharza zupie. Chleba dostawali jedynie czwartą część normalnej porcji. Tytoniu już i tak dawno zabrakło, więc nawet niektórzy oficerowie zaczęli skręcać i palić nawet zeschnięte liście z drzew. Z braku jakiegokolwiek mięsa prawie wszystkie konie wybito, w tym również i moje trzy hucułki, o których pisałem wcześniej i za które mi dotąd nie zapłacono obiecanych 900 koron w złocie. Wprawdzie my oficerowie, których w całej Twierdzy było około 2 tysięcy, wikt mieliśmy jeszcze w porównaniu z innymi żołnierzami w miarę dobry, to jednak trochę mi było wstyd zjadać dość jeszcze smaczne obiad, gdy wkoło widziałem wynędzniałych i niedożywionych zwykłych żołnierzy. Chętnie i byłbym się może podzielił z nimi moją strawą, gdyż przecież jednakowe znosiliśmy trudy wojenne, ale czyż moja ofiara zdała by się na coś? Czy mój czyn spowodowałby, że żołnierze przestaliby cierpieć głód?               

I tu przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Otóż, będąc na liście podejrzanych, jako uczciwy Polak w wojsku austriackim i osoba, która bez ogródek, w sposób zdecydowany i jednoznaczny wyrażała swoje nadzieje co do przyszłości Polski oraz opowiadała się za jej niepodległością i wolnością, mogłem być okrzyknięty socjalistą i demagogiem wśród załogi Twierdzy. A do tego przecież nie mogłem dopuścić, zwłaszcza, że moi żołnierze dzięki swojej zapobiegliwości, sprytowi i oszczędności jedli raczej dobrze i obficie w porównaniu z innymi, gdyż na czas potrafili zaopatrzyć nasz magazyn żywnościowy po brzegi. Chociaż pod koniec oblężenia jedli już tylko mięso końskie, dobrze przyprawione i przyrządzone pokrojoną cebulą i papryką z dodatkiem octu i pieprzu, to naprawdę nie mogliśmy, tak jak inni narzekać na niedostatek jedzenia.               

Wkrótce zostałem awansowany i otrzymałem wynagrodzenie w wysokości 1000 koron. Odznaczono mnie również medalem „Signum Laudis” [2].  Wszystko to, jak się później okazało w uznaniu za prace wykonywane w Forcie Łapajówka, z polecenia Szefostwa Inżynierii i Saperów.  Zostałem więc zgłoszony do Ministerstwa Spraw Wojskowych do awansu i odznaczenia. Rozkaz odesłano do Wiednia pocztą aeroplanową.               

W trakcie oblężenia dochodziły do nas informacje, że wkrótce nadejdzie odsiecz. Jedni mówili, że z zachodu inni, że z południa. Nasłuchiwano, specjalnie w trakcie ciszy nocnej, czy przypadkiem nie słychać strzałów armatnich dochodzących z okolic Sanoka lub Chyrowa. Nawet podobno niektórzy coś słyszeli, lecz był to jedynie stukot rosyjskich furgonów, których koła dość głośno dudniły na twardej drodze.               

Generał Kusmanek [3], dowódca Twierdzy, starał się raczej nie wychodzić poza obręb miasta. Już z początkiem drugiego oblężenia, gdzieś w połowie listopada 1914 roku, kiedy to rosyjskie kule armatnie padały jeszcze nawet o paręnaście kilometrów od bronionych i dobrze urządzonych fortów, Generał nie zaszczycił swoją wizytacją żadnego z nich. Jego negatywny przykład i dziwny pokaz tchórzostwa działał bardzo negatywnie na innych dowódców oraz komendantów odcinków liniowych, którzy starali się również poza okopy Twierdzy nie zapuszczać. Z powodu coraz bardziej dotkliwych braków nie tylko żywności, nawet urzędowa gazeta forteczna, zaczęła ukazywać się na brązowym papierze do pakowania. Ta właśnie gazeta pewnego razu zamieściła wielki pean na temat odwagi Generała Kusmanka, który wracając pewnego zimowego dnia ze szpitala wykazał się „wielką odwagą”. Tuż obok niego wybuchła rosyjska bomba, która została zrzucona z rosyjskiego areoplanu. Generał jednak nie przestraszył się, nie zadrżał i nawet nie upadł by się schronić. Stał wyprostowany i dumny. Gdy tylko dym opadł, rozglądnął się wokoło i ruszył w kierunku Twierdzy. Żołnierze nie wierzyli jednak w te rewelacje i wiedzieli swoje. Mówiło się nieoficjalnie, że bomba eksplodowała o jakieś 500 kroków od Kusmanka, a złośliwi twierdzili, że w momencie wybuchu, spodnie Generała w ich tylnej części dość mocno naprężyły się i podobno nawet pękły w kilku miejscach.               

Do Przemyśla często przylatywały samoloty przywożące pocztę dla żołnierzy oraz przeróżne gazety dla oficerów. Gazety jednak przeważnie docierały do dowództwa Twierdzy, a sam Kusmanek i jego świta cieszyli się z czytania i przeglądania nawet humorystycznych czasopism  niemieckich. Natomiast do nas bardzo często nie docierały nie tylko gazety, ale i przez dłuższy czas nie mogliśmy się doczekać choćby jednej kartki z domu.                

W połowie drugiego oblężenia urządzono w Przemyślu stację radiotelegraficzną. Generał Kusmanek korzystał z niej prawie codziennie prowadząc prywatne konwersacje ze swoją żoną pozostałą w Wiedniu. Rozmawiał z nią podobno o wszystkim, jak twierdzili niektórzy oficerowie, nawet o codziennych kłopotach domowych żony z kucharką, która nader często tłukła domową zastawę. Dzięki wynalazkowi radiotelegrafu zdarzały się też sytuacje zupełnie nieprzewidziane. Otóż jeden niemiecki major z naszego pułku, stary kawaler, ożenił się ze swoją daleką i biedną kuzynką z Wiednia. Wystarczyło parę przeprowadzonych konwersacji i stało się, major wyjechał do Wiednia na urlop i razem z kuzynką Miki stanęli na ślubnym kobiercu. „...By choć pensję dostała biedna Miki, gdy zginę...” powtarzał major gdy wrócił. Podobno zmarł gdzieś w niewoli rosyjskiej.              

W samym mieście, mimo oblężenia całkiem dobrze się bawiono. Cały Przemyśl z zapałem urządzał różnego rodzaju koncerty czy przedstawienia i to tam właśnie, w samym centrum mieściła się właściwa rezerwa Twierdzy. Jednak żołnierzom którzy siedzieli w okopach i bronili Fortów usytuowanych parę kilometrów od oblegających Twierdzę rosyjskich żołnierzy, było niezmiernie przykro i nieraz dawało się odczuć ich spore niezadowolenie. To oni przecież wymęczeni, nieustannie ostrzeliwani, nieogoleni i brudni cierpieli trudy wojny, podczas gdy ich koledzy zadekowani w centrum Twierdzy całkiem dobrze się urządzili. Ludność cywilna Przemyśla na swój sposób również cierpiała trudy oblężenia. Szczególnie dało się to zaobserwować w przypadku młodych, samotnych kobiet, żon urzędników czy adwokatów. Ich mężowie jako oficerowie rezerwy wyruszyli na front i pozostawili je same w mieście. Zaczęło się więc wykorzystywanie położenia tych biednych opuszczonych kobiet. Prym w tym wiedli zwłaszcza oficerowie węgierscy i czescy. To oni posyłali swych ordynansów, którzy dowiadywali się od swoich służących jak upatrzona na ulicy dana mężatka żyje, a potem dowiedziawszy się o jej nędzy, braku pieniędzy i żywności, zaczepiali je wprost sami lub też przez umiejących trochę po polsku podoficerów i proponowali by oddały się im za chleb, mąkę, konserwy, cukier lub czekoladę. Wiele z tych kobiet ze wstrętem odrzucało te propozycje, jednak dość często nie mogąc patrzeć na cierpiące z niedożywienia dzieci stawały się ofiarami nieokiełznanych bestii, wstrętnych samolubnych samców chcących zaspokoić swoje chucie. Wstręt mnie ogarniał na takie postępowanie ‘Kriegskameradów’. Z ohydą patrzyłem na włóczące się po ulicy wyzywające kobiety, młode dziewczęta, prawie że dzieci jeszcze, które z niezdrowym, często z przedwczesnym połyskiem namiętności w oku zaczepiały żołnierzy lub same przez nich były zaczepiane. Z radością odpowiadały na brutale obłapywanie czy podszczypywanie przechodzących się po ulicach obrońców Twierdzy. W tym procederze prym wiódł podobno jeden generał, komendant rezerwy Twierdzy, który pewnego razu jedną służącą żydowską, brudne i bose „poszturchadło”, elegancko ubrał i z nią raz pieszo raz w powozie po ulicach miasta paradował. Zadurzył się w niej do tego stopnia, że nawet na koncerty ją zabierał i urządzał awantury oficerom, którzy niedostateczny jej, „należny” szacunek okazywali.               

Tuż przed drugim oblężeniem wydano rozkaz, że każdy ma zaopatrzyć się w zapasy żywności na jakieś dwa trzy miesiące. Jednak wszelkie zapasy wyczerpały się bardzo szybko i potem już, poza przydziałem odrobiny mąki, niczego innego już żołnierzom nie wydawano.   

Przemyśl 15.IX.1922              

Niektóre wypadki z minionych czasów, które trochę lepiej utkwiły w mej pamięci,  przypominam sobie tylko jako pojedyncze epizody, nie wiążące się w jakąś logiczną całość. W kolejnych opisach tak też je tu przedstawię.              

Pewnego razu jeden woźnica wojskowy, który nie miał przy sobie żadnego karabinu, pojechał beczkowozem zaprzężonym w parę koni z Fortu IX „Brunner” [4] do wsi Ujkowice, po wodę pitną. Było już wcześnie rano, śnieg leżał wokoło. Droga z Fortu prowadziła mocno w dół, a potem wspinała się stromo pod górę. Wszędzie po drodze dało się zauważyć sporo różnorakich patroli polowych oraz rozstawionych straży, więc droga wydawała się bezpieczna. Gdy wóz już prawie dojeżdżał do centrum wsi, nagle zza niewielkiego zagajnika, dosłownie parę kroków od przerażonego woźnicy, wynurzyło się dwóch rosyjskich żołnierzy, którzy mocno gestykulując coś do niego głośno krzyczeli. Przeraził się biedny woźnica, konie zawrócił i z powrotem pognał je do Fortu Brunner. Jednak Moskale nie dawali za wygraną i starali się Go dopędzić. W końcu gdy konie trochę zwolniły i pod górę prawie stanęły, dopięli swego. Wskoczyli na wóz i schowali się za beczką. Gdy w końcu wóz z woźnicą dojechał do Fortu i straż go zatrzymała pytając co wiezie, on odpowiedział że jedynie pustą, bez wody beczkę, gdyż po drodze napadli go moskale i musiał salwować się ucieczką. Wówczas zza beczki wyskoczyło tych dwóch ukrytych moskali i dobrowolnie poddali się do niewoli. Opowiadali później, że uczynili tak dlatego, że u nich w okopach źle się dzieje, wszędzie grasuje tyfus, brak jest jedzenia i dlatego też gdy wysłano ich na patrol postanowili się poddać i pójść dobrowolnie do niewoli. Tak więc bezbronny woźnica stał się bohaterem wziąwszy do niewoli dwóch uzbrojonych moskali. Czy dostał za to jakiś medal lub pochwałę - tego nie wiem.    

/ Kpt. Marian Strzetelski (siedzi drugi od lewej strony) jako oficer administracyjny Zarządu Koszar gr. III. W 6 Pułku Saperów – Przemyśl Zasanie – rok 1922/1923

Muszę powiedzieć, że z rozdawnictwem medali w Twierdzy działy się naprawdę dziwne rzeczy. Otóż wiadomym wszystkim było, że to przeważnie Węgrzy nosili na piersiach po dwa Medale Waleczności [5], mimo tego, że za dużej sposobności do tego by na nie zasłużyć nie mieli. Siedzieli przecież przeważnie w mieście, starali się nie narażać i nie wyściubiać z Twierdzy nosa. Fama niosła, ze to Kusmanek zbytnio z Węgrami sympatyzował i nieraz ich waleczność stawał za wzór innym.               

Pamiętam, że pomiędzy Fortem IX i VIII, gdzieś na skraju lasu, daleko w przedpolu, wspólnie z moimi żołnierzami, budowaliśmy dwa schrony i okopy dla oddziału zwiadowczego - Nachrichten Detachment. Robota nasza trwała parę dni. Pierwszego dnia służbę pełnili tam węgierscy żołnierze – honwedzi [6]. Z ich oficerem, który mówił po niemiecku poznałem się osobiście. Gdy rozpoczęliśmy pracę tuż przed lasem stały resztki spalonej wsi, parę ocalałych chałup i stodół, a dalej poza nimi rozciągał się już rejon rosyjskiej dominacji. Nie mając desek do budowy umocnień okopów posłałem kilku ludzi do wioski by ze zniszczonych domostw wybrali w miarę dobre, nie połamane, zdrowe deski i ściągnęli je jak najbliżej na przedpole. Minęła już dobra godzina, a ich nie było widać. Zaniepokoiłem się więc na dobre i postanowiłem sprawdzić co się stało. Gdy dochodziłem już do zniszczonych chałup spotkałem węgierski patrol honwedów. Szli dość szybko i żywo dyskutowali. Na czele patrolu szedł kapral i w rękach niósł dymiący garnek gotowanych ziemniaków. Z tyłu za nimi moi żołnierze nieśli sporą kupę desek. Gdy podeszli do mnie wskazali na jedną z chałup. Tam, w ostatniej ocalałej izbie, siedziała płacząca kobieta, a do niej tuliło się sześcioro przerażonych dzieci. Okazało się, że jest to biedna wyrobnica, którą mąż zostawił i poszedł na wojnę. Zapasów żywnościowych nie miała już żadnych i razem z dziećmi skazana była na śmierć głodową. Ostatnie ziemniaki, które parę chwil temu ugotowała i którymi chciała nakarmić płaczące dzieci, ukradli węgierscy żołdacy. Nie pomogła moja interwencja u oficera węgierskiego, który po naszym powrocie do obozu, stwierdził, z rozbrajającym uśmiechem, że według niego kapral dobrze zrobił, gdyż żołnierzom węgierskim także się chce jeść, a gorąca zdobyczna strawa dobrze im zrobi. Oburzyłem się tym stwierdzeniem i zagroziłem, że zamelduję o tym w Dowództwie Twierdzy i złożę szczegółowy raport. Wyraziłem przy tym nadzieję, że stanie on przed Sądem Wojennym. Jednak nie przejął się tym zbytnio i roześmiał mi się prosto w twarz. Mimo tego, że raport złożyłem i oskarżenie poszło, lecz do Sądu, celem złożenia wyjaśnień, nigdy mnie nie wezwano i w końcu całej sprawie łeb ukręcono. Parę dni później spotkałem tę samą kompanię. Kapral miał przypięty na swej piersi Medal Waleczności, zapewne za zdobycie gorących ziemniaków. W ogóle w porównaniu z innymi nacjami, Węgrzy otrzymali specjalne, pisemne zezwolenie wydane z Komendy Twierdzy dotyczące albo zakupu za gotówkę żywności lub też jej rekwizycji od ludności cywilnej. Takie przejęcie różnych przedmiotów przeznaczonych na potrzeby wojska dość często odbywało się w sposób bardzo nieuczciwy. Zdarzyło się, że pewnej ubogiej kobiecie z gromadką dzieci węgierscy żołnierze zarekwirowali krowę. Dogadali się z nią co do ceny, jednak pieniędzy nie dali. Nabazgrali coś w niezrozumiałym dla niej języku na kartce papieru, złożyli podpisy i z tą kartką kazali zgłosić się do kasy. Biedna wdowa uprosiła polskiego kapelana by pomógł jej odczytać węgierskie bazgroły i wskazał gdzie ma się zgłosić po pieniądze. Okazało się, że Węgrzy z niej zakpili, gdyż na kartce napisana była ordynarna seksualna propozycja skierowana do biednej kobiety. Doniesiono na nieuczciwych żołnierzy, jednak jak w przypadku kradzieży ziemniaków odpowiedzią było jedynie milczenie i całej sprawie znowu łeb ukręcono.               

Gdy głód zaczął dawać się nam coraz bardziej we znaki honwedzi w porównaniu z innymi żołnierzami z reszty załogi Twierdzy, nie wiedzieć dlaczego, dostawali zwiększone porcje żywnościowe. Chodzili przeważnie gromadnie po mieście, włamywali się do prywatnych domów, rabowali znalezioną żywność i głośno bezkarnie wrzeszczeli: „...Ni ma chliba, ni ma, rozwartis, dawaj...”. Wśród nich też najczęściej grasowało wiele chorób: cholera, tyfus lub też dezynteria. Żarli wszystko czego dorwali, wodę brudną pili z potoków, do których przecież spływało sporo nieczystości. Przy tym też i sami nie grzeszyli czystością i gdy przechodzili obok dało się wyczuć paskudny, ciągnący się za nimi odór. Pod koniec drugiego oblężenia w całym mieście nie uświadczyło się już żadnego psa ani kota. Wszystkie podobno zostały strawione przez wyjątkowo pojemne żołądki Madziarów. Sądy wojenne w Przemyślu milczały mimo tego, że skargi przekazywane na Węgrów były bardzo częste. Kusmanek tymczasem pilnował budowy wzmocnionej piwnicy, w której krył się, zawsze gdy nad Przemyślem ukazywały się nieprzyjacielskie aeroplany.               

Honwedzi zachowywali się jak Hunowie. We wsi Łętownia był piękny, nieduży, drewniany kościółek. Został zniszczony przez stacjonujących tam Honwedów. Stary, święty obraz znajdujący się w głównym ołtarzu wyrwali z ram i pocięli. Ławki i ambonę oraz  konfesjonały rozłożyli na kamiennej posadzce kościoła i podpalili. Gdy ogień stał się już całkiem duży powrzucali do niego jeszcze piękne chorągwie i feretrony i stojąc tak grzali się.                

W Wapowcach, do pomocy przy kopaniu okopów w bardzo skalistym gruncie otrzymałem wojskową kompanię roboczą, galicyjską. W kompani tej było sporo nauczycieli ludowych i uczniów gimnazjalnych, przeważnie chłopów. Wszyscy byli strasznie wynędzniali i wychudzeni. Podoficerowie, Żydzi okradali ich z przydziałów żywnościowych. Dowódca kompanii, czeski urzędnik pocztowy z cywila, skarżących się na niesprawiedliwość żołnierzy zamykał „do kozy”. Podobno za to dostawał od będących z nim w zmowie żydowskich podoficerów, wcale pokaźny udział w zrabowanych konserwach, mięsie, cukrze i tytoniu.  Żal mi strasznie było tych wykorzystywanych i oszukiwanych żołnierzy, dlatego też pozwoliłem im pewnego dnia na przeszukanie skopanego kartofliska leżącego niedaleko kopanych okopów. O jakieś 300 kroków przed nami widoczny był cypel lasu, który niedługo mieliśmy wyciąć. Przed lasem stały nasze patrole i straże. Nagle z lasu wynurzyło się kilku uzbrojonych Rosjan. Gdy zobaczyli przed sobą tylu naszych żołnierzy, przerazili się i stanęli ogłupieli. Jeden z nich zaraz uciekł, a pozostałych w liczbie ośmiu, nasi żołnierze wzięli do niewoli. I nie było by w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że żołnierze moi byli „uzbrojeni”, jedynie w motyki i łopaty, gdyż wszystkie karabiny były ustawione w kozły i złożone w miejscu, gdzie kopaliśmy okopy. Wszystkich tych dzielnych żołnierzy podałem do odznaczenia, jednak nie otrzymali żadnego medalu, widocznie dlatego, że nie byli „madiar ember”.                

Jeszcze w początkach drugiego oblężenia Twierdzy Przemyśl, ogromnie w modzie był elegancki mundur, który znamionował „rycerzy bez strachu”. Gdy oficer szedł ubrany w taki mundur już z daleka rzucały się w oczy błyszczące z dala guziki i złota szabla oraz żółte, jasne cholewki (getry). Wszystko to było bardzo pomocne w zdobywaniu względów płci przeciwnej. Jednak zaraz po pierwszych wypadach, gdy okazało się, że wśród poległych i rannych żołnierzy, znaczny był procent oficerów, a pojmani rosyjscy jeńcy zeznali, że spośród Rosjan wybierano specjalnych strzelców wyborowych, którzy mieli strzelać do żółtych cholewek i błyszczących przedmiotów na austriackich mundurach, wtedy od razu chwalebne getry oraz ekstra czapki przeszły na własność „offiziersdiener'ów” [7], a oficerskie szable zawisły na kołkach.               

Raptem rozniosło się wśród oficerów w Lipowicy, że u naszego lekarza pułkowego służącym jest jeden rezerwowy oficer, adwokat z zawodu, który pokręcił jakoś swe dokumenty i za wiedzą kolegi lekarza figurował w dokumentach jako „offiziersdiener”, chociaż funkcji tej nie mógł pełnić. Gdy to oszustwo wyszło na jaw, zabrano mu szarże oficerską i zrobiono doniesienie do Izby Adwokackiej w Przemyślu. Nie ma to jak miecz „kiepały” [8] na głowę, choć czasem i „kiepały” jak i w tym przypadku się nie opłaci.               

Pewnego dnia odwiedził Przemyśl mały Zeppelin. Sunął nisko nad miastem i opadł na błoniu. Okazało się, że była to przyjacielska wizyta kilkunastu pruskich oficerów. Bardzo dobrze widziałem to długie cygaro z pomostami po bokach, na których stali dumni oficerowie z zawiniętymi w szpic wąsami. Stali tak dumni i z uwagą obserwowali wszystko przez monokle przystawione do oczu.  

Przemyśl 18.IX.1922              

W czasie drugiego oblężenia Twierdzy, wychodziło w Przemyślu, w zaledwie kilku egzemplarzach, nie podpisane przez nikogo, wydawane w języku niemieckim, nieoficjalne czasopismo humorystyczne. Czasopismo to było przekazywane z rąk do rąk, od jednego oficera do drugiego, z pominięciem tak zwanych „grubych ryb”. Podobno zarówno część literacka tamtejszych artykułów jak i znakomite satyryczne ryciny były tworem rezerwowych oficerów wiedeńskich. Pokazywana w ilustracjach Twierdza była przedstawiana jako nieduży drewniany domek z wysokim parkanem ciągnącym się wokoło, jedną bramą wjazdową oraz dużą ilością wieżyczek i strzelniczych otworów. Wewnątrz były porozciągane sznury, na których suszyła się pożółkła bielizna wyższych oficerów austriackich. Postacie generałów i pułkowników przedstawione były w sposób karykaturalny. Spodnie mieli mocno pofałdowane, przydługie, na siedzeniu obwisłe, bluzy zbyt obszerne, włosy zmierzwione, nieuczesane. Nosy ich podobne były do ogórków, twarze straszyły licznymi brodawkami, a z ust wystawały długie nadpalone cygara. Ostrogi były tak długie jak same buty, kółka ostróg miały tak długie ostrza jak palec wskazujący. Przy boku zaś wisiała długa, ciężka szabla, wlokąca się po ziemi.               

Autorzy tego czasopisma kpili z tchórzostwa dowódców, a w szczególności Kusmanka, dowódcy Twierdzy. Pozwólcie, że przytoczę jeden z artykułów zatytułowany „Poddanie Przemyśla”, który ukazał się jeszcze około półtora miesiąca przed rzeczywistym poddaniem Twierdzy. A było to tak: „... Patrol melduje oddziałowi Nachrichten Detachment, że zauważył zbliżający się w kierunku Twierdzy mały oddział rosyjski. Nachrichten Detachment melduje dalej Fortowi IX, że dobrze uzbrojona kompania rosyjskich żołnierzy zbliża się do Twierdzy. Fort IX śle dalej meldunek do komendy grupy, że to batalion dobrze uzbrojonych rosyjskich żołnierzy idzie na Przemyśl. W końcu następujący meldunek, przerażającej treści dochodzi do Kusmanka: 'wojska rosyjskie w sile kilku korpusów maszerują forsownie na Twierdzę, kierunek Fort IX, co robić?' Wówczas Kusmanek natychmiast zwołuje radę wojenną. Zebranym przedstawia swoje stanowisko i mówi: '...stan załogi Twierdzy jest bardzo marny, głód, chłód i nędza wciąż przerzedzają nasze szeregi. Wprawdzie myśmy wszyscy przysięgali Cesarzowi bronić Twierdzy Przemyśl do ostatniej kropli krwi, jednak zebrani tu na tej radzie powinni zastanowić się co dalej robić. Co robić wobec nadchodzących informacji i meldunków, że przecież kilkaset tysięcy głów licząca, potężna armia rosyjska, znakomicie wyposażona we wszelkie rodzaje broni, podchodzi już pod Twierdzę?...'               

Po zagajeniu Kusmanka obecni milczą i nie wiedzą co odpowiedzieć. Wówczas dowódca twierdzy przypomina zebranym o ich obowiązku podjęcia decyzji i rozważenia wszystkich okoliczności za i przeciw poddaniu miasta, po czym daje im chwilę na zastanowienie się i wychodzi. Bijąc się z myślami zastanawia się czy aby ci idioci, których zostawił, ułatwią mu podjęcie decyzji, gdyż bronić się przeciw takiej masie rosyjskich bestii jest bardzo niebezpiecznie. Jemu przecież jako dowódcy twierdzy nie wypada wystąpić z wnioskiem poddania miasta. Wprawdzie mógłby to zrobić bez ujmy dla swego honoru gdyby Rada Wojenna jednomyślnie to uchwaliła i zatwierdziła postanowienie o poddaniu się. Jednak pozostawieni na Radzie oficerowie milczą. Wprawdzie wszyscy tak samo myślą, jednak każdy z nich boi się głośno wyartykułować swoją myśl i zgodzić się na kapitulację wobec przeważającej siły wroga. Nie chcą by któregoś z nich posądzono o tchórzostwo.                

Tymczasem wciąż docierają coraz bardziej przesadzone, nowe, coraz groźniejsze meldunki, według których okazuje się, że to już całe imperium rosyjskie sunie na Przemyśl. Kusmanek w końcu wraca na Radę Wojenną i wobec braku podjęcia decyzji przez oficerów apeluje do ich sumienia. Wściekły i zły, że wciąż milczą, w końcu jednoznacznie daje do zrozumienia, że z chęcią zaakceptuje wniosek Rady o poddanie Twierdzy. Jednak oni dalej milczą i żaden z tych tchórzliwych oficerów, pozujących na bohaterów, nie chce by ich nazwiska zostały oddane ocenie historii i zhańbione. Dlatego czekają by ktoś inny wysunął propozycje kapitulacji, nie oni. W końcu zmęczony i doprowadzony do ostateczności Kusmanek wprost swoją skrytą myśl wypowiada publicznie, usprawiedliwiając się, że sytuacja zmusza go do poddania twierdzy. Zebrani zaczynają wówczas dyskutować, radzić, przekrzykiwać się wzajemnie, groźnie ruszać sumiastymi wąsami, pobrzękiwać szablami. Nagle cały ten rwetes przerywa dzwonek telefonu niosąc ze sobą hiobowe wieści na temat oblężenia. W końcu zebrani na Radzie Wojennej podejmują decyzję o kapitulacji i godzą się na poddanie miasta moskalom. Wszyscy podpisują odpowiednie dokumenty i wołają klucznika twierdzy, starego pisarza, komicznego feldfebla z olbrzymimi kulasami i karzą mu pędem gnać za bramę Twierdzy i oddać generałowi rosyjskiemu podpisany ten dokument. Pod klucznikiem uginają się nogi. Wraca do domu, bierze ze sobą dwie flachy wódki, wypija dwa łyki dla kurażu i pakuje je do kieszeni płaszcza, po czym już bardziej odważny wychodzi za bramę. Szedł już tak dobrą godzinę, a tu żadnych moskali nie widać. W końcu zza wyłaniającego się z oddali pagórka widzi trzy postacie rosyjskich żołnierzy. Ale co to, oni tak jak i on nie mają broni. Wrogowie z dwóch stron czołgają się pod wierzchołek pagórka. Są już tak blisko, że mogą zobaczyć swoje twarze. Przerażeni patrzą na siebie. Wówczas klucznik wyciąga zza pazuchy butelkę wódki, pociąga spory łyk i pozdrawia moskali, którym oczy zaczynają mocniej świecić z pożądania. Podnoszą się więc na łokciach i w błagalnym geście wyciągają ręce w stronę „austryjca”. Klucznik daje więc do zrozumienia, że i oni będą mogli się napić, ale najpierw muszą pozbyć się tego czym by mogli mu zagrozić. Moskale z podniesionymi rękami wstają więc, opróżniają kieszenie pozbywając się nawet małych scyzoryków. Wówczas klucznik wyciąga rękę z butelką w ich  stronę i tłumaczy im po niemiecku, że załoga twierdzy poddaje się im jako wysłannikom wielkiej rosyjskiej armii, a on prosi jedynie o zachowanie przy życiu obrońców miasta. Moskale kiwają głowami, pomimo tego, że i tak nic nie rozumieją z tego co klucznik do nich mówi. Biorą od niego butelkę  i uradowani przykładają ją do ust. Najpierw jeden potem drugi pociąga duży łyk gorzałki i już rozluźnieni i zbratani, chwiejnym krokiem odchodzą w stronę twierdzy. A tam strach i alarmujące telefony. Wszyscy już wiedzą, że za chwilę oddadzą miasto w ręce nieprzyjaciół. Podszyty strachem Kusmanek, na czele z całą generalicją wychodzi naprzeciw tego dziwnego pochodu. Jednak co to? Ich oczom ukazują się trzymający pod ręce i roześmiani klucznik i moskale. Nagle Rosjanie zobaczywszy tylu austriackich żołnierzy przed sobą padają na ziemię i błagają o darowanie im życia. Mówią, że u nich źle, wódki nie dają, mróz w okopach dokucza, jedzenia też coraz mniej więc oni przyszli by poddać się. Przecież „mołojcy austryjcy” tacy dobrzy, bo ich gorzałką poczęstowali. Zdziwienie w szeregach austriackich jest olbrzymie. Po chwili jednak dumnego Kusmanka ogarnia radość z takiego obrotu sprawy. Zebrani generałowie cieszą się i wypinają pierś do kolejnych odznaczeń. Groźnie pobrzękują szablami i wznoszą okrzyki zwycięstwa. Wszyscy rozchodzą się by świętować. I tak kończy się oblężenie miasta przez Moskali…”.                              

W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia roku 1914, zarówno rzymsko-katolicy jak i grekokatolicy świętowali. Z obu stron, austriackiej i rosyjskiej ogłoszono zawieszenie broni. W tych dniach nie prowadzono żadnych działań wojennych, a straże polowe wzajemnie się odwiedzały w okopach. Wszyscy częstowali się czym mogli. Rosjanie Austriaków szynką, kiełbasą i papierosami. Austriacy gościli u siebie Rosjan i wspólnie razem popijali gorzałkę i palili austriackie szlugi. Żartowano i śmiano się. Austriaccy żołnierze, by trochę podrażnić Moskali udawali, że piją wódkę, a Moskale zaś w odpowiedzi podskakiwali i naśladowali rżenie koni, by dać do zrozumienia, że w Twierdzy już koni nie ma gdyż obrońcy wszystkie zjedli. W tych dniach panowała atmosfera ogólnej przyjaźni i radości. I chociaż na te parę godzin można było zapomnieć o okrucieństwie wojny.               

W czasie drugiego oblężenia Twierdzy służbę frontową pełnili przeważnie oficerowie rezerwy, znakomicie wyszkoleni, odważni i lubiący ciężką pracę. Wyróżniał się wśród nich jeden Niemiec z Moraw, służący w naszym pułku oraz porucznik, z zawodu agronom, również Niemiec, służący w sąsiednim pułku artylerii. Znałem ich obu dość dobrze. W ogóle w skład naszego pułku wchodzili zarówno Czesi, Niemcy jak i Żydzi. Jedynym Polakiem - oficerem byłem tylko ja. Tak było do czasu aż mój znajomy, dawny urzędnik Banku Przemysłowego we Lwowie pan Julian Łobos, jednoroczny ochotnik austriacki, oraz mój szkolny kolega, sędzia Józef Czapelski, zdali dodatkowy egzamin oficerski przed komisją pułkową i zostali mianowani „Kadett Officiers Aspirantami”.                 

W zimie, gdy przyszły już śniegi, zarówno patrole nasze jak i rosyjskie używały długich, białych, płóciennych płaszczy z kapturami. Nie trzeba się było wtedy specjalnie maskować gdyż na  powierzchni białego puchu płaszcze te prawie wcale nie były widoczne. Dość często zdarzało się, że rosyjscy oficerowie i zwiadowcy podchodzili blisko pod nasze okopy, dokładnie rozpoznając całe przedpole Twierdzy. Zresztą szpiegostwo rosyjskie było dość mocno rozwinięte. Podobno wiadomości np. na temat austriackich „wycieczek” w stronę okopów wroga miały się przedostawać za pośrednictwem szczelnie zalakowanych pustych butelek wrzucanych przez rosyjskich szpiegów do Sanu. Dlatego też nakazywano patrolom austriackim szczególnie dokładnie penetrować brzegi rzeki celem wyławiania takich butelek. Gdy udało się złapać szpiega, szedł on od razu pod sąd i zazwyczaj była orzekana kara śmierci. Nie odstraszało to jednak moskali i szpiegostwo stale się rozwijało. Stąd też Rosjanie zawsze z małym wyprzedzeniem wiedzieli kiedy miał nastąpić nasz wypad, czasami nawet wcześniej aniżeli oficerowie utworzonych grup wypadowych. Chociaż takie wycieczki były dokonywane przeważnie pod osłoną nocy, w różnych ustalanych wcześniej godzinach, to Rosjanie przeważnie byli już przygotowani do odparcia ataku. Ściągnięte zawczasu rezerwy rosyjskie czy pomoc sąsiednich grup były im w tym czasie zawsze pomocne. Głośno mówiono wśród oficerów, że to ktoś z Rady Wojennej podobno zdradza. Posądzano nawet o to Kusmanka, który jakoby miał już dawno sprzedać Twierdzę Rosjanom i dlatego wydał tyle zapasów żywności i amunicji cofającej się przez Przemyśl armii austriackiej. Czy była to prawda, nie wiem, ale po naszym powrocie z niewoli sowieckiej przeprowadzono sąd i odbył się długi proces nad Kusmankiem, którego przebiegu niestety nie znam. Wiem jedynie tyle, że był posądzony właśnie o zdradę. Zresztą już po upadku Twierdzy Przemyśl gdy dostaliśmy się do niewoli rosyjskiej, właśnie sami sowieci opowiadali nam, że Kusmankowi żyje się ‘oczień haraszo’. Podobno dzięki temu, że przekazywał Rosjanom różne informacje na temat Twierdzy, które pomogły w jej upadku. W ostatnich dniach przed poddaniem Przemyśla niektórzy oficerowie mieli rozgrabić i podzielić kasę austriacko węgierskiego banku, a na koniec go spalić. Z tego też powodu urządzono w obozach jenieckich, w których przebywali oficerowie z Przemyśla, rewizje osobiste wszystkich żołnierzy. Chciano się w ten sposób przekonać, czy nie mają za dużo pieniędzy przy sobie, co mogło by wskazywać na to, że być może brali udział w okradzeniu banku. W trakcie rewizji zakomunikował nam o tym komendant naszego obozu asauł [9] Trojanowski. Później jeszcze podobne relacje słyszałem również od niektórych kolegów z podobnych, jak nasze obozów jenieckich.               

Konie wykorzystywane do więzienia wszelkich bagaży, wojskowych tobołów i amunicji już dawno zostały zjedzone lub przerobione na wojskowe konserwy. Dlatego też odgórnie nakazano bym wspólnie z przydzielonymi mi do pomocy kilkudziesięcioma żołnierzami przygotował ręcznie robione sanie dla dwóch naszych pułków. Tak też zrobiłem. Materiał potrzebny do wyrobu sań pozyskałem z lasu. Były to głównie graby, buki i jodły.  Już po około tygodniu linia produkcyjna zorganizowana jak w prawdziwej fabryce ruszyła pełną parą. W ciągu niespełna miesiąca wyprodukowaliśmy ponad 200 sztuk ślicznych, drewnianych sanek, które w sposób wyśmienity spisywały się w trudnych zimowych warunkach oblężenia miasta. Jednak już w połowie lutego 1915 roku, przyszła odwilż, śnieg zaczął topnieć i wówczas nasze sanie poszły w odstawkę. Wtedy stwierdzono, że musimy się przestawić na produkcję drewnianych wózków. Nie było to łatwe zadanie. Na początku nie bardzo wiedziałem jak poradzić sobie z wykonaniem małych, lekkich, drewnianych kół do takich wózków, ale i to udało się nam rozwiązać, dzięki temu że do pomocy miałem kilku kołodziei zwanych stelmachami [10]. Jednak niewiele z wykonanych przez nas wózków wykorzystano przed upadkiem twierdzy, gdyż wkrótce znów przyszedł mróz, wróciły silne opady śniegu, po czym zaczął padać deszcz i przyszła odwilż. Błoto na drogach było niemiłosierne i załadowane po brzegi wózki ciężko było ciągnąć wykorzystując do tego jedynie siłę ludzkich mięśni. Żałowaliśmy wtedy, że zjedliśmy nasze konie.               

Moi żołnierzy nie tylko byli niezwykle pracowici, ale i chętnie, sami podejmowali się różnorakich zadań poza służbowymi godzinami pracy. Jeszcze w Lipowicy, wykonali dla mnie śliczne jesionowe sanie wyjazdowe. Pięknie okute i pomalowane, wprost wspaniałe, budziły ogólny podziw wśród zwykłych żołnierzy i oficerów. Ich ciężką pracę wynagrodziłem wódką i tytoniem. Sanie te bardzo spodobały się pułkownikowi Pawłowi Gilli’emu, więc na usilne jego prośby odstąpiłem mu je. Jednak niezbyt długo cieszył się nimi gdyż gdy głód ogarnął całą twierdzę nie miał już kto ich ciągnąć. Moi ślusarze i stolarze, poza służbowymi godzinami pracy, wykonali również, przeznaczony potem dla pułkownika Gilliego, śliczny, toczony drewniany postument, na którym umieszczona była łuska szrapnelowa. Mnie zaś przypadł w udziale piękny drewniany postument w formie cztero ramiennego świecznika. Podstawa postumentu, jakby terasa pomnika, wsparta była na ośmiu patronach rosyjskich (nóżkach) i obwiedziona łańcuszkiem. Na stopniach postumentu ułożone były miniatury rynsztunku rosyjskiego, zaś na samym postumencie wisiały tarcze z napisami, a na nich po dwie piki kozackie i karabiny. Ze ścian wyrastały cztery liście dębowe, z przygotowaną obsadą dla świec. Drugi taki postument wykonany również dla mnie, był mniejszy i służył mi jak przycisk do papierów. Był to urwany szrapnel z wysypującymi się zeń kulkami, usytuowany na pięknej rzeźbionej, drewnianej podstawce.               

Przez cały okres naszej służby w Przemyślu, czyli od 12 sierpnia 1914 do marca 1915 roku, ani ja ani cały mój oddział nie próżnowaliśmy i zawsze mieliśmy bardzo dużo pracy. Aż do upadku twierdzy i poddania miasta Rosjanom, czyli za osiem miesięcy żołnierskiej służby i pracy, mieliśmy jedynie około tygodnia czasu wolnego. Niektórzy z nas wykorzystali go na odpoczynek, a niektórym, chociaż na dzień, udało się nawet wyrwać do domu na urlop, by zobaczyć się z najbliższymi. Za cały ten okres pobytu w twierdzy, wszyscy  świętowaliśmy w dwóch obrządkach zarówno Boże Narodzenie, Nowy Rok jak i Trzech Króli. I tak sobie myślę, że chyba dobrze, że praca była naszym głównym zajęciem, gdyż tęsknota za bliskimi i domem nie miała czasu nas trawić. I dzięki temu mogliśmy przetrwać te trudne czasy. Później w niewoli rosyjskiej też rzucałem się w wir pracy i starałem się nie myśleć i nie tęsknić, chociaż przyznaję, że nie było to łatwe.                

Pewnego razu, mój dawny biurowy kolega – porucznik Rapf, adiutant generała któremu podlegał nasz odcinek w Lipowicy, otrzymał od jednego z patroli wracającego ze zwiadu, młodego, dość dużego ale strasznie poranionego konia. Za zezwoleniem generała porucznik chował go i pielęgnował jak umiał. Wojskowy weterynarz, pan Barski leczył go i już po miesiącu okazało się, że konik wydobrzał i wyglądał pięknie z gniadą, długą grzywą.  Wszyscy zazdrościli porucznikowi przyjaciela, jednak gdy głód zawitał w progi twierdzy, porucznik ze łzami w oczach musiał go oddać rzeźnikowi na kiełbaski.               

Pewnego dnia otrzymałem rozkaz by zastąpić swym oddziałem obsadę jednego fortu, która miała w tym dniu wykąpać się w łaźni wojskowej. Zgłosiłem się więc u komendanta technicznego fortu, który w tym czasie przebywał w niedużej izbie. Siedział przy stole, na którym leżała deska rozdzielcza z przyciskami, od których odchodziły jakieś przewody elektryczne. W każdej chwili mógł przycisnąwszy jeden z tych guzików wysadzić w powietrze daną część fortu czy spowodować wybuch miny usytuowanej przed nim. Zameldowałem się więc i przedstawiłem. Po chwili rozmowy okazało się, że komendant to znajomy oficer czynny saperów z 11 Baonu Saperów. Od niego też dowiedziałem się, że podobno właśnie zaraz po ogłoszeniu mobilizacji szukano mnie, gdyż miałem kartę przeznaczenia do 11 Pułku Saperów. Tam też miałem się zgłosić celem odbycia mojej służby wojennej. Nic o tym jednak nie wiedząc zgłosiłem się gdzie indziej. Prawdopodobnie zostały wystawione dwie takie karty i dwa naznaczenia do dwu podobnych technicznych jednostek wojennych. Możliwe, że w tym zamieszaniu to był mój szczęśliwy traf i dzięki temu cało wyszedłem z różnorakich opresji wojennych.    

Przemyśl 19.IX.1922              

W czasie jednego z pierwszych wypadów z Twierdzy, późną jesienią 1914 roku, gdy na drzewach nie było już liści, zostałem oddelegowany wraz ze sowim oddziałem do ochrony strzelającej za lasem jednej baterii. Tuż przed lasem toczył się zacięty bój o utrzymanie naszych pozycji. Wspólnie z wyznaczonym patrolem miałem zbadać czy aby bokiem lasu nie przedzierają się przypadkiem na nasze tyły jakieś oddziały rosyjskie. Gdy znaleźliśmy się między drzewami ogarnęło mnie dziwne uczucie lęku i zdziwienia. Szeroka i głęboka przestrzeń lasu sprawiająca wrażenie spokoju i ciszy, co chwilę była przerywana świtem przelatujących ponad naszymi głowami kul karabinowych, które trafiały w pnie drzew i obcinały, spadające na ziemię niezbyt grube gałęzie. Zdawało mi się, że poranione drzewa krzyczą z bólu. To niesamowite wrażenie udzieliło się też i moim żołnierzom, którzy patrząc z bojaźnią jedni na drugich o mały włos nie zdecydowali się na ucieczkę i odwrót. Chyba jedynie dyscyplina, dobre wyszkolenie i wiara, że szczęśliwie wyprowadzę ich z opresji nie pozwoliły im na to. Pochyleni, czołgając się tuż przy ziemi posuwaliśmy wciąż na przód. Dotarliśmy w końcu cali i zdrowi na miejsce i wspólnie z żołnierzami z baterii odparliśmy atak Moskali. Jednak niesamowite wrażenie pozostało w nas na długo.

/ Honwedzi w Przemyślu… http://www.przemyskiehistorie.pl/honwedzi-w-przemyslu/

Osiemnastego marca 1915 roku rozpoczęła się definitywna agonia Twierdzy Przemyśl. W wyniku coraz gorszej sytuacji obrońców, nasi przełożeni, w porozumieniu z Naczelnym Dowództwem Armii, w dniu 20 marca 1915 wydało rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania się [11]. Żołnierzom nakazano by wycofując się zabrali ze sobą jedynie najbardziej potrzebne rzeczy w tym bieliznę osobistą. Po cichu rozchodziła się plotka, że generał Kusmanek ma swój wspaniały plan ratowania twierdzy, że da jeszcze łupnia moskalom. Podobno planował by z połową załogi miasta poprowadzić żołnierzy na rosyjski fort Medyka. Chciał w ten sposób przerwać pierścień rosyjski, zdobyć  bogato wyposażone magazyny rosyjskie i zaopatrzyć prowadzone przez siebie pułki we wszystkie potrzebne rzeczy. Na koniec chciał podejść pod Lwów i wypędzić z niego Moskali, poczym pospieszyć na Stryj i tam połączyć się z nadchodząca odsieczą. Pozostała w Twierdzy Przemyśl reszta załogi miała by bronić miasta tak długo dopóki nie nadejdzie oczekiwana z południa odsiecz. Powszechnie oczywiście kpiono i śmiano się z tego nierealnego planu. Wiadomym było powszechnie, że tchórzliwy generał Kusmanek najchętniej nie wyściubił by nawet nosa poza obręb Twierdzy.               

Gdy w końcu z rozkazu Naczelnego Dowództwa nasz odwrót i kapitulacja zaczęły się na dobre, rzeczy moje, a w tym ubrania, bieliznę osobistą, książki, obuwie oraz podarki wykonane przez moich żołnierzy ze szrapneli (opisywałem je wcześniej) zapakowano w koszu, walizce i drewnianej skrzyni. Rzeczy te mój wspaniały Jan oddał na przechowanie do jakiejś wdowy po zabitym leśniczym z Wapowiec, która na czas oblężenia Twierdzy schroniła się ze swoimi dorastającymi córkami we wsi Prałkowce pod Przemyślem. Podobno by przeżyć wszystkie te trzy kobiety – matka i córki oddawały się w dwóch wynajmowanych w jakimś domu pokojach za odrobinę żywności oficerom austriackim, którzy nie szczędzili im podarków – mąki, tłuszczu, cukru czy czekolady i chętnie korzystali z ich usług. Na pozostawionych na przechowanie pakunkach umieściłem swoje imię i nazwisko i adres: Sydonia Gubrynowicz, Lwów ul. Józefa 8. Niestety pomimo wielkiej nadziei na odzyskanie moich rzeczy więcej ich nie zobaczyłem. Być może przepadły lub też zostały rozprzedane przez te biedne kobiety. Co się z nimi później stało czy przeżyły tego niestety nie dowiedziałem się nigdy.               

Gdy opuszczaliśmy Twierdzę zabrałem ze sobą jedynie mój plecak, a w nim jedną parę bielizny, kilka sztuk chusteczek, przybory toaletowe, szczotki do obuwia oraz portfel z różnymi kwitkami i ostatnim listem od Ciebie Kochana Cesiu. Dla Jana kazałem przygotować moją podróżną podręczną walizkę, do której doszyto tekturowo płócienne rzemienie. Powstał w ten sposób swoistego rodzaju tornister, który poczciwy Jan mógł nosić na plecach. Dla siebie kazałem Janowi upchnąć w tak zręcznie zrobionym tornistrze również drugą parę bielizny dla mnie oraz dwie konserwy, parę sucharów na drogę oraz buty, te które przysłałaś mi kochana Cesiu ze Lwowa, a które jedynie raz jeden miałem na nogach.     

/ Dowódca Twierdzy Przemyśl Generał piechoty Hermann Kusmanek von Burgneustädten (x) ze swym sztabem… http://www.vhu.cz/zapas-o-pevnost-premysl-tragedie-do-heroickeho-havu-odena/

W okopach zostawiliśmy samych maruderów i wojskowe oddziały robocze, zaś sami pomaszerowaliśmy do Przemyśla. Oficer kasowy, oberlejtnant Tczonik nie wypłacił nam ostatniego należnego żołdu, mimo tego, że upominałem się o to kilkanaście razy. Dopiero gdy już późnym wieczorem dotarliśmy do miasta, „wyrwałem” mu te pieniądze, zagroziwszy uprzednio, że o wszystkim zamelduję pułkownikowi. Przy ogólnym zadowoleniu rozdałem należny żołd żołnierzom i wszyscy już w lepszych nastrojach wyruszyliśmy w stronę Medyki. Nowy rozkaz brzmiał: „…Medyka ma zostać zdobyta bez jednego wystrzału…”. Dobrze powiedzieć, ale jak to zrobić? Mój oddział wiózł na wozie ciągnionym, z braku koni przez samych żołnierzy, tornistry, narzędzia techniczne oraz kilkadziesiąt, trochę zardzewiałych, otrzymanych w ostatniej chwili nożyc do cięcia drutu kolczastego. Do tego doszły jeszcze, otrzymane tuż przed wymarszem w znacznej ilości, tłuste konserwy mięsne, kilka worków sucharów i tytoń. Droga była bardzo błotnista, więc ciągnienie wozów szło bardzo opornie.               

Otrzymałem rozkaz trzymania się samego czoła kolumny, gdyż przy forcie Hureczko miałem otrzymać informacje od stacjonujących tam oficerów artylerii w którym miejscu znajdują się bezpieczne przejścia przez założone przeszkody z drutu kolczastego. W ostateczności miałem wskazać maszerującej kolumnie żołnierzy który batalion, przez które przejście będzie się przedzierać. Mój oddział maszerował pomiędzy pierwszym a drugim batalionem. Już w połowie drogi do Hureczka zapadła zupełna ciemność. Szliśmy zmęczeni i mocno ubłoceni, rozmyślając w jaki sposób mamy zdobyć Medykę nie strzelając nawet wtedy gdy Moskale będą nas razić ogniem ze swoich pozycji. Czyżby Kusmanek wysłał nas na pewną śmierć? Z początku Jan maszerował obok mnie, jednak wkrótce zaczął pozostawać w tyle. W pewnym momencie, prawie ocierając się o nas, przejechało, błyskając reflektorami kilka automobilów, w których siedziała generalicja i całe dowództwo Twierdzy. Co niektórzy podobno widzieli w jednym z nich i samego Kusmanka.               

W końcu podchodzimy pod Fort. W ciemności wołam Jana. Przywlókł się w końcu strasznie stękając i jęcząc, że walizy nie może już udźwignąć. Okazało się, że nie usłuchał mojego rozkazu i w przesadzonej dbałości o mnie zabrał z Twierdzy i mój drugi mundur, o wiele więcej chustek niż mu kazałem, prawie trzydzieści konserw, dość sporo sucharów, swoje nowe cywilne ubranie, przeróżne swe pamiątki i wiele innych, zupełnie nie potrzebnych rzeczy. Żal Mu było to wszystko zostawić na zmarnowanie. Zeźliłem się na Niego, otworzyłem walizę, zabrałem dla siebie parę chustek, znalezione jakieś ważne papiery kazałem mu schować. Parę jego rzeczy kazałem mu poupychać do kieszeni, a resztę, tj. konserwy, suchary, cywilne ubranie i mój mundur zamknąłem w walizce i nakazałem Janowi złożyć za rowem pod jakimś płotem. Czasu nie było za wiele gdyż już zaczęto rozglądać się za mną i wołać mnie był przesunął się na przód kolumny. W między czasie okazało się, że mój oddział ze względu na wszechogarniające błoto zmuszony został do pozostawienia ciągnionych z mozołem wozów. Żołnierze zabrali tornistry na plecy, nożyce i parę toporów do ręki, a wóz pozostał w rowie. Pomaszerowaliśmy dalej. Przejście przez druty kolczaste przeszło w miarę gładko i wtedy dowiedzieliśmy się, że całe dowództwo dojechało do Fortu Hureczko i stamtąd widocznie pokierują nas na Lwów.               

Około jedenastej w nocy przecięliśmy druty i rozwinęliśmy się w linię bojową. Wówczas surowy rozkaz zakazu strzelania powtórzono raz jeszcze. Sztab pułku pozostał przy rezerwie maszerującej nieco w tyle, a ja otrzymałem polecenie by przy pomocy mojego oddziału utrzymywać tak długo jak tylko się da łączność pomiędzy sztabem a przednia linią bojową. Noc była tak ciemna, że zaledwie o kilka kroków przed sobą można było dostrzec niewyraźnie majaczące sylwetki ludzi. Maszerowaliśmy po prawej stronie drogi w kierunku Medyki, najpierw przy jakieś pastwisko a potem przez pole orne. Bez jednego wystrzału, przy braniu patroli „zagarnięto” rosyjską redutę, ukrytą gdzieś przy rozwalonym domu stojącym przy drodze. Wówczas padł strzał, zdaje się rosyjski i nagle na ciemnym niebie ukazała się jasna smuga – to reflektory usytuowane w okolicach Medyki rozpoczęły swą pracę. Padł rozkaz by uważać i skoro tylko smuga światła zacznie się zniżać wszyscy mają natychmiast przylgnąć do ziemi i się nie ruszać. Światło padało gdzieś z boku jak jakaś długa, wyciągnięta, jasna macka przedpotopowego zwierza. Macka ta cały czas się chwiała, węszyła na prawo i lewo, to znów zagarniała coraz to nową ciemną przestrzeń raz do przodu raz do tyłu. Poczym snop światła zawracał i nagle przerzucał się o jakiś kilometr dalej w bok by znów pełzając po ziemi „macać” tak leżących i przyczajonych żołnierzy. Wszyscy starali się zachowywać w miarę spokojnie i gdy tylko „bestia” nadchodziła wstrzymywano nawet oddech by nie zdradzić swojego położenia. Jednak nie wszyscy potrafili wytrwać w bezruchu. W poświacie szperającego na prawo i lewo światła widać było jak niektórzy próbują się przemieszczać z miejsca na miejsce. Wszyscy w niepokoju obserwowali zbliżający się i coraz bardziej rozszerzający się snop jasnego światła. Raz po raz światło to znikało, by za chwilę pojawić się znowu i niecierpliwie szperać po polu usianym zalegającymi żołnierzami. I w  końcu okazało się to czego obawialiśmy się najbardziej. Zostaliśmy namierzeni przez nieprzyjaciela i wtedy świetlana bestia zastygła w bez ruchu. Z okopów umiejscowionych przy Medyce zaczęła grać rosyjska bateria armat. Najpierw salwami, a wkrótce potem pojedynczymi działami. Lecz na nasze szczęście kule na razie niezbyt celnie trafiały do celu i trochę przenosiły. Wówczas nadszedł nowy rozkaz by natychmiast kierować się biegiem naprzód w stronę Medyki, lecz bezwarunkowo w dalszym ciągu nie używać broni i nie strzelać. Ruszyliśmy z okopów tyralierą. Szedłem i ja naprzód razem z moim oddziałem zostawiając co 50 kroków po parę łączników. Parliśmy wciąż do przodu, gdy nagle odezwały się nieprzyjacielskie karabiny maszynowe. Zrobiło się naprawdę gorąco. Rosyjskie „maszynki” pracowały zawzięcie, bez ustanku, a i „ruskie puszki” trzaskały tak głośno, że o mało nie popękały nam bębenki w uszach. Zbliżaliśmy się niebezpiecznie do samych dział. Co chwilę mijaliśmy rannych i zabitych żołnierzy, którzy byli przenoszeni do stojącego przy drodze jakiegoś zniszczonego domu. Tam zatrzymał się cały sztab pułku, który z tego właśnie miejsca kierował całym natarciem. Lekarz pułkowy miał pełne ręce roboty. Wszędzie było słychać jęki rannych i bezradne błagania o pomoc. Na prawo od nas, gdzieniegdzie  widać było przemykające pochylone żołnierskie postacie. Byli to Węgrzy, których macierzyste pułki opuściwszy Przemyśl kierowały się w stronę kolejnych nie zajętych jeszcze przez Rosjan fortów.                 

Nagle zaczął padać śnieg i zrobiło się naprawdę zimno. Posuwająca się wciąż do przodu tyraliera żołnierzy zaległa w rowach i zagłębieniach terenu. Światło wciąż oświetlało przedpole, więc nie można było bezpiecznie iść teraz w przód. Poza tym kule gęsto świstały wciąż przy samej ziemi, a nam strzelać w dalszym ciągu zakazano. Więc siedzieliśmy cicho i czekaliśmy. Zostawiłem jeszcze ostatnią parę łączników przekazałem im co mają robić i wracając by zameldować o nawiązaniu łączności pułkownikowi Gilli’emu sprawdzałem czy rozstawione wcześniej pary są na miejscach. Ponieważ główną drogą nie można było iść dalej ze względu na nieustanny ostrzał rosyjski i świstające nad głową kule, więc prawie czołgając się, schylony tuż przy ziemi poszedłem błotnistym przydrożnym rowem. Co chwilę w ciemności obijałem się o wlokących się i jęczących lżej i ciężej rannych żołnierzy. Najtrudniejszą jednak okazała się przeprawa przez ostrzeliwany most na szerokim, dość głębokim potoku. Jako, że śnieg już leżał i woda w nim była lodowata, więc trudno było się zdecydować by zamoczyć nogi lub nie daj Boże wykąpać się w nim cały. Chwilę więc zastanawiałem się jak przeskoczyć na drugą stronę rzeki by wypełnić rozkaz i zameldować pułkownikowi że łączność jest i wtedy wspomniałem sobie Ciebie Cesiulko droga i westchnąłem głęboko z tęsknoty za Tobą. W jednej chwili wypadłem na most w kilku susach przeskoczyłem go i szczęśliwy, że nie zostałem raniony i kiedyś znowu będę mógł być blisko Ciebie, zaległem po przeciwnej stronie potoku, w błotnistym rowie. Łącznicy byli wszędzie tam gdzie ich pozostawiłem, łączność nawiązana i rozkaz wykonany. Dalszych instrukcji miałem oczekiwać w okopie usytułowanym na prawo od domu, poza drogą. Zaczęło już dnieć. Rów strzelecki, w którym się znajdowałem, wykopany dla klęczącego strzelca był cały mokry i pokryty błotnistą mazią. Mój płaszcz, mundur i całe ubranie przemoczone były do suchej nitki, a wszechogarniające zimno i wilgotne powietrze sprawiały, że cały się trząsłem. Lecz rozkaz był rozkazem, więc siedziałem tak w tym płytkim rowie obserwując od czasu do czasu co dzieje się z przodu. Zrobiło się już na tyle jasno, że rozpoznawane pojedyncze postacie cofających się żołnierzy zarówno naszego jak i sąsiednich pułków mogłem zatrzymać w okopie. Okazało się nawet, że jeden z zatrzymanych oficerów naszego pułku miał sprawny karabin maszynowy. I co z tego skoro znowu nadszedł rozkaz od pułkownika Gilli’ego – „…Nie strzelać…”. Żołnierze rwą się do walki, nieustannie sarkają, właściciel karabinu maszynowego ciągle przeklina. Linia wojsk rosyjskich prawie widoczna z okopu. Kule nieprzyjacielskie – karabinowe i armatnie, szrapnele i granaty nieustannie ryją ziemię przed i za okopem. Za zasiekami z drutu kolczastego coraz dokładniej widać było Rosjan zaczajonych w okopach. A my bezradni bo strzelać zabroniono.               

Nagle widzę jak na lewo od naszej linii tyralierek, po niewysokim nasypie kolejowym, wyjeżdża na dwukołówce rosyjski karabin maszynowy i powoli przesuwa się w naszym kierunku. Wtem stanął i zaczął „grać”, lecz widocznie spłoszony przez oddział sąsiedniego pułku skradający się wzdłuż tego samego nasypu, zawrócił i schował się z powrotem za druty kolczaste. Sytuacja stawała się coraz bardziej tragiczna. Cały teren był prawie równy więc nawet niewielkie wgłębienia wydarte palcami w ziemi nie chroniły przed kulami wroga.  Cofać się nie wolno było, a w przód nikt żywy nie przedostanie się bo kule nieustannie świszczą na głowami. Nie mogąc strzelać by wroga osłabić pozostaje jedynie czekać aż w końcu jakaś litościwa, zabłąkana kula położy kres temu nieznośnemu oczekiwaniu. Niektórzy oficerowie siedzący w okopach razem z innymi żołnierzami widząc tą dziwną i beznadziejną sytuację starają się nie widzieć jak niektórzy z ich podwładnych, płaszcząc się nisko przy ziemi, z wolna rejterują w tył. Słońce zaczyna prażyć, śnieg szybko taje, a każdy z żołnierzy wydaje się być jak świnia w błocie umazany. Już i rozkaz nie pomaga by zostać na miejscu. Co chwilę widzę przekradających się tuż obok mnie uciekających w kierunku najbliższego fortu żołnierzy. I nie pomaga nawet mój donośny głos i zakaz cofania się.               

Od naszego okopu do najbliższego fortu było jakieś trzy kilometry. A my ciągle siedzimy w okopach i co godzinę odbieramy nowy rozkaz od naszego pułkownika by dalej nie strzelać. Mam już dość, cały przemokłem i przemarzłem do szpiku kości. Rów taki płytki, że nawet kucając głowa wystaje ponad nim. Niebezpiecznie. Szrapnele co chwila pękają nad nami, granaty prują ziemię tuż przed okopem tak, że grudy ziemi i odłamki przelatują ponad nami. Karabiny maszynowe wroga sieczą równiutko tuż przy ziemi przedniej skarpy okopu. I tylko słychać jak kule wbijają się w przeciwskarpę naszego płytkiego rowu. Gdy kanonada trochę przycicha to wówczas można delikatnie wychylić głowę ponad rów i poobserwować przedpole. Już widać jak artyleria austriacka wyjechała na szerokie błonie przed fort Medyka. Dwie lub nawet trzy baterie walą do fortu. Nie wiem jednak czy spowodowały jakieś szkody, gdyż w pewnym momencie artyleria rosyjska zaczyna jeszcze energiczniej im odpowiadać. Koło południa pełny odwrót stał się faktem i to bez jakiegokolwiek rozkazu. Właściwie nie, bo rozkaz „nie strzelać” w dalszym ciągu obowiązywał i tak naprawdę nie wiadomo dlaczego. Może to była jakaś zaraza infekcyjna, którą muchy przyniosły od Kuschmanka na wszystkich naszych dowódców lub też może był to jakiś szaleńczy obłęd. Nie wiem. Pewnym jest tylko to, że rozkaz „…nie strzelać, nie strzelać…” jak uprzykrzony komar wciąż brzęczał przy moim uchu.               

Poczciwy mój Jan, który leżał w rowie przydrożnym schowany za jakąś betonową rurą przyczołgał się do mnie i przytaskał suchy koc, którego roztropnie nie wyrzucił pomimo mojego rozkazu. Widząc, że przemoczony jestem do suchej nitki i szczękam zębami okrył mnie tym kocem i przykucnął obok mnie, namawiając by wycofać się do najbliższego fortu, tak jak pozostali to czynią. Cała ta sytuacja wydała mi się niezmiernie dziwną. Nie było rozkazu by się wycofać, a rozkaz „nie strzelać” rozumiałem by zostać dalej w okopie i czekać. Więc zostałem, bo honor żołnierski nie pozwolił mi na to by ktokolwiek nazywał nie tchórzem. Nagle widzę, że już i moi łącznicy cofnęli się do mnie i zaległszy okop patrzą tylko sposobnej chwili by uciec do fortu. Szybko więc oceniłem sytuację – „…sąsiednie pułki już wycofały się w kierunku twierdzy, naszych w okopie została resztka i nie możemy się cofnąć, gdyż widać, że Rosjanie o kilkadziesiąt kroków przed nami posuwają się już widocznym z oddali nasypem kolejowym, więc dalej nie mogąc otworzyć ognia do nieprzyjaciela lepiej jest chyba wycofać się niż dostać do niewoli…”. Więc w końcu z ciężkim sercem wydałem rozkaz do odwrotu.               

To nasze cofanie się było nie tylko dość ryzykowne ale i miejscami nawet zabawne, wręcz komiczne, mimo tego, że to co wokół nas się działo wcale nie pobudzało nas do śmiechu. Zapamiętałem jedną z takich scen. Biegnie ciężko obładowany żołnierz. Na plecach plecak, w ręce broń, przy boku tornister i cały jego ekwipunek. Przeskakuje przez nasz okop, stara się biec dalej. Nagle zatrzymuje się. Nie zważając na otaczających go innych uciekających żołnierzy i świstające nad głową kule, niezgrabnie opuszcza spodnie i przykuca. Prawdopodobnie to zimne i zjedzone w nadmiarze wyfasowane konserwy wojskowe spowodowały rewolucję w jego wygłodzonym i przemarzniętym żołądku, a szybki bieg jeszcze to spotęgował. Gdy żołnierz ten spokojnie próbował sobie ulżyć, co chwilę postękując, nagle jakiś zabłąkany szrapnel, wystrzelony prawdopodobnie przez naszą artylerię z Medyki, pęka wysoko tuż nad jego głową. Wtedy on z do połowy opuszczonymi spodniami, w jednej ręce trzymając karabin, a w drugiej nie zapięte spodnie wyrywa co sił do przodu kicając niby zając. W chwili gdy przeskakiwał kolejny okop dzierżąc w garści do połowy spuszczone spodnie, paręnaście metrów od niego wybucha granat. Żołnierz pada, by po chwili znów się podnieść i dalej uciekać jednak już bez spodni.               

Inny z żołnierzy nie miał już tyle szczęścia co jego towarzysz. Uciekając drogą przy której rosły dość grube wierzby, co chwile przyklękał, chroniąc się za kolejnym pniem. Widocznie i jego też mocniej „przycisnęło” gdyż widać było, że za jednym z drzew przykucnął na dłużej ściągając spodnie. Gdy tak próbował sobie ulżyć, nagle tuż przy samym pniu eksplodował szrapnel. Na chwilę zrobiło się jasno, a my zobaczyliśmy wyskakujące w górę jego biedne ciało.               

Widziałem również, jak w opuszczonym przez lekarza domku gromadzili się uciekający żołnierze. Czekali oni na dogodny moment gdy ostrzał artyleryjski trochę przycichnie i będzie można w miarę bezpiecznie wycofać się w kierunku twierdzy. I rzeczywiście co pewien czas taka grupka po parę osób wymykała się przebiegając przez drogę i chroniąc się za rosnące przy niej drzewa. Moskale są już coraz bliżej nas. Mój oddział ciągle na mnie naciska by szybciej się ewakuować. I wtedy przebiega mi przez głowę myśl, że chyba jednak trzeba się będzie poddać. Wydaję rozkaz by żołnierze moi jak najszybciej się wycofali, jednak oni beze mnie nie chcą. I wtedy znowu opanował mnie jakiś dziwny upór, że przecież nie było rozkazu by się wycofać, że gdy to zrobię, to inni okrzykną mnie tchórzem? Nie! A gdzie zdrowy rozsądek? Nagle widzę jak z domku wychodzi młody oficer, zdaje się chorąży Milewski ze Lwowa. Stanął, coś krzyknął do uciekających przed nim żołnierzy i wtedy nadleciał szrapnel, eksplodował tuż nad jego głową i zerwał skośnie wierzch jego czaszki. Patrzyłem na to z niedowierzaniem szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Pozostali jeszcze w domku, jego żołnierze, piechurzy, natychmiast wybiegli przed budynek i mimo nieustannego świstu kul, swoimi piechurskimi łopatkami wykopali mu w miarę głęboki grób i pochowali tam przysypawszy ziemią.               

Coraz bardziej stawałem się nieczuły na wszechogarniającą śmierć, ból i cierpienie. Zdawało mi się, że staję się zimny jak lód, bo i ciało moje powoli stawało się na wpół zlodowaciałe ze względu na wszechogarniające zimno. Nie mogłem uwierzyć, że ten śmiejący się do swoich żołnierzy, młodziutki, zdrowy i przystojny chłopak nie żyje. Obraz ten poruszył mnie do głębi. Stojąc tak jak słup soli, spojrzałem w przód. Już zaledwie kilku tylko żołnierzy w pojedynkę uciekało. Wówczas decydowałem się, że i ja się wycofam. Wypuszczałem co minutę z okopu w którym cały czas siedzieliśmy, jednego lub dwóch moich żołnierzy. Na koniec puściłem mego Jana, a po nim i ja cofnąłem się w kierunku twierdzy. Wszyscy chroniliśmy się przed co chwilę wybuchającymi tuż nad nami lub obok nas szrapnelami za grube pnie rosnących przy drodze wierzb. Już po krótkiej chwili znaleźliśmy się za okopami, na razie bezpieczni.     

/ Brat Mariana Strzetelskiego - Władysław Strzetelski (stoi czwarty z prawej strony, oznaczony gwiazdką) w KK Landwehr Infanterie Regiment Stryj – nr 33, Feldpost 295, zimą 1915 roku Władysław Strzetelski wysyła kartkę dnia 20 lutego 1917 roku do Zygmunta Gubrynowicza, brata Czesławy, zam. Lwów, Józefa 8, I p. o następującej treści: Kochany, serdecznie dziękuję za pamięć, a pani Czesławie (Gubrynowicz) za łaskawe przypomnienie Ci o spełnieniu obowiązku tego. Mamusi dobrodziejce, ucałowania rączek i pani siostrze Twej pozdrowienie, Ciebie i Andrusia całuję. Jurek (Strzetelski) pisał do Zosi (Kiedacz zd. Strzetelska) – zdrów jest i nieźle mu. Czy poznałeś Wasylka? Władek Strzetelski

Widać, że pułk powoli formuje się znowu. Marznący deszczyk lekko smaga nas po twarzy, pojedynek armat nie ustaje, żołnierze osowiali czekają na jakieś rozkazy, nieustannie słychać nawoływania podoficerów, liczenie formujących się szeregów, szukanie brakujących. Gwar wokół nas wzmaga się. Schronić się nie ma gdzie, mróz coraz większy zaczyna chodzić po kościach. Czekamy. W końcu jest, udało się, pułk został sformowany. Przychodzi rozkaz by zająć opuszczony okop tuż przy forcie. Okazuje się, że ta pozycja jest bardzo niebezpieczna, gdyż artyleria rosyjska dość celnie go ostrzeliwuje. By wypełnić rozkaz potrzebna jest jedna kompania ludzi. Szybka decyzja pułkownika i wybór pada na stojącą tuż obok nas jedną z kompani. Dowódcą jej był rezerwowy oficer, polski Żyd, profesor gimnazjalny niejaki Birnbaum. Gdy usłyszał rozkaz zdębiał. Popatrzył na wybuchające co chwilę nad okopem szrapnele i rozpłakał się. Po czym oświadczył, że jest chory, pójść nie może i rozkazu nie wykona. Rzeczywiście zadanie jakie zostało postawione przed biednym Birnbaumem było wyjątkowo niebezpieczne i trudne do wykonania. Jednak nigdy nie przyszło by mi do głowy by w tak jawny sposób okazać tchórzostwo przed stojącymi obok żołnierzami z całego pułku. Pułkownik rozgniewał się na dobre i już mocno podniesionym głosem drugi raz powtórzył rozkaz. Wówczas Birnbaum zanosząc się histerycznym płaczem zaczął powtarzać „…przepraszam, ale brzuch mnie strasznie boli, strasznie boli…”. W tym momencie jego spodnie na siedzeniu zaczęły coraz mocniej pęcznieć i nieprzyjemny zapach rozszedł się obok stojących niego żołnierzy. Pułkownik widząc co się dzieje natychmiast rozkazał mu odmeldować się, zgłosić się w mieście do szpitala, a potem zameldować do raportu.               

Spodziewano się, że Rosjanie już niedługo wejdą do twierdzy. Przestali w końcu strzelać w naszym kierunku. Widocznie zbyt byli pewni tego, że cała twierdza sama im się lada dzień podda, gdyż pozwolili nawet wycofać się z pola bitwy pozostałym tam jeszcze zarówno zdrowym jak i rannym żołnierzom. Nawet patrole sanitarne, które posłano po ciężko rannych wracały nie zaczepiane przez nieprzyjaciela znosząc co chwila jęczących żołnierzy. Zimny, marznący deszcz wzmagał się coraz bardziej. Wszyscy byliśmy przemoczeni do suchej nitki i przemarznięci do szpiku kości. Wreszcie przed wieczorem nadjechały kuchnie polowe z gorącą żołnierską strawą i chlebem. Długo jeszcze jej zapach rozchodził się po całym polu walki i wszystkim zdawało się, że to najlepszy domowy przysmak. By starczyło dla wszystkich każdy z żołnierzy dostał tylko po małej chochelce. Smak tej ciepłej zupy na długo jeszcze pozostał mi w ustach. Gdy żołądki trochę się zapełniły, a humory wśród żołnierzy się poprawiły, już zupełnie spokojnie zaczęto mówić o mającym nastąpić już wkrótce poddaniu twierdzy.               

Nagle w ciemności dało się zobaczyć wyjeżdżające z fortu w kierunku centrum miasta „świecące jasnym okiem snopu światła” automobile, w których siedzieli nasi generałowie. Generał Kusmanek, nasz dzisiejszy bohater zapewne też tam był. Przecież obiecał nam, że na pewno najemy się do syta gdy tylko zdobędziemy rosyjskie magazyny żywnościowe w Mościskach. I to wszystko dzięki jego sprytowi i talentowi przewidywania. Jak to się stało, że teraz mamy się poddać? Dlaczego? Przecież nasze dowództwo otrzymywało dokładne raporty z poszczególnych pułków, że żołnierze są sterani służbą okopową, wygłodzeni przez wiele miesięcy zaniżanych racji żywnościowych i że nie przetrzymają już nawet niewielkiego marszu. W końcu sama trudna żołnierska rzeczywistość to pokazała. Cofając się, gdy dotarliśmy w końcu do fortu Hureczko jedna trzecia żołnierzy z naszego pułku ze zwykłego, nie symulowanego wyczerpania zwaliła się w przydrożne rowy by w końcu odpocząć. Podobnie było i w innych pułkach. I z taką armią chciał nasz wspaniały dowódca Kusmanek rozbić wypoczętą, dobrze odżywioną, silną i nieźle technicznie wyposażoną rosyjską armię, która oblegała naszą twierdzę? Niemożliwe. Potem dowiedzieliśmy się jeszcze, że miał nawet czelność zaprojektować stukilometrowy bojowy marsz naszych żołnierzy do Lwowa, a potem dalej aż do Stryja. To chyba nie było nic innego jak jakiś strategiczny obłęd, a nie wspaniały wojenny plan przemyślnego stratega. Takie to myśli kłębiły mi się po głowie gdy smagani lodowatym deszczem, niezwykle zmęczeni i osowiali wracaliśmy do Kulikowiec. Została nam jeszcze około 18 km marszu. Co chwilę jacyś pojedynczy żołnierze odłączali się z naszych szeregów i ginęli w ciemności. Nie zważano na to szczególnie, zwłaszcza, że i co poniektórzy oficerowie również rozpływali się w tej czarnej dziurze nocy. Zdawało się, że cały Przemyśl okrutnie sposępniał. Na ulicach miasta nie widać było żadnego ruchu. Widocznie nadchodzące wiadomości o klęsce obudziły wśród ostatnio szalejących w uciesze zmysłowej, bezkrytycznych mieszkańców poważniejsze refleksje.               

Kilku oficerów oraz jakiś ośmiu z moich żołnierzy, w tym i mój Jan dotarliśmy około siódmej rano do Kulikowiec. Nasze dawne kwatery  były zupełnie rozgrabione. Jan bardzo posmutniał, gdy okazało się, że nawet zostawione pod płotem moje walizy zniknęły. Telefoniści skądś przynieśli trochę słomy, którą rozścielili na podłodze i w ten sposób przygotowali dla nas posłanie. Znalazło się również i drzewo, zapalono więc w piecu, a my dość szybko zasnęliśmy snem „wisielców” skazanych na stracenie, którym już jest wszystko jedno co się dalej wydarzy, byle tylko mieć chwilę na odrobinę snu. Obudziliśmy się dopiero koło południa. Ucieszyliśmy się, gdyż pułkownik Gilli, który spał w mieście właśnie wrócił i dołączył do nas. W jakimś opuszczonym, otwartym magazynie znaleźliśmy trochę ziemniaków. Żołnierze mieli jeszcze ze sobą parę konserw, więc ze wszystkich tych produktów ugotowano ciepły posiłek. W ten sposób spożyliśmy nasz ostatni, czy też przedostatni obiad na terenie twierdzy. O moje rzeczy zostawione u leśniczego Jan już nie dowiadywał się, więc całym moim dobytkiem było jedynie to co miałem w plecaku. Jeszcze tego samego dnia został ogłoszony alarm bo zdawało się, że to Moskale idą do szturmu. Parę godzin mokliśmy więc w okopach po czym wrzuciwszy cos na ząb posnęli twardym snem.              

Na drugi dzień, było to chyba 21 marca 1915 roku, przyszedł rozkaz od dowództwa twierdzy by jak najszybciej przygotować wszystko do zniszczenia, spalić forty i magazyny, prochownie wysadzić w powietrze, broń, wozy i amunicję zniszczyć i o ósmej rano we wszystkich bramach poszczególnych fortów równocześnie poddać twierdzę Rosjanom.               

Zakończę dziś na tym, bo późno i spać się chce, dokładnie tak samo jak wtedy przed poddaniem Przemyśla, więc dalej jak to poddanie przebiegało opowiem jutro.                      

CDN…

[1] Miejscowość Kuńkowce w odróżnieniu od innych nie wywodzi się od nazwisk właścicieli ziemskich którzy posiadali tam domy czy folwarki. Wywodzi się od słowa ‘koń’, które w dialekcie miejscowym wymawiano ‘kuń’. Jest to nazwa dwuczłonowa ‘kuń’ i ‘owce’. Pierwsza wzmianka o Kuńkowcach pochodzi z 1449 roku kiedy to wieś była w posiadaniu Piotra Wapowskiego. Był on kartografem na dworze Zygmunta I Starego. Przez kolejne lata zmieniali się właściciele wsi Kuńkowce – byli to Walenty Połyński, potem ród Korniaktów, potem Kazimierz Jordan. W XVII wieku Kuńkowce były własnością Stanisłąwa Lubomisrkiego. Ostatnim właścicielem Kuńkowiec, w latach 1886-1913 był Władysław Łziński, znany mecenas sztuki, dziennikarz, powieściopisarz, kolekcjoner. Wybudował w Kuńkowcach pałac, gdzie znajdowała się bogata kolekcja dzieł sztuki i starodruków. Niestety cały pałac został zburzony w okresie II oblężenia twierdzy Przemyśl. Do dziś zachowały się tylko niewielkie skupienia zabytkowego drzewostanu po pięknym parku.

[2]  Signum Laudis - Medal Zasługi Wojskowej; to wysokie austro-węgierskie odznaczenie wojskowe; Został wprowadzony dekretem Cesarza Franciszka Józefa z 12 marca 1890 jako medal honorowy za wybitną służbę wojskową na rzecz monarchii tak w czasie pokoju, jak i wojny; przysługiwał jedynie oficerom, jako dowód uznania cesarskiego; początkowo medal wykonany był jedynie z brązu  

[3]  Hermann Kusmanek von Burgneustädten (ur. 16.09.1860, zm. 7.08.1934) - generał armii Austro-Węgier, w czasie I wojny światowej, dowódca Twierdzy Przemyśl; w maju 1914 został mianowany komendantem Twierdzy Przemyśl; po zakończeniu pierwszego oblężenia Twierdzy, 4 listopada 1914 otrzymał nominację na stopień generała piechoty; po upadku Twierdzy Przemyśl po II oblężeniu Twierdzy, od 23.03.1915 do .02.1918 przebywał w niewoli rosyjskiej;  po powrocie z niewoli został oskarżony o zdradę i postawiony przed sądem wojennym; zarzutem było to, że generał zdecydował się na poddanie Twierdzy Przemyśl Rosjanom, jednak uniewinniono go po utajnionej rozprawie, bo nie zdołano udowodnić mu winy; (https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Kusmanek_von_Burgneust%C3%A4dten)

[4]  Fort GW IX "Brunner" - dwuwałowy ześrodkowany pancerny fort główny Twierdzy Przemyśl, o konstrukcji betonowo-ziemnej, znajdujący się obok miejscowości Ujkowice; zbudowany został w latach 1892-1894; w latach 1891-1900 nadal modernizowany na fort ześrodkowany opancerzony główny; został wysadzony w powietrze w 1915 roku po II oblężeniu Twierdzy Przemyśl; został rozebrany w latach 1920-1930.

[5] Medal Waleczności (Tapferkeitsmedaille) - złoty lub srebrny medal dla żołnierzy i podoficerów wyróżniających się w walce został po raz pierwszy ustanowiony 19 lipca 1789 roku przez cesarza Józefa II; od 1809 otrzymał właśnie tę nazwę; w 1848 roku podzielono srebrny medal na dwa stopnie: srebrny duży i srebrny mały; a 14 lutego 1915 cesarz Franciszek Józef wprowadził stopień brązowy; podczas I wojny światowej nadano ok. 3700 medali złotych, 143 tys. dużych srebrnych, 384 tys. małych srebrnych i 950 tys. brązowych [https://pl.wikipedia.org/wiki/Medal_Waleczno%C5%9Bci_(Austria)]

[6]  W przemyskiej twierdzy stacjonowało tysiące żołnierzy węgierskich podporządkowanych 23. Dywizji Honwedów, której dowództwo mieściło się przy ulicy Mickiewicza. Dywizją dowodził generał Arpad Tamasy, będący równocześnie zastępcą dowódcy Twierdzy Przemyśl. Wchodząca w skład dywizji 45. Brygada Honwedów miała swoją komendę przy ulicy Smolki; brygadzie podporządkowane były: 7. i 8. Królewsko Węgierski Pułk Piechoty Honwedów (ten ostatni stacjonował w Żurawicy) oraz 3. i 4. Pułk Jazdy Honwedów. 46. Brygada Honwedów miała swoją komendę przy ulicy Dworskiego, do tej brygady należały: 2. i 5. Pułk Piechoty Honwedów. Mroźna zima i bardzo duże opady śniegu od stycznia do marca 1915 roku sprawiały, że żołnierze doznawali odmrożeń lub wręcz zamarzali w okopach. Twierdza Przemyśl znajdowała się w coraz bardziej rozpaczliwym położeniu. Jej dowództwo wydawało najbardziej karnym i zdyscyplinowanym oddziałom węgierskim rozkazy wypadów poza twierdzę na pozycje zajęte przez wroga. Posyłani na najbardziej niebezpieczne i krwawe wypady Węgrzy byli często skazywani w ten sposób na pewną śmierć. Błędy dowództwa osłabiały siły obrońców. W samym tylko 8. Królewsko Węgierskim Pułku Piechoty Honwedów, który poniósł w walkach wielkie stary i w połowie marca 1915 roku miał na stanie ponad tysiąc chorych, blisko połowa żołnierzy była zupełnie niezdolna do walki. Ostatnia, desperacka i z góry skazana na niepowodzenie próba przebicia się do własnych oddziałów w Karpatach miała miejsce nocą 19 marca 1915 roku. Błędy w dowodzeniu oraz skrajne wyczerpanie żołnierzy 23. Dywizji Honwedów spowodowały, że z 8500 tysiąca żołnierzy węgierskich do twierdzy powróciło zaledwie 2662; [http://visit.przemysl.pl/1019-przemysl-przemysl--brama-Wegier]

[7] Offiziersdiener – ordynans  (sługa oficerów, oznaczał żołnierza przeznaczonego do osobistej służby oficera)

[8]  złodziejstwo, bandyctwo

[9] oficer w dawnych wojskach kozackich, odpowiadał husarskiemu namiestnikowi, czyli dzisiejszemu majorowi

[10] rzemieślnik zajmujący się wyrobem wozów oraz części do wozów                .

[11] Drugie oblężenie rozpoczęło się 5 listopada 1914. Tym razem nie dochodziło do bezpośrednich starć zbrojnych, lecz wojska rosyjskie otoczyły twierdzę, odcinając jednocześnie dostęp do dostaw zaopatrzenia. Sroga zima przyczyniła się do szybkiego wyczerpywania się zapasów twierdzy. Stopniowo zmniejszane racje żywnościowe zmusiły obrońców do dokonania uboju prawie 10 tysięcy koni będących na zaopatrzeniu. Z czasem coraz więcej żołnierzy zapadało na choroby. Zaczęto odnotowywać coraz częstsze dezercje. W dniach 17-19 marca dokonano nieudanej próby przebicia się przez pierścień wroga, a straty oszacowano na 5,5 tysiąca zabitych, rannych i zaginionych. W odpowiedzi wojska rosyjskie przeprowadziły szturm ze wszystkich stron, lecz twierdzę zdołano jeszcze obronić. W wyniku coraz gorszej sytuacji obrońców, dowództwo twierdzy w porozumieniu z Naczelnym Dowództwem Armii w dniu 20 marca 1915 wydało rozkaz zniszczenia twierdzy i poddania się. Od 18 marca zaczęto niszczyć wszelkie zapasy żywności i dobra materialne. 22 marca wysadzono w powietrze działa, forty i mosty na Sanie. 23 marca 1915 o godzinie 6 w sztabie rosyjskiej armii złożono akt kapitulacji twierdzy. Wkrótce do miasta wkroczyły wojska rosyjskie.

(https://pl.wikipedia.org/wiki/Twierdza_Przemy%C5%9Bl)