Dzisiaj jest: 23 Kwiecień 2019        Imieniny: Jerzy, Wojciech
Kto odwiedzi Generała ?

Kto odwiedzi Generała ?

 18 kwietnia bieżącego roku przypada 75 rocznica śmierci dowódcy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, walczącej na froncie wschodnim z wojskami niemieckimi. Do dziś niestety nie udało się badaczom wyjaśnić czy…

Readmore..

Pomnik upamiętniający  pomordowanych rodaków  na Kresach, stanie  również  w Zielonej Górze

Pomnik upamiętniający pomordowanych rodaków na Kresach, stanie również w Zielonej Górze

Z przyjemnością informujemy o inicjatywie jaka narodziła się w Zielonej górze. 9 marca 2019 r. „Gazeta Lubuska” która Kresami zajmuje się od lat opublikowała niżej prezentowany materiał;Uczestnicy spotkania inaugurującego działalność…

Readmore..

Nasza kompania otrzymała zadanie na kierunlu: Włodzimierz - Uściług

Nasza kompania otrzymała zadanie na kierunlu: Włodzimierz - Uściług

Wieczorem otrzymujemy rozkaz spakowania się. Około drugiej w nocy zarządzono alarm z zachowaniem zupełnej ciszy. Składamy plecaki na wozy taborowe, a sami idziemy na miejsce zbiórki. Odbywa się normalny rytuał…

Readmore..

„Wojna polsko-ukraińska” na Wołyniu w zeznaniach banderowców.

„Wojna polsko-ukraińska” na Wołyniu w zeznaniach banderowców.

„W czerwcu 1943 roku przedstawiciel Centralnego Prowidu OUN „KŁYM SAWUR” przekazał mi ustnie tajną dyrektywę Centralnego Prowidu OUN o powszechnej fizycznej likwidacji całej ludności polskiej, zamieszkałej na terytorium zachodnich obwodów…

Readmore..

GENERAŁ LEOPOLD OKULICKI „NIEDŹWIADEK” 1898 - 1946 OSTATNI DOWÓDCA AK, OBOŃCA LWOWA

GENERAŁ LEOPOLD OKULICKI „NIEDŹWIADEK” 1898 - 1946 OSTATNI DOWÓDCA AK, OBOŃCA LWOWA

/ Płk Leopold Okulicki na tarasie budynku Dowództwa Armii Polskiej w ZSRR. Foto https://okulicki.ipn.gov.pl/oku/galeria-1/19411944/2075,1941-1944.html Leopold Okulicki, ps. „Niedźwiadek”, „Biedronka”, „Bronka”, „Jan”, „Jan Mrówka”, „Jan Ogór”, „Kobra”, „Konrad”, „Kula”, „Miller”, „Mrówka”,…

Readmore..

MIESZKAĆ NA KRESACH

MIESZKAĆ NA KRESACH

/ Kresowiacy w Wielkopolsce, w Garkach. Zdjęcie z końca lat 50-tych rodziny Drzewieckich. W centrum Jadwiga ( siostra mojej babci Marii Walkow z domu Szozda, obok jej mąż Jan i…

Readmore..

To nie są pasjonaci- to są ofiary zbrodni ludobójstwa

To nie są pasjonaci- to są ofiary zbrodni ludobójstwa

/ W Hucie Pieniackiej uczczono pamięć pomordowanych Polaków – 24 lutego 2019 W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele IPN, którzy upamiętnili kilkuset mieszkańców miejscowości zamordowanych przez żołnierzy ukraińskiej dywizji SS „Galizien” i…

Readmore..

Kresy. Ostatni świadkowie.  Potrzebna jest Wasza pomoc, aby powstała druga część filmu. O kontynuację prosili nas Kresowiacy.

Kresy. Ostatni świadkowie. Potrzebna jest Wasza pomoc, aby powstała druga część filmu. O kontynuację prosili nas Kresowiacy.

„Gazeta Lubuska” Kresami zajmuje się od lat, bo i jako dziennik ukazujący się na ziemiach zwanych odzyskanymi na ten temat byliśmy skazani. Teraz rozpoczęliśmy kolejny etap archwizowania historii, bo każdego…

Readmore..

Zmarł więzień Auschwitz. Jan Kobylański (1923-2019)

Zmarł więzień Auschwitz. Jan Kobylański (1923-2019)

W dniu 27 marca 2019 roku zmarł Jan Kobylański, pomysłodawca i wieloletni prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej. Miał 95 lat.Jan Kobylański urodził się w Równem na Wołyniu…

Readmore..

Pomoc kościołowi w Ikaźni

Pomoc kościołowi w Ikaźni

Nazywam się Jolanta Iskra. Mieszkam w Olsztynie.Moja Rodzina przyjechała na Warmię z Kresów Północnowschodnich, z okolicy dawnego miasteczka Ikaźń w powiecie brasławskim województwa wileńskiego.Ikaźń to obecnie dość duża wies na…

Readmore..

Oświęcim Wielkanocne jajko.

Oświęcim Wielkanocne jajko.

Szanowni Państwo!W NIEDZIELĘ PRZEWODNIĄ tj 28 kwietnia 2019 roku o godz. 16.00 w Hotelu „Kamieniec” ul. Zajazdowa 2 w Oświęcimiu spotkajmy się w gronie Kresowian i sympatyków Kresów Wschodnich na…

Readmore..

SŁUŻYLI BOGU, LUDZIOM I OJCZYŹNIE.  RZECZ O DUCHOWIEŃSTWIE KATOLICKIM NA WOŁYNIU W GODZINIE PRÓBY

SŁUŻYLI BOGU, LUDZIOM I OJCZYŹNIE. RZECZ O DUCHOWIEŃSTWIE KATOLICKIM NA WOŁYNIU W GODZINIE PRÓBY

O duchowieństwie rzymskokatolickim na Kresach Wschodnich, w tym na Wołyniu w czasach II Rzeczypospolitej i po wybuchu II wojny światowej można mówi w kilku aspektach. Oczywiście najważniejszy z nich -…

Readmore..

MATKA POLKA- KRESOWE LOSY PANI MARII I JEJ RODZINY

/ Maria frasobliwa

Panią Marię poznałam gdy była już u kresu swego ciężkiego żywota. Ostatnie lata mieszkała ze swoją córką Anną we Wrocławiu. To właśnie dwie córki pani Marii opowiedziały mi ich historię i udostępniły pamiątki- Anna i Welina.
Najpierw taka scenka:
Maria z córką Anną spacerują razem po osiedlu. Są to już lata 90 dwudziestego wieku. Córka prosi:
-Mamo podnieś głowę.
-Daj spokój- odpowiada Maria
-Mamo, czemu zawsze chodzisz ze spuszczoną głową?

-Żona wroga ludu nie może nosić wysoko głowy, nie może patrzeć ludziom w oczy.  Nie wiesz?!
I staruszka drepcze dalej z głową schowaną między ramionami, patrząc w ziemię. Tak zawsze chodziła. Nie mogła się pozbyć tego przyzwyczajenia. Ona- niemal heroina, wychowująca sama szóstkę dzieci, ona- która przeszła przez piekło sowietów, wojny i powojennej drogi do socjalizmu- nie potrafi chodzić wyprostowana, z głową uniesioną do góry!.
A powinna. To, co ona dokonała dla swoich dzieci upoważnia ją do tego, a nawet predestynuje. Nie ona jedna to zniosła. Nasze Matki- Polki taki już miały los. Wyrośliśmy z pokolenia Matek- Polek. To one uratowały naszych rodziców- swoje dzieci przed zagładą, lub głodowa śmiercią. Brzmi to patetycznie, ale tak było. Dziadkowie wojowali, ginęli, walczyli za sprawę, - a matki walczyły o byt dla swoich dzieci. Bez nich nie byłoby nas. Tak też było z  Marią.

Schylona głowa, schodzenie ludziom z oczu, skrytość, wytrwałość, znoszenie upokorzeń, zatracenie własnego „ja”, ciężka praca, walka z wyjącym w sercu strachem- to wszystko dla dzieci, to wszystko to sztuka dostosowywania się by przetrwać.
Maria musiała to opanować do perfekcji. Jej mąż został przez sowietów aresztowany, wywieziony na Sybir jako „ wróg narodu” . Oskarżyli go o zdradę, o szpiegostwo i skazali na najcięższe katorgi. Zginął w więzieniu w Magnitogorsku. Rodzina dowiedziała się o tym dopiero po wojnie. No, ale zacznijmy od początku, a raczej od tego co wiem, co udało się ustalić ze wspomnień Anny i Weliny.


/ Maria

Maria- to właśnie ta nasza Matka- Polka. Podobno była bardzo ładna, zgrabna i powabna jako panienka. Niejeden chciał się o nią starać. Rodzice wybrali jej za męża Piotra. Dzięki nim dwojgu powstały następne pokolenia.

/ Łaszanówka k/ Sławuty- dom rodziców Marii. Mówi się, że mieszkali w Sławucie, ale to było tuż obok Sławuty.


/ Maria z najmłodszą siostrą Stanisławą już we Wrocławiu

Maria była najstarsza, miała sporo rodzeństwa. W kolejności byli to: Maria, Jan, Bronisław, Antonina, Jadwiga, Czesław, Kamila, Stanisława.
Bronisław- brat  Marii, tak jak i jej mąż  Piotr został zesłany na Sybir- skazany na 10 lat. Z tą jednak różnicą, że on podpisał ten wyrok i się przyznał. Dzięki temu miał prawo otrzymywać korespondencję i paczki z domu. Dzięki tym paczkom przeżył i wrócił po 10 latach- ale wrak człowieka, ze zrujnowanym zdrowiem. Na Syberii budował kolej. Opowiadał, że właściwie pod każdym podkładem tych torów zostawał jeden trup- tylu ich tam codziennie ginęło. Po powrocie zbudował dla rodziny mały domek w Krzemionce koło Sławuty i tam żyli z żoną i córką Janką.

/ Bronisław z żoną Weroniką i córką Janką

/ Dom, który postawił Bronek po powrocie z Workuty- z 10-letniej zsyłki

Anna odwiedziła rodzinne strony matki w roku 1966. Spotkała się tam z rodziną, była serdecznie goszczona w domu pradziadków w Łaszanówce koło Sławuty.

/ Łaszanówka w 1966 roku.


/ Maria z córkami i z siostrą Stasią we Wrocławiu

Po wojnie  rodzina Marii się podzieliła. Część została w okolicach Sławuty na terenie ZSRR, gdyż nie dostali zgody na ewakuację do Polski. Druga część, za pomocą szczęśliwego zbiegu okoliczności uzyskała zgodę, mogła wyjechać do Polski i osiadła na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Na ziemiach rodzinnych, które po wojnie zagarnął  Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zostały rodziny Bronka, Antoniny, Jadwigi i Kamili. Czesław zaginął.
Natomiast Maria i Stanisława wyjechały ze swoimi rodzicami do Polski i ich rodziny osiadły na Dolnym Śląsku, zaś brat Janek z rodziną osiedli w Człuchowie na Pomorzu.

 

/ Rodziny Bronka, Jadzi, Toni, Kamili, - ci którzy zostali po tamtej stronie

Pośrodku Anna- odwiedziła ich w 1966 roku.
Wróćmy jednak do naszej Matki Polki- Marii. Wyszła ona za mąż za Piotra i osiedli w rozległym majątku w Niecieszynie koło Ostroga.


/ Maria i Piotr na ławeczce pod domem w  Netiszynie

Przez wiele lat pracowali dla Sanguszków a ich kuźnia znana była w całej okolicy. Mieli pięć córek i jednego syna. Dzieci rodziły się kolejno: w 1925 roku Leokadia (Lodzia), potem  Wincentyna (Wicia, Wikta), Welina (Welusia, Lusia), Bolesław, Anna  i w 1936r. najmłodsza Jadwiga .


/ Maria i Piotr z dziećmi i dziadkami przed wojną

Rodzinny majątek był w  polskim Niecieszynie (potem radziecki Netiszyn, a teraz ukraiński Netisyn)


/ Niecieszyn       przed wojną w 1936 roku

 Piotr i Maria mieszkali tam wraz z całą rodziną aż do 1935 roku. Był to rozległy majątek, ich ziemie sięgały  daleko- aż  za Wilbowno. Tam też urodziły się i spędziły wczesne dzieciństwo ich dzieci (oprócz najmłodszej Jadzi). Żyło im się tam bardzo dobrze i dostatnio. Piotr miał opinię  bardzo dobrego gospodarza i świetnego rzemieślnika- kowala. Zatrudniali też sporo ludzi. Piotr wyuczył zawodu kilku chłopców, między innymi bratanka nauczył kowalstwa. A nie było to zwykłe, proste kowalstwo- robił on zamki, mechanizmy i różne metalowe urządzenia, często własnego pomysłu, był więc też zdolnym mechanikiem. Sam też robił w drewnie meble, miał również stolarnię.


/ To jest siekiera zrobiona przez Piotra.

Najpierw po prostu służyła w gospodarstwie domowym, potem była narzędziem pracy w kołchozie, a także do pozyskiwania opału, a w końcu córka Ania używała ją w ogródku, we Wrocławiu. Siekiera przeszła daleką drogę- z Netiszyna, przez Krzywin, Człuchów, Szczytną- do Wrocławia. Zawsze towarzyszyła rodzinie w jej tułaczce. Tak samo było z żelazkiem i maszyną do szycia.


/ Żelazko zaprojektowane, wykute i zmontowane przez  Piotra. Do środka wkładało się węgiel drzewny, potem trzeba było pomachać, żeby się dobrze rozpalił.

W ich domu nigdy nie było głodu, czy niedostatku. Stać ich było na powóz, konie, sanie, strojne ubrania, porządne sprzęty w domu, a także na służbę. W Niecieszynie uznawano ich za panów. Maria za młodu była ładną kobietą- wysoką, postawną o władczym spojrzeniu- i bardzo dobrą gospodynią. Potrafiła trzymać w ryzach nie tylko służbę ale i dzieci. Nie znosiła próżniactwa. Od małego każdy miał jakiś przydział prac, zakres obowiązków. Każdy coś robił. Odpoczywali tylko w święta. Piotr był wesoły i pogodny, ale gdy ktoś go zdenerwował to piorunował surowym spojrzeniem. Przeważnie ten wzrok wystarczał dzieciom.
Każde z dzieci było inne, ale mieli wszyscy wspólną cechę- byli inteligentni, zdolni i oczytani. W domu było sporo pięknych książek i dzieci odziedziczyły to zamiłowanie po rodzicach. Szkoda, że nie wszyscy mogli to wykorzystać.
Codzienne życie i losy tej rodziny spisałam na podstawie wspomnień ich córek Weliny i Anny.
Starsza, Welina- Lusia pamięta jeszcze wczesne, szczęśliwe dzieciństwo.


/ Młoda Welina

 Pamięta duży dom i przepiękne kwiaty przed domem w ogródku kwiatowym. To była duma każdej tamtejszej gospodyni i każda się starała, żeby jej kwiaty były najokazalsze. Lusia wspomina też duży sad wiśniowy za domem, a także kuźnię. Najbardziej jej jednak utkwił w pamięci magazyn na zboże. Była to duża budowla na murowanych nogach, jakby na palach i pod spodem była wolna przestrzeń. Tam właśnie, pod spodem tego magazynu najchętniej bawiły się dzieci, to była ich kryjówka i zaciszny kątek. Natomiast na stryszku tego magazynu były prawdziwe skarby- tam właśnie były układane jabłka na zimę i cudownie pachniały. Teren gospodarstwa był bardzo rozległy- dom, ogród, sad, magazyn, kuźnia, duże podwórko ze studnią. Wszystko to było ogrodzone i dzieci tylko tam mogły się bawić. Poza furtkę nie wolno było wychodzić. Dzieci najczęściej bawiły się w chowanego i inne typowe zabawy pod dużą gruszą, ale tylko we własnym, rodzinnym gronie. Nie było biegania po cudzych podwórkach, do koleżanek a i do nich nikt nie mógł przychodzić.
Rodzice też żyli tylko w kręgu własnej rodziny. Nigdy nie było spotkań towarzyskich, czy sąsiedzkich. Najwyżej kilka razy do roku przyjechał ktoś z rodziny. Nie ma się co dziwić- nie byli to już wtedy przyjaźni dla nich ludzie w okolicy. Jedyna polska rodzina mieszkała daleko a do Ukraińców nie mieli zaufania – i słusznie, bo potem się okazało, że to właśnie jeden z sąsiadów doniósł władzom na  Piotra.
No, ale nie wybiegajmy w przyszłość. Na razie jeszcze trwała umiarkowana sielanka. Piotr pracował w kuźni, był wesoły. Czasem brał dzieci do lasu, a właściwie najbardziej Lusia wspomina spacery na pole jęczmienia- to jej utkwiło w pamięci. Chodzili na mogiłę małego dziecka – pierwszego synka Piotra, który zmarł przy porodzie.
Natomiast w obrębie gospodarstwa dzieci mogły same wszędzie chodzić, ale jedynie do kuźni nie wolno im się było zbliżać. Lusia raz nie posłuchała. Pamięta jak weszła do kuźni i zobaczyła coś ładnego. Najpierw to było bardzo czerwone a potem zrobiło się niebieskie. Małe dziecko z ciekawości złapało. Był to rozżarzony w ogniu pręt! Cała skóra z dłoni została na nim. Przerażony Piotr złapał córkę, a że nie było tam żadnego lekarza to kazał jej iść za stodołę i posikać na tę rękę. O dziwo, zagoiło się bez żadnej infekcji!
Opisuję tu życie rodziny- dostatnie i szczęśliwe, choć było to już po roku 1921. Ten rok był tragiczny w późniejszych skutkach dla nich i dla wielu innych polskich, a także ukraińskich rodzin. Wtedy to na mocy traktatu między Polską a Rosją i Ukrainą ustalone zostały nowe granice. Poniżej przytaczam fragment tego traktatu i mapkę z czerwoną kreską- nową granicą.
1921 marzec 18, Ryga
Traktat pokoju między Polską a Rosją i Ukrainą
Polska z jednej a Rosja i Ukraina z drugiej strony, powodowane pragnieniem położenia kresu wynikłej między nimi wojnie i dążąc do zawarcia, na podstawie podpisanej w Rydze dnia 12 października 1920 raku Umowy o przedwstępnych warunkach pokoju, ostatecznego, trwałego, honorowego i na wzajemnym porozumieniu opartego pokoju, postanowiły wszcząć rokowania pokojowe i w tym celu wyznaczyły w charakterze swoich pełnomocników:
Rząd Rzeczypospolitej Polskiej
Jana Dąbskiego oraz
Stanisława Kauzika, Edwarda Lechowicza, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego
Rząd Rosyjskiej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Rad w swoim własnym imieniu i z upoważnienia Rządu Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Rad
oraz
Rząd Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Rad
Adolfa Joffego
oraz
Jakuba Haneckiego, Emanuela Kwiringa, Jura Kociubińskiego i Leonida Oboleńskiego
Wymienieni pełnomocnicy zjechali się w Rydze i po wymianie swych pełnomocnictw, uznanych za wystarczające i sporządzone w należytej formie, zgodzili się na postanowienia następujące:
Artykuł I
Obie Układające się Strony oświadczają, że stan wojny pomiędzy nimi ustaje.
Artykuł II
Obie Układające się Strony, zgodnie z zasadą stanowienia narodów o sobie, uznają niepodległość Ukrainy i Białorusi oraz zgadzają się i postanawiają, że wschodnią granicę Polski, a, więc granicą między Polską z jednej a Rosją, i Białorusią i Ukrainą z drugiej strony, stanowi linia: (….)
…      dalej wzdłuż drogi z w. Milatyna do m. Ostroga (Ostrog), pozostawiając wsie: Moszczanówkę (Moszczanowka), Krzywin (Kriwin) i Sołowje po stronie Ukrainy, a wsie: Moszczanicę (Moszanica), Badówkę (Bodowka), Wilbowno, miasto Ostróg i drogę po stronie Polski;
dalej w górę rzeki Wilii (Wilia) do w. Chodaki, która zostaje po stronie Polski; (…. )
...i tak dalej…jpg/2018/budzinska/2018/16granica21rok.jpg


/ mapka podziału

To właśnie mapa, na której zaznaczono granice według traktatu z 1921 roku. Widać tam miejscowość Neteszina nad Horyniem i Wilbowno- nad samą granicą.  Większość ziem tej rodziny, jak również dom z ogrodem i gospodarstwem zostało po stronie radzieckiej, ale spora część pól została po stronie polskiej za Wilbownem. Tak więc granica podzieliła majątek na dwie części. To zrozumiałe, że mimo, że byli Polakami zostali po stronie ukraińskiej- tam gdzie ich dom od pokoleń i ojcowizna.
Na początku jednak nie stracili prawa do ziemi, a nawet Piotr miał stałą przepustkę przez granicę, żeby mógł uprawiać ziemie po polskiej stronie. Wkrótce jednak z panów stali się kułakami- tak pogardliwie nazywano bogatych właścicieli ziemskich. Zawistni sąsiedzi zaczęli spoglądać na nich niechętnie, bogactwo kuło w oczy. Władza tez tępiła kułaków. Najpierw zabrali im pola, zwierzęta i las, ale zostawili dwa konie, krowę i dom z ogrodem.  Majątek przyłączyli do kołchozu Winnickaja Obłast.  Szły złe wieści o takich jak Piotr- nie było się co łudzić- prędzej czy później zabiorą im wszystko. Piotr dostał przeciek od władz, że niedługo mają się i do niego dobrać. Nie było co zwlekać. W ostatniej chwili  sprzedał dom w Niecieszynie i kupił pól domu po diaku w niedalekim Krzywinie (Kriwin). Dzielili ten dom z jeszcze jedną rodziną, był to dom przy cerkwi. Piotr pracował w depo- na kolei. Dzięki temu mieli działki kolejowe- ogród okopowy i kawałek pola na zboże. Mieszkali w Krzywinie od 1935 roku. Ich majątek się niemożebnie skurczył, ale dzięki pracowitości i zdolnościom umieli sobie i tu poradzić.
Niestety przyszła pamiętna noc 17 października 1937 roku. Dom otoczyło NKWD i zaczęła się całonocna rewizja. Przekopali wszystkie zakamarki, wywalali wszystko na środek pokoju- książki, bielizna, sztućce, bibeloty- wszystko na jednej kupie, przejrzeli każdy papierek. No, i znaleźli dowód- list. Oskarżyli Piotra o szpiegostwo na rzecz Polski. Ktoś z sąsiadów zadenuncjował go do władz. Chodziło o to, że korzystając z legalnej przepustki przez granicę dla uprawiania pola, przeprowadził tamtędy do Polski kilka osób z rodziny i być może innych. Był między nimi bratanek Stanisław- syn brata - Józefa.


/ Stanisław przeprowadzony do Polski przez Piotra

Zrobił on tę nieostrożność, że napisał do Piotra list z podziękowaniami za przeprowadzenie, a Piotr zrobił ten błąd, że od razu listu nie spalił. Efekt był taki, że NKWD miało to czego chcieli i aresztowali Piotra jako szpiega- szpiona i wroga ludu. Jego córka Ania pamięta jak odjeżdżał, a mama długo za nim patrzyła.
Aresztowanie Piotra miało związek z ówczesnym puczem Jegorowa. Była to walka o władzę i pokazowe akcje. Aresztowali ludzi w sile wieku, którzy niby mieli się przeciwstawiać władzy. Byli to nie tylko Polacy, ale i Ukraińcy.
Piotr najpierw siedział w więzieniu w pobliskiej Szepietówce- w areszcie. Żona Maria woziła tam dla niego paczki, lecz prawa widzenia nie miała. Potem okazało się, że ona jeszcze długo te paczki woziła, a Piotra już tam dawno nie było.
Sąd odbył się szybko – na zasadzie ”trójki”- trzy osoby sądziły. Dostał wyrok 10 lat i przewieziono go do Magnitogorska. Podobno chciano na nim wymusić obciążające zeznania i przyznanie się do winy- zdrady. Trzymano go w wodzie i maltretowano. Na próżno. Piotr nie zgodził się z wyrokiem, nie podpisał, buntował się i nie przyznał do winy. Przez to traktowali go szczególnie okrutnie. Był całkowicie odosobniony, nie miał prawa kontaktu z rodziną- nie mógł pisać ani dostawać listów, nie mówiąc już o paczkach. Nikt nie wiedział co się z nim dzieje.
Maria wydeptywała ścieżki u wszystkich sędziów i prokuratorów- chciała się coś dowiedzieć o mężu- na próżno. Jednak któregoś razu, gdy czekała w sądzie na prokuratora spotkała świadka losu Piotra. Podszedł do niej policjant i powiedział, że konwojował go z Magnitogorska do Żytomierza. Powiedział też, że zakapował go chłop z Netiszyna, zaś sąsiedzi z Krzywina nic złego o nim nie powiedzieli policji pomimo przesłuchań. Tak więc Maria wiedziała już, że nieprędko męża zobaczy, nie wiedziała jednak, że nigdy.
Może szkoda, że był  taki uparty. Może gdyby podpisał wyrok i się z nim zgodził to by przeżył, tak jak brat Marii Bronek. A może to nie miało znaczenia, nie wiem. Faktem jednak jest, że inni aresztowani z Piotrem za takie samo przestępstwo przeżyli i wrócili do rodzin, a  on nie. Już nigdy go nie zobaczyli.
Maria została sama z gromadką dzieci. Tę pierwszą zimę jeszcze przetrwali bez głodu, bo  byli dobrymi gospodarzami i już jesienią zrobili zapasy. Niestety zaraz po aresztowaniu Piotra zabrali Marii i ten mały ogród, który miała. Pozwolili tylko zebrać ziemniaki i to co tam jeszcze rosło. Przyszedł przednówek i zaczął się głód. Marii nie chcieli przyjąć do kołchozu, bo była wrogiem narodu. Czasami prała bieliznę w szpitalu, czasami pomagała jej żydowska rodzina Paszkowskich. Mieli oni sklep i restaurację i też dawali jej bieliznę do prania a także coś do jedzenia.
Maria chwytała się każdej dorywczej pracy. Wstawała o 4 rano i paliła w szkole w piecach. Nosiła ciężkie wiadra węgla i cieszyła się, że może to robić. Nauczyciele mieli swoje ogródki i nieraz dostawała coś do jedzenia z tych ogródków, a niektórzy pozwalali jej na boku coś uprawiać.
Dużą pomoc i serce okazali jej też ukraińscy sąsiedzi- Nadzieja Owdiejczuk i jej mąż Omelko. To byli bardzo dobrzy ludzie. Dzieci Marii mówiły do nich „ciociu” i „wujku”. Nie mieli własnych dzieci i jak mogli pomagali przetrwać polskiej matce z dziećmi.. Oddali też Marii  po cichu pół swojego ogrodu, żeby miała choć mały skrawek na ziemniaki i warzywa dla dzieci, bo jej działka nie przysługiwała. Pomagali im też nieraz w dyskretny sposób, nie wprost.
Tak więc byli wkoło życzliwi i dobrzy ludzie. Jednak nie brakło też i szubrawców i donosicieli. Często inni sąsiedzi podsłuchiwali pod oknami, czy czasem nie mówią w domu po polsku, bo to było zakazane. Musieli się więc nauczyć używać języka ukraińskiego nawet do rozmów w domu, a po polsku rozmawiali po cichu, skrycie.
Po latach okazało się, że Maria otrzymała też najważniejszą pomoc od osoby, po której nikt by się tego nie spodziewał – i to dwa razy. Uratowała ich aktywistka partyjna Gasza!
 Do końca jej pomoc była anonimowa. Pierwszy raz to było podobno zaraz po aresztowaniu Piotra. Zazwyczaj w takich przypadkach żonę wroga narodu wywożono na Sybir, a dzieci oddawano do różnych sierocińców- były w rozsypce, nieraz nigdy się więcej nie spotkały, wynaradawiano je i wychowywano na obywateli radzieckich.
Tutaj miało być inaczej. Po pierwsze sąsiedzi umówili się, że w razie wywózki Marii nie oddadzą dzieci. Mieli je rozdzielić między sobą, żeby w jednej wsi mogły poczekać na powrót matki lub przynajmniej wychowywać się blisko siebie. Okazało się, że jednak Marii nie wywieźli na Sybir. Poręczyła za nią na zebraniu partyjnym Gasza Pekacz- ich aktywistka.  
Drugi raz pomogła im też, po cichu załatwiając babci pozwolenie na pracę w kołchozie. To była ważna sprawa. Gdy się miało pracę w kołchozie już się nie głodowało. Kołchoz to była podstawa. Jednak z palenia w piecach w szkole Maria też nie zrezygnowała- przy takiej gromadce dzieci każdy grosz się liczył. Jako pracownica kołchozu dostała też ogród do uprawy.
Praca w kołchozie była niemożebnie ciężka, zwłaszcza dla kobiety. Maria nie pracowała na roli, a przy wyrębie i karczowaniu lasu. Ścinała olchę. To było mokre, trudne do wycinania drzewo. Dzielna kobieta zaciskała zęby i wytrwale pracowała ciesząc się, że ma pracę. Brygadierzy Marię lubili, bo nigdy nie odmawiała najcięższych robót, zawsze milczała, nie skarżyła się, spuszczała głowę i wykonywała polecenia. Ileż upokorzeń musiała znieść w milczeniu, by jej rodzina mogła przetrwać! A stawiać się nie mogła, bo była przecież wrogiem narodu. Może i była wrogiem dla ich władz, ale na szczęście nie dla narodu polskiego i możemy być dumni z niej i z Piotra. Byli dobrymi Polakami. A przecież i dla Ukraińców nie byli wrogami. Po prostu chcieli normalnie żyć na swojej ziemi, a niestety, nie dało się.
Maria pracowała od świtu do nocy, ponad swoje siły, ale miała tyle wewnętrznej wytrzymałości, że przetrwała. W zimie często wracała z lasu z odmrożonymi palcami. Miała na to świetne lekarstwo. Nakładała na palce kawałki kiszonych ogórków- jak duże naparstki. Podobno pomagało.
Nigdy nikt w tej rodzinie nie próżnował, ale teraz to już ani minuty nie mieli wolnej. Ania pamięta, że  każde dziecko miało swój przydział prac i były to ciężkie obowiązki. Na przykład musieli zabezpieczyć opał na zimę, czyli chodzili po chrust do lasu, bo o węglu nie mogli marzyć. Zbierali też szyszki i chrust z ogrodu pałacowego. Mogli też pozyskiwać drewno karczując pniaki. Robili to siekierą ojca, którą Ania zachowała jako pamiątkę. Musieli też stale przynosić wodę. Studnia publiczna była daleko we wsi i nosiło się tę wodę na plecach. No i pasły też krowy- swoją i sąsiadów. Dostawały za to zboże, miód, owoce. Wszyscy byli dla nich bardzo życzliwi- tak wspomina Anna. Mieszkali za cerkwią, na wzgórzu. Anna była tam w roku 1966 i odwiedziła sąsiadów Owdiejczuków, których wspominała jak rodzinę. Mieszkali wtedy w tym samym miejscu.
Gdy  Maria pracowała w kołchozie to już im było lepiej, ale do syta najedzeni nigdy nie byli. Najgorszy był jednak ten pierwszy rok.
Potem była wojna, nastała niemiecka okupacja. Niemcy zajęli pałac księżnej Jabłonowskiej (siostra Walewskich). W zabudowaniach pałacowych był sztab SS, gestapo.  Ludkę (Lodzię)  Niemcy wzięli tam do pracy, była najstarsza. Niemcy, o dziwo, bardziej szanowali polską rodzinę niż tamtejszych Ukraińców. Niemki pracujące w kuchni pałacowej często dawały Lodzi coś do jedzenia,  do zabrania do domu. Nieraz była to kura, czy kaczka- rarytas dla rodziny.
Ciekawa jest też historia kościoła katolickiego w Krzywinie opowiedziana przez  Annę. Otóż kościół ten był już do połowy zburzony i Ukraińcy patrzyli na niego niechętnym okiem. Na ruinach pozostał jednak jeszcze krzyż. Wznosił się dumnie i wytrwale nad zburzonym kościołem jak symbol wiary. Znalazł się Ukrainiec, który nie mógł tego znieść. Na oczach ludzi ściągnął ten krzyż, który kuł go w oczy. Dla niego tylko jego krzyż- prawosławny- się liczył. Później, gdy przyszli Niemcy to ten Ukrainiec był w partyzantce. W czasie jednej z akcji Niemcy zastrzelili go dokładnie pod kościołem, z którego on wcześniej ściągnął krzyż. Wszyscy mówili, że to była kara za świętokradztwo.
Dziś w Ostrogu mieszka i pracuje ksiądz Witold Józef Kowalów. Jest on nie tylko księdzem, ale i historykiem i animatorem życia kulturalnego, a także związków Polaków z tymi ziemiami.
Ksiądz ten jest również redaktorem pisma „Wołanie z Wołynia”, które służy wiedzą zarówno Ukraińcom jak i Polakom. W wydawnictwie tym publikuje się też książki związane z Kresami. Jedną z nich jest publikacja dotycząca cerkwi w Starym Krzywinie, gdzie mieszkała Maria.
W czasie wojny granice były otwarte i bez problemu już chodziło się do Ostroga- najbliższego miasta, które przed wojną było po polskiej stronie.
Welina- Lusia wspomina, że do Ostroga trzeba było chodzić co tydzień – na targ po mąkę.  Maria sama piekła chleb na cały tydzień i trzeba było odnawiać zapas. Było to zadanie Lusi. W każdy czwartek Lusia szła wiele kilometrów z Krzywina do Ostroga po mąkę. Za każdym razem kupowała 1 pud mąki- to jest ok. 16 kilogramów – na cały tydzień. Nie było to łatwe dla takiej dziewczynki. Gdy Lusia była w dziewiątej klasie to był taki przedmiot „konstytucja”. Lekcje z konstytucji były właśnie w czwartki, wtedy kiedy Lusia nie chodziła do szkoły, bo musiała iść po mąkę. Bardzo się martwiła jak zaliczy ten przedmiot. Jednak poradziła sobie. Nauczyła się sama, a że było to głównie pamięciowe uczenie konstytucji to dała radę.
Gdy  Maria załatwiła wyjazd całej rodziny do Polski to córce Wikcie został tylko rok do skończenia szkoły pedagogicznej. Była już panienką, miała tam swoich przyjaciół, sympatie, pierwsze miłości- to było jej życie. Nie ma się więc co dziwić, że miała żal do mamy, że ją od tego wszystkiego oderwała i wywiozła do odległych ziem, nieznanych ludzi, daleko od domu. Nawet po tylu latach  Wikta żałowała, że tam nie została, choć wie, że życie w Związku Radzieckim miałaby niełatwe. Nie powinniśmy nikogo osadzać- ani decyzji Mari- jej matki, ani żalu Wikty. Takie  jest życie: trudne wybory, ciężkie decyzje, brzemię odpowiedzialności i podpowiedzi serca, zrywy radości, patriotyzmu, nadzieja na lepsze jutro- wszystko się przeplata i nigdy nie wiadomo czy dobrze wybieramy. Osądza to dopiero historia i rodzina po latach – i to nie zawsze słusznie.


/ mapka współczesna

A oto współczesna mapka tych okolic z ukraińskimi nazwami. Stary Krzywin nazywa się tu Star. Kryvyn. Natomiast mały przed wojną Niecieszyn prawie przerósł Ostróg i stał się dużym miastem Netisyn.
A teraz spójrzmy na następne zdjęcie. Te wykarczowane lasy to być może ziemie tej rodziny. Są to okolice Niecieszyna. Wycięto las i widzimy tam napis na tabliczce: „Tu będzie zbudowana Chmielnicka Elektrownia Atomowa”. I tak się stało.


19-Okolice Niecieszyna- teren wykarczowany pod budowę elektrowni atomowej

Wróćmy jednak do historii rodziny. Piotr nie doczekał zakończenia wojny, nie wiedział co się dzieje z jego rodziną  a i rodzina nic o nim nie wiedziała, pomimo wielu poszukiwań, listów i pism.
Dopiero w 1958 roku dzięki wytrwałości jego córki Anny i żony Marii w poszukiwaniach  udało się ustalić losy  Piotra. Przyszło pismo z PCK, które było odpowiedzią na list Anny. Podali datę śmierci i miejsce, oraz orzeczenie, że był bezpodstawnie skazany.
Wtedy Anna znów pisała i po polsku, i po rosyjsku, do radzieckich władz i polskiej prokuratury pisma o rentę dla matki po ojcu. W archiwum rodzinnym zachowały się  wszystkie te dokumenty.
Ponieważ sąd orzekł, że było to bezpodstawne skazanie to udało się wyegzekwować jednorazowe odszkodowanie. O rencie nie mogło być mowy. Ale co to były za pieniądze! Śmiechu warte! Maria dostała 2 miesięczne, ówczesne uposażenie męża na kolei- czyli 147 rubli, które zamieniono jej na tzw. bony towarowe Pekao- czyli  48 dolarów w bonach!
 Za zmarnowane życie, za poniżenia, za pracę ponad siły, za głód i nędzę dzieci, za spuszczoną do końca życia głowę, za strach przed ludźmi- nie tylko Marii, ale i jej dzieci, za poniewierkę, za samotność, za prześladowania a wreszcie ZA ŚMIERĆ MĘŻA – 48 dolarów! W pewexie  dało się za to kupić wzmacniające lekarstwo dla Marii i kilka drobiazgów…  Nie do wiary! – a jednak to prawda...
Renta się nie należy- tylko dwumiesięczne wynagrodzenie za pracę Piotra…. Po staraniach Anny w  radzieckiej gazecie ukazała się tylko mała notatka o rehabilitacji z nazwiskami represjonowanych, w tym Piotra. Żadna to pociecha, bo nie zwrócono życia Piotrowi i nie zadośćuczyniono krzywd jego rodzinie.
No, cóż- długa jest lista rachunków krzywd miedzy naszymi narodami… Jednak naszą rolą jest wybaczać. Nie zapomnieć!  Ale wybaczyć! Tego uczył nas Chrystus.
Jak potoczyły się dalsze losy Marii i jej dzieci? Po wojnie nadal mieszkali w Krzywinie
 Jako, że nie były to przed wojną polskie tereny to nie przysługiwało im prawo do repatriacji- byli obywatelami Związku Radzieckiego. Wszyscy Polacy jednak bardzo chcieli jechać do nowej Polski. Maria też bardzo tego pragnęła.  Znalazł się sposób. Otóż najmłodsza siostra Marii – Stacha dostała się po wojnie do polskiego wojska i tam pracowała w randze sierżanta.


/ Stanisława w polskim wojsku- pierwsza z lewej.

Miała prawo sprowadzić do Polski jedną, najbliższą rodzinę- czyli rodziców z Netiszyna. Mogłaby też wziąć siostrę, ale niestety Maria  miała już inne nazwisko, była to druga rodzina i nie mieli prawa. Ale Polak potrafi- znaleźli sposób. Wysłali dokumenty swoich rodziców z córką Marią i jej dziećmi. Spili kogo trzeba, dali też łapówkę i wódkę, żeby urzędnik przymknął na to oko. I tak to pradziadkowie mogli wyjechać do córki Stanisławy do Polski wraz z drugą ich córką Marią i gromadką jej „panieńskich” dzieci.
Maria z dziećmi pojechała najpierw do Człuchowa, do brata Jana.


/ Maria z dziećmi po wojnie, w Człuchowie

Tam mieszkali prawie rok. Lusia poszła do szkoły zawodowej, choć w rosyjskiej szkole zdała już maturę. Trudna to była ta polska szkoła, bo musiała wyrównywać poziomy dzieci z różnych stron, różnych szkół, a nawet różnych języków (bo Lusia uczyła się przecież po ukraińsku i po rosyjsku).
Na wiosnę przyjechała do nich, do Człuchowa Stasia- najmłodsza siostra Marii, która osiedliła się we Wrocławiu. Namówiła Marię na przyjazd do Wrocławia.  Z Wrocławia Maria pojechała do Szczytnej do kuzynów, którzy ukrywali się u nich kiedyś przed banderowcami z UPA. Tam Maria zdecydowała się zamieszkać. Po Wielkanocy wróciła po dzieci, spakowali się i pojechali do Szczytnej. Jest to urocza miejscowość w Kotlinie Kłodzkiej. Lodzia poszła tam do pracy w gminie. Dostała mieszkanie służbowe na drugim piętrze.
Maria z dziećmi przez parę miesięcy mieszkała u kuzynostwa. Lusia pojechała do Wrocławia.


/ Lusia

Została tam u swojej ciotki Stachy- siostry Marii. Mieszkały razem, a Stacha cieszyła się, że ma dziewczynę do pomocy. Lusia mieszkała z ciocią Stasią aż do swego ślubu.
 Maria doczekała się w końcu na przydział domu i gospodarstwa. Wcześniej było zajęte przez szabrowników. Dopiero gdy wykradli i wywieźli wszystko z domu i okolicy to opuścili zdewastowane gospodarstwo. Maria dostała przydział i zamieszkali tam. Dzieci usamodzielniały się po kolei i opuszczały dom, aż w końcu Maria z córką Anną, która już mieszkała i pracowała we Wrocławiu wzięła mamę do siebie, a na gospodarstwie została Lodzia z rodziną.
 Ania pracowała i mieszkała we Wrocławiu. Najpierw przy ulicy Pułtuskiej, obok szpitala wojskowego gdzie pracowała, a potem w nowym mieszkaniu. Ania wzięła mamę- Marię do siebie i razem mieszkały do śmierci Marii.

 
/ Anna i Maria we Wrocławiu


/ Maria i Ania- w ogródku przy Pułtuskiej


 / Anna

Anna najpierw pracowała w szpitalu wojskowym- była przełożoną pielęgniarek na oddziale ocznym, a potem przeszła do pracy w sztabie, po skończeniu studiów historycznych.


/ Welina i Michał

Welina wyszła za mąż za Michała i zamieszkali we Wrocławiu. Mieli piątkę dzieci.


/ Dwie siostry Ania i Lusia, każda u siebie.

Tak to siostry opowiedziały mi historię swojej rodziny. Historię trudną i tragiczną. Trzeba pamiętać takie historie, trzeba opowiadać je następnym pokoleniom i trzeba budować lepszą przyszłość. Oby nigdy już Matki Polki nie musiały przechodzić tak ciężkiej drogi ze swoimi pociechami. Oby już nigdy nie ginęli Ojcowie.