Dzisiaj jest: 21 Listopad 2019        Imieniny: Albert, Janusz, Konrad
Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka. Wspominając Go, nie możemy jednocześnie zapomnieć, jak był lekceważony przez władze polskie, przez urzędników i funkcjonariuszy państwa polskiego, polskich dziennikarzy i tych polskich…

Readmore..

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Nasze Stowarzyszenie funkcjonuje już 5 lat! Po rejestracji 14 października 2014 r. zaczęliśmy nadawać dynamikę w procedowaniu drogi do pomnika „Pamięci Ofiar nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-47”. Idea jego postawienia…

Readmore..

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie Pamięci Stanisława Basaja „Rysia”, dowódcy I Batalionu Oddziałów Hrubieszowskich BCh, który pierwszy stanął do obrony mieszkańców polskich wsi, mordowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Ta książka to pozycja wyjątkowa.…

Readmore..

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

Spotkanie z p. dr Lucyną Kulińską, powszechnie znaną badaczką historii „Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich”, miało miejsce w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Dębno 17 października 2019 r. Odbyło się…

Readmore..

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI  O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

Pokażcie jak przeżywacie święto niepodległości, jak wiele dla Was, Waszych bliskich, znaczy Polska. Uchwyćcie w obiektywach obchody 11 listopada albo pokażcie znajdujące się w Waszej okolicy miejsce polskiej pamięci narodowej,…

Readmore..

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

Na obrzeżach Ochrymowiec w województwie tarnopolskim, obecnie na Ukrainie, jeszcze w pierwszej połowie II wieku znajdował się cmentarz, dzisiaj po nim zostało tylko kilka rozsianych kamieni. Zaś w niedalekich Szyłach,…

Readmore..

Bez Kresów nie ma Polski.

Bez Kresów nie ma Polski.

SPRAWOZDANIA TOWARZYSTWA NAUKOWEGO we LWOWIE pod redakcją PRZEMYSŁAWA DĄBKOWSKIEGO sekretarza generalnegoRocznik VI - 1926 Zeszyt 2 NAKŁADEM TOWARZYSTWA NAUKOWEGO Z DRUKARNI ZAKŁADU NARODOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH we LWOWIE pod zarządem Józefa…

Readmore..

Znaki na niebie i inne cuda

Znaki na niebie i inne cuda

„Dermanka w gminie Ludwipol, rodzinna miejscowość Antoniny Woźniak, leżała na lewym brzegu rzeki Słucz, 3 km od granicy polsko-sowieckiej. Na Wołyniu był wtedy jeszcze względny spokój, który w niewielkim stopniu…

Readmore..

Kresowianie bastionem walki o prawa większości w Polsce...??? - cz.1

Kresowianie bastionem walki o prawa większości w Polsce...??? - cz.1

Brak od ponad 70 lat oczekiwanej przez kresowe środowiska ustawy ustanawiającej 11 lipca jako symboliczny dla całych Kresów "Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian", odchyla wahadło zegara historii…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. C.d. 3

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. C.d. 3

/ Fotp: Jednoroczny kurs w szkole Ochotników w 11 Baonie Pionierów (Saperów) w Pradze Czeskiej w latach 1899/1900. Stoją od lewej – tytularny Feldfebel Marian Strzetelski (bez czapki), Josef Ignac,…

Readmore..

Moje Kresy  Michał Raczyński cz.1

Moje Kresy Michał Raczyński cz.1

Statystyczny, przeciętny Polak bez żadnego wysiłku myślowego jest w stanie podać liczne przykłady bohaterskiej postawy polskiego żołnierza w czasie ostatniej wojny światowej. Przytoczy bohaterstwo Westerplatte i obrońców Warszawy, opowie o…

Readmore..

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA LISTOPAD 1944

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA LISTOPAD 1944

1 listopada (Wszystkich Świętych) 1944 roku: We wsi Gontowa – Milno pow. Zborów Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: „Rożek Jan i Zaleski Paweł - zastrzelony na posterunku” (Adolf Głowacki: "Milno –…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cd. 2

/ Zdjęcie wykonane około dwa lata przed wojną - rok 1912-1913. Inż Marian Strzetelski stoi drugi od lewej strony. Zdjęcie przedstawia pracowników Magistratu Królewskiego, Wolnego Miasta Drohobycza. Marian Strzetelski w tym czasie pracował jako inżynier-asystent. Osoby widoczne na zdjęciu to: stoją od lewej strony: Julian Łopuszański, Marian Strzetelski, Stanisław Szayna, Józef Cymbrykiewicz, niezidentyfikowana osoba; siedzą od lewej strony: Władysław Kobieński, Ksawery Szanek, Jan Lanrynów, Eugeniusz Szanek, Grabowski. 

Wierzę, że naród polski będzie jeszcze kiedyśnaprawdę mądrze i długo szczęśliwy… Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego Prezentuję Państwu drugą część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego. Brał on udział w obronie Twierdzy Przemyśl w okresie I wojny światowej. Kolejna część opowiada o organizacji oddziału, którym dowodził kpt Strzetelski, o przyjeździe do Stryja i Drohobycza oraz o rozlokowaniu pułku w forcie Lipowica. Zapraszam do lektury.

Przemyśl 1.IX.1922              

Strasznie zły wróciłem dzisiaj z biura, bo już 13 dni sierpnia roku 1922 pracowałem w Szefostwie Inżynierii i Saperów i kilka już razy przypominałem referentowi personalnemu by nie zapomniał umieścić mnie na liście płacy robotników dziennych. Dzisiaj po raz pierwszy ja oraz inni pracownicy udali się do kasy po pieniądze. Okazało się, że o mnie zapomniano i wypłatę dopiero otrzymam jutro. Naprawdę wyjątkowe mam szczęście. Dobrze, że nie jestem przesądny. I dobrze, że Bóg i Ty Czesiu jesteście ze mną. Dość o tym. Wracam więc do wspomnień.                                              

Dzień 8 sierpnia 1914 roku spędziłem ze swoim oddziałem przerabiając, przepytując i ucząc służby saperskiej oraz pionierskiej wszystkich żołnierzy. Spisałem cały oddział i wszystkie szarże. Okazało się, że mam jedynego „Zugsführera” [1] - Ukraińca K., majstra murarskiego z Kałusza czy też z Doliny. Trochę nie podobał mi się bo za nadto „lizał się”, ale nie mogłem na razie nic zrobić więc on właśnie został moim zastępcą, tzn. Dienstführender Unteroffizier [2]. Żołnierze przeważnie byli już starsi wiekiem. Przeważali 32-latkowie, głównie Rusini. Byli również i Polacy, jeden Żyd stolarz oraz jeden Niemiec, kolonista. Na obiad zjadłem konserwę mięsną z ziemniakami i popiłem mlekiem. Kolacja też była mięsna. W między czasie dowiedziałem się od moich żołnierzy, że ksiądz, u którego w poprzedniej wsi kwaterowałem, w nocy po naszym odejściu został aresztowany jako podejrzany o szpiegostwo. Żal mi się Go zrobiło, bo człowiek wydawał się uczciwy i nawet inteligentny, ale za sympatię do „cara batiuszki” musiał przecież zapłacić wolnością. Następnego dnia rano pojechałem do Pułku, gdzie otrzymałem urzędowe potwierdzenie dokumentów stopni podoficerów mojego oddziału oraz rozkaz przyprowadzenia ich następnego dnia celem otrzymania karabinów. Dowiedziałem się również, że 11 sierpnia pułk nasz wyjdzie już ze Stryja, jednak gdzie się skieruje, tego nie udało mi się ustalić.    

Jak zwykle wysłałem do Ciebie kochana Cesiu kartki ze Stryja, pokręciłem się trochę po mieście, kupiłem papier listowy, trochę kartek z widokami, notes i parę jeszcze innych drobiazgów. Z Władkiem widziałem się dość krótko, gdyż zajęty jako pisarz batalionowy nie miał chwili czasu. Obiecał jednak, że następnego dnia postara się wykręcić na dłużej. Zjadłem jeszcze w Stryju obfite drugie śniadanie i wczesnym popołudniem wróciłem na kwaterę. Okazało się, że oddział ćwiczył właśnie musztrę, która całkiem nieźle im wychodziła. Na koniec musztry wydałem rozkaz by następnego dnia rano, przed siódmą, wszyscy żołnierze, bez kucharza oraz inspekcyjnego byli spakowani i gotowi do wymarszu. W ten sposób zakończył się kolejny dzień wojny.                Nazajutrz 10 sierpnia cały oddział pod dowództwem mojego zastępcy - Ukraińca „Zugsführera” [3],  odmaszerował do Stryja. Ja zaś trochę później, dość wygodnie dojechałem tam na wozie. Karabiny oraz mundury, które otrzymali moi żołnierze było nowe, bardzo porządne. Gdy ubrali je na siebie wyglądali wspaniale i reprezentowali się o wiele lepiej niż „obrona krajowa”. Fasowanie broni przeciągnęło się do popołudnia prawie.    

Landsturm-Infanterie-Regiment Nr. 33 Stryj rywalizował przed płcią piękną ubiorem i doświadczeniem z gorzej ubranym, ale młodym andwehrinfanterieregiment  Nr 18 Przemyśl  [4]. Jednak kto wychodził zwycięsko z tej rywalizacji nie dowiedziałem się nigdy. Po wyposażeniu mojego wojska w mundury i karabiny odesłałem ich do wsi, na kwaterę. Podoficer z amunicją pojechał na wozie, zaś ja i brat Władek poszliśmy po raz ostatni wspólnie na obiad do restauracji w Stryju. Po obfitym posiłku napiliśmy się jeszcze kawy, napisali kartki do Ciebie Czesiu, Zosi, Mamy, Tadzia oraz do naszej gospodyni z ul. Wyspiańskiego we Lwowie, polecając jej opiekę nad naszym mieszkaniem i pozostałymi w nim rzeczami. Po przeczytaniu gazet i wspólnej pogawędce Władek odprowadził mnie parę kilometrów za Stryj, po czym czule pożegnaliśmy się, jak później się miało okazać na przeszło osiem lat. Po powrocie na kwaterę do wsi, gdzie dotarli już moi żołnierze skontrolowałem jeszcze czy w oddziale jest wszystko w porządku, po czym rozkazałem ludziom pójść wcześnie spać, by nazajutrz, już o 6-tej rano być gotowym do wymarszu. Przed kolacją wydałem jeszcze wójtowi poświadczenie za kwatery i wypożyczone dotąd podwody, po czym wypiłem kubek ciepłego mleka i poszedłem spać. Była to moja ostatnia noc, którą spędziłem w okolicy Stryja.               

11 sierpnia, o szóstej rano, na zamówionych poprzedniego wieczoru podwodach, były już załadowane walizki, kuferki, różne pakunki i inne niepotrzebne w marszu manatki. Przepasany „bindą” [5] wyciągnąłem szablę, wzniosłem ją do góry i wśród okrzyków „szczęśliwej drogi” wyruszyliśmy do Stryja. W ten sposób pożegnaliśmy się z gościnnymi mieszkańcami wsi i miejscem naszego kilkudniowego zakwaterowania. Po przybyciu do miasta okazało się, że  już  na „hofie” [6] gromadził się trzeci batalion pułku, zaś czwarty (tj. pierwszy z numeracji) był już zakwaterowany w Mikołajowie. Po wstępnym rozeznaniu w sytuacji zameldowałem dowódcy pułku, że nasz oddział już dotarł i że wszytko jest w porządku. Potem oddział powierzyłem „Zugsführerowi”, zaś sam jako oficer należący do sztabu pułkowego odmaszerowałem z resztą oficerów na dworzec kolejowy, gdzie nasz pociąg czekał już na peronie. Tam pożegnaliśmy zebraną publiczność. Nasz dowódca, pułkownik, uronił łzę żegnając sympatyczną żonę i miłego, dużego chłopaka ubranego w mundur skautowski, zaś wszyscy oficerowie otrzymali od miejscowych pań, które razem z burmistrzem miasta przyszły nas pożegnać, przygotowane przez nich nieduże bukiety kwiatów. Gdy około 11-tej przed południem pociąg wreszcie ruszył, dały się słyszeć okrzyki wiwatów zgromadzonych na peronie tłumów. W ten sposób opuściliśmy Stryj.               

Nasi „ordynansi” [7] jechali obok nas w wagonie trzeciej klasy. Cywilne manatki wszystkich żołnierzy pozostały w magazynie wojskowym w Stryju, na przechowaniu. Jednak ich właściciele nigdy już ich nie odzyskali gdyż po zajęciu miasta rozgrabili je Moskale. Celem załatwienia spraw kwatermistrzowskich oraz przygotowania miejsc dla żołnierzy udających się do Przemyśla, dzień wcześniej wyjechali tam: jeden z oficerów naszego pułku wraz z dwoma podoficerami i kilkoma żołnierzami. Dzięki temu, po przyjeździe mieliśmy uniknąć kłopotów z zakwaterowaniem. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna.               

Na razie jednak pociąg wlókł się bardzo wolno. Gdy dojechaliśmy do Drohobycza, na peronie zauważyłem komendanta wojskowego stacji, sędziego Bętkowskiego. Był to człowiek rumiany, tęgi i zawsze uśmiechnięty. Gdy pociąg się zatrzymał udało mi się nawet zamienić z nim parę słów. Był najlepszych myśli co do naszej przyszłości. Mówił, że już niedługo wojna się skończy i wszyscy wrócimy do domów. Na koniec poprosiłem go by pożegnał ode mnie mojego szwagra Mikołaja Kiedacza, jego żonę, a moją siostrę Zofię Kiedacz ze Strzetelskich  i przekazał im informację, że udaję się do Przemyśla. Wkrótce też pociąg znowu ruszył i późnym popołudniem dotarliśmy do celu. Była to wojskowa stacja Bakończyce [8], tuż przed Przemyślem. Wyładowaliśmy tam wszystkie nasze rzeczy i w deszczu dość długo czekaliśmy na naszego kwatermistrza. Gdy w końcu się zjawił okazało się, że miejscem naszego zakwaterowania będzie Lipowica [9], wieś oddalona o jakieś 8-10 km od Bakończyc. Wciąż  przybywały pociągi z nowym wojskiem, deszcz nie ustawał, a my schowani pod drzewami czekaliśmy na wozy taborowe, po które pojechał nasz kwatermistrz. Gdy w końcu podwody przybyły zrobiło się już ciemno. Wśród krzyków i ogólnego rozgardiaszu załadowano rzeczy na wozy, sformowano oddziały i ruszyliśmy w drogę. Ruch był ogromny. Ponieważ ulice były już oświetlone przypatrywano się nam ciekawie i mimo ciągle siąpiącego deszczu dało się odczuć ogólne zainteresowanie i podniecenie wśród gapiów. Gdy tak szliśmy w strugach deszczu zdawało się, że niebo woła do nas: „…Przyszliście bronić Przemyśla, więc marny będzie los Moskali, jeśli pokuszą się o zdobycie tej twierdzy”…              

Jednak pochód pułku do Lipowicy nie bardzo był przemyślany. Obładowani ciężkimi tornistrami, częścią różnorakich tłumoków, które nie zmieściły się na dostarczone nam furgony, maszerowaliśmy raczej jak rozbita armia w odwrocie, zwłaszcza, że i ciemność i wszechogarniająca wilgoć przeszkadzały w utrzymaniu odpowiedniego szyku i porządku. W końcu dotarliśmy do pierwszej bramy w pierwszym pierścieniu wewnętrznym twierdzy, a tu brama zamknięta. Wartownik pilnujący posterunku zażądał hasła, jednak nasz tępy kwatermistrz zapomniał o nie zapytać w komendzie twierdzy. Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież to cały pułk idzie na kwatery. Wartownik strzegący wejścia za okratowaną, żelazną bramą był nieugięty. I nawet mundur Oberstleutnanta nie potrafił go skłonić do otwarcia bramy. Wówczas pułkownik Paweł Gilli kazał kwatermistrzowi siadać na konia, jechać do komendy i przywieźć znaki rozpoznawcze. Deszcz ciągle padał, żołnierze wciąż mokli, bo nie było się gdzie schronić. Wieczór był chłodny, spać się chciało co raz bardziej, nogi same uginały się od zmęczenia. A tu za bramą, niedaleko jest suche, wygodne posłanie. I co z tego skoro na posterunku, pod dachem, okryty długim płaszczem, stoi wartownik, służbista, który z drugiej strony bramy tarasuje całą szerokość wejścia. W końcu po godzinie oczekiwania, gdy już nawet najgorsi maruderzy naszego pułku dowlekli się na miejsce zbiórki, zobaczyliśmy zsiadającego z konia naszego kwatermistrza, który podszedł do wartownika i coś mu szepnął przez kraty. Wówczas brama otwarła się na oścież i tłum żołnierzy pośpiesznie zaczął przelewać się przez nią. Już wkrótce wszyscy znaleźliśmy się na terenie „Barackenlager Lipowica” [10]. Budynki były przeważnie parterowe, drewniane. Jednak znowu na skutek zaniedbania przez naszego kwatermistrza okazało się, że miejsca w nich nie zostały odpowiednio rozdzielone i przydzielone dla poszczególnych oddziałów. Na dodatek nie sprawdził też w jakim są stanie i czy w ogóle nadają się na kwatery dla żołnierzy. Gdy zaczęliśmy kwaterować się w poszczególnych barakach okazało się, że część z nich zajęta już wcześniej została przez artylerię, która w najbliższych dniach miała się stamtąd wyprowadzić. Było już po 22-giej więc żołnierze już spali. Nawet nie mieliśmy się kogo dopytać bo i „w menaży” [11] nikogo nie było, a i kantyna też była zamknięta. Sienników i koców też brakowało. Ponieważ każdy był przemoczony do suchej nitki zmarznięty i okrutnie zmęczony więc sam rozmieściłem swoich żołnierzy w wolnych barakach i udałem się na swoją kwaterę. Wprawdzie tę pierwszą noc na nowym miejscu przespałem na podłodze, ale na dobrze wypchanym sienniku i pod dwoma grubymi, wojskowymi kocami. Oczywiście wszystko to dzięki wielkiemu sprytowi mojego adiutanta Jana, który zawczasu zadbał o to. Gdy zrobiłem mu wymówkę, że nie wypada bym spał pod dwoma kocami, podczas gdy wielu żołnierzy nie ma nawet czym się przykryć Jan odpowiedział: „…Panie lejtnancie i tak dziś koców dla wielu zabraknie, bo zbyt mało ich fasowano, więc wielu żołnierzy spać będzie przykrytych jedynie pod pałatkami lub płaszczami. Jest przecież wojna, to co się zdobyło to się ma i tego się pilnuje. A Panu jeszcze nieraz nawet pod dwoma kocami będzie zimno, zobaczy Pan…”.               

Zmartwił się jedynie tym, że jeden z koców był używany, cienki. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że jutro postara się go jakoś wymienić. Nie mogłem zaprzeczyć, że Jan ma rację, więc poczęstowałem go papierosem i kazałem iść spać. Rozebraliśmy się więc przy kopcącej świecy i wnet powszechne chrapanie świadczyło o tym, że choć walka ze zmęczeniem była ciężka, jednak bój wygrany, bohaterski.  

Następnego dnia rano dobrze już było po ósmej gdy zaczęliśmy wysuwać nosy spod koców i wzajemnie rozglądać się obok jakiego sąsiada spaliśmy. Okazało się, że obok mnie spało dwóch kapelanów, polski i ruski oraz trzech jakiś innych oficerów. Wstałem więc zaraz, ubrałem się i wtedy Jan przyniósł mi gorącej, choć niezbyt mocnej kawy oraz pajdę chleba grubo posmarowaną masłem. Znalazła się też jakaś miednica, z której wszyscy skorzystaliśmy i w końcu wyczyszczeni i w miarę umyci wyszliśmy z baraku zobaczyć otoczenie w którym mieliśmy spędzić  następne parę miesięcy prawdziwej wojny. W ten sposób rozpoczął się kolejny dzień, 12 sierpnia 1914 roku.               

Wkrótce też zaczęło się rozgrupowanie naszych oddziałów oraz wykwaterowywanie artylerzystów i innych żołnierzy z nieprawnie zajętych przez nich baraków. Naprędce urządzono też kancelarię, a ja z mym oddziałem otrzymałem rozkaz urządzenia dla całego pułku latryn polowych. Miejsce zostało wybrane w chaszczach tuż obok baraków. Od magazyniera otrzymałem techniczny rynsztunek dla oddziału, czyli łopaty, kilofy i deski. Już po południu około dziesięć dyskretnych „kącików zadumy” było gotowych. Był to nasz pierwszy, choć nie ostatni bojowy chrzest inżynierski. Odebrałem też pierwszą pochwałę od ppłk. Gillli’ego, który stwierdził, że miejsce na latryny zostało bardzo dobrze wybrane, praca przebiegła szybki i sprawnie. Widać było, że żołnierzy rozpierała duma.               

Po szczegółowym rozeznaniu sytuacji związanych z barakami okazało się, że niestety są za małe i za ciasne i nie pomieszczą wszystkich żołnierzy. Racjonalny podział i przydział dla poszczególnych oddziałów był niemożliwy, a do tego i kuchnia nie nastarczała z jedzeniem dla zbyt dużej ilości żołnierzy, dlatego też podjąłem decyzję, że moich żołnierzy czasowo odsyłam do ich batalionów. Tylko na czas ich szkolenia i zaplanowanych prac nakazałem meldować się u mnie. Nie bardzo mi się to wszystko podobało, więc  podsunąłem dowódcy pułku myśl wybudowania dla naszego oddziału, własnymi środkami polowego baraku. Przecież odpowiednie narzędzia posiadaliśmy, a i sporo drzewa rosło obok w lesie. Pułkownik zaaprobował mój pomysł, więc dość szybko załatwiłem pozwolenie na wyrąb drzew w komendzie twierdzy, wybrałem odpowiednie miejsce na posadowienie baraku, naszkicowałem na kartce budynek, który miał częściowo być ukryty w ziemi, rozdzieliłem obowiązki między swoich żołnierzy i wkrótce robota rozpoczęła się na dobre. Jedni kopali, drudzy plantowali teren, inni zaś ścinali w lesie drzewa i końmi ściągali je na plac budowy. Tam oprawiali je i przycinali na wymiar.                Las, który był własnością ks. Sapiechy z Krasiczyna rósł niedaleko baraków. Jednak, że konie nie codziennie były dostępne, więc żołnierze moi przeważnie zwozili ścięte tam drzewo budulcowe bez ich pomocy, jedynie wykorzystując do tego siłę swoich mięśni. Cieśle cięli pnie na deski i aż miło było patrzeć z jaką ochotą pracowali i jak szybko prace postępują do przodu. Żołnierze zdawali sobie sprawę z tego, że im szybciej „chałupę” sobie postawią z własną kuchnią, spiżarnią i miejscami do spania, tym szybciej będą „panami” u siebie i nie będą tułać się po obcej kompanii, gdzie im wcale za dobrze przecież  nie było. Z dnia na dzień praca aż kipiała nam w rękach, a nasz dowódca nawet parę razy dziennie do nas zachodził, przyglądał się, chwalił postęp prac i dało się odczuć, że między nim i moim oddziałem powoli nawiązuje się coraz silniejsza nić sympatii.                                             

Dalsze moje opowiadanie nie będzie już tak szczegółowe jak dotychczas, gdyż zbyt dużo odbywało się różnorakich zajęć i z coraz większej ilości obowiązków trzeba było się wywiązać, bym mógł to wszystko chronologicznie dokładnie spamiętać i opowiedzieć Ci o tym Czesiu. Opiszę tylko to, co w mej pamięci szczególnie utkwiło. Przede wszystkim naszą pracą były typowe wojenne zajęcia. A więc, kopanie rowów, budowa umocnień i dróg. Wszystkim się zdawało, że mamy mnóstwo na to czasu gdyż Moskale są jeszcze daleko, za górami, za lasami i być może tu do nas nigdy nie dojdą. Jednak rzeczywistość okazała się o wiele bardziej tragiczna. Ale o tym później.                

Żołnierze moi tak szybko i z taką ochotą uwijali się w swojej pracy, że już na koniec sierpnia barak był gotowy. Był to budynek z bali sosnowych, na pół w ziemi ukryty i dobrze zamaskowany. Miał osobną murowaną kuchnię, w której był piec z kominem, spiżarnię, sionkę i dużą izbę, w której mogło pomieścić się 54 ludzi. Izba była oświetlona czterema dużymi oknami. Barak był dobrze osuszony głębokimi rowami odwadniającymi. W ogóle robił bardzo przytulne wrażenie. Z zewnątrz, zwłaszcza od strony zagłębionych w terenie okien, fragmentami obitymi białymi deskami, przypominał jakiś domek myśliwski lub staropolskie obronne miejsce. Niedaleko baraku żołnierze moi postawili z grubych okrąglaków dość masywny spichlerz, który później, dzięki swojej zapobiegliwości i sprytowi zapełniali prowiantem na „czarną godzinę” wojny. Rozpoczęliśmy też budowę dużej stajni dla koni pułkowych. Stajnia miała być również częściowo w ziemi ukryta, posadowiona z pół okrąglaków, solidna i mocna.                 Tak mijał nam dzień za dniem i kolejne dwa, trzy tygodnie przebiegły nam na szkoleniach oddziału, pracy przy budowie baraku, spichlerza czy stajni, a potem innych inżynieryjno saperskich zadaniach i nowych wyzwań. Zaczęliśmy się nawet przyzwyczajać do tych obowiązków i nikt nie myślał o Moskalach, którzy zdawało się nam, że są jeszcze daleko i tu do nas być może nigdy nie dojdą. Jako dowódca oddziału mieszkałem dość dobrze. Żołnierze zrobili mi nawet mały stolik i krzesło, a mój nieoceniony Jan wytrzasnął nawet skądś całkiem solidne łóżko, na którym położył dobrze wypchany siennik. Mieszkanie dzieliłem wspólnie z dwoma Czechami, (jednym z nich był dr praw z Pragi, drugi „menagermaister” pułkowy),  jednym Morawianinem, jednym lekarzem - niemieckim Żydem i jednym Austriakiem. Chociaż w swojej kwaterze raczej mało przebywałem, gdyż przeważnie dzieliłem los z moimi żołnierzami w polu i w trakcie ich szkolenia, to jednak z moimi współlokatorami jakoś powoli się zżyłem, być może dlatego, że wszyscy starali się nie poruszać tematów politycznych w trakcie naszych wieczornych długich rozmów.               

Stołówka oficerska była dość duża. Ładna sala ze stojącym pośrodku dużym stołem i trzema małymi pod ścianą sprawiała wrażenie czystej i przestronnej. W trakcie posiłków siadałem przeważnie pod ścianą, gdyż nie chciałem wciąż ustępować miejsca spóźniającym się starszym ode mnie rangą oficerów. Poza tym, mając całą salę przed oczami mogłem bez większych przeszkód obserwować co dzieje się w stołówce i przy stołach.                              

Kochana Cesiu, dalsze moje dzieje opowiem Ci już w przyszłym tygodniu. Zrobiło się już dość późno, a ja muszę się jeszcze wykąpać i wyspać gdyż rano muszę wcześnie wstać. Teraz więc na ten papier składam Ci ucałowania rączek na dobranoc, a jutro uczynię to osobiście. Pa! Cdn…    

 [1]  plutonowego

[2]  sierżant dyżurny

[3]   plutonowy

[4]  18 Pułk Piechoty Obrony Krajowej został utworzony w 1889 roku, w Wiedniu. Okręg uzupełnień znajdowal się w Przemyślu i Sanok. Kolory pułkowe: trawiasty (grasgrün), guziki srebrne z numerem „18”. W lipcu 1914 roku skład narodowościowy pułkustanowili po połowie Rusini i Polacy. W 1914 roku komenda pułku oraz I i II batalion stacjonował w Przemyślu, natomiast III batalion w Sanoku. W sierpniu 1914 roku pułk wchodził w skład 89 Brygady Piechoty Obrony Krajowej należącej do 45 Dywizji Piechoty Obrony Krajowej, a ta z kolei do IX Korpusu Austro-Węgier. W 1918 roku pułk wchodził w skład 90 Brygady Piechoty Obrony Krajowej należącej do tej samej 45 Dywizji Piechoty Obrony Krajowej, która wówczas była podporządkowana komendantowi X Korpusu. 11 kwietnia 1917 roku 18 Pułk Piechoty Obrony Krajowej został przemianowany na 18 Pułk Strzelców. W czasie I wojny światowej pułk walczył z Rosjanami w 1914 i 1915 roku w Galicji między innymi w okolicach Biecza i Gorlic. Największe straty jednostka poniosła w bitwie pod Gorlicami. Żołnierze pułku są pochowani m.in. na cmentarzach wojennych, nr 65 Małastów-Komuta, nr 196 Rzuchowa, nr 33 Swoszowa. W czasie ofensywy w 1915 roku jednostka walczyła na Lubelszczyźnie, miejscami pochówków poległych jest m.in. miejscowość Strzeszkowice Duże.

(https://pl.wikipedia.org/wiki/18_Pu%C5%82k_Piechoty_k.k._Landwehry)

[5]  opaska zakładana na wąsy w celu nadania im właściwego kształtu po uprzednim nałożeniu na nie pomady; mocowana była z tyłu głowy lub do uszu przy pomocy tasiemek lub gumki; zakładana również np. na kilka godzin przed przyjęciem, by utrwalić pożądany kształt wąsów

[6]   na zewnątrz, na dworze

[7]  żołnierz, zazwyczaj szeregowiec lub podoficer, pozostający do dyspozycji oficera, do wszelkiego rodzaju posług pomocniczych (utrzymanie w czystości munduru i butów, przenoszenie przedmiotów, sprzątanie kwatery, itp.)

[8] dawna wieś, obecnie południowo-wschodnia dzielnica Przemyśla; w okresie I wojny światowej Bakończyce znalazły się w obrębie Twierdzy Przemyśl; na terenie wsi usytuowany był fort Nr XXI „Bakończyce”

[9] Fort XVIII ,,Lipowica” - fort główny pierścienia wewnętrznego został założony w latach 1853-55, 1880 przebudowany do obecnego narysu, w roku 1915 został wysadzony w powietrze, 1920-30 częściowo rozebrany, był to fort artyleryjski jednowałowy

[10] Zespół koszarowy „Lipowica” (obecnie okolice ulicy Gen. Józefa Wysockiego w Przemyślu) – tam mieściło się dowództwo III odcinka obronnego; stacjonowały tam jednostki piechoty oraz składowano zakonserwowany sprzęt artyleryjski; w pobliżu zespołu koszarowego wzniesiono drewniane baraki (koszary) dla saperów

[11]  kasyno wojskowe