Dzisiaj jest: 9 Grudzień 2019        Imieniny: Aneta, Leokadia, Wiesław
Kolejny Znak Kresowej Pamięci odsłonięty  – upamiętnienie „Operacji Burza”

Kolejny Znak Kresowej Pamięci odsłonięty – upamiętnienie „Operacji Burza”

Środowiska zachodniopomorskich Kresowian spotkały się, 20 listopada 2019 r., w Nowogardzie, by upamiętnić Operację „Burza”. Było to powstanie zbrojne żołnierzy Armii Krajowej na Kresach, w przededniu wejścia Armii Czerwonej. Ostatnim…

Readmore..

Sympozjum naukowe: Dziedzictwo kulturowe wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej.  Korzenie i wspólnota Pałac Lubomirskich w Lublinie, 5-6 grudnia 2019.

Sympozjum naukowe: Dziedzictwo kulturowe wschodnich ziem dawnej Rzeczypospolitej. Korzenie i wspólnota Pałac Lubomirskich w Lublinie, 5-6 grudnia 2019.

Program wydarzenia: 5 GRUDNIA 2019 ROKU (czwartek)12.00–12.30Uroczyste otwarcie Sympozjum – Katarzyna Mieczkowska, Dyrektor Muzeum Lubelskiego w LublinieKRESY JAKO TOPOS KULTUROWY12.30–13.00„Gdzie leży Wschód? Gdzie zaczynają się Kresy?” – Marcin Gapski (Muzeum…

Readmore..

Biskup Kocyłowski nie będzie patronem ulicy..?

Biskup Kocyłowski nie będzie patronem ulicy..?

„W wyniku głosowania na dzisiejszej 22 Sesji Rady Miasta Przemyśla, przyjęty został projekt zmiany nazwy ulicy biskupa bł. Jozafata Kocyłowskiego na historyczną nazwę tej ulicy: biskupa Jana Śnigurskiego, również przemyskiego…

Readmore..

Grudniowy numer KSI (12/19) wydany

Grudniowy numer KSI (12/19) wydany

W grudniowej gazecie m.in.: Wiktor Poliszczuk 11 rocznica śmierci szlachetnego UkraińcaWspominając Go, nie możemy jednocześnie zapomnieć, jak był lekceważony przez władze polskie, przez urzędników i funkcjonariuszy państwa polskiego, polskich dziennikarzy…

Readmore..

Było to 76 lat temu

Było to 76 lat temu

20 listopada 1943, 75 lat temu, dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” wydał podległym dowódcom okręgów rozkaz o rozpoczęciu skierowanej przeciwko Niemcom akcji „Burza”.Burza” była próbą współpracy polsko-sowieckiej w…

Readmore..

SUOZUN: Publikujemy nazwiska ludobójców OUN-UPA. Oni wymordowali wszystkich polskich pasażerów pociągu

SUOZUN: Publikujemy nazwiska ludobójców OUN-UPA. Oni wymordowali wszystkich polskich pasażerów pociągu

Kontekst W dniu 22.05.1944 roku kierownictwo OUN-UPA wydało ludności polskiej powiatu rawskiego rozkaz (coś w rodzaju ultimatum) opuszczenia do północy 22.05.1944 r. „ukraińskich terytoriów etnograficznych” pod groźbą kary śmierci.1 W…

Readmore..

KORNEL MAKUSZYŃSKI  - OPTYMISTYCZNA WIZJA ŚWIATA

KORNEL MAKUSZYŃSKI - OPTYMISTYCZNA WIZJA ŚWIATA

Styl Makuszyńskiego nacechowany jest pełnym wdzięku humorem, liryzmem i gawędziarską swadą, a z treści utworów promieniuje radość życia i zauroczenie pięknem świata. Poprzez swoje książki pisarz uczy, jak odkrywać w…

Readmore..

TUŁACZKA KRESOWIAN  - I CO DALEJ? cz.II

TUŁACZKA KRESOWIAN - I CO DALEJ? cz.II

/ 1 Mapka obrazująca migrację z Kresów na te ziemie Tułaczka naszych Kresowian kończyła się przeważnie na ziemiach zachodnich, w różnych miejscowościach.W Jeleniej Górze w Muzeum Karkonoskim jest spora część…

Readmore..

ZMARŁ NASZ PRZYJACIEL.....

ZMARŁ NASZ PRZYJACIEL.....

Przed chwilą otrzymałem bardzo bolesną informację. Zmarł mój przyjaciel Mietek Samborski. Wieczne odpoczywanie racz Ci dać Panie.... MSZA ŚW. POGRZEBOWA odprawiona zostanie w Kaplicy Cmentarnej w Leżajsku dnia 30 listopada…

Readmore..

Byliśmy Polakami  zamieszkującymi Kresy

Byliśmy Polakami zamieszkującymi Kresy

Od pierwszej masowej deportacji polskiej ludności cywilnej w głąb ZSRS, która rozpoczęła się 10 lutego 1940 r., minęło już 79 lat. Warto przypomnieć o tej formie represji sowieckich na ziemiach…

Readmore..

Na Sybir i dalej....

Na Sybir i dalej....

/ Dzieci z Pahiatua – Archiwum Emigranta Muzeum Emigracji w Gdyni Nasza rodzina składała się z rodziców (Henryk i Wiktoria) i pięciu córek. Mieszkaliśmy na kolonii Pawłokoma, powiat Brzozów, woj.…

Readmore..

Obórki Trusiewiczowskie  w gminie  Kołki

Obórki Trusiewiczowskie w gminie Kołki

/ Ukrainiec p. Czyrak opiekował się Dołem Śmierci na Obórkach Niemcy prowadzący wojnę na wielkich obszarach Europy potrzebowali sojuszników. Nacjonaliści ukraińscy wrogo nastawieni do Polski stali się ich naturalnym sprzymierzeńcem.…

Readmore..

Na Sybir i dalej....

/ Dzieci z Pahiatua –  Archiwum Emigranta Muzeum Emigracji w Gdyni

Nasza rodzina składała się z rodziców (Henryk i Wiktoria) i pięciu córek. Mieszkaliśmy na kolonii Pawłokoma, powiat Brzozów, woj. lwowskie. Czwarta część tamtejszej ludności to Polacy, pozostali to Ukraińcy, którzy nas prześladowali i okradali. Należeliśmy do zamożniejszych gospodarzy, a nasza urodzajna ziemia ciągnęła się do rzeki San. Ojciec, walcząc o wolność Ojczyzny podczas I wojny światowej, dostał się do niewoli rosyjskiej i został zesłany do łagrów syberyjskich, tam gdzie tylko zorza polarna oświeca ciemność długich nocy. Po trzech latach okrutnej niewoli uciekł z kolegą. Wycieńczony, wyczerpany i obdarty dotarł o żebraczym chlebie w swoje rodzinne strony.

Mówił, że z 5000 jeńców wojennych pozostało przy życiu 300. Do końca życia chorował. Nie mógł przewidzieć, że wybuchnie następna wojna światowa i że ponownie będzie zesłańcem do syberyjskich obozów przymusowej pracy, ale tym razem bez powrotu. Matka była bardzo pobożna. Rano, krzątając się przy kuchni, śpiewała Godzinki do Matki Najświętszej. Poszłam w jej ślady. Dbała o czystość naszych serc była dla nas przykładem wiary i pobożności oraz wspomagała również ubogich. Ojca te sprawy nie interesowały. Spokojny, rodzinny tryb życia zakłóciła nam wojna 1939 roku. Miałam wtedy 16 lat, a najmłodsze bliźnięta miały zaledwie 2 lata. Jesień, choć piękna, była przygnębiająca z powodu smutnych wieści i niepokoju o nasz przyszły los. Słychać było naloty samolotów i odgłos bombardowań. W pobliskim miasteczku Niemcy mordowali Żydów. Niektórzy z nich uciekali, przepływając łodziami przez wezbrany San, ale i tu ginęli od kul wroga. W Dynowie Niemcy zamknęli 200 mężczyzn (Żydów) w bożnicy, oblali benzyną i podpalili. Swąd palonych ciał dochodził do naszej wioski, oddalonej 5 km od miasteczka. Ocalała ludność żydowska uciekała na wschód. Mama zaopatrywała ich w żywność na dalszą drogę. Niedługo potem znaleźliśmy się pod panowaniem rosyjskim. Polscy żołnierze uciekali w małych grupkach, chcąc się przedostać na południe, do sąsiednich krajów. Im przede wszystkim pomagaliśmy, zaopatrując w żywność. Gdy uciekający żołnierze wpadli w ręce Ukraińców spotkał ich straszny, nie do opisania los. W czasie kopania ziemniaków przybiegł ukraiński posłaniec z poleceniem, by ojciec stawił się w określonym miejscu w ważnej sprawie. Na wskazanym miejscu znaleźli się niemal wszyscy polscy gospodarze. Rozkazano im ustawić się w rząd pod ścianą, wymierzając w nich karabin maszynowy. Niemcy zamierzali ich rozstrzelać, ale dzięki interwencji ruskiego nauczyciela, który znał język niemiecki, zmienili haniebną decyzję i po przesłuchaniu wypuścili na wolność, która nie trwała jednak długo (może uratowały ich nasze modlitwy). Nim zawarty został ostateczny traktat o przyjaźni rosyjsko-niemieckiej pod koniec września 1939, te tereny były raz pod okupacją niemiecką, to znowu pod rosyjską. Gdy znowu znaleźliśmy się pod panowaniem rosyjskim, Ukraińcy wznosili tryumfalne bramy, wykrzykując: Niech żyją nasi wybawiciele, oskarżając Polaków przed najeźdźcami, bo chcieli się nas pozbyć. Deportacja na Sybir Okupanci przeprowadzili spis polskiej ludności i inwentarza. Te wszystkie sprawdziany wroga nasuwały nam bardzo złe przeczucia, które niebawem się sprawdziły, gdyż 10 lutego 1940 roku w bardzo mroźną noc, o godz rano rozległy się stukania do drzwi domu. Nieproszeni goście, uzbrojeni rosyjscy NKWD-ści i kilku Ukraińców, swoim butnym i hałaśliwym zachowaniem pobudzili nas wszystkich. Jeden z nich oznajmił, że za pół godziny mamy być gotowi do wyjazdu. Ojciec westchnął: pewnie nas wywiozą na Sybir, a jeden z nich powiedział, że przewiozą nas w bezpieczniejsze miejsce, bo tu powstanie pas graniczny. Myśmy im nie wierzyli, mieliśmy swoje zdanie, które niebawem się sprawdziło. Ojcu nie pozwolono ruszyć się z miejsca. Mama próbowała ich przekonać i wzruszyć sumienia, by nas zostawiono ze względu na małe dzieci, które zaczęły płakać rozpaczliwie tak, że katom zmiękło serce. Pozwolili nam zabrać wszystkie zapasy żywności i odzież, między innymi świeżo upieczony chleb. Mnie pozwolono poruszać się swobodnie po mieszkaniu i pakować, co się dało. Niektórzy opiekunowie pomagali mi przy pakowaniu, podczas gdy mama ubierała dzieci. Nasi wrogowie tak byli wzruszeni płaczem niemowląt, że sami pomagali zabierać zapasy żywności na sanie. Już świtało, gdy załadowali nas na drugie sanie i w mroźny dzień wieźli w nieznanym kierunku.

Nie pamiętam jak długo jechaliśmy do Leska, w tym pełnym trwogi i niepewności czasie zastanawialiśmy się, co z nami zrobią? Cała ta podróż zatarła mi się w pamięci a może zasnęłam? W Lesku czekał na nas pociąg z bydlęcymi wagonami. Do jednego załadowali nas wraz z czterema rodzinami z naszej kolonii, zamykając podwójne drzwi na żelazne sztaby z ogromną kłódką. Tych wagonów było bardzo dużo. W wagonie było małe zakratowane okienko, a w podłodze wyrąbany otwór do  wychodzenia za potrzebą. Po obu stronach wagonu była podwójna prycza, na której leżeli ściśnięci ludzie, usiąść można było jedynie w pochyłej pozycji. Byliśmy stłoczeni jak śledzie w beczce. Przez wiele, wiele dni odżywialiśmy się tym, co mieliśmy przy sobie, dzieląc się wzajemnie z towarzyszami niedoli, ratując na pierwszym miejscu dzieci. Nie było wody. Gdy udało się zaczerpnąć przez zakratowane okienko trochę śniegu, starano się gotować na tzw. cyganku. Pociąg bardzo trząsł i terkotał tak, że garnek się przewracał, grożąc poparzeniem. Z powodu zmartwienia, przygnębienia i niepewności o przyszły los straciliśmy apetyty. Od czasu do czasu drzwi się z trzaskiem otwierały i pod eskortą pozwalano przejść jednej osobie do innego wagonu, gdzie znajdowały się nasze zapasy i coś niecoś zabrać stamtąd (np. trochę kaszy). Często pociąg zatrzymywał się na pustkowiu, daleko od miasta, a gdy się ściemniło ruszał w dalszą drogę. Powodem tych postojów było pierwszeństwo dawane pociągom wojennym i transportowym; my się nie liczyliśmy, a nasze życie dla oprawców nie miało znaczenia. Gdy znaleźliśmy się w głębi Rosji, na jednej ze stacji kolejowych ludzie zaczęli walić pięściami w drzwi, krzycząc wniebogłosy, że nie jesteśmy przestępcami czy zwierzętami, że w tych wagonach znajdują się rodziny z dziećmi. Ten rodzaj protestu zmusił NKWD do otwarcia podwójnych wrót. Wniesiono wiadro gorącej wody, tzw. kipiatok, a po paru dniach dano nam wiadro zupy, w której pływały drobne listki kapusty i ości z ryby. Czasem dano trochę chleba. Kiedyś w czasie podróży pociąg stanął w pustym polu. Przez kratę okienka dało się zauważyć kapustę pokrytą śniegiem. Ktoś spróbował otworzyć drzwi i okazało się, że nie były zamknięte od zewnątrz. Parę osób wyskoczyło z pociągu zdążyli urwać po kilka główek kapusty i wejść do wagonu zanim pociąg ruszył w dalszą drogę. Zauważyliśmy także łany zbóż i ziemniaków pokrytych śniegiem, na których widok aż serce bolało, że wszystko to marnowało się, gdy tylu ludzi głodowało. Gdy wjeżdżaliśmy w głąb Rosji, wagony nie były pozamykane, toteż niektórzy Polacy, gdy pociąg stanął na stacji, wychodzili z nich, by coś kupić do zjedzenia. Zdarzało się, że pociąg ruszał w dalszą drogę bez ostrzeżenia i niektórzy ryzykanci nie zdążyli wrócić do swoich rodzin. Raz i ja z chrzestną wyszłam na jednej ze stacji dużego miasta (nie pamiętam jego nazwy), by obejrzeć sklepy. Wracając nie mogłyśmy znaleźć naszego pociągu, bo okazało się, że zmienił tory. Na szczęście zdążyłyśmy go odnaleźć i gdy już ruszył, wciągnięto nas do wagonu, gdzie z modlitwą i radością oczekiwały nas rodziny. Mama płakała z radości.

W obozie pracy

Po kilkutygodniowej podróży w zaduchu i niewygodzie, zimnie i głodzie, przywieziono część rodzin polskich do Swierdłowskiej Obłasti. Dalej już nie było torów kolejowych. Cały pociąg nie dojechał do tego miejsca, bo po drodze odczepiano wagony, a ludzi kierowano do prac w kopalniach, kołchozach i w lasach przy ścinaniu drzew. Nas przydzielono do pracy w tartaku. Mówiono, że jest to największy tartak na całym świecie, w którym pracowało przeszło 2000 ludzi. Ojciec zaniemógł na nogi, wniesiono go do baraku. Przywiezione przez nas worki z kaszą i mąką rozkradli znajomi, została nam tylko resztka kaszy kukurydzianej, którą przyniósł jeden z sąsiadów. Mama i ja zajęłyśmy się dziećmi. Inne rodziny składały się przeważnie z osób dorosłych, więc łatwiej im było sobie radzić. W tym trudnym życiu wygnańczym szlachetność i miłość bliźniego zagłuszone zostały samolubstwem. Rodzinę naszą, liczącą siedem osób, umieszczono w małym pokoiku dużego baraku, gdzie było tylko jedno żelazne łóżko. Nie pamiętam jak się urządziliśmy cierpienie zatarło mi w pamięci część przeżyć. Barak był ogrodzony wysokimi, kolczastymi drutami naokoło tajga. Dawano do jedzenia jakąś zupę i 200 gramów chleba, jak glina, którego bez ususzenia nie dało się zjeść. Mama razem z innymi Polakami jeździła do pracy w tartaku, w krytej ciężarówce, pod eskortą. Ojciec był ciężko chory. W tej rozpaczliwej sytuacji zaczęliśmy szturmować do nieba błagając Matkę Najświętszą o pomoc, odmawiając nowennę do Matki Bożej z Lourdes, obmywając jego chore miejsca wodą z cudownego źródła. Modlitwa niewinnych dziatek przebiła niebo i ku wielkiej naszej radości tato mógł wstać na nogi o własnych siłach. Jednym słowem został cudownie uzdrowiony. Na drugi dzień oboje rodzice pojechali do pracy. Komendant obozu dziwił się i złościł, że mu przywieziono do pracy rodziny z dziećmi i starców, a nie przestępców, jak go wcześniej informowano. Wiele razy przychodził potrzebującym z pomocą materialną. Wstawiał się też za tymi, którzy nie poszli do pracy z powodu choroby, bo tym, którzy nie mieli zwolnienia od lekarza groziło wyrzucenie z pracy, lub wywiezienie w nieznane strony. NKWD wytropiło ludzkie poczynania komendanta i po dwóch miesiącach zastąpił go inny, prawdziwy Moskal bolszewik. Ludność tutejsza była dla nas wyrozumiała. Jeszcze przed wojną liczne rodziny z Kijowa i jego okolic były wywiezione wraz z dziećmi na Sybir. Część z nich znalazła się kiedyś w tej miejscowości, pozostawiona na pastwę losu, bez dachu nad głową. Niektórzy mieszkali jeszcze w ziemiankach.  Tylko krótkie rury sterczały nad ziemią, skąd wychodził dym, widziałam to na własne oczy. Nasze warunki były okropne. Głód zaglądał w oczy, ściany zapluskwione. Polowanie na pluskwy nie pomagało roznosiły zarazki i stale dokuczały. Pojawiły się i wszy. Polacy zaczęli chorować na tyfus brzuszny, plamisty, krwawą dyzenterię i inne choroby, zarażając się wzajemnie. Przez ścianę słychać było jęki dogorywających dzieci naszej sąsiadki z Łach, z Polski. Potem przyszła kolej na nią. Ciężkie miała konanie. Z tej rodziny pozostał tylko ojciec z córką i synem. Jedną kobietę, która nie stawiła się do pracy z powodu choroby i nie miała zwolnienia od lekarza, wywieziono za karę w nieznane i ślad po niej zaginął. Podobne zdarzenia miały miejsce w wielu rodzinach, byliśmy traktowani jak niewolnicy. Nie ustawały jęki cierpiących i konających. Codziennie wynoszono trupy, wkładano je do skrzyń zbitych z surowych desek i chowano w tajdze. Nasze życie nie miało żadnej wartości dla oprawców. Rodziny zostały zdziesiątkowane, a zdrowi czekali na niechybną śmierć, bo nie było nadziei na wydostanie się na wolność z tego obozu zagłady. Po kilku miesiącach pobytu w obozie władze rosyjskie pozwalały udać się z przepustką do pobliskiego osiedla, by za część własnej odzieży zdobyć coś do pożywienia. Parę razy udało się ojcu dostać za moje ubranie trochę kaszy. Moim zajęciem była opieka nad młodszym rodzeństwem i kupowanie chleba na kartki. Stojąc w kolejce mocniejsi pchali się, mało nie połamali kości słabszym, usuwali ich na koniec ogonka. Kiedy nareszcie stanęło się przy ladzie, chleba już nie było. Wracając do baraku z pustymi rękami, zalewałam się łzami. Mama często lamentowała nad niesprawiedliwością, która powoduje cierpienie dzieci. Odwiedzający nas sąsiedzi mówili: te wasze bliźnięta wyglądają jak nie z tego świata; spokojne, uśmiechnięte, miłe, mądre i urodziwe. Ich modlitwy były wysłuchiwane, bo Matka Boża przychodziła nam z pomocą poprzez dobrych, obcych ludzi, w najbardziej krytycznych chwilach naszego trudnego życia. Niekiedy doszła jakaś mała paczka od krewnych z żywnością, raz otrzymaliśmy z Polski pocztą 200 rubli od stryjenki z naszej kolonii. Mimo że rodzice pracowali na trzy zmiany, było im ciężko nas utrzymać. Musieli także płacić karę za nie posyłanie nas do szkoły rosyjskiej. Ojciec mawiał: nie pozwolę, by was miano wychować na komunistów. Różnie kombinował, aby nas tylko nie zmuszano do pójścia do szkoły. Uradzono, że mam iść do pracy, więc poszłam do tartaku, gdzie trzeba było mokre deski układać w sześcian. Ta praca była ponad moje siły, nie wyrabiałam normy, więc po miesiącu mnie zwolniono. Znowu pełniłam dawne obowiązki. Zauważyłam, że rodzice coś przed nami ukrywają. Kiedyś mama zdradziła  się przede mną, że oboje chorują na tyfus. Mieli zwolnienie lekarskie, nie chodzili do pracy i dostawali marne wynagrodzenie. Nie pamiętam jak się wyleczyli, może przy pomocy dobrych Rosjan, w każdym razie żadne z dzieci nie zaraziło się. Tak żyło się z dnia na dzień, czekając na śmierć. Jeden dzień wydawał się rokiem. Po kilku miesiącach władze rosyjskie, dostrzegając pracowitość Polaków i ich dobre zachowanie i wierząc, że nie jesteśmy przestępcami, przeniosły nas z Kombinatu Fanierna, do Trud Pasiołek Jalułka, do baraków jednorodzinnych z piecem chlebowym, bez żadnego umeblowania. Było to jedno mieszkanie z pryczą do spania. Ściany cienkie, wiatrem podszyte, ale nie było pluskiew. Za domem każdego przesiedleńca były działki rosyjskich pracowników. W ciągu krótkiego sezonu ciepłej pogody urosły niektóre warzywa, takie jak ziemniaki, marchewka i inne. Klimat syberyjski to trzy miesiące wiosny z latem, a pozostałe dziewięć miesięcy to zima z mrozem, spadającym do minus 50 C. Przy tej temperaturze oddech zamieniał się w kryształki lodu, z szelestem spadających na ziemię. Polacy ścinali drzewo i spławiali je do tartaku. Karano wysoką grzywną lub pozbawieniem zarobku, gdy ktoś z ludzi ważył się przynieść suche gałęzie z lasu raczej niech zgniją. Na opał pracownicy otrzymywali kilka gorszych desek niezdatnych do transportu. Topiło się śnieg, żeby uzyskać trochę wody na różne potrzeby. Byliśmy śledzeni przez tajniaków rosyjskich. Żeby uniknąć kary, zasłanialiśmy okno kocem i modliliśmy się razem, śpiewając po cichu pieśni religijne. Tak upływał dzień po dniu. Było ciężko. Należałoby jeszcze wspomnieć powódź, gdy wezbrana rzeka zalała nasze domy i wyrzuciła na brzeg trupa-topielca. U Rosjanki na służbie 5 km od tego posiołka nad rzeką Tauda leżało w lasach małe miasteczko o tej samej nazwie, liczące 5000 mieszkańców. Tu mieszkali urzędnicy rosyjscy z rodzinami. Mama poznała księgową Annę Gołyszew, która zabrała mnie do siebie. Byłam jej potrzebna do pilnowania noworodka. Do prania i sprzątania najmowała kobietę, a mnie traktowała jak własną córkę razem chodziłyśmy do jej własnej łaźni, byłam gustownie ubrana, a pożywienia miałam pod dostatkiem. Mąż jej należał do NKWD i był postrachem sąsiadów. Ja natomiast mogłam swobodnie rozmawiać z nią w mieszkaniu na różne tematy, bo w ukryciu nie popierali rządów Stalina. To małżeństwo bało się szczerze rozmawiać nawet ze sobą. Bojąc się utracić posady, byli postrachem sąsiadów i podwładnych. W sypialni małżonków, za doniczkami z kwiatami, umieszczono ikonę Matki Bożej, a w spiżarni za drzwiami w ledwo widocznym miejscu powieszono piękny obraz Serca Jezusowego. Spiżarnia była napełniona różnymi produktami, bowiem oprócz wysokiej pensji wszyscy urzędnicy partyjni otrzymywali kwartalnie wszelkiego rodzaju zapasy. Wszystko odbywało się w tajemnicy, a zapasy zamykano w kufrach. Ta kobieta wolała wyrzucić przestarzałe produkty, aniżeli podzielić się z potrzebującymi nie rozumiałam takiego postępowania. Niemal wszyscy w tym miasteczku pędzili samogonkę, a w dni wolne upijali się. Gdy mąż tej Rosjanki był pijany, zamykałam się w pokoju na klucz. Choć żona zapewniała mnie, że on nic mi złego nie uczyni, wolałam mu nie ufać. Pomimo że byłam bardzo dobrze traktowana i syta, cierpiałam nad tym, że nie mogłam pomóc swojej rodzinie żyjącej w niedostatku, gdy tu marnowało się tyle żywności. Po kilku miesiącach mojego pobytu u Rosjanki zachorowało jej dziecko. Pojechaliśmy do przychodni. Kuracja, polecona przez lekarza, nie przyniosła wyników i w końcu urodziwa dziewczynka zmarła. To już dziesiąte jej dziecko, które odeszło do Pana Boga na tę samą chorobę. Anna bardzo kochała dzieci, ale żadne nie przeżyło dłużej niż dwa lata, oprócz synka Iwana, który miał 9 lat. Bez wiedzy matki ochrzciłam dziecko wodą. Ta gospodyni przyznała się, że woziła dzieci 500 km do Swierdłowska, gdzie w ukryciu, w obawie przed tajną policją, były ochrzczone przez księdza prawosławnego. Na prośbę Anny pozostałam u niej, by opiekować się domem. Pewnego dnia spytała mnie czy się modlę. Gdy odpowiedziałam, że modlę się w ukryciu, rozkazała mi odmawiać pacierz, tak jak to czyniłam u swojej mamy. Byłam katoliczką, a ona prawosławną. Codziennie w ukryciu odmawiałyśmy część różańca i śpiewałyśmy pieśni religijne, tęskniąc za kościołem.

Ucieczka z Sybiru

Nagle doszła do nas wiadomość, że pozostali jeszcze przy życiu Polacy objęci są amnestią. Różnie mówiono na ten temat, aż wreszcie zdecydowano się wrócić do kraju. Przyjechała po mnie mama. Rosjanka nie chciała mnie puścić, mówiąc, że chce mnie adoptować, ale mama stanowczo się temu sprzeciwiła. Pożegnanie było bardzo serdeczne, bo pokochałam ją jak kogoś bliskiego. Nadchodził dzień wyjazdu pociągiem III klasy. Jak się później okazało, Polacy uwierzyli kłamliwej propagandzie komunistów, którzy nas wysłali w nieznanym kierunku w takim, jakim chciało NKWD. 15 września 1941 roku znowu rozpoczęła się wędrówka. Pociąg trząsł i terkotał niemiłosiernie. Nie dawano nam posiłków. Czasem, gdy pociąg się zatrzymał, kupiliśmy arbuza lub trochę chleba. Za jakąkolwiek część ubrania można było dostać lepioszki (płaskie chleby). Czasem podano nam po chochelce zupy. Bywało i tak, że kazano nam opuścić pociąg i czekać kilka dni na następny. Nocowaliśmy w cuchnącej poczekalni, w niesamowitym tłoku. Wydawało się nam, że już nigdy nie wydostaniemy się z tego piekła i z dnia na dzień czekaliśmy na śmierć. Nareszcie wydano rozkaz wsiadania do pociągu, jadącego w odwrotnym kierunku niż do Polski. Wyczuliśmy jakąś manipulację, stosowaną względem nas przez władze. Jechaliśmy przez Czemkent, Taszkent, Leninabad, Samarkandę do Kirgistanu i z powrotem do Taszkentu, trzy razy tą samą trasą, tam i z powrotem, następnie do Uzbekistanu. Część Polaków zostawiono w Kirgistanie, część w Uzbekistanie, resztę zawieziono do Kazachstanu. Po przyjeździe do południowej Rosji kazano nam iść pieszo we wskazanym kierunku. Nie pamiętam jak długo trwała ta piesza wędrówka, wiem, że szło się ostatkiem sił. Tak doszliśmy do szerokiej rzeki, której drugiego brzegu nie było widać. Przygotowane były tu tratwy, na które spędzono wiele rodzin, stłoczonych jak śledzie w beczce. Widać było ludzi siedzących na krawędzi tratwy ze spuszczonymi do wody nogami. Ojciec bał się, aby i nas nie wtłoczono na którąś z tych tratw. Mówił, że stamtąd już się nigdy nie wydostaniemy na wolność i będziemy zgubieni. Świadkowie potem mówili, że wielu ludzi potonęło, a pozostałych zapędzono z powrotem do obozów pracy. Na szczęście zabrakło miejsca dla wielkiej rzeszy ludzi i musieliśmy wracać na stację, by znowu jechać w nieznane. Nie pamiętam jak długo trwała ta tułacza podróż po Kazachstanie. Stopniowo zostawiano nas, po kilka rodzin niedobitków, w Kirgistanie i Uzbekistanie. Resztę rozsiano po Kazachstanie, na wysuszonych pustkowiach Dżambulskiej Obłasti, po trzy lub cztery rodziny, co 15 kilometrów. Po sześciu tygodniach, pod koniec października, przywieziono nas wołami do stacji w rejonie Ługowaja i umieszczono w małej lepiance, której dach był kryty słomą. Gdy padał deszcz, strumyk wody płynął po podłodze, co się zresztą często nie zdarzało w tym suchym klimacie. Spaliśmy na klepisku, posłanym wysuszonym chwastem i przykryci kocem. Mieszkanko było takie małe i ciasne, że z trudem można było się położyć jedno przy drugim. Wodę czerpaliśmy ze strumyka, w którym Uzbecy prali swoje ubrania, bez mydła, które było dostępne tylko dla urzędników partii komunistycznej. Przy zanieczyszczanej wodzie oraz z braku wszelkich środków do życia, bo nawet soli nie było, wybuchła epidemia tyfusu plamistego i duru brzusznego, czerwonka, pelagra itp. Kilka polskich rodzin zostało zdziesiątkowanych. Po paru miesiącach wymarły dwie rodziny, zaś młodzi mężczyźni ulotnili się. Przypuszczano, że udali się do wojska polskiego. Na ich miejsce napływali inni młodzi mężczyźni, Polacy. Taki stan rzeczy trwał kilka miesięcy. Na początku chodziłam z mamą 6 km do pracy, do ogrodu warzywnego urzędników rosyjskich. Uzbek dał mi lżejszą pracę przy pieleniu warzyw. Nad nami stali ukraińscy dziesiętnicy, doglądając, aby czegoś nie zabraliśmy i pilnowali wyrobienia normy. Za całodzienną ciężką pracę płacono nam małą ilością mąki. Z braku witamin moi rodzice i siostry zachorowali na kurzą ślepotę, która powoduje, że już po południu chory nic nie widzi. Dzięki dobremu odżywianiu na Syberii byłam wolna od tej choroby i opiekowałam się wszystkimi, prowadząc ich za rękę, gdy zaszła potrzeba. W tym nieszczęściu przyszli nam z pomocą wyżej wspomniani młodzi panowie. Jeden z nich przyniósł trochę wątroby z jakiegoś zwierzęcia, polecił część ugotować i pochylać się z otwartymi oczyma nad parą, a potem tę wątrobę spożyć. Przynieśli też trochę psiego smalcu. Po niedługim czasie wzrok się mamie poprawił i wróciła do pracy. Wieczorem odmawialiśmy część różańca. Bardzo się zmartwiłam, gdy zginął mi różaniec. Po modlitwie do Anioła Stróża, rankiem, we wskazanym miejscu odnalazłam mój skarb. Wszędzie rozciągały się łany pszenicy lub bawełny, reszta to stepy pokryte zeschłą trawą, pełne kłębowisk wężów. W upał i w mrozy Kazachowie, ubrani byli w długie kożuchy do kostek, na głowach nosili ciepłe czapy. Kobiety miały na sobie ubranie podobne do piżamy z zawojem na głowie. Mowa ich podobna była do tureckiej i nic z niej nie rozumieliśmy. Głód przytępił nasze apetyty i przestaliśmy tęsknić za jedzeniem. Brak soli utrudniał przełykanie tego, co mieliśmy. Tęskniliśmy natomiast za kościołem i ojczyzną. Z mojej rodziny tylko trzy z nas wyszły stąd żywe. Mama zaniemogła, więc sama chodziłam do pracy. Gdy zobaczyłam Kazacha w oddali, omijałam go idąc bruzdami pszenicy, przede mną uciekały węże, a ja nie wiedziałem, przed kim mam uciekać. I tak w tym strasznym napięciu czas powoli upływał. Każdy dzień wydawał się miesiącem, z upragnieniem czekało się na śmierć, bo tylko ona mogła nas wyzwolić z tego piekła. Śmierć w rodzinie Z początkiem grudnia 1941 roku nasze czteroletnie bliźnięta zachorowały na odrę. Jednej nocy Teresa chciała wyjść na zewnątrz lepianki, poszłam za nią, ale ona zmieniła zdanie i powróciła, więc ułożyłam ją na posłaniu, przytuliłam do siebie. Po chwili westchnęła i leżała cicho do rana. Nie wiedziałam, że to było jej ostatnie tchnienie. Ciało było ciepłe i wiotkie. Owinięto je w prześcieradło i pochowano na stepie. Za trzy dni umarła druga z bliźniąt, Weronika. I ta po śmierci była piękna i wyglądała jak żywa. Młodzi Polacy pomogli nam ją pochować. Po śmierci moich dwóch siostrzyczek tatuś ciężko zachorował i już nie wstał z barłogu. Zaniemógł na nogi i męczył go ostry kaszel. Miał wielkie pragnienie domowego chleba, którego tam nie było i marzył o powrocie do kraju. Bardzo cierpiał, bo o leczeniu nie było mowy w tej zapadłej dziurze, gdzie o człowieka  nikt się nie troszczył. Przy końcu marca 1942 roku zmarł w wieku około 50 lat. Mama często mnie pouczała, żeby nie przyjmować niczego od mężczyzn, zwłaszcza od kierownika kołchozu, który upodobał sobie nas dwie Polki i parę razy dawał mi trochę jarzyn podziękowałam i nie przyjęłam tych datków. Za to zostałyśmy skazane na bardzo ciężką pracę, która była ponad siły, nawet dla zdrowego i silnego mężczyzny. Groził nam biciem. Modliłyśmy się i czekałyśmy na najgorsze rozstrzygnięcie tej sprawy. W końcu wpadłyśmy na pomysł nastraszyłyśmy go, że napiszemy do Stalina, przyjaciela Polaków, który go ukarze za traktowanie nas jak niewolników. Łatwowierny Uzbek przeląkł się naszej groźby i odesłał nas do pracy przy bawełnie, gdzie praca była lżejsza i pod innym zarządem. Mama zaczęła chorować, mimo to nadal pracowała przy bawełnie. Zabierała ze sobą dwie młodsze córki, bo bały się zostać same w lepiance. Nie pamiętam jak się dostała do szpitalika, jeżeli to tak można nazwać, oddalonego kilka kilometrów od nas. Odwiedzałam ją z moją siostrą Marysią. Różne miała pragnienia, chciała to mleka, to znów masła. Za jej kostium dostałam pół litra kobylego mleka i troszkę masła, które moje siostry jej zaniosły. Mama jednak niczego nie tknęła i to, co uzyskałam z wielkim trudem, wszystko zostało wyrzucone. Gdy weszłam do pewnej kazachskiej rodziny, zapraszali mnie do garnka z zupą makaronową, z którego wspólnie posilali się podziękowałam po rosyjsku, mówiąc, że śpieszę się do chorej mamy. Pewnego razu, gdy wracałyśmy z Marysią od mamy, dwóch jeźdźców zaczęło na nas nacierać i obrzucać obelgami, ale uciekłyśmy w stronę Kazaczek, pracujących przy bawełnie, które nas obroniły. Wypisano chorą jeszcze mamę, która z trudem mogła się utrzymać na nogach i tak krok za krokiem, słaniającą się, przyprowadziliśmy do lepianki. Nic nie jadła, bo nie mogła, całkiem osłabła. Usta miała spalone i pluła krwią. Później okazało się, że już drugi raz była chora na tyfus, krwawą czerwonkę i pelagrę. Cud, że my trzy pozostałe przy życiu, nie zaraziłyśmy się od niej. A ona niesamowitą siłą woli utrzymywała się dla nas przy życiu. Byłyśmy tak przygnębione, że nie chciało się jeść ani żyć. Kiedyś moja młodsza siostra Marysia siedziała na trawie i nagle zaczęła przeraźliwie krzyczeć, wołając o ratunek. Okazało się, że żmija okręciła się jej wokół stopy. Dziękowałyśmy Panu Bogu za szczególną opiekę i uważałyśmy to za cud, że żmija jej nie użądliła. Wszyscy ludzie byli tym zdumieni. Mimo to siostra trzy dni chorowała, wymiotując i drżąc na całym ciele. Tymczasem, jak grom z nieba, nadeszła wiadomość od trzech przybyłych Polaków, że jedziemy na wolność. Najpierw sprawdzili dokumenty,  zabierali tylko Polaków. Zaprzęgli woły do wozu, wrzucili nasze tobołki. Wsiadłyśmy wraz z chorą mamą i ruszyłyśmy w nieznaną podróż. Wraz z innymi dojechaliśmy do stacji, skąd towarowym wagonem, w skwarze słońca dotarliśmy do Dżambułu. Tu, pod gołym niebem, bardzo dużo Polaków czekało na dalszą podróż. Ktoś ze służby zdrowia, w białym fartuchu, sprawdzał stan zdrowia. Gdy podeszli do mamy leżącej na ziemi, jeden z nich powiedział, że ona jest konająca. Położono ją na prześcieradle i czterech ludzi zaniosło do szpitala, a my przechodziłyśmy agonię serca. Mama pożegnała nas wzrokiem, bo od dłuższego czasu nie jadła, nie piła i nie mogła mówić, ale wszystko rozumiała, co się do niej mówiło. Zdjęła z szyi uciułane oszczędności i dała mi je, więc była przytomna. Potem oddałam je w całości opiekunce nad sierotami. Myślałam, że niedługo umrę. Starsi nocowali pod gołym niebem, a nas sieroty zaprowadzono do jakiegoś pomieszczenia, gdzie na pół siedząc przetrwałyśmy noc. Rano zaprowadzono mnie do szpitala, ale mamy już tam nie było i nie chciano nam wskazać miejsca, gdzie ją zabrali. Trzeba się było śpieszyć, bo pociąg na nas czekał. Wsiedliśmy do wagonu z drewnianymi ławkami, ustawionymi po jednej stronie. Mniejsze dzieci umieszczono na siatkach, inne zmuszone były siedzieć na podłodze. W każdym przedziale, w którym znajdowały się dzieci, była opiekunka. W czasie biegu pociągu chłopcy wskakiwali na schodki wagonów. Przejeżdżaliśmy przez Czemkent, Taszkent, Leninabad, Samarkandę, Bucharę, Czargan i Aszchabad, a wysiedliśmy w Krasnowodzku nad Morzem Kaspijskim. Nie pamiętam jak było z posiłkami, ale zdaje mi się, że dostawaliśmy coś do jedzenia. Nie pamiętam jak długo czekaliśmy na okręt, głodni i spragnieni. Tymczasem grupami prowadzono nas do łaźni, gdzie odbyła się dezynfekcja naszych rzeczy. Maszynką obcięto nam włosy. Zabrano nam wszystkie rzeczy i dokumenty, zostawiając nas w tym, co mieliśmy na sobie. Wyglądaliśmy jak niewolnicy wycieńczeni, bladzi, smutni i wystraszeni. Nareszcie przypłynął okręt towarowy weszliśmy na pokład i płynęliśmy stojąc stłoczeni. Jedną kobietę zatratowano i zmarłą wyrzucono za burtę do Morza Kaspijskiego. Gdy okręt odbijał od brzegu, dobiegli trzej mężczyźni. Chcąc się dostać na statek wskoczyli do morza i płynęli. Już byli blisko okrętu, starali się czegoś uchwycić, by wdrapać się na pokład, zabrakło im jednak sił i utonęli w głębinach. Z wewnątrz tego okrętu dochodził nas jęk chorych junaczek, do których nie wolno było się zbliżać, by nie zarazić się tyfusem lub inną zakaźną chorobą. Słońce prażyło niemiłosiernie, język przysychał do podniebienia z pragnienia, więc nasza opiekunka zwilżała nam usta umoczoną w wodzie watą.

 Schronienie w Iranie

Po przypłynięciu do portu w Pahlewi komisja angielskiego Czerwonego Krzyża, ustawiając nas w rzędach, badała stan naszego zdrowia. Chorych odsyłano do szpitala, zdrowych do Teheranu. Z moimi dwiema siostrami zostałam zaliczona do grupy chorych i skierowana na miesięczną kwarantannę. Pozostaliśmy w Pahlewi pod opieką sympatycznych żołnierzy hinduskich, którzy przygotowywali nam posiłki według odpowiedniej diety. Mieszkaliśmy pod namiotami wojskowymi i całymi dniami wygrzewaliśmy się na plaży. Gdy nie stwierdzono żadnej choroby i gdy przytyłyśmy o 1 kilogram wagi, załadowano nas do wojskowych ciężarówek i wyruszyliśmy w daleką podróż do Teheranu, przez góry Elburs. Wozy, prowadzone przez wprawnych perskich kierowców, wspinały się mozolnie po stromych, niezliczonych pętlach serpentyn. Długo trwała ta uciążliwa podróż w upale i tłoku. Po przybyciu do Teheranu rozlokowano nas w namiotach, a część w ogromnej sali. Sypialiśmy na podłodze. Mieliśmy za posłanie koc i małą poduszkę. Mnie i moim siostrom nie chciało się jeść, bo żołądki nasze były skurczone, a wątroby chore. Tu spotkałam wiele znajomych dziewczynek z moich rodzinnych stron. W listopadzie 1942 roku, po miesięcznym pobycie w Teheranie, odstawiono nas do Isfahanu, dawnej stolicy Iranu, gdzie zamieszkałyśmy w zakładach. Mnie przypadł Zakład Nr 6, który pomieścił 300 dziewczynek. Ta dzielnica Isfahanu nosiła nazwę Dżulfa. Moje młodsze siostry umieszczono każdą w innym zakładzie. Chłopcy znajdowali się w innej części miasta. Wygląd nasz był godny pożałowania ważyłam 35 kilogramów, ale rozpoczęło się dla nas życie ustabilizowane. Otwarto szkoły dla dzieci i młodzieży. Upokarzający był dla mnie zanik pamięci z powodu awitaminozy, mimo to dawałam sobie radę w nauce. Nasz zakład był ogrodzony wysokim, grubym murem z bramą wejściową stale zamkniętą, przy której przeważnie siedział stary stróż, a gdy zaszła potrzeba dyżury miały starsze dziewczęta. Wychodzenie do miasta w pojedynkę było zabronione, bo to groziło porwaniem. Kilka starszych dziewcząt zginęło, a po upływie roku jedna z nich odnalazła się była wyrzucona na ulicę z dzieckiem. Kilkanaście kroków od naszego zakładu znajdowała się katedra ormiańska kościoła rzymsko-katolickiego, w której modliłyśmy się i uczęszczałyśmy na polskie nabożeństwa. Bardzo lubiłam modlić się w tej pięknej świątyni, która swoim artystycznym wystrojem, przy pięknych śpiewach i podniosłych nabożeństwach wznosiła duszę do Boga. Tu skupiało się życie religijne dzieci. Tu postawiono tablice dziękczynne Matce Boskiej za wybawienie nas  z nieludzkiej ziemi. W Rosji Pan Bóg chronił mnie od chorób. Widocznie miał względem mnie jakieś ukryte plany, a teraz musiałam odpokutować, bo organizm był wycieńczony. Dwa miesiące leżałam w szpitaliku na zapalenie stawów. Zapadłam na malarię, a następnie na świnkę. Wyglądałam jak świeca woskowa dziewczynki uciekały ode mnie, myśląc, że jestem chora na gruźlicę. Wraz z moją siostrą Marysią oddano nas do sanatorium, pod opiekę Sióstr Urszulanek, gdzie przebywałam sześć miesięcy. Życie w Iranie płynęło nam cicho i spokojnie. W 1943 roku wstąpiłam do Związku Harcerzy Polskich. Uczyłam się języka angielskiego. Piękny był Isfahan, miasto mojej młodości. Poznawałyśmy obyczaje Persów, biorąc dla siebie to, co dobre. Dwa razy w tygodniu wożono nas na basen i do łaźni. Arcybiskup Marina wynajął siedem autokarów, żeby nam umożliwić zwiedzenie starych, wspaniałych zabytków isfahańskich. Czas upływał na nauce, ćwiczeniach harcerskich i polskich tańcach ludowych w strojach regionalnych. Urządzałyśmy Jasełka i występowałyśmy w teatrze. Często odwiedzali nas różni dostojnicy, kościelni i świeccy był też i szach Iranu ze swoją świtą. Siostra Stella (3-cia od lewej) z siostrą przełożoną, krewnymi i przyjaciółmi na obchodach 50-letniej rocznicy swoich ślubów zakonnych, w klasztorze Sióstr Nazaretanek w Warszawie. Pewnego dnia przyszła smutna wiadomość, że zginął tragicznie generał Władysław Sikorski, naczelny wódz i premier Rządu Polskiego na Uchodźstwie. Wszystkie wybuchłyśmy głośnym płaczem. Ze śmiercią generała straciłyśmy nadzieję na powrót do wolnej ojczyzny. Znałyśmy wszystkie wiadomości o walkach naszych żołnierzy na różnych frontach świata z najmniejszymi szczegółami. Bardzo przeżywałyśmy Powstanie Warszawskie, wspierając walczących naszymi modlitwami. Radowałyśmy się w uniesieniu ze zwycięstw, zwłaszcza pod Monte Cassino. Spokojny tryb życia dobiegał końca. Po prawie trzech latach trzeba było opuścić ten gościnny kraj. Polska ludność zaczęła się powoli rozjeżdżać we wszystkie strony świata. Byłam zapisana na trzeci transport do Afryki, ale z powodu zakaźnej choroby oczu (jaglicy) u moich sióstr, musiałam zostać, opłakując rozstanie z koleżankami i czekając z niepokojem na swoją kolej wyjazdu. Wszystkie kolonie angielskie były już przepełnione i dla nas pozostałych nie było tam miejsca.

Nowa Zelandia zaprasza

Dzięki życzliwości premiera Petera Frasera Rząd Nowej Zelandii wysłał do Polskiego Rządu na Uchodźstwie zaproszenie na przyjazd polskich dzieci do ich kraju. Wiadomość ta zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Jak to? Zamiast zbliżać się do Polski, to ja się oddalam na koniec mapy do Nowej Zelandii? 27 września 1944 roku opuściliśmy Isfahan, jadąc autobusami do Sułtanabadu, gdzie znajdował się obóz wojska amerykańskiego i gdzie przyjęli nas bardzo gościnnie. Dalej jechaliśmy pociągiem do Ahwazu na dwudniowy postój. Zachwycałam się pięknym krajobrazem. Potem udaliśmy się pociągiem do irańskiego portu Chorramszahr. Wsiedliśmy na bardzo niewygodny angielski statek towarowy. Pożywienie było liche i chorowaliśmy na morską chorobę. Spaliśmy na pokładzie, a rano trzeba było wszystko szybko sprzątać, bo pokład polewano morską wodą. 5 października wypłynęliśmy na Zatokę Perską [we wspomnieniach innych autorów daty się różnią], a potem na Morze Arabskie. Siódmego dnia podróży morzem, dotarliśmy do Bombaju, wielkiego portu w Indiach. Nie wolno nam było zwiedzać miasta, ponieważ był to czas wojny. Przesiedliśmy się do olbrzymiego transportowca, okrętu amerykańskiej floty USS General Randall. Załoga i żołnierze nowozelandzcy, powracający do swego kraju, przyjęli nas bardzo serdecznie, opiekując się dziećmi jak ojcowie lub bracia, obdarzając słodyczami. Braterstwo między naszymi narodami powstało na froncie zachodnim w czasie wojny. Pomieszczenia na tym okręcie były luksusowe w porównaniu z poprzednim statkiem. Każdy miał łóżko-hamak, były umywalki, prysznice z gorącą wodą  i jedzenia pod dostatkiem. Z Morza Arabskiego wypłynęliśmy na Ocean Indyjski. Upał stawał się coraz większy, aż 24 października przepłynęliśmy równik i klimat zaczął się zmieniać. Płynęliśmy pod eskortą, chroniącą nas przed japońskimi łodziami podwodnymi mimo to nasz okręt był zawadzony torpedą. Słychać było strzały, syreny wyły na alarm, wrażenie pełne trwogi i niepokoju. Żołnierze mówili, że ocaleliśmy dzięki modlitwom dzieci. Codziennie na pokładzie ksiądz Michał Wilniewczyc odprawiał mszę św. i udzielał sakramentów. Przez blisko trzy lata nasze oczy patrzyły na żółty, pustynny krajobraz perski, potem na niekończącą się dal morską, więc gdy wpłynęliśmy do zatoki Melbourne, z radością ujrzeliśmy ląd Australii pokryty zielenią. Po kilku dniach, 31 października, dopłynęliśmy do zatoki Wellington, stolicy Nowej Zelandii i ujrzeliśmy obraz jak z bajki. Chociaż było zimno, wszyscy wybiegli na pokład z zainteresowaniem wołając: Nową Zelandię widać! Krajobraz prześliczny, pagórki pokryte zielenią i domki przyczepione do zboczy. Piękno naturalne, niby uśmiech Boga, mawiano. Rankiem następnego dnia okręt zacumował. Na brzegu czekały na nas tłumy uśmiechających się ludzi. Powiewały flagi polska i nowozelandzka. Na statku powitał nas sam premier Peter Fraser oraz konsul polski dr Kazimierz Wodzicki z małżonką. Panie z Czerwonego Krzyża, wojskowi i harcerze zajęli się rozlokowaniem nas w wagonach, podano nam posiłki. Przez całą sześciogodzinną jazdę pociągiem do obozu w Pahiatua, przy każdej stacji witali nas dorośli i dzieci, machając do nas chusteczkami i podając nam kwiaty. Wszędzie wesoło, malowniczo, powietrze pachniało zielonością. Obóz był doskonale zorganizowany oraz zaopatrzony przez wojsko nowozelandzkie i ochotników z okolic. Nazwa obozu brzmiała Polish Children s Camp, czyli Obóz Polskich Dzieci. Nowe życie Moje pierwsze wakacje w Nowej Zelandii miały miejsce w mieście Wanganui u rodziny państwa Morgan. Starali się oni uprzyjemnić mi każdy dzień. Zapoznałam się z okolicą, miastem i jego piękną rzeką. Oglądałam śliczne jeziora, niektóre tak głębokie, że mówiono, iż dno ich znajduje się w Japonii! Byłam na wakacjach również u innych rodzin nowozelandzkich. Wszędzie ludzie byli dla mnie dobrzy i hojni. Zwiedziłam wiele pięknych okolic, urocze groty, elektrownię, różne miasta i ich zabytki, malownicze wybrzeża morskie itp. Z wielkim bólem serca trzeba było wyjechać z polskiego obozu i zamieszkać w stołecznym mieście Wellington. Było to 20 września 1946 roku. W hotelu robotniczym nad zatoką Oriental Bay mieszkałam z trzema Polkami i 76  panienkami różnej narodowości. Rozpoczęłam pracę w prywatnym zakładzie krawieckim, do którego dojeżdżałam autobusem. Właściciele byli zadowoleni z naszej pracy, a dawne pracownice musiały się stać gorliwszymi. Niedaleko naszego miejsca zamieszkania, na wzgórzu, górował kościół św. Gerarda, gdzie uczęszczałam na mszę św. w niedziele i święta. Nasza gorliwość zaraziła koleżanki, Nowozelandki, które zaczęły nas naśladować. Zaprzyjaźniłam się z Samoankami, Maoryskami i Chinką. Po kilku tygodniach przyłączyłam się do chóru kościelnego. W tym dobrobycie czegoś mi brakowało. Utwierdziłam się w przekonaniu o moim powołaniu do zakonu i nie chcąc być w klasztorze angielskim udałam się do księdza Platera, który wskazał mi Zgromadzenie Sióstr Nazaretanek i załatwił wszelkie formalności związane z podróżą do Rzymu na studia. Święta Bożego Narodzenia spędziłam ostatni raz w Pahiatua, wraz z mymi dwiema młodszymi siostrami. Zapytałam je czy mogę wyjechać do zakonu za granicę. Z bólem serca odpowiedziały: Tak, jeżeli będziesz tam szczęśliwa, to jedź. 7 maja 1949 roku wsiadłam na okręt pasażerski Rangitiki wraz z kilkoma dziećmi wracającymi do rodzin w Polsce, z którymi załatwiono mi wspólną podróż do Europy. Opiekę nad dziećmi polecono nauczycielce, która wracała do syna. Musiałam ją w tej funkcji zastąpić, bo przez całą podróż cierpiała na chorobę morską. Podróż dla niektórych była bardzo uciążliwa, zaś dla mnie przyjemna. W Panamie otrzymałam listy od moich sióstr z Nowej Zelandii i pewnej rodziny najmilsza lektura w czasie podróży morskiej. Po przeczytaniu listów zatęskniłam i prosiłam Boga, aby okręt zawinął w powrotną drogę do mojej ukochanej Nowej Zelandii. Szarpana byłam na dwie strony, ale łaska Boża zwyciężyła. W drodze do Rzymu spotkałam wielu dobrych i życzliwych ludzi. Dzięki Ci Boże za wszystko.

(fot. archiwum KUL) „Dzieci Pahiatua” - w ten sposób zaczęto określać grupę polskich dzieci (głównie sierot), które w czasie wojny trafiły z Syberii do Nowej Zelandii

Dzieci z Pahiatua, fot. Polish Childrens Reunion Committee

Dzieci z Pahiatua  Foto: Polish Childrens Reunion Committee

P/w wspomnienia pochodzą z książki "  Dwie ojczyzny Polskie dzieci w Nowej Zelandii Tułacze wspomnienia "   Redaktor: Stanisław Manterys Zespół redakcyjny: Stefania Zawada, Halina Manterys, Józef Zawada (zdjęcia) Tłumaczyli z języka angielskiego: Stanisław Manterys, Stefania Zawada, Anna Szatkowska. Tekst wybrał z okazji 75 rocznicy przybycia "Syberyjskich sierot" do Nowej Zelandii, B. Szarwiło