Dzisiaj jest: 20 Sierpień 2022        Imieniny: Sabina, Sobiesław, Bernard
Polacy na Ukrainie pozostali  na ziemi ojców, czyli Ziemiach  Wschodnich Rzeczypospolitej,  w której Rusini stanowili  mniejszość

Polacy na Ukrainie pozostali na ziemi ojców, czyli Ziemiach Wschodnich Rzeczypospolitej, w której Rusini stanowili mniejszość

/ Stawiane przez nie krzyże brzozowe już dzisiaj nie istnieją, napisy na tablicach są zamalowywane, przekłamywane (zamiast 300 ofiar 30) Kresowian zamordowano dwa razy, raz ciosami siekiery a drugi raz…

Readmore..

Szlakiem krzyży wołyńskich - HUTA STEPAŃSKA STARY CMENTARZ

Szlakiem krzyży wołyńskich - HUTA STEPAŃSKA STARY CMENTARZ

/ HUTA STEPAŃSKA STARY CMENTARZ, gmina Stepań, powiat Kostopol, woj. wołyńskie parafia Huta Stepańska Ziemie pod cmentarz, podobnie jak i pod kościół, przekazał dziadek Michał Sawicki, jako wotum dziękczynne za…

Readmore..

Operacja polska NKWD 1937-1938. -Zagłada na polecenie Stalina.

Operacja polska NKWD 1937-1938. -Zagłada na polecenie Stalina.

/ Nikołaj Jeżow. „Krwawy karzeł” Foto: Wikimedia commons/Domena publiczna Operacja polska NKWD tak naprawdę była operacją antypolską wymierzoną przede wszystkim w Polaków w ramach tzw. operacje narodowościowej NKWD. Ta antypolska…

Readmore..

Historia wymienia tylko zwycięzców a nie wspomina o ofiarach

Historia wymienia tylko zwycięzców a nie wspomina o ofiarach

/ "Kłótnia rzek" przykładem -jednym z wielu- fałszowania i manipulowania historią PRL godziła się oficjalnie na fałszowanie historii jeszcze w 1978 roku. W Katyniu umieszczono po polsku i rosyjsku fałszywy…

Readmore..

Rys historyczny - Wybrane tezy do Krwawej Niedzieli z 11 lipca 1943r.

Rys historyczny - Wybrane tezy do Krwawej Niedzieli z 11 lipca 1943r.

Tło wydarzeń W wyniku agresji Niemiec i ZSRR na Polskę we wrześniu 1939 r., po okupacji całości terytorium II Rzeczypospolitej przez Wehrmacht i Armię Czerwoną i ustaleniu w dniu 28…

Readmore..

Co to znaczy „ważyć słowa” ?

Co to znaczy „ważyć słowa” ?

Tegoroczne obchody "Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej " nie były specjalnie sygnalizowane przez stronę rządową. Głośno było jednak o przygotowaniach, w…

Readmore..

LWÓW Z WIECZNIE  ŻYWYM BANDERĄ W TLE

LWÓW Z WIECZNIE ŻYWYM BANDERĄ W TLE

/ Lwowska rada obwodowa: 2022 rokiem UPA. - jeden z tego typu cyklicznych marszów ku czci UPA we Lwowie. LWÓW Z WIECZNIE ŻYWYM BANDERĄ W TLE Ukraińska Powstańcza Armia –…

Readmore..

Mapa której nigdy nie zobaczycie w polskojęzycznych mediach.

Mapa której nigdy nie zobaczycie w polskojęzycznych mediach.

11 lipca obchodziliśmy 79. rocznicę Krwawej Niedzieli na Wołyniu.Była to jedna z wielu cyklicznych okazji do uczczenia pamięci ofiar ukraińskiego ludobójstwa ale też tego dnia (ale nie tylko tego dnia)…

Readmore..

Męczennice z Nowogródka

Męczennice z Nowogródka

/ Mocą łaski Bożej, te z pozoru słabe kobiety, zaświadczyły o sile prawdziwej miłości aż po męczeństwo. Z ich życia czerpiemy inspirację i odwagę. https://pl.nazarethfamily.org/?page_id=1263 W lipcu 1943 r. gestapo…

Readmore..

Sierpniowy numer KSI (08/2022) wydany

Sierpniowy numer KSI (08/2022) wydany

W sierpniowej gazecie m.in. Uroczyste obchody operacji „Ostra Brama” 11 lipca na wileńskim cmentarzu Rossa odbyły uroczystości poświęcone 78 rocznicy .. strona 3UPAMIĘTNIENIA 79. ROCZNICY UKRAIŃSKIEGO LUDOBÓJSTWA...Fotorelacja na stronie 5…

Readmore..

Biskup polski na Siczy kozackiej

Biskup polski na Siczy kozackiej

Biskup polski na Siczy kozackiej-opis wydawcy Ziemie ukrainne były opisywane m.in. przez Henryka Sienkiewicza w Trylogii. Zaporoże, Charków – to dla nas, Polaków, dalekie Kresy, nieco zapomniane i mniej znane…

Readmore..

 TYLKO W MORZU KRWI

 TYLKO W MORZU KRWI

/ Wystawa „Błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn – prorok Ukrainy” na Przystanku Historia IPN w Krakowie - Aktualności - Instytut Pamięci Narodowej „Tylko w morzu krwi...” – początek zbrodni ukraińskich nacjonalistów…

Readmore..

Szczęśliwe lata na kochanym Wołyniu

 / Typowe dla tego okresu pastwisko

Lato 1939 roku było wyjątkowo upalne. Dobiegały końca moje ostatnie szczęśliwe wakacje. Zdałam do pierwszej klasy gimnazjum w moim rodzinnym mieście Dubnie. W nowym granatowym mundurku z niebieską tarczą na rękawie chodziłam dumna i z niecierpliwością czekałam pierwszego września – początku nauki. Wakacje te początkowo spędzałam na wsi Kraśnica Ułańska koło Dubna, gdzie rodzice moi posiadali ziemię. Nie uprawiali jej, lecz była oddana w dzierżawę. Co roku wyjeżdżaliśmy tam zapraszając swoje koleżanki ze szkoły. Jakież to były szczęśliwe chwile, gdy po zakończeniu roku szkolnego razem z siostrą Marią i koleżankami jechałyśmy furmanką na wieś. Wtedy nie były w modzie wczasy, a właśnie taki wypoczynek. Rodzice zostawali w mieście pochłonięci swoimi zajęciami, a dzieci wypoczywały czynnie.

Ponieważ gospodarstwo było dość duże, dzierżawca miał trochę dobytku, więc siłą rzeczy na ile nas było stać pomagałyśmy z wielką ochotą w pracach gospodarskich. A więc pasłyśmy krowy, poganiałyśmy konie w kieracie, układałyśmy siano lub słomę. Ale najlepszym zajęciem było jeżdżenie na kieracie i chowanie się w stertach słomy. Była to najlepsza zabawa. Żona dzierżawcy karmiła nas potrawami wiejskimi, przeważnie kwaśnym mlekiem z ziemniakami, pierogami z fasolą i makiem (do dziś pamiętam ten smak). W okresie tym zawsze były żniwa, więc mieszczuchami nikt nie zajmował się. To była prawdziwa wolność. Wieczorami chodziłyśmy po wsi śpiewając pieśni i dumki ukraińskie z miejscową młodzieżą. Wołyń to kraina mlekiem i miodem płynąca, ziemia żyzna. Ludność sympatyczna, rozśpiewana. Nie było żadnych podziałów. A byli tam koloniści niemieccy, Czesi, Ukraińcy, Żydzi i Białorusini-Poleszucy, którzy na żniwa przychodzili na Wołyń w celach zarobkowych. Polaków na wsiach nie było wielu. Wszyscy żyli zgodnie, przyjaźnili się, dopóki nie skłóciła ich wojna. Lata te najmilej wspominam, jako dzieciństwo sielskie-anielskie jak piszą poeci. Do miasta Dubna z Kraśnicy było około 4 km. Ponieważ konie u dzierżawcy letnią porą były często zajęte, więc do miasta i z miasta chodziłyśmy piechotą. To była frajda. Szło się pół dnia, naturalnie kilkakrotnie odpoczywając pod każdym napotkanym krzyżem przydrożnym ustrojonym ręcznikami haftowanymi, na modłę prawosławną. Wspominałyśmy przy tym zasłyszane od starszych jakieś niesamowite opowieści. Bo krzyże te stawiali ludzie zawsze na jakąś cześć. W miejscowości tej były widocznie kiedyś duże boje, na polach widniały jeszcze resztki okopów, które z czasem zostawały zrównywane przez uprawy.

Znajdowało się czasem stare zardzewiałe hełmy, bagnety, łuski itp. pozostałości z czasów I wojny światowej. Miałyśmy nieraz całe arsenały, które potem dzierżawca gdzieś wyrzucał. Była też ogromna dolina – lej, nazwana przez ludność ,,Złodziejską doliną”. Podczas podążania do sklepu należało przez nią przejść. Biegłyśmy wtedy szybko odmawiając pacierz, bojąc się strachów. Pamiętam, że kiedyś podczas zachodu słońca na niebie ukazały się dosłownie jakby okopy. Dziwna poświata. Podobno była to zorza polarna. Chmury były szare – posępne, a promienie słońca przebijające przez nie tworzyły czerwieniejące strugi. Ludność miejscowa wróżyła z tego, że stanie się coś niedobrego, na pewno wojna. Strach nas ogarniał, a było to w sierpniu 1939 roku. Na początku roku właściwie niewiele mówiło się o wojnie, ale już pod koniec wakacji narastał niepokój. Ze wszystkich zjawisk wróżono wojnę, ale my w to nie wierzyliśmy. Jak myśmy wtedy młodo wyglądali! Obecnie coraz częściej wyrywam się z teraźniejszością do przeszłości. Może to cecha wieku bardzo dojrzałego, by jeszcze raz choćby tylko na chwilę znaleźć się w latach, gdy więcej się miało przed sobą nadziei i marzeń niż doświadczeń za sobą. A czy we wspomnieniach można przebierać? Chociaż obecnie cierpię na brak iluzji, ale chciałabym spotkać się z dawnymi przyjaciółmi i przypomnieć te najlepsze, te beztroskie lata życia, które tak mocno utrwaliły się w mej świadomości. Kiedy fikało się koziołki w stodole na sianie w porze żniw, jeździło się na wozach ze zbożem. Kiedy rano wyłaziło się przez okno w koszulach na rosę. A wreszcie śniadanie takie, którego smak dotąd pamiętam – zalewajka, zacierka. O Boże – kiedy to było? Czy w ogóle było? Zaczynam nie wierzyć. Niewiele faktów pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Rodzice nas bardzo kochali, powodziło się nam dobrze. Obie z siostrą miałyśmy na wszystko pieniądze. Ojciec ubolewał tylko, że nie ma syna. Od młodych lat służył w wojsku. W 1915 roku został wcielony do armii carskiej i skierowany do Korpusu Ekspedycyjnego we Francji. Po przewrocie (wybuchu rewolucji w Rosji) wstąpił do organizującej się tam w 1918 r. armii polskiej. Do Polski przybył z armią generała Hallera. Jako oficer w życiu codziennym przejawiał dryl wojskowy. Od czasu do czasu musztrował nas jak chłopców. Nie były to przykre momenty, bo nas kochał. Często opowiadał nam o swoich przejściach z I wojny światowej. Walczył nawet w Afryce. Dzieje Polaków w czasie I wojny były podobne jak w czasie II wojny światowej. Najdłużej jednak był we Francji, miał tam nawet narzeczoną Laurę. Imię to nadał mojej siostrze Marii jako drugie, chyba na jej cześć. Z opowieści Ojca niewiele pozostało, ponieważ w wieku dziecinnym niewiele pamięta się co mówią rodzice. Miałam podobno zdolności do malowania. Uczyłam się nawet u pewnego malarza, ale nauka moja polegała na tym, że rozmazywałam dla kawału palcem farby na palecie. Malarz ten malował przeważnie akty, a ja podczas jego nieobecności domalowywałam wąsy, brody itp., czyniąc szkodę. Nauczył mnie jednak coś niecoś, dobierania kolorów, patrzenia na piękne krajobrazy. Zaczęłam nawet szkicować pejzaże, ale wtedy nudziło mnie to. Moja Mama pięknie śpiewała, grała na pianinie i gitarze. Często śpiewała romanse cygańskie, rosyjskie dumki. Bardzo ładnie ubierała się, miała piękne długie kasztanowe włosy spięte w kok. Nigdy nie wyszła do miasta bez kapelusza i nigdy nie opalała się. Przez Dubno płynęła rzeka Ikwa, tak pięknie opisywana w wierszach przez Słowackiego. Wtedy zdawało mi się, że to była szeroka i duża rzeka. Pływać nauczyłam się nie wiem kiedy, chyba zawsze umiałam. Na przedmieściach Dubna był most na tej rzece zwany Pantalijskim. Wtedy zdawało mi się, że jest niezwykle wysoki i duży. Z niego skakałyśmy z siostrą dając nurki.

W oczach dziecka wszystko wtedy było ogromne, piękne, bo to był rodzinny kraj. Już po latach, w 1968 roku, kiedy przyjechałam do Dubna odwiedzić swoje strony, wszystko było jakieś małe, szare, a ten most okazał się wcale nie taki duży. Miasto, za którym tak tęskniłam przez te wszystkie lata, zastałam zupełnie inne – nie moje. Chodziłyśmy z siostrą po znanych ulicach, które teraz były brudne, zaniedbane, domy odrapane. Nowe władze sowieckie doprowadziły do bałaganu i niedbalstwa. Z kościoła zrobiono dom sportu. Mojej szkoły chyba nigdy nie remontowano, były na niej znaki od kul z czasów wojny. Właściwie żałowałam, że pojechałam do Dubna. Prysły wspomnienia z lat dziecinnych. Widoki zapamiętane z tamtych czasów rozpłynęły się. Takich miejsc związanych z miłymi wspomnieniami nie należy po latach odwiedzać, bo to boli. W Dubnie upłynęły moje najlepsze lata, beztroskie dobre chwile. Tam też przeżyłam pierwszą miłość, właściwie prawie dziecinną, którą wspominam przez cały czas. To było króciutkie wniebowstąpienie, które z nastaniem wojny prysło. Bo pierwsza miłość jest po to, aby wspominać ją przez całe życie i czerpać z niej radość w trudnych chwilach. To nie prawda, że mija jak pierwszy śnieg. We mnie przetrwała. Wspomniałam o niej w dalszej części, gdy po latach dowiedziałam się, gdzie Stach przebywa (Czy pierwsza miłość jest ostatnia, czy ostatnia jest pierwsza, ks. Twardowski).  Pierwszego września 1939 roku naloty, syreny, panika. Czasy sielsko-anielskie odeszły na zawsze. Wczesnym rankiem już było wiadomo, że to wojna. Ludzie biegali niezorientowani, gdzie się kryć. Zaczęto kopać schrony przeciwlotnicze. Młodzież, nie dowierzając co się stało, właściwie nie odczuwała wielkiej trwogi. Nareszcie coś będzie się działo! Ojca mego zmobilizowanego w końcu sierpnia już wcześniej pożegnałyśmy, ale nie bardzo chciałam wierzyć, że to coś poważnego. Wiadomo – wojsko zawsze musi być gotowe, w czas pokoju jak i wojny. Od pierwszego dnia wojny harcerstwo przystąpiło do działania. Mieliśmy rozdysponowane swoje funkcje. Jedni do szpitala, drudzy na dworzec kolejowy, inni do kopania schronów, opieki nad dziećmi. Zaczęły napływać masy uciekinierów z zachodu. Mnie przypadło w udziale dyżurować na dworcu kolejowym w Dubnie. Służba nasza polegała na wynoszeniu do pociągów wiozących żołnierzy na front gorącej herbaty i chleba, o który już wtedy było trudno. Nie wiem dlaczego, ale od razu zostały zamknięte wszystkie sklepy. Dla młodszego harcerstwa ciężka to była służba, trwająca na zmianę w dzień i w noc. Wtedy wszyscy byli tak pełni optymizmu, że to nie potrwa długo, więc z zapałem wykonywali te obowiązki. Zresztą wychowywano nas w duchu patriotyzmu zarówno w domu jak i w szkole. Każdy z nas wiedział, że służy Ojczyźnie. Wierzyliśmy, że niebawem zwyciężymy. Jeszcze czwartego września odbywała się nauka w szkołach. To dowód, że nie wierzono w klęskę. Moje gimnazjum zaraz przekształcono w szpital, a wszystkie klasy odbywały zajęcia w kościele. Co za pomysł i odwaga. Ale lekcji było niewiele, raptem przez kilka dni. Zapamiętałam taki fakt, kiedy siedzieliśmy w ławkach kościelnych z profesorem, aż tu nagle syreny, bomby, alarm, popłoch. Rzuciliśmy się do drzwi. Następnego dnia już nikt nie przyszedł na lekcje. Zaczęło się prawdziwe bombardowanie. Schronów było mało, więc ludzie kryli się, gdzie mogli. Samoloty nie tylko zrzucały bomby, ale jeszcze zniżały się i bezpośrednio strzelały do ludności. Raz cudem uniknęłam śmierci. Schowałam się za śmietnik, a obok został raniony człowiek. Wtedy dla mnie naprawdę zaczęła się wojna. Bałam się. Moja siostra ze strachu omal nie wpadła do jakiegoś lochu, bo myślała, że to schron. Nie wiem dlaczego, ale my z siostrą ciągle byłyśmy na ulicy, uciekałyśmy z domu i mama nasza nie wiedziała co się z nami dzieje. Zresztą ja ciągle byłam zaangażowana w służbę harcerską. Do szpitala przybywało coraz więcej rannych. Chodziłyśmy do nich, spełniałyśmy usługi. Przynosiłam dla nich prosto z piekarni wystany w kolejce chleb i bułki. Z domu wynosiłam mydło, ręczniki, przybory do golenia. Pomagałam rannym w ich toalecie. Wiedziałyśmy jak bardzo poszkodowani w walkach żołnierze czekają na nas. Pielęgniarek było mało. Jeden taki dzień utkwił mi w pamięci. Byłam w szpitalu na piętrze, na sali ciężko rannych. Nagle odezwały się syreny alarmowe, był nalot. Nigdy nie zapomnę przerażenia w oczach rannych. Z innych sal lżej ranni schodzili z pięter o kulach, niektórym pomagały harcerki. Z sali, w której przebywałam dwóch rannych nie mogło ruszyć się z łóżka. Ja nie mogłam oderwać oczu od ich przerażonych, błagalnych spojrzeń. Nie mogłam im pomóc. Ale zaraz zjawili się jacyś ludzie z noszami, wzięli ich i znieśli do ogrodu, gdzie zgromadzili się już wszyscy ranni i służba medyczna. Ja szłam obok tych noszy i jeden z rannych trzymał mnie za rękę.

Teraz dopiero rozumiem dlaczego. Widocznie odczuwał potrzebę posiadania obok siebie kogoś bliskiego, obojętnie kogo. A ja sama prawie dziecko – miałam 13 lat – pocieszałam go, że zaraz zejdziemy. Syreny wyły, samoloty warczały, a ja umierałam ze strachu, że zaraz padnie bomba. Na szczęście nic się nie stało. Po alarmie ranni wrócili do szpitala. Nie wiem w jakiej randze byli ci żołnierze, ale do tej pory pamiętam ich przerażone oczy. Mój Ojciec może też potrzebował czyjejś pomocy. Od Niego nadszedł pierwszy list z frontu. Pisał, że przydzielono go na początku do DOK Lublin, był adiutantem jakiegoś dostojnika wojskowego. Długo nie wytrzymał i poprosił o przeniesienie w bezpośrednie działania frontowe. Pisał, że został ranny, szczęśliwie bo tylko w palec. Przyszedł jeszcze drugi list, a potem już nie było nic wiadomo. Do Dubna przybywało coraz więcej uciekinierów cywili oraz żołnierzy z rozbitych jednostek wojskowych. Na drogach stały porzucone samochody niesprawne z powodu braku paliwa, leżały zabite konie, trupy ludzkie. Któregoś dnia pod wieczór na schodach domu, w którym mieszkałyśmy rozlokowali się licznie jacyś piloci, z rannym dowódcą. Pamiętam, że miał ramię na temblaku. Ale oni byli jeszcze weseli, śpiewali ,,Marsyliankę”. Może była to cała eskadra. Dowódcę zaprosiłyśmy do naszego mieszkania. U nas przenocował i opowiadał nam o walkach w sposób dość optymistyczny. Był w dobrym nastroju. Pozostali piloci nocowali u nas na schodach bo nie było miejsca w mieszkaniu. Oczywiście byli przez nas częstowani jedzeniem, którego niewiele miałyśmy. Wtedy nieraz wspomagaliśmy żołnierzy z rozbitych jednostek. W ogóle w czasie kampanii wrześniowej ludność cywilna chętnie niosła pomoc walczącym żołnierzom. Naloty i bombardowania miały miejsce kilka razy dziennie. W Dubnie były koszary, stacja kolejowa, duże zakłady mięsne, które Niemcy obierali jako cel ataku powietrznego. Pierwsza połowa września była bardzo upalna. Sady obrodziły owocami. Z powodu braku jedzenia, chodziło się do tych sadów, które były już bezpańskie. I tak ludzie ratowali się przed głodem. Nasz dzierżawca przyjechał z Kraśnicy, aby zabrać nas na wieś.

Nie wiem dlaczego Mama nasza na to nie pozwoliła. Widocznie wolała pozostać w mieście i nas mieć przy sobie. Przywiózł nam trochę produktów bo zapasów żywności u nas nie było. Ludzie nawzajem bardzo pomagali sobie, dzielili się czym kto miał. Panowała ogólna życzliwość. Tak dzieje się w obliczu zagrożenia. Dubno rozkopano budując schrony, których dla wszystkich nie starczyło. Chowano się więc w piwnicach. Mieszkaliśmy obok zamku Ostrogskich, w którym ludność również znajdowała schronienie. Już w połowie września czuło się, że chyba wojnę przegramy. Coraz więcej widzieliśmy żołnierzy z rozbitych jednostek. Wracali smutni, coraz więcej uciekinierów z zachodu. Bombardowanie jakby ustało, ale nadziei na spokój nie było. Brak żywności dokuczał. Rarytasem był chleb ze smalcem. Po ulicach snuli się ludzie smutni i zabłąkani. Nie wiadomo było jakie są władze i czy w ogóle są. Ciągłe przemarsze wojsk polskich sprawiało wrażenie, że front cofa się na wschód. O naszym Ojcu nic nie wiedziałyśmy. Pieniądze, które mama posiadała zupełnie straciły wartość. Żywność kupowało się na wsi w zamian za odzież. Mimo to nigdzie nie ruszałyśmy się bo czekałyśmy na Ojca. Moje koleżanki i koledzy porozjeżdżali się. Przybywało coraz więcej uciekinierów z zachodu. Nie wiedzieli, że czeka ich najazd sowiecki i wywózka na Sybir.

17 września 1939 roku

W nocy z 16 na 17 września 1939 roku usłyszeliśmy jakby przemarsz wojsk. Równocześnie odezwały się strzały. Wyglądało, że rozpoczęła się walka. Nikt nie wiedział kto z kim walczy. Ludzie ostrożnie wyglądali przez okna. W ciemności nie odróżniano tych wojsk. Myślano, że Niemcy już zajmują miasto, a pozostałe polskie jednostki wojskowe jeszcze się bronią. Ta strzelanina trwała do rana. My z Mamą leżałyśmy cały czas na podłodze w naszym mieszkaniu, odmawiając pacierze, drżąc ze strachu. Były wypadki, że zbłąkane kule trafiały w okna. Rano 17 września już było wiadomo, że na nasze tereny wkroczyła armia sowiecka. Podobno w nocy polskie oddziały, które wycofywały się na wschód usiłowały zagrodzić drogę jednostkom sowieckim. Wywiązywały się małe potyczki. Pamiętam dobrze ten dzień i te wojska sowieckie, te skośne oczy. Żołnierze jechali wozami ciągnionymi przez małe koniki. Uprząż powiązana sznurkami. Ubrani byle jak. Dużo skośnookich. Na plecach jakieś worki, podarte obuwie. Sprzęt wojskowy również ciągnęły małe konie. Widać było, że ludzie i konie są głodni. Każde przydrożne drzewo owocowe zostało natychmiast ogołocone z owoców, a przydrożne ogrody z warzyw. Jedli surowe warzywa i zbierali do worków – plecaków powiązanych sznurkami. Odnosiło się wrażenie, że nigdy niczego nie widzieli i zawsze byli głodni. Nędzne i biedne wojsko. Nikt z Polaków nie wychodził na ulicę. Obserwowano sytuację z ukrycia. Bano się ich, wyglądali strasznie. Powitanie wojsk sowieckich zgotowali komuniści, wśród których dominowali Żydzi z czerwonymi opaskami. Witano ich kwiatami, były przemówienia.

W Dubnie nie było wodociągów, więc wodę wozili w beczkach i nosili do domów przeważnie Żydzi. Dla nas usługę tę sprawowała Żydówka Perla. Z chwilą wkroczenia wojsk sowieckich, powiedziała mojej Mamie, że teraz to my jej będziemy nosili wodę, bo czasy odmieniły się. Nastała dla nich wolność spod pańskiej Polski. Ciekawe, co się z nią stało. Część sowieckiego wojska została w Dubnie i zaczęły się sowieckie rządy. Zdarzały się rabunki domów, magazynów. Żony dowódców, które prawie natychmiast przyjechały za mężami też przedstawiały obraz nędzy. Każda była w kapeluszu czerwonym lub zielonym, na nogach walonki i byle jakie ubranie. Ale już po tygodniu chodziły po mieście ,,wystrojone” w nocne koszule damskie, w pasy do podwiązek noszone na spódnice itp. Było jeszcze ciepło, więc mogły prezentować takie stroje budzące odrazę i świadczące o prymitywizmie tych ludzi. Widziałam też taki obrazek: Jacyś dwaj żołnierze zrabowali duży dywan, rozłożyli na chodniku, przecięli na połowę i każdy wziął jedną część. Obaj byli zadowoleni. To była dzicz, która dorwała się do dóbr dzieląc je po swojemu. Zaczęły się też różne ,,mityngi”, wiece, ustawianie na ulicach gwiazd, portretów Lenina i Stalina. Wszystko to było w podzięce za ,,wyzwolenie” tych naszych wschodnich terenów od ,,panów” i oficerów. Słyszałam o takim zajściu: Pewna kobieta wiejska stanęła przy jednym z portretów i zaczęła wymieniać: dziękujemy ci Stalinie, że nas wybawiłeś od chleba, słoniny itp. Została natychmiast aresztowana. W ogóle zaczęły się aresztowania, internowania wojskowych i cywilów. Prawie codziennie widziało się jakieś oddziały wojsk polskich, niedobitki, które pędzone przez Niemców wpadały w pułapkę wojsk sowieckich. Smutny to był widok. Szli razem w jednej kolumnie szeregowi i wyżsi oficerowie. Wszyscy jeszcze w polskich mundurach lecz pozbawionych dystynkcji, naramienników i oczywiście broni. Płaszcze i mundury nosiły ślady kul, niektórzy byli ranni. Szli z podniesionymi do góry rękami, co miało oznaczać że poddają się dobrowolnie. Przez Dubno tylko przechodzili, pędzono ich dalej na wschód do obozów. W tym czasie o naszym Ojcu jeszcze nic nie wiedziałyśmy i dlatego zawsze przypatrywałyśmy się tym kolumnom szukając znajomej twarzy. A żołnierze sowieccy rabowali co mogli, byli bezkarni, nic nie kupowali tylko zabierali. Szkoły były nieczynne, młodzież wałęsała się bezczynnie. Sklepy ogołocono z towarów, brakowało chleba. Panowało ogólne przygnębienie. Zaczęto rejestrować ludzi i ich dobytek: rowery, maszyny itp. Dokonywano wywłaszczenia ziemian i bogatych chłopów. Żołnierze sowieccy, którzy zetknęli się z obfitością jedzenia, nie powstrzymywali się od grabieży. Szczególnie interesowały ich zegarki. Pewien sowiecki oficer zaniósł do zegarmistrza budzik i kazał przerobić go na ręczny zegarek. Były też akty zemsty przez miejscowych Żydów, Ukraińców, Rusinów. Kto miał do kogoś złość, to donosił sowieckim władzom. Były porachunki osobiste. Stosowano rozmaitego rodzaju podstępy. Kazano o określonej godzinie zebrać się wszystkim mężczyznom w jakiejś miejscowości pod pozorem zebrania, po czym wszystkich aresztowano. Ponieważ wielu ludzi uciekało wtedy przez zieloną granicę pod okupację niemiecką, do Rumunii lub na Węgry, NKWD zorganizowało sieć przewodników, do których docierali chętni do ucieczki. W rezultacie wpadali na granicy w ręce NKWD. Na początku października 1939 r. nadeszła wiadomość od mojego Ojca. Przywiózł ją jakiś wieśniak, który zjawił się w Dubnie z listem do nas. List pisany przez Ojca zawierał parę słów: ,,jestem zdrowy, mieszkam w Łucku u szwagra, przyjeżdżajcie do mnie tą furmanką”. Żadna komunikacja już nie jeździła. Naturalnie wielka radość, że żyje, ale i obawa jak zawieźć na lichej furmance wieśniaczej nasz dobytek. Mama postanowiła, że jeszcze tego samego dnia wyjechałyśmy z Dubna do Łucka. Ojciec nasz po szczęśliwym powrocie z frontu bał się wracać do Dubna, gdzie wszyscy go znali. Zatrzymał się w Łucku. Miał wielkie zasługi w walkach podczas pierwszej wojny światowej oraz w wojnie polsko-bolszewickiej. Posiadał wiele odznaczeń. Polacy aktywnie uczestniczący w odpieraniu komunistycznego wroga ze wschodu, byli szczególnie narażeni na aresztowania i odwet Rosjan. Dlatego mój Ojciec nie wrócił do domu, a nas prosił o przyjazd do niego. I tak w pierwszych dniach października pożegnałam moje ukochane Dubno na zawsze. Zabrałyśmy ze sobą tylko osobiste rzeczy, trochę odzieży i jedzenie na drogę. Mieszkanie Mama zamknęła na klucz, w nadziei, że jeszcze wrócimy, ale to już nie zdarzyło się nigdy. Nie wiem co stało się z naszymi meblami i innymi rzeczami. Po latach, gdy odwiedziłam Dubno (1968 r.), mieszkali tam ludzie obcy, przybysze z głębi Związku Sowieckiego. Byłam nawet u nich i spostrzegłam nasz stół stojący w korytarzu, który poznałam po inicjałach wyrytych dla zabawy przy odrabianiu lekcji. Jeździłam też do naszej wsi Kraśnicy Ułańskiej, ale zorganizowano tam kołchoz. Miedze zaorane, budynki zburzone, nic nie pozostało z tego co było mi znajome. Nie umiałam nawet poznać, gdzie stał nasz dom. Wszędzie tylko pola, nawet drogi zaorane. Pamiętam jak dziś ten smutny dzień, gdy opuszczałam moje rodzinne miasto. Z nikim nie mogłam pożegnać się bo nasz wyjazd ze względu na Ojca miał być tajemnicą. Usiadłyśmy więc na ten nędzny wóz, Mama, siostra Maria (Niunia) i ja. Mieszkaliśmy w śródmieściu, więc musiałyśmy przejechać przez całe miasto. Nie rzucało się to szczególnie w oczy bo takich jak my było wiele rodzin. Wyglądało to śmiesznie. My z siostrą ubrane przyzwoicie z miejska, Mama również, chyba nawet miała kapelusz (bez kapelusza nigdy nie wychodziła z domu), jakaś walizka, jakiś kosz i tu nędzna furmanka wyścielona słomą ciągnięta przez jedną szkapę. Uśmiecham się na wspomnienie.

Teraz po latach, gdy wspominam naszą wędrówkę, śmieję się do siebie. Jak to zabawnie musiało wyglądać, ale wtedy jakże szczęśliwe byłyśmy, że jedziemy do Ojca i brata Mamy. Będziemy miały opiekę bo nasza Mama była bardzo niezaradna. Wtedy to ostatni raz widziałam Stacha, stał z kolegą, a ja nie miałam odwagi pomachać ręką na pożegnanie. Teraz po latach ten jeden jedyny dzień wspominam, wraca do mnie jak echo. Pożegnanie z ukochanym miastem, właściwie pożegnanie z moim dzieciństwem. Potem mimo młodego wieku, stałam się dorosła, samodzielna, odpowiedzialna. Zaczęło się dla mnie tułacze życie. Żegnaj dzieciństwo i kochane miasto! Z Dubna do Łucka było 54 km. Jechałyśmy cały dzień. Miałyśmy przeprawę z naszym woźnicą, który w połowie drogi zażądał od Mamy dodatkowej zapłaty w złocie bo w przeciwnym razie zostawi nas same na drodze. W liście od Ojca było zaznaczone, że jest opłacony z góry. W owych czasach zdarzały się takie wypadki, gdy jedni ledwo uciekali z życiem, drudzy żerowali na nich okradając ich mieszkania. Gdy zaczęło się bombardowanie miast, ludzie uciekali z domostw. Wieśniacy zaś przyjeżdżali furmankami po ich dobytek. Hieny zawsze były i są. Mama załagodziła nieuczciwe zapędy owego wieśniaka jednym pierścionkiem. Jesteśmy już w Łucku, radosne przywitanie z Ojcem. Z jego opowiadań pamiętam, że sam poprosił dowódców, aby go skierowano na front. Niedługo jednak trwała Jego walka. Gdy już było wiadomo, że zbliża się klęska naszych wojsk, że trzeba wycofać się na wschód i na południe, został przydzielony jako ochrona taboru wiozącego jakieś papiery, pieniądze i inne ważne rzeczy. Jechali na południe w stronę Zaleszczyk, aby skierować się ku rumuńskiej granicy. Z tego zrozumiałam, że razem z naszym rządem wywożono do Rumunii coś bardzo ważnego. Trasa wiodła od Warszawy przez Brześć, Kowel, Łuck i dalej na południe. Ponieważ nasz Ojciec nie wiedział co się działo z nami, ale przypuszczał, że możemy być w Łucku. Spowodował, żeby samochód, którym jechał skręcił w ulicę, gdzie mieszkał Mamy brat. Poprosił kierowcę, aby na chwilę zatrzymał się przed tym domem, a On tylko wejdzie, zapyta o nas i zaraz wróci. Długo to nie trwało, ale niestety gdy wyszedł pojazdu już nie było. Przypuszczał, iż wojsko sowieckie zgarnęło ten samochód wraz z wiezionym dobrem lub po prostu kierowca bojąc się, że to może nastąpić, ruszył w dalszą drogę. I tak został w Łucku nie przeczuwając co go tu spotka. Przebrał się w cywilne ubranie, zdał broń i myślał o przedostaniu się do swego miejsca urodzenia t.j. na Lubelszczyznę. A były to czasy kiedy jedni ludzie uciekali z Niemiec do Związku Sowieckiego, a inni ze Związku (od bolszewików) do Niemiec. Nikt nie wiedział gdzie będzie lepiej. Tak to nasz Ojciec postanowił przejść ,,zieloną granicę” z przewodnikiem sowicie opłaconym. Były już wyrobione dokumenty na inne nazwisko i 11 listopada 1939 r. w nocy miał być przeprowadzony. Niestety przewodnik okazał się zdrajcą. Wieczorem tego dnia otoczyli nasz dom NKWDiści z bagnetami na karabinach. Przyszli aresztować naszego Ojca. Zrobili rewizję, zabrali co cenniejsze przedmioty, dokumenty. Mnie i Mamie nie pozwolili zbliżyć się do Ojca. Nałożyli kajdanki na ręce i wyprowadzili do samochodu. Tyle lat już minęło, a ja ciągle mam przed oczami ten widok. Skute ręce, węzełek jakby kanapka, na nogach pantofle bo było jeszcze ciepło. Od tej pory ślad po Ojcu zaginął. Mama pytała w Kijowie i we Lwowie i jeszcze w innych miastach dokąd został wywieziony. Żadnych wiadomości. Ja i siostra chodziłyśmy do gimnazjum polskiego w Łucku. Było też żydowskie, rosyjskie i ukraińskie bo takie utworzyli sowieci. Nauka odbywała się na dwie zmiany z powodu bardzo dużej ilości uciekinierów, którzy także się uczyli. Jeśli były przepełnione jedne klasy, to uczniów przesuwano do innych nie zwracając uwagi na roczniki. Ja byłam uczennicą pierwszej klasy, a czasem siedziałam w drugiej lub trzeciej. Był obowiązek uczenia się. Nikt nie przywiązywał wagi do stopni. Władze sowieckie pilnowały tylko tego, aby młodzież i dzieci przebywały w szkole, to wystarczało. W ten sposób chodząc po różnych klasach miałam same oceny niedostateczne. Jak można było uczyć się, gdy w nocy stało się w kolejce po chleb, a w ciągu dnia należało przebywać szkole. Stanie w nocnych kolejkach też czasami było zabawne. Cała młodzież wychodziła z domu przynosząc z sobą coś do rozpalenia ogniska (papiery, drewno ze starych mebli, słomę). W zimie, gdy panowały silne mrozy, bez ogrzewania się nad ogniskiem nie można byłoby wystać w kolejkach przed sklepami. A mrozy 1940 roku osiągały temperaturę do -30ºC. Mówiono, że to sowieci przynieśli z sobą tak srogą zimę. Jak można było uczyć się w takich warunkach. Zresztą wszyscy wierzyli, że to wszystko rychło się skończy. Już w styczniu 1940 r. dochodziły wieści, że zaczęły się wywózki ludności polskiej na Sybir. Na stacjach stały tak zwane ,,ciepłuszki”, bydlęce wagony, którymi jak mawiano będą wywożeni Polacy. Nasza mama nie mogła uwierzyć w to, że nas też mogą wywieźć. Inni ludzie uciekali do innych miast, przekraczali ,,zieloną granicę”, a my ciągle czekałyśmy, że wróci nasz Ojciec. Zresztą dokąd miałybyśmy uciekać. Łuck to było znajome nam miasto i tu czułyśmy się bezpiecznie u wujka, który był aptekarzem i wówczas coś zarabiał w upaństwowionej aptece. Innych dochodów nie mieliśmy. Pieniądze, które wypłacono naszemu Ojcu po kapitulacji, słynne pięciusetzłotowe ,,dębaki” straciły ważność. Niewielka ich ilość została wymieniona wcześniej po bardzo niskiej cenie, reszta przepadła. Dobrze, że dom był duży, więc mieszkali u nas na stancji uczniowie ze wsi, którzy płacili żywnością.

Byli różni, chodzili do gimnazjum rosyjskiego, polskiego, ukraińskiego. Wynikały z tego niekiedy narodowościowe konflikty. Wtedy traktowano je jako młodzieńcze ,,gorące głowy”. Potem okazało się, że były to już nacjonalistyczne zapędy, podsycane przez bolszewików, a potem przez Niemców, których ofiarą stało się wielu Polaków. W Dubnie miałam kolegę, syna komisarza policji. Przyjaźniliśmy się. Był trochę starszy, chodził do trzeciej klasy gimnazjum. Będąc dość wysoka jak na swój wiek, miałam zwykle koleżanki i kolegów starszych od siebie. W listopadzie 1939 roku przyszedł piechotą z Dubna do Łucka. Nazywał się Józek Leis. Był w drodze do Szepietówki, wówczas miasta granicznego. Od niego dowiedziałam się, że jago ojciec jest internowany i tam przebywa. Powziął więc zamiar wymienienia go i chciał się ze mną pożegnać (wtedy jeszcze taka była młodzież). Od tej pory ślad po nim zaginął, prawdopodobnie nie został wymieniony na ojca, lecz razem z nim internowany jako jeniec wojenny i rozstrzelany. Po latach dowiedziałam się, że jego ojciec figuruje w spisach rozstrzelanych jeńców, a o nim niczego nie zdołałam się dowiedzieć. W ogóle wtedy żyło się w ciągłym strachu, że coś się stanie. Każdy przeżyty dzień był darowany. Nawet nie pamiętam pierwszej wigilii 1939 roku bez Ojca. Musiała być bardzo smutna. Jak już wspominałam rozrywką były kolejki za chlebem, cukrem no i chodzenie do szkoły bez książek, poznawanie coraz to nowych uczniów, uciekinierów z pod okupacji niemieckiej. Wtedy chodziły wieści, że Niemcy już mordują, więc tu czuli się bezpiecznie. O, jak przeliczyli się, prawie wszyscy wylądowali na Syberii podczas trzeciej wywózki w czerwcu 1940 r., a potem w czerwcu 1941 r. na dzień przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej. Ci mordercy zdążyli jeszcze na dzień przed wybuchem wojny t.j. 22 czerwca 1941 r. wywieźć wszystkich uciekinierów. Najwięcej było Żydów spod okupacji niemieckiej. Dopiero będąc już w Kazachstanie dowiedzieliśmy się o nich bo zostali przywiezieni do nas. Z nimi żyliśmy w zgodzie, nawet pomagali nam, bo byli zamożni. Pochodzili przeważnie z Białegostoku i okolic. Ja ze wszystkimi byłam zaprzyjaźniona. Bywały też kłótnie, bo Żydówki wykorzystywały nas uchylając się od pracy. Był też jeden chłopak, który nie przyznawał się, że jest Żydem. Miał 18 lat. Podobno podobałam się mu. On woził do traktorów paliwo, które było cenne, gdyż służyło do oświetlania ziemianki. Zawsze dawał mi butelkę tego paliwa, które mogłam też sprzedać. Razem wracaliśmy do Polski w jednym wagonie. Wywiązała się między nami przyjaźń z obietnicą spotkania. Niestety my zostałyśmy w punkcie zbornym w Poznaniu, on wyjechał do Szczecina, a stamtąd do Izraela. Jakiś czas korespondencja trwała, młodość ma swoje prawa. Potem poznałam innych chłopców i urwała się, czego obecnie żałuję. Na starość chciałabym wiedzieć coś o nim.

P/w tekst to fragment opowieści autorki zatytułowany : " Moje wspomnienia z Syberii " zamieszczony  w  RADZYŃSKIM ROCZNIKU HUMANISTYCZNYM tom 10, 2012 R.

Wyszukał, wybrał i wstawił B.Szarwiło