Dzisiaj jest: 19 Listopad 2017        Imieniny: Elżbieta, Seweryn, Paweł
A na masowych mogiłach ofiar  UPA nadal nie zapłoną znicze

A na masowych mogiłach ofiar UPA nadal nie zapłoną znicze

1 i 2 listopada czyli podczas uroczystości Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny, ,Polacy, jak i osoby o innych przekonaniach, udadzą się na cmentarze w kraju oraz poza jego obecnymi…

Readmore..

ORLĘTA LWOWSKIE

ORLĘTA LWOWSKIE

Bohaterstwo Orląt Lwowskich należy do polskich Czynów Niepodległościowych broniących kresowych ziem i miasta semper fidelis - zawsze wiernego Ojczyźnie Lwowa.Obrona kresowej strażnicy będącej skarbcem kultury polskiej, funkcjonuje podobnie jak obrona…

Readmore..

To nie jest historia Kresów, to jest historia Polski

To nie jest historia Kresów, to jest historia Polski

/ foto- Krótka Historia Polski - http://www.polskailustracjadladzieci.pl/2014/09/nowosc-krotka-historia-polski.html Nowoczesne narody, te które mają korzenie, mają tradycję, mają historię, pamiętają o swojej przeszłości – przypomniał prof. Stanisław Nicieja podczas VIII Dni Kultury…

Readmore..

Tej nocy z Lasu Świnarzyńskiego  wyszły upiory z siekierami na  niewinny i śpiący Dominopol  nad Turią

Tej nocy z Lasu Świnarzyńskiego wyszły upiory z siekierami na niewinny i śpiący Dominopol nad Turią

/ Zdjęcie: Sławomir Tomasz Roch i Lucyna Schiesler z d. Różycka 19 lipca 2011 r. w miejscowości Gościm na Ziemi Lubuskiej. W maju 1943 r. banderowcy zabrali ze sobą do…

Readmore..

Ślepa wierność stereotypom  tkwi w sensie narodowości

Ślepa wierność stereotypom tkwi w sensie narodowości

Bezprecedensowy w ciągu całego okresu powojennego propagandowy atak na litewskich Polaków wynika z nieudolnie maskowanej bliskowzrocznej chęci znaczącej części społeczeństwa litewskiego depolonizować Wileńszczyznę.Natomiast polityczna „wierchuszka”, budząc ukryte animozje i reanimując…

Readmore..

Subiektywizacja moralności

Subiektywizacja moralności

/ kadr ze zwiastuna filmu „Podwójne korzenie” Grupa wykładowców wydziału historii, muzealnictwa i dziedzictwa kulturowego Politechniki Lwowskiej wyszła z inicjatywą nadania uczelni imienia Stepana Bandery. - Przyczyniłoby się to do…

Readmore..

Tragi-farsa przyjaźni  polsko-ukraińskiej

Tragi-farsa przyjaźni polsko-ukraińskiej

/ Robert Choma nadal jest persona non grata na Ukrainie. Fot. Monika Kamińska Tragi-farsa „przyjaźni polsko-ukraińskiej” trwa i w 2017 roku zaprezentowała nowe spektakle. W styczniu prezydent Przemyśla Robert Choma…

Readmore..

Wspomnienie Ś.P. Kpt. Józefa Dzikowskiego  (7.04.1925- 23.09.2017)

Wspomnienie Ś.P. Kpt. Józefa Dzikowskiego (7.04.1925- 23.09.2017)

Kpt. Józef Dzikowski ps. „Grusza” żołnierz 27 DAK urodził się 7 kwietnia1925 roku w Zaturcach na Wołyniu. Miał 17 lat, kiedy w czerwcu 1942 roku został wywieziony na roboty do…

Readmore..

OBRONA LWOWA W LISTOPADZIE 1918 ROKU FENOMEN I WOJNY ŚWIATOWEJ.

OBRONA LWOWA W LISTOPADZIE 1918 ROKU FENOMEN I WOJNY ŚWIATOWEJ.

OBRAZ PRAWDZIWY WALKI MILITARNEJ I POLITYCZNEJ. W tym 2017 roku, 22 listopada obchodzić będziemy 99 rocznicę Obrony Lwowa. Owa rocznica bohaterskiej Obrony Lwowa, powinna przyczynić się do pobudzenia badań nad…

Readmore..

W  Szczecinie coraz bliżej do godnego  upamiętnienia ofiar zbrodni OUN-UPA

W Szczecinie coraz bliżej do godnego upamiętnienia ofiar zbrodni OUN-UPA

Szczecin 11 lipca 2018 r. dołączy do tych miast, które już mają takie Pomniki Pamięci Ofiar ludobójstwa OUN-UPA na Kresach Wschodnich. 27 października 2017 r., na szczecińskim Cmentarzu Centralnym odbyła…

Readmore..

14 października - wmurowanie Aktu Erekcyjnego pod Pomnik Ofiar  Wołynia w Lublinie

14 października - wmurowanie Aktu Erekcyjnego pod Pomnik Ofiar Wołynia w Lublinie

Wmurowanie Aktu Erekcyjnego pod pomnik Ofiar Wołynia w Lublinie w dniu14 października 2017 r. Dnia 14 października na Ukrainie obchodzone jest święto: patriotyczne, religijne, kozackie, wojskowe oraz utworzenie UPA i…

Readmore..

Ukrpol zamiast intermarium

Ukrpol zamiast intermarium

W Rosji gościła z oficjalną wizytą prezydent Chorwacji Kolindra Grabar-Kitarović. 18 października spotkała się w Soczi z Władimirem Putinem. Rozmowy dotyczyły głównie spraw gospodarczych. Grabar-Kitarović zadeklarowała, że Chorwacja chciałaby rozszerzyć…

Readmore..

23 sierpnia 1943 roku - Zagłada Majdanu

IPN zakończył śledztwo w sprawie okrutnej zbrodni popełnionej przez Ukraińcach na Polesiu. Ofiarami byli polscy mieszkańcy wsi Majdan. Napisał w swoim artykule: „ Polacy zabici siekierami „ Marek Kozubal ( „Rz”, 31.07.2015). Pion śledczy szczecińskiego oddziału IPN zakończył śledztwo w sprawie zbrodni popełnionej 23 sierpnia 1943 r. w miejscowości Majdan w dawnym powiecie Kamień Koszyrski na Polesiu. Jak ustalił IPN wieś ta była zamieszkała przez osoby narodowości polskiej i ukraińskiej, przy czym większość rodzin stanowili Polacy. Były również małżeństwa mieszane. (...) „Jeszcze przed zajściem z dnia 23 sierpnia sierpniem 1943 r. mieszkańcy wsi Majdan po nocach ukrywali się przed nacjonalistami ukraińskimi w lesie w obawie o swoje życie.

W tym czasie zdarzały się napady na inne polskie wsie w trakcie których ginęli Polacy» - opisują historycy IPN. (...)»Z zebranego w sprawie materiału dowodowego w sposób jednoznaczny wynika, iż dokonane zbiorowe zabójstwo miało podłoże narodowościowe. Celem sprawców była eliminacja ludności narodowości polskiej zamieszkałej na tym terenie” - nie ma wątpliwości prokurator IPN. Jednak nie udało mu się ustalić sprawców dokonanych mordów. Dlatego śledztwo zostało umorzone.
Znalazłem wspomnienia Józefa Kozakiewicza który  jednak podał nazwisko odpowiedzialnego za zbrodnie w Majdanie. Wspomnienia zaczął od słów : « Polesie jest krainą, gdzie żyli mój dziadek i babcia, tam urodzili się moi trzej stryjowie a także moi ojciec i matka. Ja również tam się urodziłem i przeżyłem swoje młodzieńcze lata. Kiedy opuszczałem ten kraj, miałem niespełna dwadzieścia lat. „ W części zatytułowanej „ Zagłada Majdanu „ napisał między innymi. „ W zimie 1942/43, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów powołała do życia na terenach Polesia, Wołynia i Podola terrorystyczne oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii pod naczelnym dowództwem Romana Szuchewicza, sfaszyzowanego Ukraińca ze Lwowa, który występował pod pseudonimem „Taras Czuprynka”. Był niezwykle zajadłym wrogiem Polaków mieszkających na Kresach Rzeczypospolitej. Posiadał wyższe wykształcenie zdobyte na Politechnice Lwowskiej. W czasie służby wojskowej w Wojsku Polskim w latach 1928-29 nie pozwolono mu na ukończenie podchorążówki i przeniesiono do innego pułku. Wyszkolenie wojskowe uzupełnił później w Niemczech. Cechy osobowości i charakteru obleczone otoczką intelektu utorowały mu drogę do zorganizowania terrorystycznych sotni Ukraińskiej Powstańczej Armii i sprawowania nad nimi naczelnego dowództwa. Generał Roman Szuchewicz zwerbował do swych sotni UPA ochotników wywodzących się ze skrajnego marginesu społeczności ukraińskiej i uzbroił ich w lekką broń palną, podarowaną przez hitlerowców. W charakterze zaplecza dla zorganizowanych ochotniczych oddziałów UPA, szczególnie na terenach wiejskich, gdzie mieściły się większe skupiska Polaków, powstały również ochotnicze związki paramilitarne, czyli terrorystyczno-rabunkowe cywilbandy zdegenerowanych chłopów ukraińskich, którzy podczas swych zbrodniczych działań posługiwali się głównie siekierami, nożami, bagnetami, widłami, szpadlami i tym podobnymi narzędziami mordu. Taka właśnie organizacja została utworzona również spośród mieszkańców ukraińskich wiosek leżących wokół Majdanu . Jej dowódcą został nacjonalista ukraiński o nazwisku Hocek. Nad Majdanem zawisło groźne niebezpieczeństwo. Już wkrótce, w okresie wiosny 1943 roku, niektórzy, bardziej ostrożni i przezorni majdaniacy, wyczuwali i domyślali się, że ta zorganizowana banda ukraińskich zbirów wywodzących się ze wsi Werchy, Karasin i Karpiłówka przygotowuje się do napadu na Majdan. Docierały bowiem do nich niepokojące wieści, że tu i ówdzie zamordowano Polaka lub dokonano zbiorowego morderstwa na ludności polskiej. Niektórzy Ukraińcy z pobliskich wiosek wiedząc co się święci, doradzali poufnie, by majdaniacy dla własnego bezpieczeństwa wyprowadzali się gdziekolwiek. Inni zachęcali, aby pozostali na swych posiadłościach i zapewniali, że majdaniakom nie grozi żadne niebezpieczeństwo ze strony mieszkańców ukraińskich z sąsiednich wiosek. Przy tym głosili dość wiarygodne argumenty. Twierdzili, że „przecież wiele dziesiątków lat mieszkaliśmy tu razem w dobrosąsiedzkiej komitywie, stąd nikt z majdaniaków nie powinien mieć żadnej wątpliwości, iż nadal będziemy żyć w zgodzie i przyjaźni”. Głosicielom takiej zakłamanej prawdy chodziło przede wszystkim o to, by majdaniacy bez obawy pozostawali w miejscu zamieszkania i w czasie sezonu letniego sprzątnęli ze swych pół wszystkie ziemiopłody, by w końcu zgodnie z założeniami wymordować bez reszty wszystkich majdaniaków. Zebrane z pól i magazynowane w zagrodach ziemiopłody będą stanowiły dla nich gotowy łup. Większość majdaniaków nie przewidywała aż tak niebezpiecznego dla nich obrotu sprawy, gdyż wszelkie domniemane przez nich racje przemawiały za tym, by nie pozostawiać swych gospodarstw na łasce losu i nie opuszczać Majdanu. Na domiar złego w tym czasie niektórzy mieszkańcy Majdanu stali się naiwnymi sprzymierzeńcami swych przyszłych katów. Podobnie jak oni, głosili przeróżne slogany na temat możliwości dalszego życia na Majdanie w bezkonfliktowym i dobrosąsiedzkim układzie z Ukraińcami z sąsiednich wiosek. Mimo to wśród społeczności majdańskiej byli też i tacy mieszkańcy jak Adam Paszkowski, Jan Borowski, Czesław Kozakiewicz, Antoni Rubinowski i Józef Rubinowski, którzy z całą powagą odnosili się do poufnie udzielanych im przestróg ze strony uczciwych i neutralnie zachowujących się Ukraińców. To dzięki inteligencji i odwadze wymienionych osób zostało uratowane życie kilkunastu rodzin majdańskich. Oni bowiem na bieżąco, jako dorośli wywiadowcy, zbierali informacje na temat bandyckich zamiarów wobec Majdanu ze strony UPA oraz paramilitarnych ugrupowań nacjonalistów ukraińskich. Stąd też gdy dowiedzieli się, że bandy ukraińskie już są przygotowane i wkrótce dokonają napadu na Majdan, niezwłocznie udali się w odległe lasy do zgrupowań polsko - radzieckiej partyzantki, z prośbą o pomoc w ratowaniu rodzin majdańskich. Myślę, że wystarczająco opisałem wszystkie przesłanki, które doprowadziły do zagłady Majdanu podczas drugiej wojny światowej. A o tym jak dalej potoczyły się sprawy dotyczące samego przebiegu tragedii majdańskiej, już dużo wcześniej w swych reportażach pisali pułkownik Mikołaj Kunicki (pseudonim „Mucha Michalski”) i major Wacław Klimaszewski, którzy wówczas byli niemal świadkami tragedii, jaka zdarzyła się na Majdanie 23 sierpnia 1943 roku. W związku z tym pozwolę sobie na zacytowanie treści ich reportaży na ten temat, bez żadnych poprawek i komentarzy. Reportaż pułkownika Mikołaja Kunickiego pod tytułem „Ratunek. Zdrada. Mord” przedstawia się następująco. „Zgrupowanie partyzanckie, które organizowałem w lipcu na polecenie generała Wasilia Begmy w miejscowości Krymno nad rzeką Styr, było w stadium organizacji i intensywnego szkolenia. Ludność polska przybywała o różnej porze dnia i nocy piechotą, furmankami i całymi rodzinami z zabranym w pośpiechu dobytkiem, oraz tym co mogło zmieścić się na wozie i przywiązanym inwentarzem żywym do fury. Strach, wielki strach na twarzach kobiet przed straszną śmiercią zdziczałych rezunów i siekierników spod znaku „Tryzuba”, to jest bulbowców i banderowców. Kobiety tuliły swe małe dzieci do piersi, rozglądając się wokół, czy z głuszy leśnej Polesia i północnego Wołynia nie wypadnie z siekierą, nożem lub inną bronią brodaty zbir, brudny i zaświerzbiony oraz zawszony, niepodobny do człowieka, aby rzucić się na bezbronne kobiety i starców, by dokonać krwawej masakry zardzewiałą siekierą, nożem, widłami, kosą lub innym żelastwem. Jak długie i szerokie Polesie i Wołyń dymiły całymi dniami, a nocami pałały łuny pożarów. Krzyki ludzkie, ryk bydła, rżenie koni, wycie psów krążących wokół spalonych polskich gospodarstw nie ustawały. Pomoc generała Begmy, dowodzącego oddziałami partyzanckimi w obwodzie polesko-wołyńskim, była przychylna i serdeczna dla nowo organizowanego Zjednoczenia nr 3 Polskich Partyzantów. Zaznaczam, że do gen. Begmy należało Zjednoczenie nr 1 Radzieckich Partyzantów, Zjednoczenie nr 2 należało do pułkownika Iwana Fiodorowa Rówieńskiego, a Zjednoczenie nr 3 Partyzantów Polskich gen. Begma rozkazał organizować i dowodzić mnie, to jest Mikołajowi Kunickiemu, pseudonim „Mucha Michalski”. Zjednoczenie zacząłem organizować od luźnych grup bardzo słabo uzbrojonych partyzantów. Pierwsza grupa partyzantów im. Tadeusza Kościuszki dowodzona przez miejscowego nauczyciela, porucznika rezerwy Wincentego Rożkowskiego, liczyła 37 osób. Druga grupa im. Romualda Traugutta dowodzona przez starszego sierżanta Zygmunta Konwerskiego liczyła 28 osób. I trzecia grupa pod dowództwem Antoniego Rudki liczyła 21 partyzantów. Wszystkie trzy grupki były bez taborów i kawalerii. Wszystkie trzy grupy zacząłem szkolić i jednocześnie dozbrajać kosztem wroga. Broń zdobywaliśmy w akcjach dywersyjnych przeciw hitlerowcom i bandom UPA. Gen. Begma zasilił nas w niedużej ilości bronią, amunicją, granatami, materiałami wybuchowymi i środkami medycznymi. Zjednoczenie rosło z każdym dniem. Przybywało koni kawaleryjskich łącznie z taborem. Zaprowiantowanie czerpaliśmy ze zbiórki w okolicznych wioskach od nacjonalistów ukraińskich, to jest od rozbitych sotni (oddziałów) UPA, od ich rodzin, które rabowały Polaków, od rodzin ukraińskich policjantów wysługujących się Niemcom. Zabieraliśmy od chłopów ukraińskich zboże, furaż, bydło, trzodę, owoce, ziemniaki, przeznaczone dla Niemców na kontyngent. W dniu 13 sierpnia 1943 roku w godzinach popołudniowych przybyła do Zjednoczenia pięcioosobowa delegacja Polaków, uzbrojonych w zwykłe karabiny, ze wsi Majdan koło Kamienia Koszyrskiego. W składzie tej delegacji byli Jan Borowski lat 41, Adam Paszkowski lat 37, Czesław Kozakiewicz lat 22, Antoni Rubinowski lat 37 i Józef Rubinowski lat 42, z prośbą o ratunek z powodu nadchodzącej rzezi ze strony ukraińskich band UPA i bulbowców. Rzeź ma nastąpić 19-20 sierpnia 1943 roku. Delegacja była dobrze zorientowana o sile band w okolicznych dla Majdanu wioskach ukraińskich. I tak: we wsi Obzyr Wielki nad rzeką Stochód było 200 bulbowców; we wsi Obzyr Mały ok. 200 bulbowców; we wsi Werch 300; w Karasinie 120; w Karpiłówce 110; w Jajnie 160; w Nujnie 100; w Liczynach 30; w Soszycznie 70; w Kaczynie 70; a w wielu innych wioskach w pobliżu Majdanu nie posiadali rozeznania stanu liczbowego band. W rejonie wymienionych miejscowości nie było partyzantów polskich ani radzieckich. Po wysłuchaniu delegacji zarządziłem naradę dowódców pododdziałów, w której wzięli udział: komisarz Zjednoczenia ppłk. Foma Kudojar-Rosjanin; dowódca oddziału por. W. Rożkowski; jego szef sztabu Czesław Baczyński; najzdolniejszy z dowódców kompanii por. Antoni Polanowski i inni, którym wyjaśniłem cel przybyłej z Majdanu delegacji. Pierwszy zabrał głos dowódca Rożkowski, który nie zgadzał się na zorganizowanie wyprawy dalekodystansowej dla niesienia pomocy mieszkańcom Majdanu. Stanowisko swoje w tej sprawie tłumaczył następująco: teren jest bagnisty, nasycony wielką siłą band UPA, które razem liczą ponad 2700 bandytów stacjonujących obok Majdanu, drugie tyle zaś w dalszych wioskach. Są to istne gniazda szerszeni i os, a nasze Zjednoczenie liczy aktualnie zaledwie 140 osób uzbrojonych i 60 nieuzbrojonych, gdyż posiadają tylko broń białą i granaty. Dlatego też nie mamy absolutnie żadnych możliwości ani szans na udzielenie pomocy Majdanowi. Po Rożkowskim zabrał głos komisarz Zjednoczenia F. Kudojar i w krótkich słowach powiedział co następuje: Jako komisarz Armii Czerwonej, a obecnie komisarz Zjednoczenia Polskich Partyzantów nr 3 oświadczam, że nie znam się na strategii wojennej, bo jestem do spraw politycznych i w sprawach sposobu zorganizowania ratunku dla mieszkańców Majdanu porad wnieść nie mogę. Jedynie tylko muszę powiedzieć, iż śmierć od zardzewiałej siekiery czy noża lub wideł jest straszna, że największy bohater przed tą bronią truchleje, a niewinną ludność polską, starych i młodych, kobiety i dzieci czeka tam śmierć. Teraz oni oczekują od nas pomocy i ratunku. A więc dowódco Zjednoczenia, ty Mucha rozkazuj i działaj! Po tych słowach nastała chwila ciszy i głębokiego milczenia w gęstym dymie tytoniowym. Ciszę przerwali dowódcy Konwerski i Rudka. Swoimi głosami poparli wypowiedź komisarza Kudojara. Po naradzie wezwałem majdańską delegację, wyczerpaną po ciężkiej podróży i powiedziałem jej, że pomoc nadejdzie za kilka dni, ale w jakiej sile i z której strony, tego jeszcze nie wiem. Po krótkim odpoczynku opuszczajcie teren Krymna i spieszcie się na Majdan do swych rodzin i bliskich, bo bandy mogą przyspieszyć rzeź. Po odejściu delegacji do pomocy w organizowaniu wyprawy na Majdan wybrałem por. Rożkowskiego, dowódcę kompanii Antoniego Polanowskiego, dowódcę plutonu M. Osłońskiego, dywersantkę por. W. Laśkiewiczównę, dowódcę zwiadu Stanisława Łabędzkiego, lekarza Irenę Kamińską, sanitariuszkę Aleksandrę Brzozowską i Marysię (obecną żonę). W dniu 14 sierpnia przed sztabem Zjednoczenia stanęło gotowych do marszu i boju 111 partyzantów razem ze mną i dowódcami. Z tego 92 uzbrojonych w broń palną, w tym maszynową, a 19 w broń białą i granaty. O godzinie 13-tej po moim krótkim przemówieniu wyruszyliśmy ze śródleśnej wioski Krymno po bezdrożach w kierunku na Majdan. Omijaliśmy ukraińskie wioski Serchowo, Leśniówkę, Nabrusk. W głuchym lesie wśród bagien, gdzie było mnóstwo węży, żmij i miliardy komarów, zatrzymaliśmy się na odpoczynek i nocleg. Mokre ubrania po pas, suszące się na naszych ciałach niewiele nam przeszkadzały podczas głębokiego snu. Na drugi dzień rano znów po bezdrożach dotarliśmy w okolicę wsi Nowa Ruda, oddalonej o 7km od wsi Obzyr Wielki nad rzeką Stochód. Dowódca zwiadu Łabędzki rozeznał , że w Obzyrze Wielkim banda UPA w sile 500 ludzi rozłożyła się pokotem wokół tamtejszej cerkwi z powodu jakiejś uroczystości, a we wiosce Werchy odległej 5 km od Majdanu i 3 km od Obzyra Wielkiego, kwateruje banda w sile 300 ludzi. Przeszkodę dla nas stanowiła rzeka Stochód, na której był tylko jeden most we wsi Obzyr Wieki. Ale tam była banda UPA, która już dowiedziała się, że jakiś oddział partyzantów polskich pojawił się na jej terenie i posuwa się w kierunku zachodnim. W tej sytuacji postanowiła ona urządzić na nas zasadzkę po drugiej stronie rzeki. Jednak banda UPA nie znała naszej siły. Według jej założeń szacunkowych nasz oddział powinien liczyć około 500 partyzantów, a to tylko dlatego, że posuwaliśmy się marszem bojowym, to znaczy z ubezpieczeniem przednim, tylnym i bocznym. Stąd też przechodząc przez niektóre wioski ukraińskie, ubezpieczenie przednie zapędzało mieszkańców krzątających się po ulicy i w zagrodach do chałup, tylko dlatego, żeby nie mogli policzyć nas i oglądać. A przy tym główny nasz oddział kroczył ulicą w odstępach 10-15 metrów partyzant od partyzanta, by w ten sposób stwarzać wrażenie, że jest nas dużo i jesteśmy groźni. Dlatego mieszkańcy tych wiosek poinformowali swych pobratymców z bandy UPA, że przez ich wieś przeszedł bardzo liczny i uzbrojony oddział partyzantki polskiej. Tymczasem wyczuwając groźne następstwa, w jakie możemy uwikłać się podczas przeprawy na drugi brzeg rzeki, postanowiłem działać bardzo ostrożnie. Po drugiej stronie rzeki było widoczne dla nas piaszczyste, pokryte krzakami wzniesienie o nierównym terenie. Właśnie tam banda ukraińska w sile 300 ludzi już oczekiwała na nas w zasadzce. Wtenczas myśmy o tym jeszcze nie wiedzieli, chociaż zwiad mi doniósł, iż zauważył tam jakieś podejrzane ruchy i Łabędzki chciał zbadać, lecz na to nie pozwoliłem, bo naraziłby się na straty, czego się najbardziej obawiałem. Wysłałem więc dwóch partyzantów w odległości 10-15 metrów jeden od drugiego do rzeki odległej od naszego lasu około 100 metrów, aby tam się okopali. Po pewnym czasie wysłałem następnych dwóch i kolejnych, dwójkami, jak tych pierwszych. Tak więc, gdy 70 partyzantów było już okopanych przy brzegu rzeki, zostawiłem Rożkowskiego, aby resztę partyzantów kierował tak samo do brzegu rzeki, a ja z dwoma partyzantami udałem się również nad rzekę i zająłem się kierowaniem przeprawą na jej drugi brzeg. Gdy oddział bandytów zobaczył naszą ciągłą i zdecydowaną przeprawę, chyłkiem w popłochu, nie oddając ani jednego strzału, opuścił miejsce zasadzki i wycofał się do wsi Obzyr Wielki. Powodem tej panicznej ucieczki była z ich strony obawa, że będziemy atakować tę wieś z dwóch stron, stąd też szybko wycofali się z miejsca zasadzki w celu zajęcia stanowisk obronnych. Jednoczenie w pośpiechu werbowali dodatkowe siły z innych wiosek. O przytoczonych faktach, popłochu i zamieszaniu wśród bandy UPA dowiedzieliśmy się nieco później od rezunów z tej bandy, którzy zostali zabrani przez nas do niewoli na drodze prowadzącej z Obzyra Wielkiego do Nujna. Tak więc po udanym sforsowaniu wyłącznie naturalnej przeszkody, jaką stanowiła rzeka Stochód, szliśmy nadal po bezdrożach, bagnami i lasami bez przerwy, cały dzień i noc, do samego Majdanu. Marsz był bardzo ciężki, wprost nie do opisania. Zapadliśmy w bagna powyżej pasa, trzymając broń, granaty, amunicję nad głowami, aby nie zamokła. Kiedy przechodziliśmy bagna, rzeczułki i rowy, nie zatrzymywaliśmy się, by wylać z butów wodę czy muł lub wykręcić mokre ubrania, gdyż wyschłyby one w marszu na słońcu i rozgrzanych ciałach partyzantów, bo dni były upalne. Palacze nosili tytoń w czapkach na głowie, aby nie zamókł. Na krótkich odpoczynkach padaliśmy jak podcięte drzewa na pachnącą ściółkę z igliwia, żeby zdrzemnąć się choć na godzinkę. Wieczorami i w nocy napadały na nas chmary komarów, a w dzień bąki i muchy kąśliwe. Na odcinkach dróg leśnych szliśmy tyłem do przodu, by nasz trop zmylił UP-owcom kierunek naszego marszu. Po krótkich odpoczynkach parliśmy do przodu, aby prędzej dotrzeć na Majdan. Byliśmy brudni, niewyspani, nogi odmawiały posłuszeństwa. Wreszcie nad ranem zatrzymaliśmy się w lesie tuż przy Majdanie. Wtedy od razu wysłałem do wsi zwiad w celu nawiązania kontaktu z tymi delegatami, którzy przyszli w dniu 13 sierpnia do naszego Zjednoczenia Partyzanckiego w Krymnie, z prośbą o pomoc w ratowaniu mieszkańców Majdanu. Po upływie dwóch godzin zwiad wrócił z całą pięcioosobową byłą delegacją, która jednocześnie przyniosła dla nas prowiant. Przybyłych delegatów z widzenia już znalem, ale wraz z nimi przyszedł nieznany mi mężczyzna. Wkrótce wyjaśniono mi, że tym mężczyzną jest mieszkaniec Majdanu, Polak, Witali Brzezicki w wieku 53 lat, bogaty gospodarz cieszący się dobrą opinią. Brzezicki uważnie przysłuchiwał się naszej rozmowie na temat sposobów ewakuacji rodzin polskich z Majdanu. Z niepokojem spoglądał na wziętych do niewoli zwiadowców UPA , których kazałem odprowadzić gdzieś dalej od nas, by nie wsłuchiwali się w tok naszej narady. Wtedy W. Brzezicki zapytał mnie, co zamierzam zrobić z tymi zwiadowcami UPA. Odpowiedziałem, że jeśli okaże się iż są niewinni to ich puszczę, a jeżeli ręce mają zbroczone krwią polską, to popłyną Stochodem (martwi) do Prypeci. Poza tym W. Brzezicki zapytał mnie, czy dam radę wyżywić 240 ludzi z Majdanu. Odpowiedziałem, że tak, gdyż będą oni jedli to samo co ja, a jednocześnie zapewnię im ochronę osobistą i opiekę lekarską. W końcu uzgodniłem z delegacją majdańską, że 19 sierpnia rozpoczniemy ewakuację rodzin majdańskich łącznie z inwentarzem żywym, produktami żywnościowymi oraz innymi rzeczami, które są niezbędne do życia, a gdyby zabrakło furmanek, to weźmiemy je od rodzin UP-owców. Podczas odbytej narady delegacja majdańska poinformowała mnie, że bandy ukraińskie przed dwoma dniami zablokowały wszystkie drogi prowadzące z Majdanu do wiosek i miasteczek, by majdaniacy nie mogli wywieść swego dobytku z własnych gospodarstw. Tymczasem banda ukraińska, która szła w pośpiechu za nami po zgubieniu śladów naszego przemarszu rozesłała swoich zwiadowców i szpiegów, by wybadali nasze miejsce nocnego odpoczynku. Stąd też kilku z nich zostało pojmanych przez moje czujki rozstawione wokół naszego miejsca postoju. Dla mnie i mojego oddziału partyzanckiego dzień 18 sierpnia był nadal przepełniony pracą i niezwykłymi zabiegami zmierzającymi do należytego spełnienia naszej misji. Wieczorem, jeszcze tego samego dnia, po raz drugi przybyła do nas ta sama delegacja majdańska, która dostarczyła nam prowiant w postaci chleba, mleka, sera, słoniny, śmietany oraz inne produkty i jednocześnie zameldowała mi, że połowa mieszkańców Majdanu nie opuści swojej siedziby i nie pójdzie z nami, bo pan Witali Brzezicki rozgłosił na Majdanie wszem i wobec, że Ukraińcy nie będą zabijać stałych mieszkańców Majdanu, a tylko tych, którzy przybyli w czasie wojny 1939-1943, to znaczy Żydów, Cyganów i komunistów. Wiadomość ta zbulwersowała mnie do tego stopnia, że podniesionym głosem wykrzyknąłem: To z jego strony wobec nas zdrada! I natychmiast zażądałem, aby delegaci majdańscy jak najprędzej przyprowadzili W. Brzezickiego do mnie, gdyż chcę z nim rozmówić się w tej sprawie. Ale niestety, do spotkania i rozmowy nie doszło, ponieważ nie udało się go znaleźć ani w domu ani na terenie wsi. Jak się później okazało, pan Brzezicki uczestniczący w naszych rozmowach z delegacją majdańską na temat ewakuacji rodzin, zapoznał się z planami jej przeprowadzenia i po naradzie od razu udał się do przywódcy bandy ukraińskiej, zwanego Hockiem we wsi Karpiłówka i zawiadomił go, że pojawił się oddział polskiej partyzantki, na czele z jakimś Muchą Michalskim, by zabrać ze sobą wszystkie rodziny z Majdanu do partyzantki. A więc stało się tak jak przewidywałem. Na skutki zdradliwego zachowania się W. Brzezickiego nie trzeba było długo czekać. Natychmiast wysłałem zwiad, który po powrocie zameldował mi, że banda z Karpiłówki i Karasina w sile 200 Ukraińców zorganizowała napad na wieś Majdan. W tym czasie moi partyzanci byli już gotowi do walki. Nie zwlekając, natychmiast przydzieliłem por. Rożkowskiemu 50 partyzantów i wydałem rozkaz, by jak najprędzej udał się z nimi do leśnej drogi, prowadzącej z Werchów na Majdan i stamtąd od strony wschodniej zaatakował bandę penetrującą wieś. Ja w tym czasie z resztą partyzantów udałem się szybko, do leśnej drogi prowadzącej z Soszyczna na Majdan, by zaatakować ją od strony zachodniej. Zgodnie z moimi przewidywaniami grupa por. Rożkowskiego pierwsza zaatakowała bandę i rozpoczął się bój. Wówczas banda od razu przerwała rabunek i zapędzanie majdaniaków do budynku miejscowej szkoły. A gdy cała uwaga bandytów została skierowana przeciwko atakującej grupie partyzantów por. Rożkowskiego, ja w tym czasie ze swoją grupą partyzantów rozwiniętą tyralierą zaatakowałem bandę na jej tyłach od strony zachodniej i spowodowałem wielkie zamieszanie oraz panikę w szeregach broniącej się bandy napastników ukraińskich. Po około piętnastu minutach walki teren był usłany trupami i rannymi Ukraińcami, a reszta rozpierzchła się na wszystkie strony. Ci co uciekali w stronę wsi Werchy do swych pobratymców pozostających w tyle krzyczeli: ”Chłopci ratujte Werchy, bo chmara lachiw nastupaje”! Uderzenie nasze było błyskawiczne i zdecydowane. W czasie ataku byłem w środkowej części tyraliery i słyszałem z prawego skrzydła głośne komendy nadzwyczaj dzielnego dowódcy kompanii Antoniego Polanowskiego, który swoimi rozkazami zachęcał partyzantów do ataku, a oni odważnie parli do przodu. Ci partyzanci, którzy nie posiadali broni palnej, szli do ataku z szablami, bagnetami, granatami i wyrywali karabiny z rąk bandytów. Straty wroga w końcu wyniosły 32 osoby zabite, 37 osób rannych. Przy tym zdobyliśmy:15 karabinów zwykłych, 1 ręczny karabin maszynowy, 1 pistolet maszynowy, 5 koni z siodłami, 2 bez siodeł; oraz ważne dokumenty i plany likwidacji innych polskich wiosek. Zdobyliśmy stosunkowo mało broni, ponieważ bandyci ukraińscy wycofując się i uciekając, zdążyli ją zabrać od swoich zabitych i ciężko rannych. Zdążyli też zabrać część rannych i zabitych swoich dowódców, a lekko ranni uciekali o własnych siłach. W tym boju został zabity przez nas jakiś wyższy dowódca, Ukrainiec pochodzący z Galicji, przy którym w torbie znaleźliśmy ważne dokumenty i plany, a w jego notesie był zapis, że osobiście zamordował 16 Polaków nożem, 2 siekierą i sześcioro dzieci nadział na bagnet i wrzucił do płonących zabudowań. Wreszcie i jego nie minęła śmierć, gdyż zabił go mój partyzant, były sierżant W.P. Kulikowski, pochodzący z miasta Sarny. Nasze straty w czasie omawianego boju wyniosły: 1 partyzant ranny w rękę powyżej łokcia oraz 1 ranny dwiema kulami w nogę powyżej kolana. W brawurowym ataku na bandę ukraińską odznaczyli się por Rożkowski i wielu innych. Wydatną pomocą w naszych zmaganiach z bandą odznaczył się mieszkaniec Majdanu Adam Borowski. Po bitwie urządziłem zasadzki przy wszystkich drogach i dróżkach wylotowych prowadzących z Majdanu. W tym czasie spora liczba rodzin majdańskich ładowała w pośpiechu na swe furmanki prowiant, produkty żywnościowe, ubrania i inny dobytek, który był możliwy do zabrania z opuszczanego domu i gospodarstwa. Dzień 19 sierpnia 1943 roku był upalny. Moi partyzanci po bitwie byli zmęczeni, brudni, podrapani gałęziami drzew i krzewów w wyniku pogoni za bandą. O umyciu się nie było mowy, bo lada moment mógł nastąpić odwet, a pomocy znikąd nie spodziewaliśmy się, bo na tych terenach wokół Majdanu, prócz band ukraińskich i Niemców żadnej partyzantki polskiej nie było. No i jeszcze tego samego dnia o godzinie 18-tej długi skład taboru, utworzony z furmanek załadowanych po brzegi wraz z rodzinami majdańskimi stał gotowy do odjazdu i opuszczenia Majdanu. Przy tym wypada zaznaczyć, że tylko około jedna trzecia rodzin, czyli około 80 osób zdecydowało się wyjechać z nami do partyzantki. Natomiast większość majdaniaków zbuntowana przez Witala Brzezickiego wolała pozostawać na miejscu i nadal mieszkać na Majdanie. W końcu z nadejściem godziny 18 minut 30 placówki blokujące drogi dojazdowe do Majdanu zostały zdjęte i tabor konny z przywiązanym do furmanek bydłem, w szyku bojowym i ubezpieczonym ze wszystkich stron ruszył w 70-cio kilometrową drogę do Krymna nad Styrem. Tak uformowana nasza długa karawana żółwim tempem, po piaszczystej drodze, posuwała się w docelowym kierunku, wznosząc przy tym ogromne kłębowiska kurzu. Bydło przywiązane po kilka sztuk do jednej furmanki wciąż porykiwało. Kobiety zalewały się łzami z powodu opuszczenia swych domostw i pozostawienia na pastwę losu ciężko zapracowanego dobytku. Pilotując na swym wierzchowcu karawanę, objeżdżałem ją wciąż od początku do jej końca i przywoływałem wszystkich do zachowywania ciszy, gdyż tego wymagała wówczas nasza sytuacja. Podczas tego marszu 18-tu majdaniaków, uzbrojonych we własne karabiny, zasiliło szeregi moich partyzantów. Ich liczba wzrosła już 136 osób, dobrze uzbrojonych w broń palną. Przy takim stanie osobowym partyzantów byłem w stanie zapewnić wystarczające bezpieczeństwo uchodźcom majdańskim w czasie naszej podróży. W związku z tym, 300 metrów przed i za karawaną oraz po prawej i po lewej stronie naszej drogi, czujnie podążały cztery plutony partyzantów ze swymi dowódcami i zabezpieczały ze wszystkich stron kawalkadę furmanek oraz idących pieszo majdaniaków. Trudniejsze zadanie przypadło dwóm plutonom z ubezpieczenia bocznego, bowiem prócz zachowywania czujności , musieli na swej drodze dość często pokonywać przeszkody w postaci bagien i rzeczułek, stąd też byli zachlapani błotem i przemoknięci powyżej pasa. Na nasze szczęście z nastaniem nocy, w czasie marszu krowy zachowywały się cicho, nie wydawały charakterystycznego dla siebie głosu. Tej nocy z 19 na 20 sierpnia nad ranem zawiadomiono mnie, że na jednej z furmanek zdechło cielę i zapytano, co mają z tym zrobić. Wtedy raptownie zaświtała mi w głowie trafna myśl. Dałem polecenie swym minerom, aby po przejściu całej kolumny położyli padniętego cielaka w poprzek drogi i podłożyli pod jego tuszę minę o dużej sile rażenia. Tak więc poczynając od Majdanu, w ciągu tej nocy pokonaliśmy spory odcinek niebezpiecznej dla nas drogi, ale wczesnym rankiem musieliśmy się zatrzymać w odpowiednim miejscu pod osłoną drzew, bo o 2 kilometry dalej była już rzeka Stochód , którą wypadnie nam przekraczać w bród. Wtedy dla uniknięcia niespodzianek, do spenetrowania terenów po obu stronach drogi, będącej przed nami oraz ustalenia miejsca i możliwości przeprawy na drugi brzeg rzeki, wysyłam patrole, które po swoim powrocie zameldowały mi, że droga do drugiego brzegu Stochodu jest wolna i nie ma przeszkód na przekroczenie rzeki w bród. Poza tym patrole przyprowadziły ze sobą dwóch Ukraińców z bandy UPA, którzy podczas ich przesłuchiwania stwierdzili, że na terenie po drugiej stronie rzeki jest urządzana zasadzka na nas. Wiadomość o zasadzce niewiele nas zaskoczyła, ponieważ byliśmy na to przygotowani. Skoro wiedzieli, że przechodziliśmy tędy w kierunku na Majdan, to na pewno w tym samym miejscu będziemy przekraczać rzekę podczas powrotu. A więc nie mieliśmy wyboru, stąd też rano o godzinie 5-tej ruszyliśmy na przeprawę przez Stochód. Podczas forsowania koryta rzeki, kiedy połowa naszej karawany znalazła się już na drugim brzegu, usłyszeliśmy potężny wybuch czterokilogramowej miny, która spoczywała pod zdechłym cielakiem, pozostawionym przez nas na leśnej drodze. Wybuch miny podreperował moje samopoczucie, gdyż byłem przekonany, że ścigająca nas banda zatrzyma się na dłuższy czas i przestanie nam deptać po piętach. Tymczasem przeprawa przez rzekę trwała zaledwie jedną godzinę i znów znaleźliśmy się na zalesionej grobli między rozległymi bagnami na wschód od Stochodu. Przy tym w odpowiednich miejscach sforsowanego koryta rzeki oraz na grobli pozostającej za nami grupa minerów założyła sporo min. A w odległości około 500 metrów, grupa partyzantów z karabinami maszynowymi idąc naszymi śladami, ubezpieczała nas od tyłu. Natomiast banda UPA, z której zapewne niejeden został rozszarpany wybuchem miny przy zdechłym cielaku, zorientowała się jak dalece ją oszukaliśmy, wtedy tym bardziej nieostrożnie wszczęła pościg za nami. Rzekę Stochód mieliśmy już dość daleko za sobą, gdy dogoniły nas echa potężnych wybuchów naszych min w okolicach przeprawy. Byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy, gdyż domyślaliśmy się, iż ścigająca nas banda UPA znów została zatrzymana. Poza tym powtarzające się wybuchy min przeraziły i tę bandę UPA, która urządziła na nas zasadzkę. Pomimo rażenia wybuchami min założonych po naszym przemarszu z wściekłością parła do przodu i około godziny 9-tej zbliżyła się do naszej karawany furmanek na dość bliską i niebezpieczną odległość. Wtedy czołówka, a następnie cała banda UPA, została powitana ogniem ze wszystkich karabinów maszynowych przez nasz pluton partyzantów z ubezpieczenia tylnego, który urządził na nią zasadzkę. Następnie dwa plutony z ubezpieczeń bocznych, oskrzydlając bandę, tak samo zdecydowanie zaatakowały ją z broni maszynowej, automatów, karabinów i granatami. Czas nie pozwolił na to, byśmy ustalili, ilu ich w końcu zginęło w tym potrzasku. W każdym razie przekonaliśmy się o tym później, że ścigająca nas banda UPA już się nie pozbierała po udzielonej przez nas lekcji. Zaprzestała pogoni za nami. Po rozbiciu i rozproszeniu resztek bandy ruszyliśmy w drogę i po upływie około pół godziny zatrzymaliśmy się na grobli pod osłoną wierzb na czterogodzinny postój, aby wreszcie odpocząć, nakarmić mocno zmęczone konie i krowy. Wtenczas uchodźcy majdańscy ugościli nas, partyzantów, wspaniałą, smaczną wiejską kiełbasą, szynkami wędzonymi po litewsku i pachnącym razowym chlebem. W czasie naszego postoju wypoczęliśmy dość dobrze, gdyż bandy nacjonalistów ukraińskich już w ogóle przestały nam zagrażać. Nabraliśmy nowych sił. Karawana znów ruszyła, by pokonać jeszcze niemały szmat drogi, wynoszący ponad 50 kilometrów. Tak więc od wyruszenia z Majdanu, po przeszło dwu dobowym marszu, bez żadnych strat, osiągnęliśmy cel swej podróży. 21 sierpnia o godzinie 22- giej przybyliśmy do śródleśnej wioseczki Krymno nad Styrem.  (....)  Po upływie zaledwie trzech dni od opuszczenia przez nas Majdanu wraz z uchodźcami, zwaliły się bandyckie hordy nacjonalistów Ukraińskiej Powstańczej Armii i jej wieśniaczego zaplecza na tę śródleśną, prawie stuletnią, nader spokojną polską wieś. Już rano 23 sierpnia 1943 r. silne oddziały band UPA okrążyły Majdan gęstym szpalerem i posuwając się tyralierą w stronę zabudowań, zaciskały pierścień okrążenia. Mieszkańcy Majdanu, którzy wtenczas pracowali na swych polach lub paśli krowy czy owce, byli grzecznie ale stanowczo przywołani do pójścia razem z nimi na bardzo ważne i pilne zebranie, mające się odbyć w miejscowej szkole. Gdy tyraliera napastników dotarła w pobliże zabudowań zatrzymała się i w związku z tym majdaniacy zostali osaczeni w swym miejscu zamieszkania, gdyż całą wieś tym sposobem oblężono i zablokowano. Bandy napastników działały według wcześniej założonego planu, ponieważ część tych osobników, nie zatrzymując się, od razu wkroczyła na teren wiejskiej zabudowy, natomiast reszta zbirów pozostawała na miejscu w kordonie oblężniczym z cięższą bronią maszynową. Przedni napastnicy niezwłocznie zajęli się penetracją poszczególnych zagród oraz mieszkań, stąd wszyscy majdaniacy byli zapraszani na walne zebranie mieszkańców do budynku miejscowej szkoły. Do przynaglania o konieczności wzięcia udziału w zebraniu włączył się Witali Brzezicki. Sekundując bandytom, żarliwie przekonywał swych krewnych i sąsiadów, aby wszyscy zgromadzili się w szkole bez żadnych obaw, ponieważ tam dowiedzą się, jak zginęli ci majdaniacy, którzy przed kilku dniami opuścili Majdan i wyjechali wraz z czerwonym bandytą Muchą Michalskim (czyli Mikołajem Kunickim). Ponadto Witali Brzezicki zasłyszane od bandytów kłamliwe wieści czym prędzej powtarzał współmieszkańcom. Mówił o tym, że Mucha Michalski to Żyd i komunista, a jego partyzanci to radzieccy i polscy bandyci, dlatego zginęli pierwsi wraz z uchodźcami majdańskimi. Natomiast Mucha Michalski, który zabrał ich ze sobą z Majdanu, zakończył życie ostatni na suchej gałęzi. I dalej w swych perswazjach Witali Brzezicki wzmiankował również o tym, że Muchę Michalskiego wieszał osobiście jeden z dowódców sotni UPA, który wisielcowi rozpruł brzuch nożem. Jego wnętrzności wisiały sięgając ziemi. Tak skonał. Przy tym Witali Brzezicki wyjaśniał, że dowódca tej sotni UPA jest teraz na Majdanie i on właśnie na zebraniu w szkole ma wyjaśnić dokładnie co się stało z osobami oraz rodzinami, które opuściły Majdan. Tak więc przy zastosowaniu najprzeróżniejszych podstępnych zabiegów, a w tym niesamowitych łgarstw, bandytom dość pokojowo udało się skłonić prawie wszystkich majdaniaków do opuszczenia mieszkań i udania się na rzekomo mające się odbyć zebranie. Podczas gdy majdaniacy stłoczeni w izbach budynku szkoły oczekiwali z trwogą na wieści o zdarzeniu, w którym rzekomo zginęli ich bliscy oraz dalsi krewni, do szkoły weszło kilku dowódców bandyckich sotni. Łagodnym tonem oświadczyli, że otwarcie walnego zebrania odbędzie się nieco później, a tymczasem potrzebują dziesięciu młodych i silnych mężczyzn do budowy spichlerza. Nie czekając aż ochotnicy sami zaczną się zgłaszać, wybrali dziesięciu silnych, dorodnych mężczyzn i poprowadzili ich do stodoły Antoniego Zajączkowskiego, gdzie kazano wykopać obszerny i głęboki dół, który po uprzedniej obróbce miał rzekomo służyć do przechowywania zboża. Po upływie około dwóch godzin, ci sami prowodyrzy znów zjawili się w szkole i zażądali następnych 10-ciu zdrowych i silnych mężczyzn, tłumacząc tym, iż tamci nie mogą sobie poradzić z dźwiganiem i znoszeniem ciężkich kloców dębowych na zabudowę podziemnego spichlerza. A więc i tym razem sami wybrali drugą dziesiątkę mężczyzn i zaprowadzili do stodoły. Gdy doprowadzeni przekroczyli jej próg natknęli się na wykopany już głęboki i obszerny dół, a na jego dnie od razu spostrzegli leżące we krwi zmasakrowane siekierami ciała pierwszej dziesiątki mężczyzn. Ten zatrważający widok wywołał na mężczyznach osaczonych w stodole ogromne przerażenie, przechodzące w panikę i wielkie zamieszanie. Natychmiast rzucili się do ucieczki z tej zbrodniczej pułapki, ale bandyci zagrodzili im wyjście ze stodoły. Wtedy cała dziesiątka silnych majdaniaków w obronie własnej porwała się z pięściami do desperackiej walki, wydając przy tym złowieszczo alarmujące krzyki, wrzaski oraz jęki od zadawanych im razów siekierami, widłami i szpadlami przez bestialskich zwyrodnialców ukraińskich. W tej nierównej i krótkotrwałej, dramatycznej walce, bandyci zamordowali dziewięciu z drugiej dziesiątki mężczyzn, a ich zmasakrowane ciała wrzucili w otchłań głębokiej jamy. Z rąk oprawców wyrwał się jedynie dwudziestoletni Czesław Kozakiewicz, za którym rozległy się gęste strzały z karabinów. W wyniku tej palby on również padł zabity. Ten niesamowicie przeraźliwy donośny krzyk, wrzask i jęk mordowanych mężczyzn oraz strzelanina za jednym z uciekinierów zaalarmowały majdaniaków stłoczonych w szkole, obstawionej bandytami z bronią palną zwykłą i maszynową, z siekierami, widłami oraz kosami. Mimo to pewnej liczbie majdaniaków obojga płci, sprawnych fizycznie, ogarniętych paniką, udało się wyskoczyć przez okna do ucieczki z tej pułapki. Gdy znaleźli się na dziedzińcu szkolnym, biegnąc na oślep w stronę ogrodów i lasu, nadziewali się wprost na widły i kosy oraz padali od kul karabinów maszynowych. Dwoje małżonków wyskoczyło przez okno z dwojgiem dzieci pod pachami i biegło w stronę lasu, trzymając się za ręce. Żona padła na ziemię śmiertelnie ranna od kuli karabinowej, ale mąż usiłował dalej ją ciągnąć za sobą w ogrodowe zarośla. Wtedy on również po otrzymaniu śmiertelnego strzału padł obok żony. Dzieci tuląc się do ciał nieżyjących rodziców krzyczały: mamusiu..., tatusiu..., ratujcie nas! W tym momencie dobiegł bandzior i zadał im śmiertelne ciosy siekierą. Wszyscy majdaniacy, którym udało się wydostać ze szkoły, zostali zastrzeleni lub zamordowani. Na dziedzińcu szkolnym, obficie zbryzganym krwią, leżało wiele martwych osób. Trwające ludobójczo-katastroficzne zdarzenia wciąż potęgowały tragiczną sytuację majdaniaków pozostających nadal wewnątrz budynku szkolnego. Dalsza ucieczka została powstrzymana, ponieważ pod każdym oknem już stali bandyci z karabinami, których lufy były skierowane na majdaniaków zgromadzonych wewnątrz budynku, gdzie bez przerwy trwał przeraźliwy krzyk, płacz, lament kobiet, dzieci i starców. Podczas tej panicznej wrzawy majdaniacy przy użyciu ławek szkolnych zdążyli zabarykadować drzwi wejściowe do szkoły. Bandyci bez większego trudu siekierami wyrąbali otwór, otworzyli drzwi, rozwalili barykadę i wdarli się do środka z potwornie bestialskimi okrzykami: „ byj a riź lachiw” (bij i rżnij Polaków). Natychmiast włączył się głos dowódcy bandy, który wrzaskiem rozkazywał wołając: „tu w szkole ich nie zabijać, lecz do stodoły z nimi a tam do jamy ich, do jamy”. W tej sytuacji przerażenie majdaniaków, osaczonych we wnętrzu budynku szkolnego doszło zenitu. Czas ich życia ograniczał się już zaledwie do kilku minut. W związku z tym nikt nie chciał wyjść na zewnątrz budynku, wszyscy, łącznie ze starcami, kobietami i dziećmi stawiali zacięty opór. Wtedy bandyci obskoczyli najpierw mężczyzn fizycznie sprawnych i okładali ich czym popadło, kolbami karabinów, obuchami siekier i ledwie żywych wyciągali na plac przed szkołą. Stąd już inne grupy bandytów zarzucały im z postronków pętle na szyję i prowadziły lub wlekły do stodoły. Następnie w ten sam sposób zabrali się do wymuszania posłuszeństwa na starcach, kobietach i dzieciach, stawiających bandytom zdecydowanie do końca, rozpaczliwy opór. W końcu, gdy bandyci siłą wywlekali już wszystkich, mniej lub bardziej poturbowanych majdaniaków z pomieszczeń szkolnych na plac przy budynku, wówczas tych, którzy nie mogli iść o własnych siłach, wleczono aż do stodoły (około 100 metrów) za ręce, nogi oraz za włosy, warkocze i sukienki. Dostarczani różnymi sposobami majdaniacy z dziedzińca szkolnego do stodoły byli tam natychmiast zabijani lub dobijani przez oprawców widłami, szpadlami, siekierami, bagnetami i wrzucani do dołu, który wciąż był napełniany kolejnymi warstwami ciał zamordowanych. Małe dzieci były wrzucane żywcem do dołu, a tam zabijano je szpadlami, widami i drewnianymi drągami. Tym sposobem dobijano również osoby dorosłe, które leżąc w jamie dawały jeszcze jakieś oznaki życia. W czasie tego pogromu bandyci nie zapomnieli o osobach obłożnie chorych, przebywających jeszcze w swych domach. Zabierali ich z łóżek, ładowali na wóz konny, odwozili do stodoły i tam, przy krawędzi dołu oprawcy odbierali im resztki zdrowia i życia. Po dokonaniu zbrodniczego dzieła, gdy już nie było kogo mordować, bandyci zebrali wszystkich martwych majdaniaków, którzy w początkach barbarzyńskiego napadu zostali zastrzeleni lub zamordowani innymi sposobami, napełniali nimi dół w stodole powyżej jego brzegów. Pod ciężarem zmasakrowanych ciał nawarstwionych w dole, z bulgotem wydobywała się krew na zewnątrz, powyżej jego krawędzi i płynęła bruzdami do rowu przy majdańskiej ulicy. Zakończenie swej ludobójczej zbrodni bandyci zaakcentowali podpaleniem stodoły, która z uwagi na słomiany dach i drewniany strop szybko została objęta ogromnym słupem płomieni i dymu. Płonąca stodoła, a w niej palące się ciała pomordowanych majdaniaków, znajdujące się w górnych warstwach ułożonych powyżej klepiska, była sygnałem dla całej hordy napastników z UPA i paramilitarnego związku miejscowych Ukraińców, do rozpoczęcia grabieży mienia majdaniaków, po które sięgali zakrwawionymi łapami. Zabierali wszystko, w tym inwentarz żywy, zboże oraz inne produkty żywnościowe, sprzęt rolniczy, meble, pościel i odzież. Tę łupieżczą zdobycz załadowali na licznie podstawione furmanki i wywieźli z Majdanu do okolicznych wiosek ukraińskich na użytek własny bandytów. 23-go sierpnia 1943 roku jeszcze w godzinach przedwieczornych, cuchnący dym ze spalonej stodoły i zwęglonych pod nią ciał majdaniaków rozścielał się wśród zabudowań, których drzwi i okna były pootwierane na oścież. Na Majdanie nie było już żywej istoty ludzkiej, nastała posępnie grobowa cisza, tylko psy po utracie swych panów, wystraszone zapachem krwi ludzkiej, błąkały się wokół zabudowań i żałosnym wyciem opłakiwały pomordowanych. Również zdrajca Witali Brzezicki, który został zamordowany z całą swoją rodziną, leżał we wspólnym grobie pod zwęgloną stodołą, był tak samo opłakiwany przez jego własnego psa. W niedługim czasie po tym bestialskim wydarzeniu Majdan, jako osiedle polskie łącznie z budynkami, w ogóle zniknął z powierzchni tamtejszego terenu. W 1967 roku władze radzieckie z Kowla i Kamienia Koszyrskiego zbudowały i odsłoniły pomnik, na którym zamieszczono w języku rosyjskim następujący napis: „Tutaj, 23 sierpnia 1943 roku krwawymi rękami ukraińskich nacjonalistów zamordowano 139 mieszkańców wsi Majdan”. Obecnie ten betonowy obelisk nadal stoi samotnie na miejscu popełnienia zbrodni, lecz już w głuchym lesie, który pokrył cały obszar dawnej polskiej wsi Majdan (...)  Na tym Pan Mikołaj Kunicki zakończył swą relację o barbarzyńskiej i makabrycznej zagładzie Majdanu. Drugim źródłem informacji na temat zagłady Majdanu jest książka pod tytułem „Trafić do gorących serc”, napisana przez Wacława Klimaszewskiego. W książce tej jeden z rozdziałów poświęcił pomordowanym majdaniakom, nadając mu tytuł „Tragedia Majdanu”. Napisał między innymi. „Są wydarzenia i przeżycia ludzkie, które nadzwyczaj trudno opisać...Takim trudnym do odtworzenia momentem jest zawsze śmierć człowieka. Mniej lub bardziej trafnie usiłowali nam to przedstawić wielcy psycholodzy, znawcy dusz ludzkich i mistrzowie pióra. Człowiek zawsze, choć jest to zgodne z prawami przyrody, buntuje się przeciwko śmierci. Dzieje się tak dlatego, że natura ludzka obdarzona niezwykle silnym zmysłem samoobrony, często podświadomie niejako, odsuwa od nas pojęcie finałowego rozwiązania.... Po ogólnym oraz abstrakcyjnym stwierdzeniu, nieporównanie trudniej jest pokusić się na odtworzenie straszliwej, wprost potwornej, bo zadawanej z bestialską premedytacją masowej śmierci niemowlętom, dzieciom w różnym wieku, mężczyznom i kobietom, zgrzybiałym starcom w dniu 23 sierpnia 1943 roku w głuchej wsi Majdan, jest wprost nieprawdopodobnie trudne do wyobrażenia, a więc tym bardziej do opisania. Mimo to jednak uważam, że nie wolno mi, znającemu te okrutne fakty, obejść i pominąć tę najstraszliwszą tragedię ludzką, jaką przeżyli mieszkańcy tej nie jedynej wsi, w okresie masowego zdziczenia sfaszyzowanych nacjonalistów ukraińskich. Uważam, iż w żadnym wypadku i niezależnie od reakcji czytelnika, nie wolno przemilczeć tego, co zmuszeni byli przeżywać ludzie w owych okrutnych czasach, czyli w czasach panoszenia się nacjonalistyczno-faszystowskiego ludobójstwa. Młodzi muszą wiedzieć i pamiętać o tych straszliwych hekatombach ofiar, jakie spowodował sięgający po władzę nad światem barbarzyński faszyzm hitlerowski. Dzień 23 sierpnia 1943 roku, stając w promieniach letniego słońca, pozornie niczym się nie różnił od wielu mu podobnych, jakie przeżyli spokojni, zdobywający w pocie czoła swój niełatwy kawałek chleba, rolnicy głuchej wsi Majdan. Ale wkrótce spokój ten zostanie brutalnie zakłócony przez ciemne, wstające ze zgniłych oparów poleskiej nocy, wypiastowane przez hitlerowskich morderców koszmarne widma... Bo o tej porannej godzinie do wsi Majdan zbliżały się gromady uzbrojonych w średniowieczne narzędzia tortur, ludzi. Ludzi? Nie, to nie byli ludzie. Po głębszym zastanowieniu, po podsumowaniu wszystkiego, co miało tam nastąpić, z całą stanowczością twierdzę, że to nie byli ludzie.       
 W p/w artykule wykorzystałem fragmenty wspomnień  Józefa Kozakiewicza, część 2) Zagłada Majdanu - Piaseczno, 1996 r. za: file:///C:/Users/Bogus%C5%82aw/Documents/Wspomnienia_Jozefa_Kozakiewicza.pdf