Dzisiaj jest: 9 Grudzień 2019        Imieniny: Aneta, Leokadia, Wiesław
Kolejny Znak Kresowej Pamięci odsłonięty  – upamiętnienie „Operacji Burza”

Kolejny Znak Kresowej Pamięci odsłonięty – upamiętnienie „Operacji Burza”

Środowiska zachodniopomorskich Kresowian spotkały się, 20 listopada 2019 r., w Nowogardzie, by upamiętnić Operację „Burza”. Było to powstanie zbrojne żołnierzy Armii Krajowej na Kresach, w przededniu wejścia Armii Czerwonej. Ostatnim…

Readmore..

Sympozjum naukowe: Dziedzictwo kulturowe wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej.  Korzenie i wspólnota Pałac Lubomirskich w Lublinie, 5-6 grudnia 2019.

Sympozjum naukowe: Dziedzictwo kulturowe wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej. Korzenie i wspólnota Pałac Lubomirskich w Lublinie, 5-6 grudnia 2019.

Program wydarzenia: 5 GRUDNIA 2019 ROKU (czwartek)12.00–12.30Uroczyste otwarcie Sympozjum – Katarzyna Mieczkowska, Dyrektor Muzeum Lubelskiego w LublinieKRESY JAKO TOPOS KULTUROWY12.30–13.00„Gdzie leży Wschód? Gdzie zaczynają się Kresy?” – Marcin Gapski (Muzeum…

Readmore..

Biskup Kocyłowski nie będzie patronem ulicy..?

Biskup Kocyłowski nie będzie patronem ulicy..?

„W wyniku głosowania na dzisiejszej 22 Sesji Rady Miasta Przemyśla, przyjęty został projekt zmiany nazwy ulicy biskupa bł. Jozafata Kocyłowskiego na historyczną nazwę tej ulicy: biskupa Jana Śnigurskiego, również przemyskiego…

Readmore..

Grudniowy numer KSI (12/19) wydany

Grudniowy numer KSI (12/19) wydany

W grudniowej gazecie m.in.: Wiktor Poliszczuk 11 rocznica śmierci szlachetnego UkraińcaWspominając Go, nie możemy jednocześnie zapomnieć, jak był lekceważony przez władze polskie, przez urzędników i funkcjonariuszy państwa polskiego, polskich dziennikarzy…

Readmore..

Było to 76 lat temu

Było to 76 lat temu

20 listopada 1943, 75 lat temu, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał podległym dowódcom okręgów rozkaz o rozpoczęciu skierowanej przeciwko Niemcom akcji „Burza”.Burza” była próbą współpracy polsko-sowieckiej w…

Readmore..

SUOZUN: Publikujemy nazwiska ludobójców OUN-UPA. Oni wymordowali wszystkich polskich pasażerów pociągu

SUOZUN: Publikujemy nazwiska ludobójców OUN-UPA. Oni wymordowali wszystkich polskich pasażerów pociągu

Kontekst W dniu 22.05.1944 roku kierownictwo OUN-UPA wydało ludności polskiej powiatu rawskiego rozkaz (coś w rodzaju ultimatum) opuszczenia do północy 22.05.1944 r. „ukraińskich terytoriów etnograficznych” pod groźbą kary śmierci.1 W…

Readmore..

KORNEL MAKUSZYŃSKI  - OPTYMISTYCZNA WIZJA ŚWIATA

KORNEL MAKUSZYŃSKI - OPTYMISTYCZNA WIZJA ŚWIATA

Styl Makuszyńskiego nacechowany jest pełnym wdzięku humorem, liryzmem i gawędziarską swadą, a z treści utworów promieniuje radość życia i zauroczenie pięknem świata. Poprzez swoje książki pisarz uczy, jak odkrywać w…

Readmore..

TUŁACZKA KRESOWIAN  - I CO DALEJ? cz.II

TUŁACZKA KRESOWIAN - I CO DALEJ? cz.II

/ 1 Mapka obrazująca migrację z Kresów na te ziemie Tułaczka naszych Kresowian kończyła się przeważnie na ziemiach zachodnich, w różnych miejscowościach.W Jeleniej Górze w Muzeum Karkonoskim jest spora część…

Readmore..

ZMARŁ NASZ PRZYJACIEL.....

ZMARŁ NASZ PRZYJACIEL.....

Przed chwilą otrzymałem bardzo bolesną informację. Zmarł mój przyjaciel Mietek Samborski. Wieczne odpoczywanie racz Ci dać Panie.... MSZA ŚW. POGRZEBOWA odprawiona zostanie w Kaplicy Cmentarnej w Leżajsku dnia 30 listopada…

Readmore..

Byliśmy Polakami  zamieszkującymi Kresy

Byliśmy Polakami zamieszkującymi Kresy

Od pierwszej masowej deportacji polskiej ludności cywilnej w głąb ZSRS, która rozpoczęła się 10 lutego 1940 r., minęło już 79 lat. Warto przypomnieć o tej formie represji sowieckich na ziemiach…

Readmore..

Na Sybir i dalej....

Na Sybir i dalej....

/ Dzieci z Pahiatua – Archiwum Emigranta Muzeum Emigracji w Gdyni Nasza rodzina składała się z rodziców (Henryk i Wiktoria) i pięciu córek. Mieszkaliśmy na kolonii Pawłokoma, powiat Brzozów, woj.…

Readmore..

Obórki Trusiewiczowskie  w gminie  Kołki

Obórki Trusiewiczowskie w gminie Kołki

/ Ukrainiec p. Czyrak opiekował się Dołem Śmierci na Obórkach Niemcy prowadzący wojnę na wielkich obszarach Europy potrzebowali sojuszników. Nacjonaliści ukraińscy wrogo nastawieni do Polski stali się ich naturalnym sprzymierzeńcem.…

Readmore..

Byliśmy Polakami zamieszkującymi Kresy

Od pierwszej masowej deportacji polskiej ludności cywilnej w głąb ZSRS, która rozpoczęła się 10 lutego 1940 r., minęło już 79 lat. Warto przypomnieć o tej formie represji sowieckich na ziemiach II RP, zagarniętych po 17 września 1939 r. przez najeźdźcę ze wschodu. Warto też sobie uświadomić, że na podstawie dostępnych dokumentów, do czterech masowych deportacji, podawanych praktycznie w każdym podręczniku historii, udało się historykom dopisać dwie mniejsze akcje przesiedleńcze: uchodźców wojennych z centralnych i zachodnich terenów Polski (w większości Żydów) wywiezionych w głąb Białorusi i Ukrainy jesienią 1939 r. oraz polskich i ukraińskich chłopów przesiedlonych przymusowo zimną 1940 r. z południowo-wschodnich województw II RP do Besarabii i Bukowiny.

Akcje te objęły swym zasięgiem nie mniej niż 75–80 tys. ludzi, jednak w polskiej historiografii i lat powojennych pozostały praktycznie niezauważone. Być może zaważył na tym stosunkowo łagodny charakter wysiedleń w odróżnieniu od zsyłek do osad specjalnych na północy RSFRS oraz kołchozów i sowchozów Kazachstanu. . „Oczyszczenie” zajętych 17 września 1939 r. ziem z osób mogących w jakikolwiek sposób sabotować poczynania władzy było jednym z priorytetów sowieckiej władzy. Wszystkie najważniejsze dokumenty precyzujące przebieg akcji wysiedleńczych, ich zasięg oraz miejsca docelowe zsyłki były opracowywane w Moskwie.

Dekrety dotyczące deportacji lutowej wydano już 4 i 5 grudnia 1939 r., natomiast dokumenty dotyczące akcji kwietniowej – 2 marca 1940 r., trzy dni przed podpisaniem rozkazu o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych – oficerów, policjantów, pracowników służby więziennej – przebywających w obozach w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku oraz w więzieniach na terenie tzw. Zachodniej Ukrainy i tzw. Zachodniej Białorusi. Przebieg lutowej wywózki  nadzorował osobiście Wsiewołod Mierkułow – zastępca szefa NKWD Ławrientija Berii. Pierwsza deportacja przeprowadzona przez NKWD 10 lutego 1940 r. odbyła się w straszliwych warunkach, które dla wielu były wyrokiem śmierci. W czasie jej realizacji temperatura dochodziła nawet do minus 40 st. C. Na spakowanie się wywożonym dawano od kilkunastu do kilkudziesięciu minut. Bywało i tak, że nie pozwalano zabrać ze sobą niczego. Polacy stanowili w tym kontyngencie 70% wszystkich wywożonych, pozostałe 30% ludność białoruska i ukraińska.

Wywożono przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Deportowanych przewożono w wagonach towarowych z zakratowanymi oknami. Do wagonu ładowano po 50 osób, a czasami więcej. Podróż na miejsce zsyłki trwała nawet kilka tygodni. Warunki panujące w czasie transportu były przerażające, ludzie umierali z zimna, z głodu i wyczerpania. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano ok. 140 000 osób. Zesłańców rozlokowano w Komi ASRR, w północnych obwodach RFSRR: archangielskim, czelabińskim, czkałowskim, gorkowskim, irkuckim, iwanowskim, jarosławskim, kirowskim, mołotowskim, nowosybirskim, omskim, swierdłowskim i wołogodzkim, w Jakuckiej i Baszkirskiej ASRR oraz Kraju Krasnojarskim i Ałtajskim. Osoby te rozmieszczone zostały w osadach specjalnych podległych bezpośrednio nadzorowi NKWD. Czas ich zesłania był z góry ustalony i wynosił 20 lat.  Bardzo złe warunki atmosferyczne, praca ponad siły przy wyrębie lasów, oraz osady o charakterze prawie że łagrowym i takiej dyscyplinie pracy, do których trafiła deportowana ludność, sprawiły, że śmiertelność tej grupy była najwyższa, i wyniosła w już pierwszych miesiącach zesłania około 3-4%.

W czasie drugiej deportacji,13-14 kwietnia 1940, zsyłce podlegały rodziny wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych dotychczas przez NKWD i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia linii demarkacyjnej niemiecko-radzieckiej. Podlegali oni jedynie przymusowemu przesiedleniu na nowe, wyznaczone miejsca stałego pobytu. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 000 osób. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów. Ludność tę osadzono w Północnym Kazachstanie, w obwodach: aktiubińskim, akmolińskim, kustanajskim, pietropawłowskim, karagandyjskim, semipałatyńskim, pawłodarskim i północno-kazachstańskim, kilka tysięcy skierowano też do obwodu czelabińskiego. W ich przypadku czas zesłania ustalony był na 10 lat.

Trzecia deportacja, przypadła na maj-lipiec 1940r., objęła głównie uciekinierów z centralnej i zachodniej Polski przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Większość deportowanych stanowili Żydzi (do 80% ), Białorusini i Ukraińcy. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 000 osób. Zostali oni przesiedleni do Autonomicznych Republik Radzieckich: Jakuckiej, Komi i Maryjskiej, Ałtajskiego i Krasnojarskiego Kraju, oraz do następujących obwodów RFSRR: archangielskiego, czelabińskiego, gorkowskiego, irkuckiego, mołotowskiego, nowosybirskiego, omskiego, swierdłowskiego i wołogodzki.

Czwarta wywózka przypadająca na maj-czerwiec 1941r., objęła głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali jeszcze uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowanych robotników oraz rzemieślników. Dotknęła ona szczególnie mocno Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. Cała akcja odbyła się niejako w dwóch oddzielnych cyklach. W maju rozpoczęto wysiedlenie ludności z tzw. Zachodniej Ukrainy, w czerwcu z Zachodniej Białorusi i republik nadbałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii. W sumie deportowano ponad 85 000 osób.  Czas trwania zsyłki  to 20 lat. Rozmieszczeni oni zostali w Ałtajskim i Krasnojarskim Kraju, Kazachskiej SRR, obwodzie nowosybirskim, oraz dorzeczu Katuni i Biji.  W sumie, w ciągu 15 miesięcy pierwszej radzieckiej okupacji, w wyniku masowych deportacji na wschód trafiło co najmniej 330–400 tys. osób. Do tego doliczyć należy osadzonych w więzieniach, skazanych i zesłanych do obozów pracy przymusowej, jeńców wojennych, młodzież wcieloną do Armii Czerwonej i „strojbatalionów” (grup budowlanych), oraz wszystkich wywiezionych mniej lub bardziej przymusowo do pracy w radzieckich fabrykach i kopalniach. W sumie otrzymamy orientacyjną liczbę ok. 700 000 obywateli II RP, którzy w okresie wrzesień 1939 – czerwiec 1941 dostali się w tryby radzieckiego systemu terroru. Warto przypomnieć, że Polacy na Sybir trafiali nim powstał Związek Radziecki. Już w okresie carskiej Rosji  trafiło tam po upadku powstania styczniowego (1863–1864) około 40 tysięcy osób. Wliczając w to Polaków zsyłanych na Syberię po rewolucji 1905 roku aż do wybuchu I wojny światowej – można przyjąć, że ogólna liczba polskich zesłańców w okresie niemal dwustu lat pozostawania pod dominacją rosyjską (od Piotra Wielkiego po okres rozbiorowy) zbliżyła się do 100 tysięcy osób. Była jednak wielka różnica między jednym a drugim zesłaniem. Wielu polskich zesłańców z wyroku cara – zwłaszcza tych szlacheckiego pochodzenia i gruntownie wykształconych – szybko stawało się częścią elity syberyjskiego społeczeństwa. Wielu Polaków nie skorzystało z możliwości powrotu do Ojczyzny po odbyciu kary, wierząc, że lepsza przyszłość, także w sensie materialnym, czeka ich na wschód od Uralu.  Po 1917 roku nikt nie chciał pozostać w stworzonym przez Lenina i Stalina nieludzkim świecie gułagów.

Poniżej kilka wspomnień Kresowiaków wpisujących się w naszą narodową historię. Jan Maślak: Weronika i Andrzej, moi rodzice, poznali się, zawarli związek małżeński i zamieszkali w osadzie o nazwie Grzywa, leżącej w pobliżu skrzyżowań dróg wiodących do Kowla, Pińska i Łucka. Wkrótce urodziły im się dzieci: Jadwiga (1924), Piotr (1926), Czesław (1928) oraz ja, Jan (1930), najmłodszy z rodzeństwa. Dzieciństwo moje było bardzo szczęśliwe, rodzinie niczego nie brakowało. Ojciec stopniowo pomnażał swój dobytek, pobudował nowy, duży dom. Rozwijała się hodowla bydła, trzody, drobiu. Do 9-tego roku życia dorastałem wśród zgodnych rodziców i grona rodziny ze strony mamy. Szczególnie kochałem moich dziadków Józefę i Piotra Kozakiewiczów. To, że mieszkali oni w leśniczówce położonej w pewnej odległości od mojego rodzinnego domu, nie było dla mnie żadną przeszkodą. Nieraz z rodzeństwem jeździliśmy do dziadków małym wozem, zaprzęgniętym w naszego konia. Gdy rodzeństwo nie mogło jechać, jechałem sam. Ojciec wtedy dawał mi swój rower, a ponieważ rower ten był jeszcze dla mnie za duży, więc jechałem pod ramą. To były takie wspaniałe miejsca i czasy, że rodzice bez obaw pozwalali dzieciom na samotne wyprawy i chociaż droga na pewnych odcinkach wiodła przez las, nigdy nie przydarzyło mi się nic złego. Dziadek Piotr zawsze czynnie uczestniczył w spotkaniach Polaków – osadników, należał do Związku Strzeleckiego, kultywował nurt niepodległej Polski. W 1935 roku, po śmierci marszałka Piłsudskiego, w pięknym, drewnianym kościele w Czerwiszczach odbyła się uroczysta msza za duszę Komendanta. Przed ołtarzem postawiono dużą fotografię Piłsudskiego przybraną biało-czerwonymi szarfami, uszytymi przez żony polskich osadników, a legioniści, członkowie Związku Strzeleckiego i pozostali Polacy trzymali wartę honorową. Ze szkoły przyszli nauczyciele i wszyscy uczniowie, zarówno polscy jak i ukraińscy. Mszę żałobną odprawił ksiądz Wacław Chojecki (zamordowany później, w okrutnych latach 40-tych przez bandy ukraińskie). Należy dodać, że w tym samym czasie zięć Piotra a mój ojciec, legionista Andrzej Maślak, razem z kilkoma innymi osadnikami pojechał na pogrzeb swojego Komendanta do Krakowa. Każdy z nich wziął ze sobą płócienny biały woreczek z ziemią z Kresów, wywalczoną u boku Marszałka. Ta ziemia stała się podwaliną Kopca Piłsudskiego Nasza liczna rodzina zawsze wykazywała się patriotyzmem względem ojczyzny. Stryjkowie moi wszyscy służyli w Wojsku Polskim, jako ułani. Wyglądali wspaniale w swoich doskonale uszytych mundurach. Nigdy nie zapomnę dnia, gdy przyjechał do nas w odwiedziny z wojska jeden z braci mamy, Jan. Przy jego boku błyszczała przepiękna, długa szabla ułańska. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Byliśmy Polakami zamieszkującymi Kresy. Naszymi sąsiadami byli Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie i Żydzi. Mimo pomieszania tak wielu różnych nacji, ludzie żyli w zgodzie, szanowali odrębność religijną, obyczaje, pomagali sobie nawzajem. Nigdy nie słyszałem, by w naszej osadzie lub w pobliskich wsiach wybuchły jakieś nieporozumienia na tle narodowym.

Moje szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz z napaścią Niemiec na Polskę 1 września 1939 roku oraz atakiem Rosji na Polskę w dniu 17 września 1939 roku, czyli tym, co my, Polacy, nazywamy „ciosem w plecy”. NKWD natychmiast zaaresztowała mojego tatę, jako byłego wojskowego, osadnika, działacza niepodległościowego, żołnierza Józefa Piłsudskiego. Nigdy więcej ojca nie zobaczyłem. Dopiero po upływie 50 lat otrzymałem oficjalne pismo informujące, że nazwisko mojego ojca Andrzeja Maślaka znajduje się wśród 3435 Polaków umieszczonych na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej. Zamordowano go w kwietniu 1940 roku strzałem w tył głowy, a jego symboliczny grób znajduje się na otwartym jesienią 2012 roku Polskim Cmentarzu Wojennym w Kijowie Bykowni.  Gdy nastał mroźny ranek 10 lutego 1940 roku do drzwi naszego domu, jak i do domów tysięcy Polaków na Kresach, z głośnym okrzykiem: „Otkroj!”, zastukali umundurowani ludzie, wśród których był jeden enkawudzista, jeden striełok – żołnierz z bagnetem na karabinie oraz dwóch Ukraińców. Przeprowadzili rewizję w mieszkaniu w poszukiwaniu broni, a następnie usłyszeliśmy straszne słowa: „Pieriesieljajem was w drugoje miejsce”. Dano nam pół godziny na spakowanie się. Pozwolono wziąć tylko podręczne rzeczy i odzież. Zrozpaczona mama płacząc pakowała w pośpiechu tobołki. My, wystraszone dzieci, rzuciliśmy się do pomocy, ale ile można było zabrać? Były to bardzo dramatyczne chwile. Nie pożegnawszy się z nikim wsiedliśmy do podstawionych sań, które natychmiast ruszyły na stację kolejową do odległego o 12 km miasteczka Pniewno. Opuściliśmy nasz dom na zawsze. Nie mieliśmy świadomości, że tego samego dnia z leśniczówki wysiedlono też moich dziadków oraz ich synów, moich stryjków Leona i Józefa. Piotr i Józefa Kozakiewiczowie również nie wiedzieli, że jadą na zesłanie tym samym pociągiem, co córka Weronika. A na pewno zastanawiali się, jaki teraz los spotka na Kresach ich dorosłe dzieci? Dziś wiemy, że druga córka, Stanisława, mieszkająca z rodziną w osadzie Stare Czerwiszcze, także była na liście do zesłania. Jednak jej mąż, osadnik wojskowy, Franciszek Kluzek, który długie lata zbierał złote ruble na wyjazd do Ameryki, udaremniony przez wybuch wojny, zachował 10 lutego 1940 roku zimną krew. Gdy odczytano pismo o zesłaniu, Franciszek złapał „mieszok” z rublami i pobiegł na posterunek policji. Ponieważ do tej pory żył w zgodzie z policjantami ukraińskimi i miał wśród mundurowych wiele znajomości, które w obliczu grozy „poparł” woreczkiem pieniędzy, załatwiono jemu i jego rodzinie „otpust” (zwolnienie) i skreślono z listy zesłańców. Druga córka, Leokadia, już wcześniej przebywająca w lasach wśród partyzantów polskich, po zesłaniu rodziców brała czynny udział w pacyfikacji band ukraińskich. Partyzantem walczącym najpierw z Niemcami, a potem z bandami UPA był również syn Wacław. Natomiast syn Jan uczestniczył w kampanii wrześniowej. W jednej z bitew został ranny. Był to czas, gdy Niemcy przestrzegali jeszcze Konwencji Genewskiej. Zbierając z pola boju swój rannych, zabrali także Polaków, nie zostawili ich na pastwę losu, to znaczy na pewną śmierć. Ci polscy żołnierze, jako jeńcy, po podleczeniu zostali wywiezieni do pracy przymusowej w głąb Niemiec. Tymczasem w lutym 1940 roku na stacji w Pniewnie naszym oczom ukazał się ogromny pociąg, wydawał mi się kolosem. Był straszny, czarny, zasmolony smarem, huczał i buchał kłębami pary. Małe dzieci bardzo się go bały. Na przedzie lokomotywy, która miała ciągnąć bardzo długi skład, przymocowana była wielka czerwona gwiazda. Załadowano nas do towarowego wagonu. Rozłożyliśmy się wśród około 50 nieszczęśników takich jak my. Konwojujący nas żołnierze zaczęli z zewnątrz zamykać drzwi na klamry, a ja do dziś słyszę ten przerażający szczęk zatrzaskiwania żelaznych zasuw. Gdy pociąg ruszył, ludzi ogarnęła straszna rozpacz, wszyscy płakali, krzyczeli, głośno się modlili. Właściwie to zbiorowa modlitwa towarzyszyła zesłańcom przez cały czas. Jechaliśmy w nieznane, jak się potem okazało, do dalekiego Archangielska, miasta portowego położonego nad Morzem Białym. Wieziono nas bardzo długo. Często pociąg miał postoje w szczerym polu lub na bardzo małych stacyjkach. W tym czasie transporty kolejowe często grzęzły w zaspach śnieżnych podczas silnych opadów śniegu i zadymek śnieżnych. W czasie transportu nie udzielano żadnej pomocy medycznej ludziom chorym, a z każdym dniem kondycja nasza była coraz gorsza. Jechaliśmy stłoczeni, głodni, spragnieni, nieumyci, bez dostępu do wody, a przecież w wagonie byli ludzie starsi i maleńkie dzieci. Na szczęście w naszym wagonie nikt nie umarł, ale słyszałem jak opowiadano sobie ze zgrozą, że z innych wagonów wynoszono zmarłych na stacjach i ich ciała układano wprost na śniegu wzdłuż torów. Pociąg zatrzymywał się, co kilkaset kilometrów, raz na kilka dni nie po to, by ulżyć zesłanym, ale z konieczności dla lokomotywy. Trzeba było stawać na stacjach, by uzupełnić stan wody w parowozie i wlać wodę z pompy. Przy okazji pozwalano nędznie nakarmić i napoić konwojowanych ludzi, ale odbywało się to w ten sposób, że przeważnie tylko dwoje ludzi mogło wyjść z każdego wagonu, by do wiader lub większych garnków pobrać to, co przygotowane było na stacji: cienką zupę, kipiatok, czy kilka bochenków chleba. Oczywiście nie muszę dodawać, że nigdy pożywienia tego nie było pod dostatkiem, więc odczuwaliśmy wieczny głód. Czasami udawało się pobrać w duże naczynia więcej wrzątku i postawić w wagonie, by podróżni mogli pić go w czasie jazdy. Niestety i tu Polaków dotykała straszna perfidia ze strony konwojentów: lokomotywa celowo ruszała ze stacji szarpiąc i nagle zatrzymując się. Woda, którą zdołali zgromadzić nieszczęśni Polacy, wylewała się, na dodatek spadały z wyższych prycz nieliczne małe tłumoki, zaczynały płakać wystraszone tym dzieci… I nie ma tu mowy o przypadku – ten makabryczny „rytuał” powtarzał się przy każdym postoju… Wyjątkowo okrutnie potraktowano nas, gdy na postoju wydano nędzne solone ryby. Wygłodniali ludzie rzucili się do jedzenia, niestety nie pozwolono nabrać wody na drogę. Można tylko sobie wyobrazić, jakie męki przechodziliśmy. Cały czas konwojowali nas rosyjscy żołnierze. Właściwie, co to było za wojsko? „Dziadowskie”, jak mówili Polacy, odziane w szare mundury, na nogach mieli owijacze z szarego worka, uzbrojeni w karabiny z ostrymi nabojami, a na każdym karabinie dodatkowo nasadzony był bagnet. A przecież my, zesłańcy, byliśmy ludnością cywilną. W większości były wśród nas kobiety z dziećmi oraz ludzie starsi, a wszyscy przerażeni i niepewni jutra, ze grozą i trwogą każdy powtarzał: „Gdzie nas wywożą? Co z nami będzie?” Wagon o powierzchni około 20 m kwadratowych wyposażony był w prycze zbite z desek. Na środku stał mały piecyk, który nie był w stanie wszystkiego ogrzać. Potrzeby naturalne załatwialiśmy wprost do dziury wybitej w podłodze. W czasie transportu brakowało nam jedzenia, opału i wody. To, co dawali, było tylko kroplą w morzu potrzeb. Wodę zdobywano topiąc śnieg nawiewany do wagonu przez otwór ubikacyjny w podłodze wagonu lub czerpany był bezpośrednio z torowiska przez ten otwór. Łączność ze światem mieliśmy tylko przez małe okratowane okienko umieszczone pod dachem wagonu. Nazwa stacji, do której podążamy, aż do końca podróży była utrzymywana w ścisłej tajemnicy. Potem dowiedzieliśmy się, że 10 lutego 1940 roku deportowano głównie rodziny polskich osadników wojskowych, leśników, policjantów, sędziów, prokuratorów i nauczycieli. Wywożono wszystkich tych, których sowieci obawiali się najbardziej – ludzi, którzy mogliby stworzyć podziemne organizacje wojskowe i stawiać czynny opór władzy radzieckiej. Wreszcie, po kilku tygodniach makabrycznej jazdy i przebyciu prawie 2400 km, dowieziono nas do Archangielska, ale katorga podróży nie skończyła się. Po ponownym, dokładnym sprawdzeniu naszej tożsamości i po zarejestrowaniu jako „zakljuczonnyje” (aresztanci), zostaliśmy przydzielani do poszczególnych miejscowości odosobnienia w archangielskiej „obłasti”. W Archangielsku mieliśmy przymusowy postój. Nocowaliśmy w lodowatych budynkach po byłych cerkwiach na posadzce, w szkołach, na kwaterach u Bogu ducha winnych i tak samo zastraszonych prostych Rosjan. Ludzie ci sami nic nie mieli, a jeszcze musieli nas przyjąć na kilka dni pod swój dach. Każda polska rodzina czekała na swoją kolejkę do dalszego odjazdu. Nocowaliśmy w ubraniach i butach. Gdy przyjeżdżał transport, konwojenci krzyczeli, żeby szykować się po kilka rodzin, wkrótce i nas załadowano na samochody ciężarowe z odkrytymi pakami i wysłano w dalszą drogę. Samochody te psuły się, zamarzały, nie wytrzymywały srogich mrozów, więc dalej jechaliśmy saniami, etapami, od kołchozu do kołchozu. Mróz sięgał wtedy 30 stopni, a w nocy nawet do minus 40 stopni. Sanie ciągnął jeden koń. Z przodu było miejsce tylko dla woźnicy, na dwóch miejscach z tyłu siedziały przeważnie kobiety z małymi dziećmi. Mężczyźni ze starszymi dziećmi musieli iść za saniami, brnąc po pas w śniegu. Postoje odbywały się w miejscu zmiany koni. Koczowaliśmy wtedy, próbując choć trochę się przespać, a przede wszystkim zdobyć cokolwiek do zjedzenia. Tamtejsza ludność, widząc nasz stan, przy milczącej zgodzie naszych konwojentów usiłowała nam pomóc, jak tylko mogła. W czasie podróży pociągiem i jazdy saniami zmarło bardzo wielu Polaków. Ciała zmarłych wyrzucano w śnieg. Zwłoki były prawdopodobnie pożerane przez wilki, wałęsające się w niedalekiej odległości od dróg transportu zesłańców. Niesamowite wrażenie sprawiała jazda zamarzniętymi rzekami. Czasem zastanawiałem się, co by się stało, gdyby lód pękł. Po drodze wiosek było coraz mniej, aż wreszcie całkiem znikły. Kto miał więcej szczęścia, trafiał do bliższych posiołków. Niestety moja rodzina musiała przebyć jeszcze wiele kilometrów i minęło znowu ponad 2 tygodnie, nim dotarliśmy do Piniegi, w której mieliśmy postój. Pamiętam, że tam jedliśmy pierwszą od długiego czasu prawdziwą zupę. Ugotowana była na mięsie z reniferów, jej smak wydawał mi się cudowny, była dobra, gorąca, pożywna, z kawałkami mięsa. Ulokowano nas w pinieżskiej cerkwi na lodowatej posadzce, gdzie czekaliśmy jakiś czas, a następnie posłano nas w dalszą drogę, aż wreszcie po 50 dniach od opuszczenia naszego domu dotarliśmy do specposiołka nr 97 – Jożma, położonego wśród bagien nad małą rzeką również o nazwie Jożma, oddalonego od Archangielska w linii prostej na północny wschód o około 250 kilometrów, a od Piniegi o 35 kilometrów. W czasie tej strasznej drogi niestety ani razu nie spotkaliśmy się z naszymi dziadkami, Józefą i Piotrem Kozakiewiczami. Jechali oni w innym wagonie, nocowali gdzie indziej, ale wiem, że razem ze stryjkami musieli jechać dalej i dalej w głąb bezkresnej tajgi, aż dotarli do specposiołka nr 92 Siennoj, leżącego na skrzyżowaniu dróg wiodących na Kuszkopałę i Karpogory. Starsi zesłańcy nieraz mówili między sobą, że działania NKWD są z góry precyzyjnie zaplanowane, że celowo bezlitośnie transportowano w najodleglejsze miejsca rodziny z małymi dziećmi oraz ludzi w podeszłym wieku, aby jak najwięcej osób umarło już w czasie katorżniczej podróży.

Fragment wspomnień Jana Maślaka zatytułowanych "Ponad Sybir – Życie".  za: http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/20_maslak_ponad.pdf

Tadeusz Tomaszewski:  ( z  miejscowości Poniatowa powiat Zaleszczyki w województwie tarnopolskim.)    10 lutego 1940 r. do pięcioosobowej rodziny, spokojnie śpiącej, w środku mroźnej nocy zastukano do drzwi kolbą karabinu oświadczając, ze przyszła ,Władza Radziecka”. Postawiono nas szybko na nogi. Trójką ludzi, którzy stanowili władzę dowodził NKWD-ista z opaską narodowości ukraińskiej, dobrze rodzicom znany sąsiad i Żyd z czerwoną opaską na ramieniu - sklepikarz z sąsiedniej wsi. Ów Ukrainiec nachylił się do żołnierza i coś Doszeptał do ucha a po chwili podszedł do mojej mamy i powiedział „Pakuj najcieplejsze rzeczy jakie masz, bo tam gdzie jedziesz jest jeszcze zimniej”. Mojemu Tacie zaś powiedział: „Masz Marian dużo ptactwa; chodź i tnij jak najwięcej .” Żołnierz kiwnął głową na znak że pozwala. Naciął Tato trzy worki kaczek i kur. Dano nam 20 minut czasu, więc jeszcze ruszające się worki rzucono na sanie. W tym czasie Mama wyszła pod konwojem niosąc mnie pod pazuchą (miałem zaledwie 2 i pół miesiąca). Moja siostra Władzia, niespełna ośmioletnia i brat Zbyszek (sześć lat), dźwigali tobołki na ile to było możliwe w ch wieku. Moja Mama miała na imię Kornelia, a ja po prostu Tadzio - byłem przecież oseskiem i imię „Tadeusz” jeszcze mi nie przysługiwało. Zajęliśmy miejsce na saniach. Zawieźli nas na dworzec kolejowy do stacji Worwolińce. Z rozkazu komendanta kazano nam wejść do wagonu, a ów Ukrainiec podawał nasze tobołki. Wreszcie powiedział „To wszystko”. Tato mówi do niego „Podaj te worki”. On krótko oświadczył „Tam gdzie jedziesz Batko Stalin da Ci wszystko”. Tym samym zdradził, że jedziemy w głąb Rosji, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, że aż tak daleko i na tak długo. A worki z ptakami przepadły. Po zapełnieniu całego transportu z hukiem zasunięto drzwi, zaryglowano zasuwy i transport ruszył. Rozpoczęła się długa droga w nieznane. Co jakiś czas otwierano drzwi, wchodzili sołdaty (żołnierze) - szukali trupów. Jeśli znaleźli to po prostu wyrzucali ciało na śnieg. Wstawiano kocioł z kipiatokiem "wrzątkiem), albo z kapuśniakiem, w którym pływały 1 do 2 liści kapusty. Mogła to być również zupa z buraka. A pociąg ruszał w dalszą drogę. I tak minęliśmy Górny Ural, a za górami już tylko bezkresne obszary Syberii. Po wielu dniach transport zatrzymał się w jakimś mieście, którym prawdopodobnie był Kańsk. Piszę „prawdopodobnie” bo wówczas nie wiedzieliśmy jak się to miasto nazywało. Jednakże opowieść mojej Mamy pokrywa się z opisem pana Domino z książki „Syberiada”. Mama tej książki czytać nie mogła bo zmarła w 1991 r. Ja czytając ją jakbym słyszał powtórnie opowiadanie moich rodziców. Dlatego uważam, że miastem, które było kolejnym etapem naszej podróży był właśnie Kańsk.
 Z dworca pod konwojem zaprowadzono nas do budynku, który kiedyś był cerkwią - świętym domem dla wyznawców prawosławia. Był to obszerny budynek. W miejscu gdzie kiedyś, za dobrych czasów, stał ołtarz - wstawiono scenę. W ten sposób powstał Dom Kultury „Klub”. Ciżba tam była wielka. Dzieci płakały z głodu, a dorośli z rozpaczy. Matkom z małymi dziećmi kazano zająć miejsca na wspomnianej scenie, aby mogły nakarmić i umyć swoje dzieci, pozostali stali stłoczeni - usiąść nie było możliwości. Co jakiś czas wchodził Comandir (dowódca) i wyczytywał nazwiska. Wyczytywani zabierali swoje tobołki i udawali się w dalszą podróż. Ich miejsce zajmowali następni ludzie z transportu. Budynek był ciągle pełny. Po dwóch czy może trzech dniach oczytano i nasze nazwisko. Zabraliśmy swój cały majątek i wyszliśmy z nimi przed cerkiew. W jednym momencie zdawało się nam, że powietrze które wdychamy zamarza w płucach. Ale już nie czuć było odoru, który unosił się wewnątrz. Przed budynkiem stało kilka traktorów gąsienicowych o napędzie parowym. Do każdego ciągnika doczepione były ogromne sanie. Mieściło się nich po kilka rodzin. Początkowo gąsienicowy transport ruszył po gładkiej równinie. Tylko wysokie brzegi świadczyły o tym, że suniemy po zamarzniętej rzece. Gdy zabrakło paliwa lub wody, kolumna zatrzymywała się. Kilku mężczyzn otrzymywało siekiery i piły. Ścinali najgrubsze brzozy, które cięli na czurki (klocki) - grube pnie rozrąbywano na pół, a bardzo grube na cztery części wrzucano je do pojemnika. Kobiety w tym czasie nosiły wiadrami śnieg do kotła. Te które nie otrzymały wiader, śnieg po prostu nosiły w pałatkach. Woda śniegowa z kotła służyła podróżnym jako kipiatok. W tej szerokości geograficznej wioski trafiały się rzadko, a miasta jeszcze rzadziej. Zatrzymując się we wsi otrzymywaliśmy bardzo skromny posiłek (podobny do tego z wagonów) i nocleg, znów w jakimś „Klubie”. Trzeba przyznać, że komuniści dbali o kulturę. Nawet w najmniejszych wsiach był Dom Kultury - trzeba było przecież cerkiew jakoś zagospodarować. Po kilku dniach takiej wędrówki opuściliśmy rzekę, która ostro skręcała i odbiegała widocznie od kierunku naszej podróży. Po raz kolejny przenocowaliśmy w „Klubie”, a rano przesiedliśmy się na podwody konne. Syberyjskie koniki są małe, kosmate, bardziej przypominają małpy, ale za to są silne i odporne na mróz. Nasza karawana mocno się rozciągnęła i tak sunęliśmy do przodu przez tajgę przerywaną polami. Dookoła nic tylko tajga i pola pokryte grubą warstwą śniegu. Wreszcie naszym oczom ukazała się wysoka góra. Był to ogromny płaskowyż zwany przez tubylców „Złotą Górą”. Z tym płaskowyżem już przed ty zapoznali się nasi poprzednicy - powstańcy zrywów narodowych: kosynierzy Kościuszki, uczestnicy powstania listopadowego i styczniowego. Kolumna zatrzymała się przed tą stromą górą. Rozkazano wysiadać z sań i dalej  iść pieszo. Moja Mama korzystając z tego, że na naszych saniach nie było sołdata porozmawiała z woźnicą. Pomogło jej to, że znała dobrze język kraiński, trochę rosyjski, więc mogli się zrozumieć. Mama poprosiła naszego przewodnika aby nas zawiózł na tę górę. Oczywiście nie za darmo. Dostał w prezencie jakąś chustkę. Dobry i wyrozumiały był to człowiek. Niestety pojechaliśmy tylko do połowy wysokości. Dalej było już tak stromo, że konik dreptał w miejscu a my zsuwaliśmy się z sań. Woźnica stwierdził, że koń dalej nie pójdzie więc musieliśmy wysiąść i pieszo z całym naszym majątkiem drapać się na szczyt. Tylko ja smacznie sobie spałem pod matczyną piersią, tędy wreszcie dotarliśmy na szczyt naszym oczom ukazały się ogromne połacie tajgi i stare, zmurszałe baraki, w których kiedyś mieszkali inni zesłańcy, a które :raz miały się stać naszym nowym domem. Gdy stanęliśmy przed barakami Komendant poinformował nas, że posiołek” ten nazywa się „Poleszczyna”. Następnie rozpoczął odczytywanie nazwisk. Każda wyczytana rodzina wchodziła do baraku. Tam z kolei inny przedstawiciel władzy odliczał po dwie deski na każdą osobę. Prycze były jednakowe od szczytu do szczytu, wzdłuż obu ścian. Na środku stały dwie lub trzy większe „kozy” to znaczy piece metalowe, które miały służyć do ogrzewania i gotowania posiłków. Mojej rodzinie przypadło dziesięć desek. Deski były dość szerokie, np. dla mnie wystarczyła jedna deska. Tym samym mogliśmy się swobodnie pomieścić na swoim „metrażu”. Przerw między pryczami nie było. Pewnego razu okazało się, że najbliższa sąsiadka w nocy cichutko zasnęła snem wiecznym, a mój Ojciec nie wiedząc o tym spał plecy w plecy z nieboszczką. Uczucie to nie było przyjemne ale takie przypadki w niedługim czasie często się powtarzały. Czas robił swoje. Ludzie z konieczności przyzwyczajali się do wszystkiego.
Myśleliśmy, że baraki są puste. O jakże się myliliśmy. Jeszcze tej samej nocy rzuciła się na nas cała armia czerwonych pluskiew. Naszym ludziom te twory nie były znane, chyba że z opisu dawnych zesłańców. Wyszły te żarłoczne stwory ze ścian, szpar pryczy i jak ławica piranii rzuciły się na nas. Wydawało nam się, że chcą nas wszystkich pożreć w ciągu jednej nocy. Wcale m się nie dziwię. Przecież przez jakiś czas baraki były nie zamieszkane przez ludzi, były więc bardzo wygłodniałe. Nie umieliśmy się przed nimi bronić. Dorośli po prostu je rozgniatali, lecz dzieci, a w szczególności niemowlęta, były całkowicie bezradne. Nad ranem pluskwy chowały się w szparach. Rano na rozkaz Komendanta wszyscy zdolni do pracy mężczyźni, kobiety oraz dzieci, które ukończyły 10 lat, stanęli przed barakami. Nie było czasu na toaletę poranną, więc wszyscy wyglądali jak Indianie. Widać było zaczerwienienia na całym ciele od ukąszeń i zaschniętą krew po rozgniecionych pluskwach. Widok był makabryczny i w komendancie, który patrzył na tych ludzi chyba odezwała się cząstka człowieczeństwa. Oznajmił, że jedyną skuteczną obroną przed tymi insektami jest opalenie wszystkich pryczy i ścian. przy tym oznajmił, ze trzeba to robić ostrożnie, aby nie spalić samych baraków, bo nowych jeszcze nie ma, a jest zbyt zimno żeby koczować pod gołym niebem. Wyznaczył kilka starszych osób do wyszukania smolnych szczap sosnowych, których tam nie brakowało. Pocięto je na łuczywa i tak zaczęła się walka z nieznośnymi owadami. Po opaleniu pryczy noce były trochę spokojniejsze ale nie długo. Zaatakowała nas następna krwiożercza armia - wszy. Te nie były tak dokuczliwe jak ich „siostry” - pluskwy, ale za to towarzyszyły nam przez całą dobę. Gnieździły się i rozmnażały w naszych ubraniach, we włosach, w każdym miejscu ciała. Jednym słowem byliśmy dla nich nie tylko pożywieniem ale służyliśmy im również za transport. Gdy na dobre przyszła do nas syberyjska wiosna, wraz z nią przyszła następna plaga - komary. Syberyjskie komary występują w kilku gatunkach. Małe - bardzo dokuczliwe, większe, od których łatwiej się opędzić oraz tzw. malaryjne. Przed komarami chroniła siatka zakładana na twarz. Natomiast najgorszą plagą były meszki. W innych częściach świata meszki chyba nie występują, tylko na Syberii. Przenikają nawet najgęstszą siatkę. Pojedynczo była niewidoczna gołym okiem. Masowo w powietrzu wyglądała jak lekkie zamglenie. Atakowała wszystkie części ciała, począwszy od oczu, uszy, nos czy sta. Wchodziła nawet pod ubranie i atakowała najbardziej intymne części miała. Najbardziej dokuczała niewiastom. W kilka minut ciało puchło i wyciekała lepka wydzielina, a na całym ciele powstawały ropne rany. Jedyną ochroną przed meszką był roztwór z żywicy rozcieńczonej wodą z dziegciem. Niestety wszystkich części ciała nie dało się nim posmarować. Pomimo upałów zawiązywano więc nogawki, rękawy i kołnierze, co utrudniało i tak ciężką racę. Ciało było ciągle spocone. Ciężka praca, brak dobrego wyżywienia i wspomniane plagi powodowały osłabienie organizmu. Normę jednak trzeba było wykonać. Jeżeli norma nie była wykonana, nie zaliczano nam dniówki, zaatakowały nas tyfus, malaria, kurza ślepota, czerwonka. Z brakło leków i opieki lekarskiej, ludzie padali jak przysłowiowe muchy. Grzebanie zmarłych odbywało się często bez najbliższej rodziny, chyba że ktoś z bliskich był niezdolny do pracy, albo małe dzieci mogły uczestniczyć w pogrzebie. Czasami tak się zdarzało, że pogrzebów jednego dnia było kilkanaście. Wynoszono ciała za baraki, kopano dół i składano zmarłych w jednym grobie. Ktoś odmawiał modlitwę, postawiono krzyż i to wszystko, a obok kopano następną wspólną mogiłę. Zimą były trudności z wykopaniem głębokiego dołu więc ciała chowano bardzo płytko. W nocy przychodziły zgłodniałe watahy wilków, odgrzebywały ciało, wlekły w tajgę, a po zmarłym zostawał tylko pusty dołek. Wiosną w tajdze znajdowano ludzkie czaszki i piszczele. Zbierano je razem i powtórnie grzebano już bez żadnej ceremonii pogrzebowej, jako NN.
Tak płynęło życie. Mijały tygodnie, miesiące. Mama w wolnych chwilach, na ile czas pozwolił, chodziła po okolicznych osadach i „mieniała” co się dało. Zamieniała wszystko na żywność. Na początku wymieniła łańcuszki, kolczyki, pierścionki, a nawet z bólem serca rozstała się z poświęconymi obrączkami. Miejscowi brali to, ale bardziej z litości jak z potrzeby. Złota tam nie brakowało. Myśmy tam wszyscy na złocie mieszkali. Sama nazwa „Złota góra” mówiła sama za siebie. Tubylcy chętniej zamieniali się na odzież osobistą różne fatałaszki, szaliki jedwabne czy chusty itp. Niestety zapasy się kończyły, głód coraz bardziej zaglądał nam w oczy. Wyrąb lasu w obrębie posiołka „Poleszczyna” skończył się, aby więc nie tracić czasu na dojście do pracy, przewieźli nas na posiołek „Toporok”. Między jednym posiołkiem, a drugim przytrafiła nam się przykra przygoda, przejeżdżając przez jakiś strumyk czy głęboki rów wodny, pod kołami naszej podwody załamała się spróchniała belka. Wóz tak się przechylił, że wszyscy wypadliśmy z niego. Ojciec trzymając się wozu wisiał z jednej strony, mama jedną ręką trzymała mnie, a drugą trzymała się koła. Cały nasz dobytek, a raczej jego resztka, wpadła do wody. Był to nieduży zabytkowy kuferek, w którym było jeszcze kilka fatałaszków. Moja siostra Władzia wypadając z wozu stanęła a tym kuferku. Na szczęście jej głowa wystawała nad powierzchnię i skończyło się na strachu. Po wyciągnięciu nas z wody okazało się, że nie ma mego brata Zbyszka. Ktoś zauważył, że szamocze się pod wodą. Spadając zaczepił się o wystający korzeń i był bliski utopienia. Po wyciągnięciu nas i wozu w miejsce starej belki naprędce ścięto drzewo i załatano dziurę w mostku, pojechaliśmy dalej a cały pozostały nasz majątek przepadł. Toporok - nowy posiołek, nowe otoczenie (przynajmniej częściowo), ale te same warunki i ta sama rzeczywistość. Ciężka praca, te same choroby. Jednym słowem: głodno, chłodno i do domu daleko. Zamieszkaliśmy ponownie w barakach, ale te baraki zostały postawione już przez naszych zesłańców, którzy zostali zesłani z naszych transportów inną trasą. Baraki pachniały świeżą żywicą, a pluskiew było trochę mniej. Natomiast wszy przywieźliśmy swoje ze sobą. Praca był taka sama. Rano zbiórka przed barakami. Komendant rozdzielał pracę. I tak dzień w dzień. Mojej Mamie jako parę do piły przydzielono 16-o letnią dziewczynę Anielę Krzywoń. Od tej pory obie były skazane tylko na siebie. Ile normy wykonały, tyle miały zaliczone jako dniówkę. Silna to była dziewczyna i z charakterem, zdecydowana na wszystko. Pasowała do mojej Mamy. Pomimo różnicy wieku, były w pewnym sensie podobne do siebie, więc wspólnie im się dobrze pracowało. Normy swoje wykonywały tym samym dzienne racje otrzymywały pełne. A dzienna racja to 500 gr. czarnego chleba i kociołek zupy ze wspólnego kotła. Dla młodych i tych, którzy tego nie doświadczyli przypomnę, że ta forma żywienia stosowana była w obozach koncentracyjnych, łagrach, kołchozach i przedsiębiorstwach. W Polsce Jacek Kuroń zasłynął ze wspólnych zupek. Niech mu ziemia lekką będzie.

Fragment wspomnień Tadeusza Tomaszewskiego "Sybir w oczach dziecka" http://www.pawlodarczycy.org/wspomnienia

Fragment zabudowań łagru w Jercewie, w którym odsiadywał wyrok Gustaw Herling-Grudziński  Źródło: Fotorzepa fot. Jakub Ostałowski

Stanisław Lasek: W krótkim zarysie przedstawimy tragedię naszej rodziny, jak i wielu innych, osiedlonych na Kresach Wschodnich. Mieszkaliśmy w kolonii Terpin, położonej nad rzeką Berezówką. Po drugiej stronie tejże rzeki znajdowała się druga kolonia – Dębina – z czternastoma rodzinami kolonistów. W centrum położona była wieś Dmytrów, w której mieszkało 1100 rodzin, przeważnie ukraińskich, a także mieszanych. Po drugiej stronie Dmytrowa były dwie kolonie czysto polskie – Bełzów i Strachów, kolonie te powstały w latach 1919- 1920 z parcelacji dworu ziemianina – Ślężaka. Z początku gmina mieściła się w Dmytrowie, lecz w roku 1930 przeniesiono ją do Chołojowa, małego miasta na trasie Radziechów – Kamionka Strumiłowa. Okolice to piękny płaskowzgórz żyznej ziemi podolskiej. Gospodarstwa kolonistów obejmowały powierzchnię od 5 do 12 hektarów. Rolnicy uprawiali pszenicę, buraki, lucernę i żyto. Każdy gospodarz posiadał mały sad owocowy. Kolonia Terpin była zamieszkana przez dziewięć rodzin: Leon Walski – siedmioro dzieci, Wojciech Lasek – dziewięcioro dzieci, Jan Kozioł – dwoje dzieci, Felek Zbyrał – jedno dziecko, Henryk Łopuszański – bezdzietny, Jan Krawczyk – dziesięcioro dzieci, Michał Dziewa – dwoje dzieci, Jan Piekarz – troje dzieci, Franek Gawełko – troje dzieci. Kościół parafialny, w Chołojowie, oddalony był o 4 km, dlatego Polacy (koloniści) rozpoczęli budowę kościoła w Dmytrowie. Budowy niestety nie ukończono, gdyż wybuchła wojna w 1939 roku. We wsi Dmytrów mieliśmy 7-klasową szkołę III stopnia, Dom Ludowy, dużą cerkiew, karczmę „Jośka”, kooperatywę (spółdzielnię), elektrownię, która dostarczała prąd do miasta powiatowego Radziechów. We wsi Dmytrów nie było światła elektrycznego, za wyjątkiem młyna i dworu Ślęzaka. Władze powiatowe nie zezwoliły na zaciągnięcie kabli i elektryfikację wsi Dmytrów, pomimo że sieć słupów i przewodów była przygotowana przez całą wieś. Wieś i jej budynki – to drewniane domy, skupione przy sobie, kryte tak, że strzechy dotykały jedna drugiej. Przy każdym domu był sad z jabłoniami, gruszami, śliwami itp. oraz ogródki warzywno-kwiatowe. Gdy przyszła wiosna, to cała wieś była potężną doniczką różnokolorowych kwiatów. Jesień natomiast swymi kolorami i odcieniami przypominała ogromną barwną tęczę. Nad rzeką Berezówka rosły dziesiątki wierzb płaczących, a obok wiła się dróżka do pieszych spacerów. Od wschodniej strony aż do naszej kolonii przez mniej więcej trzy kilometry ciągnęły się rozległe łąki i torfowiska, na których pasły się stada bydła, czy też stały stogi siana oraz kopce suszącego się torfu, służącego na opał. Piękno naszej okolicy, z jej różnorodnością – to żywy obraz dla malarza. Harmonia życia wsi Dmytrów i naszych kolonii nigdy nie była zakłócana. Razem chodziliśmy do jednej szkoły, religii uczyli katoliccy księża i prawosławni popi, a jeśli któryś nie mógł być na lekcji, to połączone dzieci z klas uczyły się religii pod opieką księdza albo popa. Zdawało się, że wszyscy dbają o to, aby dobrze gospodarować i zbierać plony pracy rąk. Pomagano sobie wzajemnie przy pracach w polu w czasie żniw, sianokosów czy wykopków ziemniaków. Ten spokojny tryb życia został zakłócony wybuchem II wojny światowej.

Najazd Niemców na Polskę – 1 września 1939 roku, a następnie Rosji sowieckiej i ich okupacja była początkiem tragedii kolonistów, osadników, nauczycieli, leśniczych, żandarmerii oraz inteligencji polskiej zamieszkującej wschodnią Małopolskę, okupowaną przez bolszewików. Nacjonaliści ukraińscy i różna szumowina zaczęli masowo występować przeciw polskiej ludności. W listopadzie 1939 roku na kolonii Strachów Ukraińcy wymordowali dwie rodziny kolonistów. Biedota (złodzieje i różni przestępcy) otrzymali władzę od okupanta bolszewickiego. Potworzyli milicję, otrzymali broń i w biały dzień zaczęli rabować i pacyfikować kolonistów na naszym terenie. W pierwszym tygodniu grudnia 1939 roku Ukraińcy wraz z biedotą napadli na nasze kolonie – Terpin i Dębinę, rabując bydło, trzodę chlewną, zboże, kury, a nawet obuwie. Naszej rodzinie zabrano dwie krowy, trzy paśne świnie, ponad pięćdziesiąt kur, odzież i część pościeli. Nacjonaliści zapowiedzieli, że „to nie koniec i przyjdą rozprawić się z Lachami, bo my już dość nacieszyli się życiem na ich ziemi”. Kolonia nasza zaczęła się organizować i prowadzić 24-godzinną wartę wokół zabudowań. Złożony meldunek do NKWD nic nie pomógł w tej sprawie, mimo obietnic. Wszyscy Polacy żyli w nieustannym strachu o swoje życie i mienie, z niepokojem oczekując następnego dnia. Święta Bożego Narodzenia 1939 roku przeszły spokojnie, bez wypadków. Niedługo potem na stacji kolejowej w Chołojowie zauważono długi rząd wagonów towarowych z kratami w oknach i piecykami w środku. Zastanawialiśmy się, dla kogo są przeznaczone gdyż posiadały dwa rzędy prycz.

10 lutego 1940 roku o godzinie czwartej rano kolonia nasza została otoczona przez sołdatów NKWD i Ukraińców. Gdy zaczęli dobijać się do drzwi, ojciec otworzył nasz dom. Wówczas sołdat z bagnetem na karabinie i dwóch Ukraińców wpadło do mieszkania, rozpoczynając rewizję (nazwiska Ukraińców – Wasyl Kucuper i Mikołaj Strilkow). Ojca trzymali pod bagnetem i bronią gotową do strzału, Wyrwana ze snu rodzina nie wiedziała, co począć. Powstał wielki płacz dzieci, których było ośmioro, gdyż najstarsze, brat Józef, było u kuzynów. Najmłodsza siostra Rozalia miała wówczas osiem miesięcy. Enkawudzista ogłosił zarządzenie „Wierchownoho Sowieta”, że „mamy tylko 40 minut na ubranie się, spakowanie rzeczy i opuszczenie domu”. Mama Zofia, słysząc to, zemdlała, a ojcu nie pozwolono się ruszyć. Najstarsza siostra Anna cuciła mamę i ubierała młodsze rodzeństwo. Czas uciekał. Brat Janek pakował rzeczy osobiste rodziny, a Ukraińcy kontrolowali, co bierze, i dużo rzeczy osobistych nie pozwolili zabrać. Gdy brat udał się do spichlerza po żywność, Ukraińcy odważyli 50 kg mąki i 25 kg kaszy jęczmiennej, przeznaczonej na paszę dla prosiąt, chociaż mąki było około 300 kg, a także większe ilości kasz, to Ukraińcy nie pozwolili wziąć. Dziewięcioletni brat Wojtuś niezauważony przez Ukraińców wbiegł do kurnika i zadusił 25 kur, wrzucił je do worka, a następnie na przygotowane sanie. Mieliśmy w domu tylko pół bochenka chleba, bo właśnie w tym dniu (sobota) miał być pieczony świeży. I to było wszystko, co pozwolono zabrać naszej licznej rodzinie. Po upływie 40 minut żołnierz zakomenderował: – „Wychadi wremia proszło!” Mama Zofia nie zdążyła się ubrać i w nocnej koszuli, ubrana w płaszcz, musiała wychodzić. Mróz był bardzo silny, dochodził do 30 st. poniżej zera. Po załadowaniu rodziny i dobytku na dwie pary sań, dołączono nas do kolumny rodzin sąsiadów, tak jak my wyrzuconych ze swoich domów. Zewsząd słychać było rozpaczliwy płacz dzieci, a także nieustanne wycie psów z naszej kolonii. Kiedy kolumna sań ruszyła otoczona żołnierzami na koniach, prowadzono nas nie wprost na stację Chołojów w prostej drodze 3 km, lecz jechaliśmy w kierunku wsi Dmytrów okrężną drogą 10 km. Mimo wczesnych godzin rannych, wzdłuż drogi po obu stronach stali Ukraińcy młodzi i starzy, urągając: – „Czas na was, Lachy!” Inni kiwali rękoma na pożegnanie, większość jednak milczała. Po drodze dołączyły do nas kolumny z Bełzowa i Strachowa, naszych kolonistów, nauczycieli z naszej szkoły w Dmytrowie oraz leśniczych (dwie rodziny). Gdy jechaliśmy przez miasto Chołojów, ludność żegnała nas łzami, jedynie Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach, uśmiechali się szyderczo do żołnierzy. Gdy przybyliśmy na stację, część wagonów była zajęta i załadowana. Do wagonu 25 TW załadowano 42 osoby wraz z bagażami. Tłok był niesamowity. W wagonie znajdowało się 18 dzieci do lat 12, w tym troje niemowląt, 6 dziewcząt, 7 kawalerów oraz rodzice w wieku około 50 lat. Wagon – drzwi odsuwane na zewnątrz – piecyk żelazny 2-fajerkowy, okna okratowane bez osłon, otwór – ubikacja, prycza górna – prycza górna, prycza dolna – prycza dolna. Dzieci zamarznięte w drodze ułożono w pierzynach na górnych pryczach. Na pryczach nie byto żadnego posłania, jedynie deski. Jeśli zważymy, że mróz sięgał 30 st. poniżej zera, to mamy obraz tragedii rodzin wyrzuconych z własnych domów, bez żywności. Dzieci były tak zamarznięte i wyczerpane płaczem, że ledwo dawały znaki życia kwileniem. Tuliły się wzajemnie, nie dając się odłączyć od matek. Ich oczy przejęte grozą i strachem to niezapomniane wrażenie. Boże, pożal się nad tymi biednymi dziećmi twymi, którym wyznaczyłeś krzyż cierpienia, tułaczki, nędzy i głodu! W wagonie było bardzo zimno, gdyż był nieszczelny i z otwartymi oknami. Na stacji udało się ukraść trzy podkłady kolejowe, które natychmiast pocięto i ukryto pod dolną pryczą, by żołnierze nie zauważyli, bowiem w przeciwnym wypadku winni kradzieży natychmiast byliby sądzeni jako sabotażyści. Równocześnie udało się zdobyć trochę węgla i to umożliwiło rozpalenie piecyka. Mróz połączony z wiatrem wciskał się wszystkimi szczelinami wagonu, zwłaszcza przez cztery okna bez szyb, zakratowane. Dla organizacji życia w nowych warunkach, po krótkiej naradzie wybrano kierownika wagonu, którym został oficer rezerwowy Wojska Polskiego, a zarazem leśniczy w Lasach Państwowych na naszym terenie – Michał Kłopatyński. Posiadał liczną, 12-osobową rodzinę. Na zastępcę wybrano mojego ojca, Wojciecha Laska. Do ich obowiązków należało utrzymanie porządku w wagonie i występowanie w imieniu wszystkich do władz sowieckich o zaopatrzenie w żywność, wodę i opał. Po rozlokowaniu dzieci na górnych pryczach, starsi w miarę możliwości zabezpieczyli okna workami i kawałkami desek, które udało się zdobyć na stacji. Płacz dzieci zmarzniętych, przeziębionych, kaszlących i głodnych przejmował grozą. Płacz ten słychać było na całej stacji kolejowej. Nie pomagały zabiegi matek tulących biedactwa do swych piersi. Przez trzy dni dowożono wysiedlone rodziny i samotnych z transportu. W drugim dniu (niedziela, 11 lutego 1940 roku), gdy ojciec udał się po wodę, spotkał szewca, Ukraińca, u którego naprawialiśmy buty i czasami ojciec zatrudniał go przy pracach polowych. Nazywał się Mikołaj Krzywoj. Człowiek ten przyniósł 10-litrową konewkę mleka i cztery bochenki chleba. Inny mieszkaniec Ochladew – Jakub Kielerman, przyniósł kilka bochenków chleba, słoninę, kilka kilogramów mięsa oraz kilka litrów mleka i śmietany, wyrażając się ze smutkiem, że to „dzieciom na pokrzepienie”. Ojciec, Wojciech, ze łzami w oczach dziękował za ten ludzki gest. W wagonie natychmiast nakarmiono najmłodsze dzieci. Kierownik zarządził wspólne gotowanie na trzy rodziny z braku miejsca na piecyku, który miał tylko dwie fajerki. W trzecim dniu dołączył do nas brat, Józef, który podczas wywózki był u krewnych. Dowiedziawszy się o tragedii, przyjechał, by dzielić los wspólnie z rodziną. Tejże nocy transport ruszył w kierunku na wschód, z czego wywnioskowaliśmy, że wywożą nas do Rosji. Wszystkie wagony były zamknięte z zewnątrz i pilnowane przez konwojentów transportu, którzy z bronią w ręku śledzili nas z wieżyczek. W nocy dojechaliśmy na punkt graniczny do Bronowic, żegnając ojczystą ziemię. W Bronowicach na stacji spotkaliśmy kilka innych transportów ludzi wysiedlonych w tym samym czasie jak my z województwa tarnopolskiego. Na stacji zaopatrzono nas w wiadro zupy na 10 osób oraz porcje 20 dkg chleba na osobę i gotowaną wodę (kipiatok). Ciągle słychać było nawoływania sołdatów: – „Odkryli!” – co oznacza otwierać, i – „Zakryli!” – zamykać. Na ten głos otwierano drzwi wagonu i wychodzili wyznaczeni przesiedleńcy po wodę i prowiant pod eskortą żołnierzy. Następnie, po powrocie do wagonu, zamykano wagony od zewnątrz. W wagonach było tak ciasno, że brakowało miejsca do wypoczynku dla wszystkich.Starsi spali na zmianę, gdy jedni odpoczywali, to drudzy stali lub siedzieli na podłodze środka wagonu. Stale zmarznięte nogi cierpiały, gdyż nie było gdzie ich ogrzać. Starsi, zwłaszcza młodzież, mieli kłopot z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Ubikację stanowiła dziura w podłodze wagonu. Z początku, gdy jedna osoba szła za swoją potrzebą, to druga zasłaniała ją kocem. Gdy nadeszły choroby połączone z rozwolnieniem, tak że lało się z ludzi, wtedy nikt nie zważał na obecność innych, tylko aby dojść do otworu. Zmarznięte odchody trzeba było zdrapywać i usuwać otworem, co powodowało fetor w całym wagonie. Dzieci zaczęły chorować na koklusz i grypę, kaszląc nieustannie. Do tego dochodziły bóle brzucha i biegunka. Niemycie się i brud kału ludzkiego spowodowało rozmnożenie się robactwa, wszy, które wszystkim dokuczały. Wiele dzieci zmarło z przeziębienia i chorób, nigdy nie zbadane przez lekarza. Transport nasz jechał nieraz przez cały dzień, przystając jedynie po uzupełnienie węgla i wody. Mijaliśmy miasta i osiedla, wszędzie widać było nędzę. Mężczyźni i kobiety ubrani byli jednakowo: w watowane spodnie i kurtki, a na nogach walonki (fabrycznie ubita wełna owcza na formie), z kaloszami, niektóre bardzo zniszczone. Na głowach czapki z nausznikami (papachy), twarze wynędzniałe. Na stacjach kolejowych potężne portrety Lenina i Stalina oraz transparenty z hasłami rewolucji i raju sowieckiego. Tak, po 23 dniach podróży w oblodzonych ścianach wagonu i temperaturze poniżej 30 st., dotarliśmy do ostatniej stacji kolejowej: Kotłas, obwód archangielski. Po sześciu godzinach postoju w zamkniętych wagonach, naczelnik transportu NKWD rozkazał wyładowywać się do przygotowywanych baraków, które służyły wcześniej dla transportowanych na zesłanie różnych przestępców i wrogów Związku Sowieckiego. Tu rozdzielono nas do różnych obozów rozrzuconych na dalekiej północy Rosji, rozłączając rodziny, ludzi z jednej miejscowości, a także jadących razem w wagonach. Naszą rodzinę skierowano do obozu Permogor (Zapad), 185 km za Krasnoborskiem, na północ nad rzeką Dwiną, która wpada do Morza Białego w mieście portowym Archangielsk. Wraz z nami z transportu przydzielono ponad 120 osób. Mimo czujności konwoju udało się, że wraz z nami przydział do obozu otrzymała rodzina z naszej kolonii Jana Krawczyka, z dziesięciorgiem dzieci, a także przyjaciele naszej rodziny. Podjechały jednokonne sanki. Nam przydzielono dwie pary sanek. Gdy mama, Zofia, rozpaczała, gdzie pomieści dzieci i skromny bagaż, enkawudzista odrzekł: – „Siadaj i odjeżdżaj, bo was rozdzielę” – ciebie tu, a męża do drugiego obozu, jak będziesz się buntować. Załadowano młodsze rodzeństwo i mamę. Okryto, czym się dało, a ojciec i bracia przywiązali się sznurkami, aby się nie pogubić. Odległość 185 km z Kotłasa do Permogor przebyliśmy w ciągu czterech i pół dnia. My starsi musieliśmy iść pieszo: ojciec Wojciech, bracia – Józef i Jan, siostra Anna i ja – Stanisław. Po 40 km dziennie szliśmy przy 40 st. mrozu. Nie mając odpowiedniego ubrania ani obuwia, już w pierwszym dniu ja i siostra Anna odmroziliśmy sobie twarze, a siostra też nogi. W czasie drogi, gdy szliśmy dość szybko, to mróz zatykał oddech w piersiach. Pierwszy postój w Czajni, która składała się z dużej izby z piecem przy jednej ścianie. Na piecu spali gospodarze Czajni. Nam rzucono wiązkę słomy w rogu izby. Furmani (woszczyki) mieli przygotowane spanie w drugim rogu izby. Tu dano nam herbaty (czaju), zupę rybną i po 300 gramów chleba. Pragnę zaznaczyć, iż cały czas jechaliśmy korytem rzeki Dwiny. Forman oświadczył, że następnego dnia rano wyruszamy w dalszą drogę. Ojciec, który znał język rosyjski z okresu niewoli w czasie I wojny światowej, zapytał gospodarza, gdzie można kupić mleka dzieciom. Ten, po namyśle, odpowiedział, że wie, ale mleko jest drogie. Ojciec wziął sukienkę siostry i pokazał. Gospodarz odrzekł, że za tę sukienkę dostanie trzy litry mleka. Co było robić – ojciec wyraził zgodę. Gdy dzieci dostały po kubku mleka, natychmiast zasnęły. Ja z siostrą leczyliśmy odmrożone twarze i nogi. Ojciec doradził, aby dla ochrony twarzy użyć pończoch. Wycięliśmy w pończochach otwory na oczy i usta, zakładając je na twarz. Przez cały czas służyły nam, chroniąc twarz od dalszych odmrożeń. Nazajutrz wczesnym rankiem wyruszyliśmy w dalszą podróż. Po godzinie drogi zamarzniętą rzeką Dwiną napotkała nas śnieżna burza, co o mało nie zakończyło się tragedią. Koleiny drogi zostały zasypane, a powstałe zaspy utrudniały poruszanie się. Konie i sanki grzęzły w śniegu, trzeba było pomagać wyciągać sanie. Wiatr ze śniegiem wdzierał się we wszystkie szparki ubrania, opanował nas niesamowity chłód i ziąb oraz senność z wyczerpania. Trzymaliśmy się sznura blisko siebie, aby nie zgubić się w szalejącej zamieci. Wszyscy modliliśmy się, prosząc Boga o ocalenie. Po 2-3 godzinach zamieć ustała. Konie były tak zmęczone, że ledwie się ruszały. Furmani zażądali, by wysadzić z sań dzieci. My zaś, prosząc nade wszystko, aby dzieci zostały w saniach, zobowiązaliśmy się pomagać ciągnąć sanie, chociaż byliśmy u kresu wytrzymałości. Z obu stron konia przytroczonymi sznurami pomagaliśmy ciągnąć sanie. Tak dobrnęliśmy do następnej Czajni późnym wieczorem. Znów to samo – zupa rybna [ucha], herbata, łyżka kaszy i 300 gramów chleba, który był jak bryła gliny z opieczoną skorupą. Wszyscy byli krańcowo wyczerpani i pragnęli snu. Jednak nie było nam dane spać spokojnie, gdyż do wszy, które bardzo dokuczały, dołączyła jeszcze szarańcza pluskiew, które gryzły niemiłosiernie. Młodsze rodzeństwo zaczęło płakać i nie można go było uspokoić. Gospodarz Czajni, gdy dowiedział się, co jest przyczyną płaczu dzieci, powiedział: – „U nas wszędzie jest ich dużo i wy też się przyzwyczaicie!” Dalsza podróż odbywała się dość spokojnie. W piątym dniu około południa zauważyliśmy dużą wieś. Furman oświadczył, że to Permogor – wieś. My mieliśmy zamieszkać po drugiej stronie rzeki w osiedlu dla osób skazanych. Woźnica wskazał nam obóz. Były to stare baraki służące zesłańcom i skazanym, którzy buntowali się przeciwko władzy carskiej i sowieckiej. Po przybyciu komendant obozu, Sokołowski, przywitał swych podwładnych, zaś woźnica za pokwitowaniem i przeliczeniem zdał naszą rodzinę. Sokołowski – to syn polskiego zesłańca, który nie mówił po polsku, ale rozumiał. Przydzielono nam dużą izbę w baraku, gdzie rozmieściliśmy się po dwudziestu sześciu i pół dnia podróży.

W obozie było już dużo rodzin z dziećmi oraz osób samotnych. Razem 350 osób. Samotni to nauczyciele, policjanci i żołnierze z centralnej Polski. Wszyscy samotni mieszkali w baraku ogólnym, bez przedzielonych pokoi, samotne kobiety osobno i mężczyźni osobno. Nasze pomieszczenie okazało się za ciasne dla naszej rodziny. Chociaż mieliśmy podwójne łóżka, nie mogli się wszyscy pomieścić i spaliśmy po troje w jednym łóżku. Łoża to drewniane prycze z desek, do których na postanie przydzielono wiązkę żytniej słomy. Zesłańców i łagierników ratowało to, że tajga obfitowała w jagody i grzyby, a zalew i rzeka w ławice wszelkich ryb. Komendant oświadczył, że będziemy pracować przy wyrębie lasów, wykuwaniu drzewa z lodu, budowie tratew i ich spławie oraz piłowaniu drzewa na opalanie parowozów (okrętów parowych), które będą ciągnęły tratwy do portu w Archangielsku. Fragment: Stanisław Lasek – Wspomnienia Kresowiaków – Sybiraków  za: http://zeslaniec.pl/53/Relacje_z_zeslania.pdf

Powyższe  to jedynie kropla z morza wspomnień tych co przeżyli. Niestety los Kresowian którzy uniknęli deportacji sowieckich również był  tragiczny. Czytając dziesiątki wspomnień nie jednokrotnie trafiałem na stwierdzenia, że jedynymi ocalałymi z całej, licznej rodziny kresowej, byli właśnie zesłańcy. Oto przykładowe relacje. Jesteśmy Kresowiakami z Wołynia - relacjonuje ks. Tadeusz Żurawski.- Urodziłem się 5 września 1935 r w miejscowości Polanówka. Moi dziadkowie i rodzice osiedlili się tam w 1922 r. Jako dziecko pamiętam przemarsz bolszewików, jesienią 1939 r. W maju 1940 r .zapamiętałem zapłakaną matkę, kiedy ojca zabierano na Sybir. Pamiętam też ojca za kratami - pobitego i skatowanego, którego odwiedziliśmy w czerwcu tegoż roku. Ledwo go poznałem. Następne wspomnienia to niemieckie bomby rzucane na uciekające wojsko bolszewickie. W 1942 r mama zaprowadziła mnie do szkoły, w której trzeba było mówić tylko po ukraińsku. Znałem ten język, ponieważ w sąsiedztwie mieszkali Ukraińcy .Żyliśmy z nimi w zgodzie, a dzieciaki bawiły się wszystkie razem. W Polanówce mieszkała większość rodzin polskich, Ukraińców było niewielu. Już zimą w 1943 r, chyba w lutym , słyszeliśmy o zagrożeniu, o napadach ze strony Ukraińców. W połowie marca pod dom przyszli 3 Ukraińcy, w tym jeden znany - Josip. Rozmawiając głośno o podpaleniu domu w najbliższym czasie jednocześnie nas ostrzegli. Po tym zajściu mama zadecydowała, że musimy uciekać. Schroniliśmy się u sąsiada nazwiskiem Grzyb mieszkającego nieopodal szkoły. Już wieczorem obserwowaliśmy łuny palących się domostw. Wszyscy razem z p. Grzybem, jego żoną, teściową i dziećmi zapakowaliśmy się na furmankę i polami uciekaliśmy do zaprzyjaźnionych Ukraińców, którzy przyjęli nas na noc. Byli oni bardzo zatrwożeni, gdyż w miejscu naszego noclegu zbierali się banderowcy, skąd wyruszali na napady i podpalenia domostw. Nasi ukraińscy gospodarze za przechowywanie Polaków mogli stracić życie. Nad ranem musieliśmy wędrować dalej. Kierowaliśmy się nad rzekę do Janowej Doliny zamieszkałej przez wielu Polaków. Uciekaliśmy lasami pod osłoną nocy. Ukraińcy radzili nam jechać w kierunku Huty Stepańskiej, ponieważ w okolicy rzeki Horyń było zagrożenie .Kiedy nadjechali banderowcy wiele furmanek zjechało na łąkę i podążało w stronę lasu. Słyszałem strzały oddawane przez zaczajonych w tym lesie banderowców. Ukraińcy na koniach podjeżdżali do furmanek i siekierami zabijali znajdujących się tam Polaków. Przed wyjazdem z rodzinnego domu zabraliśmy Pismo Święte i krzyż. Pismo Święte było ciężkie, więc teraz miałem tylko krzyż, który trzymałem nad głową. Być może Ukraińcy nie mieli odwagi uderzać po rękach wznoszących krzyż. Z napadu ocalały tylko 2 furmanki. Ukrywaliśmy się najpierw w leśniczówce, a gdy w nocy przyszli ukraińscy strzelcy, uciekliśmy stamtąd. .Zostawiliśmy cały dobytek razem z furmankami i schroniliśmy się w lesie. Spotkaliśmy tam brata mojego ojca razem z żoną i dwójką małych dzieci. Oni po przywitaniu odeszli dalej, aby nie powodować zagrożenia. Płacz małych dzieci mógł zwabić banderowców Później już słyszałem tylko krzyki i strzały. Pozostali w tym lesie na zawsze. Nie mogliśmy im pomóc. Ostatecznie udało nam się dostać do Cumania, gdzie był posterunek niemiecki i stamtąd pojechaliśmy traktem z Równego do Łucka. Niemcy przyjęli nas do obozu przejściowego, gdzie mieliśmy schronienie i skromną strawę. Z najbliższej rodziny ks. Tadeusza Żurawskiego w Rzezi Wołyńskiej zginęli: brat ojca Stanisław z małym synem - zamordowani na swoim gospodarstwie, brat ojca Stefan wraz z małżonką i dwójka małych dzieci - zamordowani w lesie w czasie ucieczki, kuzynka Janina / lat 18 / oraz trzeci brat ojca Aleksy, którzy postanowili wrócić do Polanówki - zamordowani w swoim gospodarstwie z wyjątkowym okrucieństwem. Wszyscy nie mają własnych grobów. Wszyscy zostali zamordowani dlatego, że byli Polakami. Z rodziny księdza T. Żurawskiego udało się ocalić życie : matce, siostrze, która przebywała w obozie niemieckim, ojcu, który wydostał się z Syberii z armią Andersa .

  Jan Smolarek / obecnie zamieszkały w Australi / urodził się w 1934 r w Nowej Polanówce parafia Darażno. To była mała wioska, mieszkali tam sami Polacy. Ukraińskie domostwa były oddalone o pół kilometra. Pan Jan wspomina : Pamiętam lato 1941 r, kiedy przez nasze podwórko uciekało wojsko bolszewickie. Pamiętam też, że w 1942 r w krótkim czasie Ukraińcy wymordowali wszystkich Żydów z gett w Kostopolu, Równem i Darażnem i pogrzebali ich w lesie przysypując lekko ziemią. W tym czasie pierwszy raz słyszałem, że zamordowano polską rodzinę w ich własnym domu. Z podsłuchanej rozmowy dorosłych dowiedziałem się, że wszyscy zamordowani leżeli twarzami do podłogi, a kobieta w zaawansowanej ciąży była ukrzyżowana na ścianie z rozpłatanym brzuchem. Niebawem , chyba 18 lub 24 marca rzeź dotknęła mojej rodziny. W Marianówce zamordowano wujka Stanisława z synem. Krótko po pogrzebie sąsiad Ukrainiec, którego syn był banderowcem przyszedł ostrzec, abyśmy szybko uciekali. Ukrainiec zabrał naszą furmankę, krowę i konie oraz zapakował wszystko co zdołał zabrać z domostwa. Pięcioro rodzeństwa razem z mamą i tatą odeszliśmy do lasu z jedną pierzyną, która dawała okrycie przed nocnym chłodem. Sąsiad Ukrainiec za cały zagrabiony dobytek przynosił nam do lasu przez 3 tygodnie żywność a także przeprowadził okrężną drogą omijając zagrożenia do stacji Ołyka. Tam zatrzymaliśmy się w opuszczonym domu. W Wielki Czwartek lub Wielki Piątek w bezksiężycową noc widzieliśmy naokoło wszędzie łuny od płonących gospodarstw. Następnego dnia wędrowaliśmy dalej. Pod wieczór dotarliśmy do Cumania , gdzie przebywaliśmy około tygodnia. W czasie naszego pobytu Ukraińcy napadli i wymordowali część Polaków. Z Cumania w ciągu jednego dnia pokonaliśmy pieszo ponad 30 km. by dotrzeć do Łucka. Zatrzymaliśmy się w budynku seminarium zakonu Jezuitów, w którym ks. biskup Szelążęk zorganizował pomoc dla uciekinierów. Ponieważ niemieckie władze okupacyjne wywoziły na roboty, zgłosiliśmy się na ochotnika. Zapakowani na wojskowe ciężarówki zostaliśmy przewiezieni do Kiwerc, następnie do Kowla i do Lublina. Z Lublina przewieziono nas do gospodarstwa w Niemczech.

 Krystyna Mazur urodziła się w 1936 r. w miejscowości Jagiellonów koło Cumania. Jej stryja, osadnika po 1920 r razem z żoną władze radzieckie zabrały na Syberię i ślad po nich zaginął. Następne co pamięta jako dziecko / miała niespełna 7 lat / , to, że przyszedł sąsiad Ukrainiec powiedział, że jak banderowcy każą mu ich zamordować i tego nie zrobi, to zamordują jego razem z rodziną. Rodzice spakowali najpotrzebniejsze przedmioty na furmankę, zaprzęgli ją w dwa konie. Zabraliśmy też krowę, ponieważ w rodzinie było sześcioro dzieci - wspomina pani Krystyna. Nie ujechaliśmy daleko. Po drodze Ukraińcy zabrali nam cały dobytek. Do Łucka dotarliśmy piechotą. Tam Niemcy skoszarowali nas w podziemiach katedry, gdzie spaliśmy na słomie. Posegregowali uchodźców i codziennie wywozili ciężarówkami do pracy w polu. Dostawali też całodzienny posiłek - miskę zupy i kawałek chleba .Po żniwach Niemcy dali Ukraińcom granaty zapalające ze wskazaniem, że mogą robić z Polakami co chcą, ponieważ już nie są potrzebni. Te granaty wrzucono do podziemi katedry, w których ponad 100 Polaków spało na słomie. Ojcu p. Krystyny udało się przeżyć pomimo rozległych poparzeń. Obecnie na dawnych naszych terenach w Polanówce, Marianówce, w Darażnym, Janowej Dolinie nie ma Polaków .Ich domostwa spalono, cmentarze zaorano lub zamieniono w pastwiska a pola uprawne zarosła trawa. Nie ma drogi. Nie ma śladu na mapie.

http://wolyn.org/index.php/informacje/959-gdyby-nie-wywozka-na-sybir-prawdopodobnie-zostalby-zamordowany-przez-banderowcow

To również kropla w morzu wspomnień ocalałych z ludobójstwa Polaków, Kresowian na Kresach przez OUN-UPA. A wszyscy byli Polakami mieszkającymi na Kresach. Powyższy artykuł  jest odpowiedzią dla tych  co zadają czasem dziwne pytanie "kto to są ci Kresowianie?".