Dzisiaj jest: 21 Listopad 2019        Imieniny: Albert, Janusz, Konrad
Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka. Wspominając Go, nie możemy jednocześnie zapomnieć, jak był lekceważony przez władze polskie, przez urzędników i funkcjonariuszy państwa polskiego, polskich dziennikarzy i tych polskich…

Readmore..

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Nasze Stowarzyszenie funkcjonuje już 5 lat! Po rejestracji 14 października 2014 r. zaczęliśmy nadawać dynamikę w procedowaniu drogi do pomnika „Pamięci Ofiar nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-47”. Idea jego postawienia…

Readmore..

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie Pamięci Stanisława Basaja „Rysia”, dowódcy I Batalionu Oddziałów Hrubieszowskich BCh, który pierwszy stanął do obrony mieszkańców polskich wsi, mordowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Ta książka to pozycja wyjątkowa.…

Readmore..

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

Spotkanie z p. dr Lucyną Kulińską, powszechnie znaną badaczką historii „Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich”, miało miejsce w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Dębno 17 października 2019 r. Odbyło się…

Readmore..

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI  O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

Pokażcie jak przeżywacie święto niepodległości, jak wiele dla Was, Waszych bliskich, znaczy Polska. Uchwyćcie w obiektywach obchody 11 listopada albo pokażcie znajdujące się w Waszej okolicy miejsce polskiej pamięci narodowej,…

Readmore..

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

Na obrzeżach Ochrymowiec w województwie tarnopolskim, obecnie na Ukrainie, jeszcze w pierwszej połowie II wieku znajdował się cmentarz, dzisiaj po nim zostało tylko kilka rozsianych kamieni. Zaś w niedalekich Szyłach,…

Readmore..

Bez Kresów nie ma Polski.

Bez Kresów nie ma Polski.

SPRAWOZDANIA TOWARZYSTWA NAUKOWEGO we LWOWIE pod redakcją PRZEMYSŁAWA DĄBKOWSKIEGO sekretarza generalnegoRocznik VI - 1926 Zeszyt 2 NAKŁADEM TOWARZYSTWA NAUKOWEGO Z DRUKARNI ZAKŁADU NARODOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH we LWOWIE pod zarządem Józefa…

Readmore..

Znaki na niebie i inne cuda

Znaki na niebie i inne cuda

„Dermanka w gminie Ludwipol, rodzinna miejscowość Antoniny Woźniak, leżała na lewym brzegu rzeki Słucz, 3 km od granicy polsko-sowieckiej. Na Wołyniu był wtedy jeszcze względny spokój, który w niewielkim stopniu…

Readmore..

Kresowianie bastionem walki o prawa większości w Polsce...??? - cz.1

Kresowianie bastionem walki o prawa większości w Polsce...??? - cz.1

Brak od ponad 70 lat oczekiwanej przez kresowe środowiska ustawy ustanawiającej 11 lipca jako symboliczny dla całych Kresów "Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian", odchyla wahadło zegara historii…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. C.d. 3

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. C.d. 3

/ Fotp: Jednoroczny kurs w szkole Ochotników w 11 Baonie Pionierów (Saperów) w Pradze Czeskiej w latach 1899/1900. Stoją od lewej – tytularny Feldfebel Marian Strzetelski (bez czapki), Josef Ignac,…

Readmore..

Moje Kresy  Michał Raczyński cz.1

Moje Kresy Michał Raczyński cz.1

Statystyczny, przeciętny Polak bez żadnego wysiłku myślowego jest w stanie podać liczne przykłady bohaterskiej postawy polskiego żołnierza w czasie ostatniej wojny światowej. Przytoczy bohaterstwo Westerplatte i obrońców Warszawy, opowie o…

Readmore..

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA LISTOPAD 1944

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA LISTOPAD 1944

1 listopada (Wszystkich Świętych) 1944 roku: We wsi Gontowa – Milno pow. Zborów Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: „Rożek Jan i Zaleski Paweł - zastrzelony na posterunku” (Adolf Głowacki: "Milno –…

Readmore..

Stracone dzieciństwo

Mój ojciec był inwalidą wojennym i osadnikiem wojskowym na Wołyniu. Nie mając synów, wychowywał nas: Bronię, Halinę, Dionizę i Bogdę w umiłowaniu Polski i w duchu patriotycznym. Później żartowałyśmy, że naszymi kołysankami były pieśni legionowe, a pokarmem polityka, zasłyszana u dorosłych. Rosłyśmy zahartowane, pracowite i samodzielne. 1 września 1939 roku radio podawało tragiczne wiadomości, latały samoloty, było dużo uciekinierów z zachodniej Polski, ale dla mnie wojna była gdzieś daleko. Wszystko się zmieniło, gdy do naszej miejscowości zbliżyły się kolumny wojska rosyjskiego. Grupa dzieci polskich przyglądała się w ciszy przemarszowi. Dalej stała gromada Ukraińców i witała ich przyjaźnie. Tej nocy słyszałam krzyki, strzały, rżenie koni i szczekanie psów. Przyszli do nas. Walili kolbami w drzwi, krzyczeli, żeby otworzyć. Wtargnęło pięciu. Szukali broni, przewracali łóżka i wyrzucali wszystko z szuflad na podłogę, w komorze tłukli butle z przetworami i wysypywali zawartość worków. Kazali ojcu i sąsiadowi (który się u nas ukrywał) ubrać się i jechać z nimi. Ojciec żegnając się z nami przypominał nam, że musimy być dzielne. Krótko potem padły strzały, po chwili inne i nastąpiła ogłuszająca cisza.

Upłynęło może pół minuty. Mnie zdawało się, że upłynęły wieki. Rano, ubrane odświętnie, czekałyśmy na powrót ojca, żeby jechać do kościoła. Zamiast ojca powrócili uzbrojeni ludzie, kazali nam wyjść, a dwaj weszli do domu szukać broni. Skierowali na nas karabiny i krzyczeli. Potem odjechali. Byłyśmy jeszcze sparaliżowane ze strachu, kiedy przybiegł z płaczem syn sąsiada, chwycił Bronię za rękę i pobiegł z nią do ogrodu, a my za nimi. Zobaczyłyśmy kałużę zakrzepłej krwi, na niej czapki ojca i sąsiada. Opodal leżał zastrzelony pies. Poszłyśmy do centrum wsi, drogę wskazywała nam rozlana krew. U skrzyżowania dróg ślady znikły. Zaszłyśmy do znajomych, by podzielić się naszą straszną nowiną. Powiedzieli nam, że wymordowano prawie wszystkich osadników, którzy nie zdążyli się ukryć, a także kierowników szkoły i mleczarni. To był sądny dzień w naszym życiu i brak mi słów, żeby go dobrze opisać. Sąsiedzi zaproponowali nam nocleg na podłodze, bo nie mieli miejsca. Ofertę chętnie przyjęłyśmy. Sąsiadka modliła się przed ikoną żebyśmy zasnęli i nie obudzili się już nigdy do tego koszmaru. Pamiętam doskonale moją chwilę buntu ja się tak nie chcę modlić, pomyślałam ja chcę doczekać końca wojny, zwycięstwa Polski i normalnego życia. Ale wiedziałam doskonale, że dla nas wojna dopiero się zaczęła. Po latach, na odtajnionych zdjęciach archiwalnych oglądałam aleje drzew, do których drutem kolczastym przywiązane były polskie dzieci, strasznie poranione, ale jeszcze żywe oraz zdjęcia spalonych kościołów, pełnych ludzi.

Przez następnych kilka miesięcy żyliśmy w ciągłym strachu. Bałam się iść do łóżka, chowałam głowę pod pierzynę to był czas tortur, a nie odpoczynku. Polacy nadal ginęli. Pod koniec października otworzyli naszą szkołę z ukraińskim językiem wykładowym, którym wcześniej władałyśmy jak rodowite Ukrainki. Nasz ojciec kładł na naukę wielki nacisk. Pomne jego przestróg, że nie wiadomo, co nas czeka w życiu, powróciłyśmy z Bogdą do szkoły. Bronia, najstarsza z nas, nie chciała odjechać do gimnazjum, czując się trochę odpowiedzialna za losy rodziny. Ale w szkole nie było prawie żadnej nauki, oprócz przygotowań do obchodów bolszewickiej rewolucji. Czas wypełniony był śpiewem i bałwochwalczym recytowaniem propagandowych, komunistycznych tekstów. Ukraińcy, którzy sprzyjali Rosjanom, prześladowali i upokarzali nas. Doznawałam wielu upokorzeń od dawnych koleżanek. Nawet moja wielka przyjaciółka nie chciała siedzieć ze mną w ławce, bo byłam Polką. Kierownik szkoły był zamordowany i inni nauczyciele do szkoły nie wrócili. Ukraińcy rabowali nasz dobytek, z naszych 40 uli nie zostało ani jednego. Innym razem zastaliśmy gromadę ludzi w magazynie ojca z narzędziami rolnymi. Każdy zabierał, co chciał, dwaj nawet wyrywali sobie coś z rąk i bili się. Piszę, jak było u nas, bo to widziałam i doskonale pamiętam, ale wiem, że podobne grabieże były też u innych osadników. Niektórzy potracili wszystko, włącznie z żywym inwentarzem. Pracowita, duża i dorosła rodzina naszych dzierżawców strzegła swojej własności w dzień i w noc. Pewnego dnia idąc ze szkoły, znalazłam ciało mojej matki chrzestnej, pani Kucharskiej, było tylko trochę przysypane śniegiem i zamarzniętą ziemią. Nie miała własnych dzieci. Gdy wcześniej nasz dom spalił się w nieznanych okolicznościach, mieszkałam u niej i bardzo mnie rozpieszczała. Kochałam ją z całego serca. Przytulała i całowała mnie więcej niż ktokolwiek inny na świecie. W tamtych czasach nie okazywało się swoich uczuć. Ona była wyjątkiem. Teraz siedziałam przy niej w śniegu, patrzyłam, rozmyślałam i długo płakałam. Miałam już 11 lat i wszystko rozumiałam, co w koło mnie się dzieje, ale nie mogłam pojąć tej nagłej zmiany czemu tak jest, czemu nas taki los spotkał? Przecież ci prześladowani byli dobrymi ludźmi. Jeżdżąc po comiesięczną pensję, ojciec kupował papier listowy i koperty.  Często, zamiast niedzielnego spaceru z rodziną, siadał i pisał okolicznym ludziom listy i załatwiał sprawy urzędowe, a w dnie powszechne uczył ich płodozmianu, przycinania i szczepienia drzew owocowych. Zapłacono mu barbarzyństwem. Pełna wewnętrznego buntu, napisałam dużymi literami palcem na śniegu: Niech żyje niepodległa Polska! Poczułam się lepiej. Ukrainiec Marko, który, jak się okazało, był przewodniczącym tajnej organizacji komunistycznej jeszcze przed wojną, a teraz wielkim panem, zabronił szukania ciał i cyrkowych pogrzebów. Mając teraz nieograniczoną władzę sowiecką, szczycił się wcześniejszym spaleniem naszego domu, morderstwem kierownika spółdzielni i różnymi krzywdami wyrządzonymi osadnikom. Krótko potem znowu usłyszałyśmy mocne łomotanie do drzwi i rozkaz po rosyjsku sobierajsia zbierajcie się. Wywieźli matkę z czterema córkami i tysiącami innych Polaków w okolice Archangielska, gdzie zaczęła się walka o przetrwanie każdego dnia. Dzięki Opatrzności, naszemu spartańskiemu wychowaniu i pomocy dobrych ludzi, przeżyłyśmy i pierwszym transportem cywilnym byłyśmy ewakuowane do Iranu, ale te historie opowiedzieli już inni. 59 lat potem, w 1998 roku, odwiedziłam Wołyń. W dużym parku w Łucku gigantycznych rozmiarów pomnik z gwiazdą upamiętnia żołnierzy sowieckich. Trochę dalej tablica głosi śmierć prawie zamordowanych Polaków w tej nie deklarowanej wojnie, w której każdy nieuzbrojony Polak i sąsiad był wrogiem.

Według polskich obliczeń zginęło ich dwa razy tyle. Odwiedziłam też sąsiadkę z tamtych czasów, która zapłakała i uradowała się, że mnie widzi. Mówiła, iż była przekonana, że nie wszyscy zginęli podczas zsyłek na Sybir i że ona jeszcze spotka niektórych z nas. Poszłyśmy razem do innej kobiety, która pamiętała, że ciało mego ojca znaleziono później na torfowisku, gdy śniegi stajały na wiosnę. Po raz pierwszy spisuję tę historię tak szczegółowo. Groza tamtych dni pozostanie niezatarta w mojej pamięci. Dalsze dzieje polskich dzieci po zsyłce na Sybir są opisane w następnych dwóch opowieściach siostry Stelli (Józefy Wrotniak) i Haliny Morrow (Fladrzyńskiej). Natomiast lata pobytu w Iranie są opisane szczegółowo w innych książkach o polskich dzieciach-tułaczach. Poniżej Dioniza Choroś opisuje wędrówkę dzieci z Iranu do Nowej Zelandii. W tamtych czasach różne zmiany w naszym życiu zachodziły szybko i niespodziewanie. Po niecałych trzech tygodniach pobytu w Teheranie (Iran), umarła moja matka. Bronia z wojskiem, a Halina z junaczkami pojechały na  Środkowy Wschód. Najmłodsza Bogda była już w sierocińcu w Isfahanie. Zostałam sama. Wiadomość o zaproszeniu przez rząd Nowej Zelandii grupy dzieci polskich wraz z opiekunami i ich wyjeździe do tamtego kraju krążyła długo, chyba z rok. Niektórzy przestali już nawet w to wierzyć. Niemniej nasi przełożeni kompletowali listę. Były na niej przeważnie sieroty oraz te dzieci, których niedożywione matki poumierały w Rosji, a ojcowie i starsi bracia byli w Wojsku Polskim na Uchodźstwie. Umieszczono na listach 733 dzieci bacząc, by nie rozdzielono rodzeństwa [co nie zawsze się udawało]. Z naszej rodziny zapisano mnie i młodszą Bogdę. Trudniej było z personelem opiekuńczym. Teraz, gdy wojna była na ukończeniu, nie wszyscy chcieli oddalać się od Polski i jechać na drugi koniec świata, ani narażać się na wielkie niebezpieczeństwa tak długiej podróży. Znalazło się jednak 105 ofiarnych ludzi, którzy uważali to za swój obowiązek patriotyczny. W lipcu 1944 roku w naszym gimnazjum zorganizowano wykłady o Nowej Zelandii, kraju, o którym nie wiedzieliśmy prawie nic. Słuchaliśmy jak bajek z książki Andersena. Mówiono, że to raj! Rządy demokratyczne, wspaniały klimat, wyspy wiecznie zielone, urodzajna ziemia, dwa zbiory rocznie, owce, bydło. Gnębiła trochę myśl o trzęsieniach ziemi. Po okropnościach w Rosji mówiono o pracowitych, dobrych, zaradnych i uczciwych ludziach, którzy nie zamykają domów na klucz. Trudno nam było w to uwierzyć. O bagaż nie trzeba się było martwić, bo wszystko mieściło się w małych tekturowych walizeczkach, które kupowaliśmy z zasiłku, otrzymywanego przez każde polskie dziecko od Polskiego Rządu na Uchodźstwie, w sumie 9 tumanów na miesiąc. Jeszcze zostało miejsca na kilka książek polskich, które każde dziecko musiało przewieźć i zdać w Nowej Zelandii. Miały one tworzyć zalążek naszej przyszłej biblioteki. Nasz transport z dziećmi wyjechał z Isfahanu 27 września 1944 roku. Zgromadzono nas w dużym holu Zakładu nr 20. Nauczyciele pouczali nas, że musimy być godnymi przedstawicielami Polski. Był to bardzo smutny dzień w naszym życiu, bo opuszczaliśmy przyjaciół, którzy zastępowali nam najbliższą rodzinę. Przyrzekałyśmy pisać do siebie i wiele z tych przyjaźni przetrwało do dziś, mimo że kontynenty nas rozdzielają. Małe dzieci z opiekunami załadowano do autobusów, starsze do wojskowych ciężarówek. Siedziałyśmy na ławkach. Po przebyciu przeraźliwie zimnej pustyni następnego dnia dojechaliśmy do Sułtanabadu (obecnego Araku), gdzie mieliśmy kilkugodzinny odpoczynek w amerykańskiej bazie wojskowej. Gorący prysznic wydał się nam rajem. Zwiedziliśmy obóz, oglądaliśmy filmy, a żołnierze rozdawali dzieciom  słodycze. Jeden z nich, który nie uznawał bariery językowej, na migi bawił dzieci, a one go rozumiały i pękały ze śmiechu. Dla żołnierzy była to chwila powrotu do normalnego życia, a dla dzieci ubaw, który zapamiętają na zawsze. Wieczorem pożegnali nas przemówieniem. Jedna z nas podziękowała kilku wyuczonymi angielskimi zdaniami, a wszyscy burzą oklasków. Wsiedliśmy do specjalnie przystosowanego dla nas pociągu. Po jednej stronie wagonu były siedzenia, po drugiej pospuszczane do spania łóżka. Starsze dziewczęta miały obowiązek opiekować się młodszymi dziećmi. Pociąg trząsł bardzo. Naliczyliśmy ponad 150 tuneli po drodze. Dym z lokomotywy wciskał się do środka, powodował kaszel, łzawienie i mdłości. Przeładowane żołądki i mieszanina smakołyków zjedzonych w amerykańskim obozie były powodem ciągłych dziecięcych wymiotów. Do Ahwazu, co w języku irańskim znaczy piekło i gdzie latem w cieniu temperatura przekracza 50ºC, dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Umieszczono nas w obozie przejściowym, w dawnej stajni po kawalerii irańskiej. Rzeczy złożyliśmy w pozostałych żłobach, spaliśmy na twardych pryczach. Czas spędzaliśmy na pisaniu listów, które potem okazało się, że nigdy nie były wysłane. Rano, zanim słońce zaczęło dopiekać, stojąc na dworze, wysłuchaliśmy mszy św. Po sześciu dniach, 4 października, wyjechaliśmy pociągiem do portu Chorramszahr, przy ujściu rzek Tygrysu i Eufratu. Daleko, na tle żółtego nieba, zarysowały się ciemne palmy. Stąd ewakuowano uchodźców do Indii, Afryki Wschodniej i do innych krajów. W ciszy i parami weszliśmy na statek Sontay. Zeszliśmy w dół, do olbrzymiej ciemnej, trochę śmierdzącej sali. Oprócz sterty materaców nie miała żadnego umeblowania. Nocą wyłaziły szczury. Byłam przerażona! Przez dwa lata chorowałam na malarię i anemię. Mdlałam, kiedy było gorąco. Jak ja tu będę spać? Okazało się, że pokład był naszą sypialnią, jadalnią i salonem. Tam jedliśmy przyniesione z kuchni w wiadrach posiłki. Układaliśmy się do snu pod gwiazdami, na wyciągniętych z dołu materacach. Współczuliśmy małym dzieciom, którym dla bezpieczeństwa nie wolno było spać na zewnątrz. Nauczyciele, panowie Kotlicki i Olechnowicz, odpowiadali na setki naszych pytań.

Na statku było kilkunastu angielskich oficerów. Załoga to Portugalczycy, od których nauczyliśmy się dwóch słów po angielsku, kiedy przebiegali rano z wiadrami z wodą i krzyczeli washing deck, washing deck (myjemy pokład, myjemy pokład). Trzeba było chwytać za materace i znosić je na dół. Po śniadaniu przychodził Anglik w pięknym, białym mundurze i pokazywał jak poprawnie nakładać kamizelkę ratowniczą. Podkreślał, żeby sznurków zwisających po bokach nie zawiązywać, bo w razie potrzeby ratujący ma  za co uchwycić. Jedna spryciara zawiązała mu je z tyłu i zapytała, dlaczego jego sznurki są zawiązane. Biedak był bardzo speszony, a my pękałyśmy ze śmiechu. Któregoś dnia przyszła straszna burza i wszyscy się pochorowali. Blade i brudne dzieci leżały na pokładzie, nie prosiły o pomoc i nikt jej nie udzielał, bo nasi opiekunowie też karmili ryby. Później zabraliśmy się do sprzątania, a marynarze do powtórnego washing deck. Najbardziej dokuczał nam upał, nasze nieprzystosowane do podróży ubranie i brak warunków do prania. Innego dnia przerażeni byliśmy, kiedy nagle zjawiła się eskorta dwóch zwinnych stateczków, a nad nami leciał mały samolot. Niektórzy z załogi biegali i uszczelniali okrągłe okienka. Trwało to może dwie godziny. Wkrótce niebezpieczeństwo minęło i eskorta znikła. Po sześciu dniach, w niedzielę, ksiądz Michał Wilniewczyc odprawił na pokładzie mszę św. dziękczynną. 10 października dopłynęliśmy do Bombaju. Do portu nie dobiliśmy, czekając w kolejce za innymi okrętami. Miałam ponowny atak malarii z wysoką gorączką, napady mdłości i wymiotów, ale o pójściu do szpitala nie chciałam słyszeć mimo namowy (....) Rok wcześniej byłam zapisana z Bogdą na wyjazd do Południowej Afryki, ale dostałam serię ataków malarii i musiałam iść do szpitala. Po powrocie zastałam 50 pustych łóżek. Wszystkie koleżanki, które tworzyły moją rodzinę przez dziewięć miesięcy, wyjechały i byłam znowu sama. Byłam zdruzgotana i płakałam tygodniami. Przenieśli mnie do innego zakładu między starsze dziewczęta, z którymi nie miałam wiele wspólnego. Przyrzekłam sobie, że nie zostawią mnie znowu samą w szpitalu w Bombaju, więc dr Czochańska wzięła mnie do szpitalika na statku i leczyła chininą. Mimo osłabienia i bólów głowy, przez okrągłe okienko statku podziwiałam najpiękniejszy w moim życiu pomarańczowo-fioletowy zachód indyjskiego słońca. Po czterech dniach, 14 października, wpłynęliśmy do portu. W pobliżu stał okręt gigant USS General G.M. Randall, transportowiec wojsk amerykańskich, który mógł przewozić do 7000 osób. Teraz wiózł 3000 amerykańskich oraz grupę australijskich i nowozelandzkich żołnierzy. Wiadomość, że to nasz okręt, przyjęliśmy z wielką radością. Ściskając mocno nasze walizeczki, szliśmy parami za marynarzem polskiego pochodzenia i z dobrą znajomością naszego języka ojczystego, Chesterem Wiśniewskim. Był naszym tłumaczem i pośrednikiem, a jego pomocnikiem był Joseph Dutkowski. Weszliśmy do dużej sali, gdzie rzędem stały czteropiętrowe łóżka-hamaki. Młodsze dzieci i chłopcy byli umieszczeni w podobnych salach. Podawano nam dwa posiłki dziennie, rano śniadanie i obiad o 4-tej po południu. Przy drzwiach dużych jadalni leżały stosy stalowych tac, które nieśliśmy wzdłuż rzędu kucharzy, a oni nakładali na nie tony jedzenia, którego nie mógłby zjeść żaden zapaśnik. Resztki wyrzucaliśmy do specjalnych pojemników. Po niedawnym głodzie w Rosji i wielkim poszanowaniu jedzenia, nie mogliśmy zrozumieć jak można tak marnować dary Boże. Ale dzieci, szczególnie te młodsze, szybko głodniały, dlatego wieczorem wystawione były bańki z mlekiem, które można było pić do syta. Żołnierze rozdawali dzieciom swój przydział czekolady. Jedne się nią objadały, inne, wstydliwe, nie dostawały wcale. Gdy okręt stał jeszcze w porcie, w łazienkach była masa gorącej, świeżej wody. Starsze dziewczęta robiły pranie, myły włosy i rozkoszowały się, biorąc długie, gorące prysznice. Było to najlepsze lekarstwo na naszą wysypkę, spowodowaną potem i słoną morską wodą. Na drugi dzień obudziły mnie pracujące motory, drżał cały okręt. O godzinie 9-tej rano, 15 października, General Randall ruszył w drogę. Zmówiliśmy pacierze. W czasie podróży naszą najbliższą towarzyszką była siostra Monika Alexandrowicz, polska zakonnica, która też przeszła obozy pracy w Rosji, a druga, siostra Imelda Tobolska, była wychowawczynią chłopców. Całe dnie spędzaliśmy na pokładzie i graliśmy godzinami dużymi, ciężkimi piłkami siedem piłek niechcąco wypadło za burtę. Żołnierze uczyli chłopców sztuki bokserskiej i zachwycali się ukrytym talentem Tadka Ostrowskiego, ale on nigdy nie miał okazji uczyć się tego sportu. Niedługo potem pierwszy umarł w Obozie w Pahiatua na wylew krwi do mózgu. Nowozelandczycy, powracający z wojny w Europie, dowiedziawszy się, że dzieci polskie płyną do ich kraju, chcieli z nimi spędzać więcej czasu. Bawili się z chłopcami i uczyli ich angielskiego. Jeden podjął się uczyć dziewczęta hymnu nowozelandzkiego [Boże narodów, u Twych stóp łączymy się więzami miłości], który potem śpiewałyśmy w drodze do Pahiatua na stacji w Palmerston North, ku miłemu zdziwieniu witających nas tam Nowozelandczyków, którzy twierdzili, że większość ich dzieci nie zna tego hymnu. My sami doceniliśmy ten hymn dużo później, kiedy zrozumieliśmy jego głębokie słowa. Dostaliśmy pasy ratunkowe, które trzeba było nosić. Było w nich bardzo gorąco, pociliśmy się, a dziewczęta twierdziły, że nieładnie w nich wyglądają. Na pytanie, co będzie z małymi dziećmi, Chester powiedział nam, że każdy żołnierz musi ratować jedno dziecko. To nam dodawało poczucia bezpieczeństwa. Uczyli nas regularnie ćwiczeń ratunkowych. USS General G. M. Randall, jako okręt wojenny, był mocno uzbrojony. Na pokładzie stały działa przeciwlotnicze. Niektóre były pozakrywane, inne pod strażą. Pewnego dnia były jakieś poważne ćwiczenia. Leciał samolot, ciągnący jakieś obiekty. Byliśmy ogłuszeni i przerażeni niespodziewaną strzelaniną, bo nikt nas nie ostrzegł przed tym. Począwszy od Bombaju, równolegle z General Randall płynął okręt-bliźniak, wiozący żołnierzy australijskich. Obydwie załogi zaczynały każdy dzień za pomocą sygnalizowanych rozmów. W celu zmylenia wrogich japońskich min podwodnych przez całą dobę okręt płynął zygzakiem. Wieczorem głośnik nadawał po polsku, że czas na zaciemnianie, schodziliśmy na dół i okręt spowijał się w ciemną zasłonę. Pewnej nocy mieliśmy wielkiego stracha. Wielki wstrząs i brzęk wypadających szuflad pełnych sztućców obudził prawie wszystkich, była bieganina i sprawdzanie przez załogę. Rano były szepty i domysły. Dopiero w Wellingtonie kapitan Van Poulsen potwierdził, że mina otarła się o bok okrętu i poszła dalej. Nie mówił nam wcześniej, żeby nie wywołać popłochu. Stopniowo mijały upalne dni. Głośnik nadawał stan pogody w Australii i pouczał jak nastawić nowy czas na zegarkach wiadomość zupełnie zbyteczna, bo nikt z nas nie miał zegarka. Szkoda, że nie mieliśmy aparatów fotograficznych dla upamiętnienia tej niezwykłej podróży. Okręt-bliźniak z australijskimi żołnierzami opuścił nas w Melbourne, a my popłynęliśmy w dalszą drogę bez eskorty.  Wreszcie, 31 października, około godziny 8-9 wieczorem stanęliśmy u brzegu Nowej Zelandii. Jeszcze przy świetle dziennym widzieliśmy otaczające Wellington pagórki i przyklejone do nich barwne domki. Następny ranek był słoneczny. Przy dźwiękach trzech orkiestr okręt wpłynął do portu. Uszczęśliwieni żołnierze nowozelandzcy, często jeszcze w bandażach, niektórzy na noszach, wracali do witających rodzin. Dla nas miał to być ostatni postój przed zakończeniem wojny i powrotem do niepodległej Polski. Wierzyliśmy, że nastąpi to wkrótce. Po wejściu na pokład premiera Petera Frasera, po serdecznym powitaniu, pstrykaniu aparatów, wywiadach z prasą, po otrzymaniu paczuszek słodyczy, wsiedliśmy do czekających obok pociągów i ruszyliśmy w ostatnią część naszej długiej podróży. Ze stacji kolejowej w Pahiatua zabrały nas wojskowe ciężarówki i dowiozły do Polish Children s Camp (Obóz Polskich Dzieci w Pahiatua). Widok obozu był imponujący. Wieże obserwacyjne przestraszyły nas nieco, ale później je rozebrano. Były one pozostałością wcześniejszego obozu dla internowanych. Tu stworzono nam Małą Polskę, ze szkołą, kościołem, opieką lekarską, polskim harcerstwem, wszystko obstawione polskim personelem, który z nami przyjechał. Obok naszych polskich, mieliśmy też tutejszych nauczycieli, którzy uczyli nas języka angielskiego. Z wdzięcznością wspominam Ruth Neligan, która ze swą listą słów angielskich i polskich taktownie wprowadzała nas w tajniki życia w nowym kraju. Do tych cudownych ludzi zaliczam liczne rodziny, które przyjmowały polskie dzieci na szkolne wakacje. Musiało ich to kosztować dużo cierpliwości, żeby zabawiać, uczyć, a może nawet znosić kaprysy emocjonalnie uszkodzonych przez wojnę dzieci, które nie rozumiały ich mowy. Często wspominam pierwsze wakacje u rodziny Scanlon przy 6 Dunstan Street, Wanganui, rodziny Canyons w Upper Hutt oraz Daphne Byrne z Dunedin, z którą do dziś utrzymuję kontakt. Szalałam ze szczęścia. Po dwóch latach chorowania na malarię i połykania tysięcy tabelek, po osłabieniu takim, że nie mogłam wejść po schodach, po ciągłych pobytach w szpitalach i straconych lekcjach, byłam nareszcie zdrowa. Mogłam chodzić po górach, kąpać się w rzece i grać w siatkówkę. Byłam normalną nastolatką. Niestety, wkrótce bańka pękła. Zdradliwa Jałta wszystko przekreśliła. Nasi sprzymierzeńcy oddali Polskę pod panowanie Związku Sowieckiego, a nasze ziemie na wschodzie znalazły się poza granicami kraju. Dochodziły do nas same złe wieści. Do parady zwycięzców w Londynie z Polaków zaproszono tylko lotników, z których 1300 zginęło w obronie Wielkiej Brytanii. Natomiast reszta Wojska Polskiego na Uchodźstwie, które walczyło

Jest to fragment wspomnień pani Dionizy Choroś opublikowany w książce poświęconej pamięci wszystkich dzieci-tułaczy, ich opiekunom i dobroczyńcom.

"  Dwie ojczyzny Polskie dzieci w Nowej Zelandii Tułacze wspomnienia "

  Redaktor: Stanisław Manterys Zespół redakcyjny: Stefania Zawada, Halina Manterys, Józef Zawada (zdjęcia) Tłumaczyli z języka angielskiego: Stanisław Manterys, Stefania Zawada, Anna Szatkowska.

Wyszukał, wybrał "ku pamięci" Bogusław Szarwiło za: https://docplayer.pl/71734272-Dwie-ojczyzny-polskie-dzieci-w-nowej-zelandii-tulacze-wspomnienia.html